W Powstaniu:

Obwód I Śródmieście Starówka w oddziałach bojowych: w Zgrupowaniu "Róg", w batalionie „Wigry". 1 sierpnia 1944 stawiła się na koncentracji plutonu sanitarno-łącznościowego przy ul. Kilińskiego 1. Od 2 do 6 sierpnia pełniła służbę sanitariuszki w szpitalu na ul. Mariańskiej 1. 7 sierpnia po powrocie na Stare Miasto otrzymała przydział jako sanitariuszka do 2 plutonu Kompanii Szturmowej Batalionu „Wigry”.

 

Fragmenty z pamiętnika sanitariuszki „Pająk”

z drugiego plutonu kompanii szturmowej batalionu

„Wigry”

obejmujące okres Powstania Warszawskiego na Starym Mieście

od 1.VIII.1944 r. do 2.IX.1944 r.

Warszawa, 20. XII.1969 r.

Opracowano nа podstawie notatek robionych

w listopadzie i grudniu 1944 r.

1.VII I.1944r.

O koncentracji oddziałów powstańczych dowiaduję się o godz. 11-еj w południe od Zbyszka Smidowicza, który właśnie udaje się na swój punkt do Śródmieścia. Żegnamy się z mieszanym uczuciem: niepokoju i wiary, ż e się jednak jeszcze zobaczymy /w tydzień potem 8-go sierpnia Zbyszek ginie w ataku na Pastę/.

O godzinie 14-ej stawiam się, jak codziennie na punkcie kolportażu u p. Hanki po tajną prasę i korespondencję. Stamtąd mam już blisko do Danki Schiele na Noakowskiego. Danka jest członkiem tej samej organizacji harcerskiej, co ja. W czasie okupacji przechodziłyśmy obie szkolenie sanitarne i bojowe w ramach batalionu „Wigry”.

Danka jest poinformowana o naszym punkcie koncentrac ji. Podaje adres: Stare Miasto, ul. Kilińskiego 1, mieszkanie prof. Hempla, godz. 17.

Od Danki wychodzę o godz. 15-ej. Niewiele mam czasu. Muszę dotrzeć do mojej przyjaciółki Wandy Manczarskiej na Leszno, gdzie pozostawiłam ekwipunek: plecak oraz apteczkę.

Komunikacja tego dnia jest „parszywa”. Tramwaje chodzą nieregularnie, są przepełnione.

Wandę zastaję w jej mieszkaniu. Ona również wychodzi na swój punkt, ale do Śródmieścia. Ojciec Wandy prof. Manczarski pilnuje, abyśmy zjadły cośkolwiek przed wyjściem, ale nie mamy na to czasu. Żegnamy się w pośpiechu. Jeszcze na schodach dochodzi nas jego głos, gdy przestrzega: „tylko nie słuchajcie głupich rozkazów”.

Na ul. Żelaznej rozchodzą się nasze drogi. Jeszcze jedno pożegnanie, żal, niepokój, maskowany uśmiechem „ – Wańdziu, -Basiu, a więc do zobaczenia”.

Ja gonię pieszo w kierunku Starówki, Wanda łapie jakiś tramwaj do Śródmieścia.

Na Kilińskiego docieram na kwadrans przed 17-ą. W mieszkaniu zastaję sporą grupę chłopców i dziewcząt. Słychać dalekie strzały.

Strzelanina trwa do świtu.

 

2.VIII.1944r.

Nad ranem oznajmiają nam, że akcja powstania nie powiodła się. Chłopcy będą przedzierać się w zwartej grupie do puszczy Kampinoskiej przez Wolę, a dziewczęta, udając zagubionych „cywili” mają rozejść się do rodzin.

Opuszczamy naszą kwaterę na Kilińskiego małymi grupkami, zostawiając na miejscu powstańczy ekwipunek. O godzinie 6-ej rano wychodzę razem z Janką i Isią. Kierujemy się w stronę pl. Napoleona, gdzie mieszka moja ciotka. Nasze domy rodzinne pozostały po drugiej stronie Wisły na Saskiej Kępie i Grochowie. Idziemy Podwalem, potem względnie cichą, wąziutką uliczką Kozią. Po drodze prawie nie spotykamy ludzi. Na rogu Koziej i Trębackiej natykamy się na duży czołg niemiecki. Janka tłumaczy po niemiecku, że powstanie zastało nas przypadkiem na ulicy, a chciałyśmy dostać się do naszej rodziny na pl. Napoleona. Niemcy na widok trzech młodych dziewcząt, rzucają niewybrednymi dowcipami. Nie puszczają nas przez Krakowskie Przedmieście, twierdząc, że tam jest obstrzał i kierują w stronę pl. Saskiego. Plac Saski roi się od wojska i żandarmów. Pełno tu czołgów, samochodów, dział. Najbliższa droga na pl. Napoleona prowadzi przez ulicę Mazowiecką, a więc przez to skupisko wojska. Początkowo „walimy” prosto na nich, ale przychodzi chwila zastanowienia: „czy aby rozsądnie tak leźć prosto w paszczę lwa?”. Brakuje nam odwagi, zawracamy, więc spokojnie i skręcamy w stronę pl. Teatralnego. Pod arkadami budynku trupy kilku mężczyzn w cywilnych ubraniach.

Na Senatorskiej w okolicy kościoła św. Antoniego znów czołg niemiecki. Ta sama gadka z Niemcami, co poprzednio; udajemy zaskoczone przez wypadki osoby cywilne. Tym łatwiej to nam przychodzi, iż rzeczywiście obok nas zjawiają się jakieś

kobiety z dziećmi, starsi mężczyźni. Kierują nas na pl. Bankowy nie dając zresztą żadnej eskorty. Próbujemy przejść ul. Żabią do Królewskiej. Słyszymy świst kul karabinowych. Musieli Niemcy nas zauważyć z Ogrodu Saskiego. Chronimy się do najbliższej bramy. Potem przez podwórka do mów i oficyn dostajemy się na plac

Żelaznej Bramy, a stamtąd przez hale targowe i Ciepłą docieramy na ul. Twardą. Niestety przejście przez ul. Marszałkowską jest absolutnie niemożliwe. Bardzo silny obstrzał, czołgi nie dopuszczają nikogo do tej arterii. Zawracamy. Zostajemy skierowane na punkt opatrunkowy, mieszczący się przy ul. Mariańskiej 11 w prywatnym mieszkaniu p. Wandy.

 

3. VIII.

Rano wysyłają nas we dwie z Isią,  jako patrol sanitarny w okolice pl. Grzybowskiego. Spodziewają się rannych z oblężenia Pasty na Zielnej. Trzeba uważać, gdyż Twarda ostrzeliwana jest przez „gołębiarzy”. Docieramy na przeciwko kościoła Wszystkich Świętych. Dalej nie puszczają. Nie mamy przydziału do żadnego oddziału powstańczego, nie może my się niczym wylegitymować, nie posiadamy nawet o pasek powstańczych. Tkwimy gdzieś w bramie do południa. Trwa straszna ulewa. Wracamy na punkt przemoknięte do nitki. Tutaj dostajemy konkretną robotę. Trzeba przetransportować kilku chorych do szpitala. Zgłasza się również do nas jakiś oficer AL, prosząc o opiekę nad żoną, będącą w ciąży, która dostała krwotoku. Sprawa umieszczenia jej w jakimkolwiek szpitalu jest niezmiernie kłopotliwa. Wszędzie tłumaczą się brakiem specjalistów i odsyłają od Annasza do Kajfasza.

Jesteśmy z Janką u kresu sił fizycznych i psychicznych. Zrobiłyśmy z chorą na noszach szmat drogi, wreszcie właściwie poinformowane trafiamy do prywatnego, urządzonego z szykanami gabinetu lekarza ginekologa na ul. Śliskiej 53.

Z ulgą zostawiamy mu pacjentkę, dając znać o tym jej mężowi. Po południu wysyłają nas z dużymi worami, koszami po żywność, pościel i materiały opatrunkowe dla noworganizowanego szpitala ZUS na ul. Mariańskiej. Chodzimy od podwórka do podwórka, wzywając ludność cywilną do składania darów. Obracamy kilkakrotnie, ludzie są nadzwyczaj ofiarni, nie żałują niczego.

Przed wieczorem przeżywamy pierwszy nalot. Bomby padają w okolicy Siennej, Złotej, a więc stosunkowo niedaleko nas. Spustoszenie ogromne.

 

4.VIII.

Zgłaszamy się do pracy w szpitalu. Isia i ja dostajemy pod opiekę każda jeden pokój z czterema rannymi. Janka pracuje jako rejestratorka chorych i rannych, których ciągle przybywa. Kierownictwo szpitala wymaga zachowania nienagannego porządku i czystości. Codziennie myjemy chorych, karmimy, podajemy lekarstwa, asystujemy przy opatrunkach, zmywamy podłogę w naszych salach. Jesteśmy obie pielęgniarkami amatorkami przyuczonymi, co prawda do tej misji na konspiracyjnych kursach, tym niemniej nasza praca w szpitalu, nasz stosunek do chorego nie ma nic wspólnego z zawodową rutyną. Zbyt głęboko przeżywamy czyjś ból, przejmujemy się każdym najdrobniejszym żądaniem, o ile to może w jakiś sposób ulżyć cierpieniu.

Jeden z moich podopiecznych to młody mężczyzna świeżo po amputacji ręki, ma wysoką gorączkę. Drugi z przestrzeloną, opuchniętą szczęką. Trzeba go karmić rurką. Trzeci ciężko poparzony od bomby fosforowej. Bardzo cierpi. Po dniu naszej służby w szpitalu, który trwa nieprzerwanie od godz. 7-ej rano do 8-ej wieczorem, jesteśmy zupełnie wykończone.

 

5.VIII.

Normalna służba w szpitalu. Spotykam rannego Witolda Marczewskiego, kolegę sprzed wojny. Opiekuje się nim Isia. Witold nie ma dla niej słów uznania. W ciągu dnia nękają nas samoloty. Uwzięli się na naszą dzielnicę. Bomby padają stosunkowo blisko. Lecą szyby z okien. Odsuwamy lóżka w głąb pokoi. W przeciwieństwie do większości personelu nie schodzimy z Isią do schronu. Trwamy przy naszych rannych, których nie można nawet sprowadzić na dół. Choć budynek trzęsie się od wybuchów, pocieszamy ich, że to dalekiе bombardowanie i nic im nie grozi.

 

6 . VIII

Praca w szpitalu. Przed południem spotykam Wandę Krysiewicz. Przyszła odwiedzić rannego kolegę. Ma przydział, jako sanitariuszka do jednego z oddziałów powstańczych w Śródmieściu. Nam trzem bardziej odpowiada służb a w oddziale niż w szpitalu; do niej przygotowywano nas w czasie konspiracyjnego szkolenia. Poza tym mamy trochę żalu do dowództwa, że nas wykiwano rozpuszczając do domów. Przecież walka trwa dalej, nie ma mowy o jakiejś klęsce, a tym bardziej o upadku powstania. Na ulicy widzi się oddziały bojowe, który m towarzyszą dziewczęta – sanitariuszki i łączniczki. Zazdrościmy im zaszczytnej służby.

Wanda proponuje nam przydział do swojego oddziału. Przystajemy na to z ochotą. Umawiamy się z nią nazajutrz na 12-tą w południe. Do tego czasu zobowiązujemy się przedostać na Stare Miasto po nasz ekwipunek sanitarny – apteczki i plecaki i powrócić do Śródmieścia.

Po południu wychodzę na ul. Złotą do rodziny jednego z moich rannych po żywność dla niego. Widzę straszliwe skutki bombardowania.

Wieczorem oznajmiamy władzom szpitalnym, że obejmujemy służbę przy oddziale powstańczym. Pożegnanie z naszymi podopiecznymi w szpitalu jest rzewne. Przez te kilka dni zdołaliśmy się do siebie przyzwyczaić. Obiecujemy przychodzić w odwiedziny. Na nocleg udajemy się do naszej kwatery-mieszkania

p. Wandy na ul. Mariańskiej. Niestety zastajemy tam pożar. Dom pali się od dachu. Nosimy kubły wody na 4 -te piętro. Poza nami trzema udział w likwidowaniu ognia biorą najwyżej 2-3 osoby. Po godzinie jesteśmy kompletnie wykończone. Siadamy w bramie na ziemi i usiłujemy zasnąć. Jest zimno, twardo i bardzo niewygodnie, postanawiamy więc zanocować u moich znajomych p. Madejczyków, mieszkających niedaleko na Twardej 18. Jest godz. 12-t a w nocy. Po uprzednim upewnieniu się do kogo idziemy, ktoś z mieszkańców domu pełniący akurat dyżur na podwórzu, otwiera nam bramę. Nasi znajomi, jak zresztą wszyscy mieszkańcy kamienicy, przenieśli się do piwnicy. Postanawiamy rozgościć się w ich mieszkaniu na czwartym piętrze.

Zastajemy je otwarte, częściowo zdemolowane. Przez dziurę w suficie widać gwiazdy. Układamy się we trzy na jakimś starym tapczanie. Nieludzkie zmęczenie przezwycięża wreszcie wszelkie niewygody, zimno i sprowadza tak upragniony sen.

 

7.VIII.

Budzimy się o 6-ej rano. Dojadamy resztki chleba pozostawione w kredensie, popijamy je sokiem jagodowym. Przygotowujemy się do wymarszu na Starówkę. Droga prowadzi przez wypalone Hale Mirowskie. W okolicy żywego ducha. Nie mamy pojęcia, jaka jest sytuacja. Gdzie są Niemcy, gdzie nasi? z której strony strzelają? Którędy można bezpiecznie dojść do Elektoralnej? Wokół spokój i cisza. Strzały karabinów maszynowych słychać, ale gdzieś z oddali. Decydujemy się na „skok” przez plac Mirowski. Poszło gładko. Żadnej reakcji ze strony Niemców. Na Elektoralnej na tykamy się na oddziały wycofujące się z Woli. Docieramy na Kilińskiego 1.

Na kwaterze zastajemy niektóre koleżanki z „Wigier”. Dowiadujemy się, że nasi nie wrócili jeszcze z Woli. Komunikujemy, że otrzymałyśmy przydział w Śródmieściu i tam wracamy. Mamy stawić się na godz. 12-tą. Odnajdujemy nasze plecaki i apteczki. Wychodzimy ze Starówki. Docieramy do pl. Bankowego. W ruinach dawnego Banku Polskiego zatrzymuj e nas posterunek powstańczy.

Komunikują, że droga do Śródmieścia została dzisiaj rano przez Niemców odcięta i nie ma możliwości przejścia dalej. A więc zmuszone jesteśmy pozostać na Starówce.

Janka idzie do Szpitala Maltańskiego. Dowiedziała się, że przebywa tam jej kolega. Jest ciężko ranny. My z Isią wracamy na Kilińskiego 1.

 

8.VIII.

Wraz z dużą grupą chłopców i dziewcząt wyruszam na Stawki. Mieszczą się tam zdobyte przez powstańców duże, doskonale zaopatrzone magazyny niemieckie. Droga prowadzi przez getto. Dochodzimy blisko cmentarza powązkowskiego. „Fasujemy” wszystko co się da: żywność /mąkę, cukier, konserwy/, oraz mundury niemieckie i bieliznę. Wracamy obładowane.

 

9-11.VIII.

Nasz pluton pod dowództwem por. „Andrzeja” i „Pioruna” zostaje  oddelegowany do szkoły na Barokowej, jako ochrona Kwatery Głównej gen. „Bora”. Nocą pełni dyżur w ogrodzie Krasińskich w czasie nocnych zrzutów broni i amunicji.

Tutaj poznajemy O. Tomasza Rostworowskiego, który jednego wieczora organizuje ognisko harcerskie. Siadając do pianina, śpiewa razem z nami żołnierskie i harcerskie piosenki. Nastrój jest pogodny, wesoły, beztroski.

 

1 2 . VIII .

Przez cały dzień trwa silne bombardowanie szkoły na Barokowej. Niemcy musieli się dowiedzieć, że tutaj właśnie mieści się kwatera główna.

W dzień nękają nas samoloty, w nocy artyleria. Zmuszeni jesteśmy na noc zejść do piwnic.

Drugi pluton komp. Szturmowej „Wigier” obejmuje od rana stanowiska w Katedrze Św. Jana na ul. Świętojerskiej.

 

13.VIII niedziela:

Rano w szkole na Barokowej odprawia nabożeństwo O. Warszawski. Budynek jest poważnie uszkodzony. Bombardowanie trwa w dalszym ciągu. Zarządzają ewakuację zarówno kwatery głównej, jak i oddziałów. Wracamy na Kilińskiego 1.

Na ul. Długiej spotykam moją znajomą z Saskiej Kępy Zosię Martens. Podąża za jakimś oddziałem. Drogi nasze się rozchodzą. Nie mamy czasu aby zamienić ze sobą kilka słów. Witamy i żegnamy się uśmiechem. Do głowy mi nie przychodzi, że to będzie ostatni uśmiech Zosi, jaki zachowam w pamięci, niе przeczuwam, że zginie ona w bardzo krótkim czasie po naszym spotkaniu.

Po południu, około godz. 17-ej dochodzi nas sensacyjna wiadomość, że nasi zdobyli czołg na рl. Zаmkоwуm. Jesteśmy na kwaterze, na I p. domu Kilińskiego 1. Wybiegamy na balkon, pchamy się do okien. Dostrzegamy jadącą tankietkę Podwalem od Nowomiejskiej. Jest coraz bliżej. Flaga biało-czerwona powiewa

nad nią. Tłum ludzi wylega na ulicę. Udziela się ogólny entuzjazm, radość. Czołg dojeżdża do barykady na rogu Podwala i Kilińskiego. Wspina się do góry. Niestety przeszkoda jest zbyt wysoka, staje. Ludzie momentalnie rozrzucają z jednej strony płyty chodnikowe, z których zbudowana jest barykada. Jeszcze jedna próba tym razem zakończona powodzeniem. Przejeżdżają. Są pod naszym balkonem. Z góry dostrzegamy siedzących harcerzy. Są wśród nich dziesięcio-dwunastoletni chłopcy w harcerskich mundurkach, z powstańczymi opaskami na ramionach. Skręcają w Kilińskiego w kierunku Długiej . Wrzeszczymy z radości, machamy im rękami, posyłamy całusy. Zatrzymują się pod sąsiednim domem. Mechanizm musiał nawalić, bo prowadzący wyskakuje z czołgu. Widzimy jak coś majstruje. Otacza go tłum ludzi wyległych na ulice. Tłum ten rośnie, pęcznieje. Ludzie starzy, młodzi, dzieci biegną ulicami. Każdy chce d otrzeć jak najbliżej, naocznie się przekonać, że sukces jest najprawdziwszym faktem, a nie zmyśloną bujdą, „kaczką” puszczoną gwoli podtrzymania na duchu.

Jest piękne, upalne, słoneczne popołudnie. Tłoczymy się na balkonie. Ja stoję najbliżej betonowej balustrady, obok Janki. Widzę wszystko doskonale.

Nagle w ciągu ułamka sekundy w oczach pokazuje się płomień…brak mi tchu, padam na ziemię ogłuszona. Resztkami świadomości uprzytamniam sobie: to koniec. Musiał nas trafić jakiś pocisk… Umieram.. Ostatnie myśli zwrócone do matki. Mijają sekundy czy minuty – zatracam poczucie czasu. Rozdzierające, rozpaczliwe krzyki, przechodzące w zwierzęcy ryk, skowyt, jęki ludzi porozdzieranych na strzępy przywracają mi świadomość. Leżę powalona na ziemię jakimś strasznym podmuchem na kłębowisku ludzi, którzy jeszcze przed chwilą stali obok mnie. Czuję, że ktoś spode mnie gramoli się, wyczołguje do pokoju. Klękam. Ręce, nogi mam lepkie we krwi. Spódnica z przodu porwana na strzępy. Nie czuję bólu. Czyżby to była nie moja krew? Wstaję. Robię krok. Trudno mi uwierzyć, że mi się nic nie stało, że nie jestem nawet ranna. Skupiamy się w pokoju od podwórza. Jeżeli to „szafa” to będą następne wybuchy. Mieszkanie jest zdemolowane, zasłane gruzem. Drzwi i okna powyrywane z futryn. Rozbite szkło na podłodze i sprzętach. Sznurki w pokoju, na których suszyłyśmy bieliznę, zawieszone ludzkimi strzępami. Ranne są Isia i Szpak. Nie mogę doszukać się Janki ani Oli-Oli. Stały obok mnie. Wybiegam na balkon. Potykam się niemal o okrwawiony ludzki kadłub bez głowy i kończyn, wyrzucony tu siłą wybuchu. Betonowa balustrada naszego balkonu została zmieciona. Dziewczęta mogły spaść na dół. Widok jest tak straszny, że odbiera wszelką odwagę. Dochodzą krzyki rannych, rozpaczliwe nawoływania matek, poszukujących swoich dzieci są nie do zniesienia. Wycofuję się do pokoiku sanitariuszek stosunkowo mało zdemolowanego. Działa tam już grupa naszych ocalałych sanitariuszek. Robią opatrunki. Przyłączam się do nich. Jestem rozdygotana. Drżącymi rękami przemywam komuś oczy pikryną zamiast riwanolem i dziwię się, że krzyczy. Widzę przez okno jak na podwórzu kopią wspólne mogiły. Szczątki ludzkie znosi się tutaj niekiedy w kubełkach. W powietrzu unosi się mdlący, okropny zapach spalonego ciała. Ujawniła się przyczyna tragedii. Zdobyczny czołg mieścił w sobie zdradziecki ładunek trotylu o niesłychanej sile wybuchu. Niemcy podstępnie podprowadzili go pod barykadę i uciekli.

Nocuję w pokoju od podwórza razem z rannymi Janką i Isią. Trudno zasnąć. Jest to noc zrzutów. Samoloty alianckie latają bardzo nisko. Obrona niemiecka wprost niesamowita. Niebo jasne jak w dzień od reflektorów i pocisków świetlnych. Kanonada broni przeciwlotniczej trwa nieprzerwanie aż do świtu. Rano dowiaduję się się, że jeden z samolotów alianckich spadł na Miodowej.

 

14.VIII.

Pozostaję przy Isi i Jance. Obie są ranne. Mają gorączkę. Pomagam w uprzątaniu mieszkania. Jestem kompletnie załamana psychicznie po wczorajszym strasznym dniu. Robota mi wcale nie idzie, ruszam się jak „mucha w smole”.

 

15.VIII.

Mam dyżur w szpitalu na Długiej 7 na sali operacyjnej. Poza tym rejestruję przybywających rannych. Widok okropny nie na moje nerwy. Rozklejam się zupełnie w czasie opatrunku małej może sześcioletniej dziewczynki. Skomli z bólu jak mały psiak. Nie ma przy niej nikogo z bliskich. Może zginęli? Podtrzymuję opadającą głowinę, delikatnie głaszczę spłakaną buzię i czuję, że sama mam oczy pełne łez.

„Gruba Zosia” posyła mnie na poszukiwanie kateteru. Biegam po wszystkich aptekach St. Miasta. Nigdzie nie mogę dostać. Dopiero na Franciszkańskiej niedaleko rynku Nowego Miasta obiecują mi przygotować za 2 godziny. Apteka jest częściowo zawalona i niektóre instrumenty jak i cenne leki trzeba będzie dopiero odkopać.

W ciągu całego powstania nie spędziłam chyba tylu godzin w piwnicach między ludnością cywilną, co tego dnia. Adresy aptek, względnie ich właścicieli znane były najlepiej mieszkańcom Starówki, a ci siedzieli przeważnie w schronach.

Z konieczności więc musiałam tam schodzić dla zdobycia potrzebnych informacji. Otaczano mnie kołem. Ludzie spragnieni byli wiadomości, chwytali się nadziei, że piekło, na które zostali skazani wkrótce się skończy.

Dziewczyna w „panterce”, dziewczyna z akcji… być może łączniczka w ich mniemaniu, powinna znać sytuację.

Nie potrafię łgać bez zająknienia i opowiadać o nadzwyczajnych sukcesach, których nie było. W tym okresie walczyliśmy już tylko o utrzymanie pozycji. Zamknięto nas w kotle, odcięto od innych dzielnic miasta, skazano na zagładę, skupiając tu cаłу ogień bombowców, artylerii, „szaf” i wszelkiej broni.

W zastraszającym tempie mnożą się ludzkie tragedie, walą się domy jedne po drugich, znikają bez śladu znajome staromiejskie zaułki, ba! – całe ulice.

Coś trzeba odpowiedzieć tym ludziom. Czekają na słowa pokrzepienia.

Mówię o rozpoczętej ofensywie sowieckiej, o tym jak nocami tkwiąc na barykadach wsłuchujemy się w grzmot armat zza Wisły, trwający nieustannie od kilku dni. Tak, niewątpliwie już niedługo wszystko pomyślnie się zakończy.

Swoją drogą czuję się szczęśliwa, że biorę udział w powstaniu, że nie siedzę bezczynnie w schronie. Nie wytrzymałabym takiej atmosfery: tego ciągłego nasłuchiwania nadlatujących samolotów, liczenia spadłych bomb według ich detonacji, niepokoju, że przywalą mnie żywcem gruzy kilku-piętrowej kamienicy.

Na rozpamiętywanie tragicznych sytuacji brak mi ро prostu czasu. Mam przydział do harcerskiego batalionu. Obracam się wśród młodych ludzi, tak jak ja, pełnych zapału, może trochę lekkomyślnych /bo to cecha młodości/, których mimо wszystko stać jeszcze i na uśmiech i na dowcip, a jak trzeba, na pomoc pełną poświęcenia. Stanowimy jedną wielką solidarną rodzinę. To prawda, że każdego dnia śmierć wyrywa kogoś z naszego grona. Każda strata jest bolesna i każda budzi natychmiastowe refleksje:  kto następny? Może teraz moja kolej?

Ale przecież tu na zewnątrz oddychamy innym powietrzem, inna atmosfera mimo wszystko… mimo, że blask szalejącego pożaru jest niekiedy silniejszy od blasku słońca tonącego w dymie, świst lecącego pocisku, nagły wybuch – nawet ten zwalający z nóg, seria kaemu, to dla nas krótki moment strachu i… utwierdzenie w przekonaniu, że nie każda „zaraza” musi nas akurat trafić. A po kontuzji wystarczy spojrzeć w lusterko, aby wybuchnąć śmiechem: „rany boskie, сzу możliwe, że ten kocmołuch to ja?” W takich warunkach chłopcy nigdy nie potrafią docenić urody dziewcząt batalionu.

 

16.VIII.

Rano razem z Teresą zostaję odkomenderowana do drugiego plutonu por. „Andrzeja” /Jerzy Kowalczyk/, który zmienia oddział broniący katedry św. Jana. Katedra nie jest zniszczona. Wprawdzie okna są wybite, a ściany ogołocone z niektórych cennych dzieł sztuki, noszą wyraźne ślady toczących się tutaj walk, ale mury zewnętrzne i sklepienia są prawie nienaruszone, a drewniane wyposażenie wnętrza w całości.

W kaplicy Literackiej stosy poskładanych cennych książek, wydawnictw albumowych, dzieł z dziedziny historii sztuki. Szczególnie te ostatnie mnie interesują jako studentkę Wydziału Architektury. Wybieram sobie jakąś jedną ilustrowaną książkę, aby w wolnej chwili móc do niej w spokojnym miejscu zajrzeć, nie przeczuwając, że takiej okazji w okresie powstania nigdy nie będzie. Katedra w ciągu pierwszej połowy sierpnia paliła się kilkakrotnie. Jakoś udawało się zawsze gasić ogień w zarodku. Pożar, który strawił ją doszczętnie zaczął się 16-go sierpnia w południe.

Niemcy podpalają pociskami zapalającymi domy po drugiej stronie Dziekanii. Nа skutek silnego wiatru ogień przenosi się szybko na boczną kaplicę, prezbiterium i nawy. Grupka mężczyzn próbuje go gasić. Ktoś taszczy nawet węża strażackiego.

Cóż, kiedy znikome ilości wody unicestwiają wszelkie wysiłki. Zgromadzone książki, drewniane boazerie, ławki, obicia stopniowo padają pastwą płomieni.

Na zewnątrz kościoła od Kanonii nasi chłopcy wzmacniają na prędce barykadę. Katedra, jest najbardziej wysuniętym punktem Starówki od strony wschodniej. Ruiny zamku oraz budynki pod skarpą wiślaną zajęte są przez Niemców i Własowców. Nieprzyjaciel podchodzi wypalonymi ruinami Kanonii.

Chłopcy w pośpiechu ściągają na barykadę worki cukru zgromadzone w przedsionku przez zapobiegliwych księży. Znoszą także różne sprzęty, chodniki, co popadnie, bуlе prędzej. Szamocą się z jakimś leciwym dziadkiem, któremu porwali pieczołowicie przechowywane w kościele piernaty. Por. „Andrzej” kierujący akcją wyrywa komuś pokaźnych rozmiarów dywan: „Со do cholery, powariowaliście? Dywan na barykadę? Przyda się na posłanie w tej bramie. Na gołym betonie chcecie spać?”. Na wierzch barykady ściąga się blachę, która całymi arkuszami spada z płonącego dachu.

Wchodzimy z Teresą do katedry. W kaplicy Baryczków wisi jeszcze Chrystus Cudowny. Jeden z księży usiłuje zdjąć figurę z krzyża. Wokół na ołtarzu i posadzce rozsypane wota z roztrzaskanej pociskami gabloty, między nimi wysokie odznaczenia bojowe – Krzyże Virtuti Militari. Pomagamy księdzu we dwie z Teresą. Figura jest duża i ciężka. Chwytamy ją w wyciągnięte dłonie. Przenosimy do sąsiedniej bramy na Jezuicką 1. Tam ksiądz odłącza od korpusu rozkrzyżowane ręce. Z bliska przyglądam się Obliczu. Dotychczas patrzyłam na Nie z pewnego oddalenia; tonęło w mroku ciemnawej kaplicy. Wydaje się surowe. Z zaciekawieniem badam wzrokiem legendarne włosy. Są rzeczywiście prawdziwe, ale przyprószone pyłem, Figura ma być złożona tam gdzie trumna zе szczątkami św. Andrzeja Boboli, w podziemiach kościoła O.O. Dominikanów nа Freta.

ul. Jezuicka 1 – brama, przez którą niesiono figurę Pana Jezusa

ul. Jezuicka 1 – brama, przez którą niesiono figurę Pana Jezusa

 Droga od katedry do Rynku Starеgo Miasta prowadzi poprzez piwnice sąsiadujących zе sobą kamieniczek. Zarówno Jezuicka jak i Świętojańska jest pod silnym obstrzałem. Podziemne przejścia zatłoczone ludźmi. Ciemno. Gdzieniegdzie tylko migoce światło świecy. Idę pierwsza niosąc przed sobą ręce figury. Proszę o zrobienie przejścia dla posuwającego się wolno za mną księdza i kolegi z oddziału. Ludzie na wieść, że niosą Cudownego Pana Jezusa z katedry rozstępują się, klękają, głośno modlą, niektórzy płaczą.

Kiedy w kilka lat ро wojnie będę świadkiem uroczystości kościelnych związanych z powrotem tegoż Pana Jezusa do katedry, kiedy obserwować będę tłumу wiernych, biorące udział w procesji i uroczystym nabożeństwie, celebrowanym bodajże przez samego Prymаsа – powrócę myślą do tamtych powstańczych dni o jakże innej scenerii. Dochodzimy do ostatniej kamieniczki skąd jest bezpośrednie wyjście nа Rynek. Przekazuję ręce cennej rzeźby, traktowanej przez mieszkańców Warszawy jak najświętsze relikwie, komuś z cywilów, który je poniesie dalej. Samа wracam do naszego oddziału dо katedry. Na tym odcinku robi się gorąco nie tylko z racji szalejącego pożaru, ale i dlatego, że Niemcy znacznie wzmogli ostrzeliwanie. Czyżby przygotowywali się do ataku? Jeżeli tak to sanitariuszka może być w każdej chwili potrzebna.

2W katedrze ogień rozprzestrzenia się coraz bardziej. Płonie wschodnia nawa i część prezbiterium.

Razem z Teresą pomagamy księdzu w zasypywaniu piachem stalowej pokrywy chroniącej wejście do podziemi. Złożono tam najcenniejsze skarby: złote monstrancje, kielichy, niektóre obrazy. Wszystko to, cudem jakimś ocalałe i zostało po wojnie w nienaruszonym stanie wydobyte.

W akcji ratowania zabytków katedry i innych związanych ze Starym Miastem duże zasługi położyła nasza koleżanka z ”Wigier”, studentka Akademii Sztuk Pięknych Ewa Faryaszewska. Z narażeniem życia wynosiła z płonących kościołów, wygrzebywała z rozwalonych domów bezcenne skarby naszej kultury. Zginęła w czasie akcji 28 sierpnia.

Strzelanina nie tylko nie ustaje, ale ciągle się wzmaga. Mamy kilku rannych: Edek „Kański” dostał odłamkiem granatnika, na szczęście niezbyt groźnie. Teresa odprowadza go na nasz punkt opatrunkowy na Kilińskiego. W katedrze „Wigry” obsadziły stanowiska w części zachodniej kościoła nieobjętej pożarem. Barykady nа Świętojańskiej bronią oddziały „Bończy”.

Ogień granatników jest tak silny, że aż strach wyjść poza obręb budynku, toteż ci, którzy nie tkwią na stanowiskach bojowych zgromadzili się w bramie Archiwum na Jezuickiej. To nasza kwatera. Nagle dochodzi nas rozdzierający krzyk kobiety.

Cierpnie mi skóra na myśl, że w tej sytuacji będę musiała biec na ratunek. Chwila wahania. Strach walczy z poczuciem obowiązku. Nadzieja, że może ktoś przede mną skoczy nа pomoc przytrzymuje mnie na miejscu. Mijają sekundy… Rozpaczliwe wołanie „ratunku!” powtarza się kilkakrotnie. Nie ma już wątpliwości skąd pochodzi. Musiało kogoś razić na drodze ze Świętojańskiej na Jezuicką. Biegnę za głosem. Przez dziurę w murze dostaję się na podwórko przy katedrze. Niewiele widzę, jest zmierzch, a poza tym unoszący się wokół pуł po wybuchu przesłania wszystko. Dostrzegam wreszcie dwie postacie mężczyzn pochylone nad ranną. Dźwigają ją z ziemi, niosą. Razem z Teresą, która w tej chwili zjawia się koło mnie idziemy zа nimi do przedsionka katedry – punktu pierwszej pomocy. Pierwsze oględziny potwierdzają ranę dość głęboką uda i dolnej części brzucha. Dochodzi nas rozpaczliwe pytanie: „Czy będę żyła?” - „Ależ tak”. Rana jest wprawdzie dość głęboka, ale niegroźna. Nie mniej trzeba się postarać o jak najszybsze przetransportowanie do szpitala. Dowiaduję się, że ranną jest Barbara Rankowska, sanitariuszka, czy też łączniczka oddziału broniącego Świętojańskiej. Ofiarowuję się zawiadomić jej rodzinę i koleżanki z sanitariatu kwaterujące w domu PKO na ul. Celnej. Odnajduję je w schronie, komunikuję o wypadku i o konieczności zorganizowania natychmiastowej pomocy lekarskiej.

Mimo moich nalegań dziewczęta nie mają odwagi wyjść za mną. Nie czekam dłużej. Spieszno mi do swoich. Chyłkiem, samotnie przebiegam ulice i szczęśliwie docieram do naszej kwatery w bramie na Jezuickiej. W kilkanaście minut potem mija nas patrol sanitarny idący po Barbarę Rankowską.

Nocą nie ma bombardowania, nie wstrzeliwują się w nas granatniki, nie nęka nas artyleria, ani „szafy”, ale i tak nikt nie może zmrużyć oka. Tuż obok pali się wielkim płomieniem katedra.

Idę zobaczyć to widowisko. Staję w przedsionku od Świętojańskiej pod mocnym sklepieniem chóru. Widok niesamowity. Całe wnętrze w ogniu, migoce potężnym światłem o odcieniach od jasno złotego poprzez czerwony do ciemnego fioletu. Bezustanny trzaski i szum tłumiony jest od czasu do czasu hukiem walących się sklepień; wtedy wytryska jakby z ziemi fontanna ognia i iskier.

Kiedy patrzę na to wszystko ogarnia mnie jakiś żal i złość. Uświadamiam sobie całą bezpardonową, nie mającą granic potęgę niszczenia, dla której nie ma nic świętego.

 

18.VIII.

Mam dyżur na Jezuickiej w katedrze razem z Basią Wasilewską.

 

19: VIII.

Powracamy z katedry do nowej kwatery. Przydzielono nam spory pokój na piętrze w gmachu Ministerstwa na Długiej 7. Z Basią Wasilewską zabieramy się do przygotowania extra śniadania: chleba z krojonym boczkiem. Chłopcy nie mogą doczekać się momentu, kiedy wolno im będzie wyciągnąć rękę ро swoją porcję. Porcje są ściśle wydzielone i ograniczone, ale obowiązkowo muszą być sprawiedliwe t.zn. równe.

Nagle dochodzi nas charakterystyczne skrzypnięcie „szafy”. Wiemy, ze w kilka sekund dosięgnąć nas mogą straszliwe pociski. Rzucamy się na podłogę. Pokój ma okna wychodzące na ulicę. Słychać pierwszy wybuch. Następny jest bliższy. Trzeci trafia w nasz budynek. Robi się szaro od pyłu, tynk sypie się na głowy, ściany trzęsą.

Żal nam bardzo naszego wspaniałego śniadania. Pajdy chleba oczyszczamy z gruzu i tynku, a że będą trochę trzeszczały w zębach nie takie tо znowu nieszczęście. Gorzej, że „Beniuś” dostał odłamkiem w kolano. Sprowadzam go na dół do szpitala, który mieści się w piwnicach.

W pół godziny później zostaje ranny odłamkiem na podwórzu Ministerstwa „Zbych” i „Szary”.

Po południu wybieramy się razem z Teresą nа Podwale 44 po przygotowane dla nas legitymacje AK-owskie. Trwa silne bombardowanie. Pół godziny siedzimy w piwnicy. Wreszcie decydujemy się wyjść. Na ul. Kilińskiego słyszymy skrzyp „szafy”.

Rzucamy się do bramy, wpadamy na schody. Robi się ciemno, podmuch przewraca nas na ziemię, coś się sypie na głowy. Gubię legitymację trzymaną w ręku; Rąbnęło bardzo blisko, dwa piętra wyżej. Tym razem miałyśmy szczęście.

W nocy od godz.12-ej do rana mam dyżur przy rannym „Zbychu” i „Szarym”.

 

20.VIII.

Kwatera nasza mieści się nа parterze Ministerstwa w tzw. papierni. Czujemy się tu bezpieczniej niż na I p. Przede wszystkim dlatego, że zajmujemy pomieszczenia przeważnie bez okien. Za to panują tu egipskie ciemności; Trzeba palić świeczki. Spanie na belach papieru nie jest złe. W każdym razie cieplej i bardziej miękko niż na gołym betonie.

ul. Długa 7 – ”Ministerstwo”

ul. Długa 7 – ”Ministerstwo”

Jest niedziela. W korytarzu Ministerstwa na parterze Mszę św. odprawia O. Rostworowski. Ludzi jest sporo. Przed samym podniesieniem trafia w budynek, na szczęście dwa piętra wyżej, pocisk „szafy”. Nabożeństwo zostaje przerwane na 10 minut. Trzeba uprzątnąć gruz z ołtarza, zapalić na nowo świece, które zgasły.

Wszyscy obecni zachowują godny podziwu spokój, nikt nie rusza się z miejsca, nie robi paniki. Panuje śmiertelna cisza. Ojciec Tomasz udziela wszystkim absolucji. Pо krótkiej przerwie nabożeństwo odprawia się dalej.

W nocy mam dyżur z Basią Wasilewską w szpitalu na Długiej 7.

Zbyt szczupły personel szpitalny nie wytrzymuje ani fizycznie, ani nerwowo ciężkiej służby trwającej często bez przerwy ponad dwie doby albo i dłużej. Toteż do doraźnej pomocy angażuje się przeważnie sanitariuszki z oddziałów, te które po 24-ech godzinach schodzą z barykad na „odpoczynek”.

Pod naszą opiekę oddano dużą salę nа parterze, oraz przylegający do niej korytarz. Razem około 80-ciu osób.

Ranni ci „szczęściarze” poukładani są często po dwóch na zsuniętych pod ścianami łóżkach. Inni leżą pokotem między łóżkami, niemal pod łóżkami i na środku sali na materacach, noszach, względnie kocach. Trzeba uważnie przechodzić, aby kogoś niе nadepnąć, bądź nie urazić. Sytuację pogarsza brak światła. Mały ogarek świecy i kilka zapałek, jakie nam pozostawiono na całą noc, to nie wiele. Dostałyśmy poza tym niecałą szklankę bezcennej zbożowej czarnej kawy na tych kilkudziesięciu umierających z pragnienia, wykrwawionych, trawionych gorączką ludzi. Dzielimy ją skąpo, najwyżej po łyżeczce na jeden raz. Czuwamy z Basią w korytarzu. Mamy do dyspozycji jedno krzesełko. Obok nas ciężko charcze konając niemłody już mężczyzna z przestrzelonym gardłem. Nа szczęście jest przy nim żona. Chory jest przytomny. Dusi się. Błaga żonę by go uniosła to znów położyła niżej i tak bez końca. Wydaje mu się, że zmiana pozycji przywróci normalny oddech. Kobieta jest u kresu wytrzymałości. Nagle zrywa się w szale i zaczyna okładać męża pięściami po głowie. Krzyczy: „Jа już nie mogę, czemu mnie tak męczysz? Każesz mi się podnosić to znów kłaść.. ja już nie mam siły..” Chwytamy ją za ręce. Odciągamy na bok. Tłumaczymy: „Co pani robi? przecież ten człowiek umiera”. Kobietą wstrząsa łkanie.

Wśród chorych na sali znajduje się młody chłopak. Ma amputowaną nogę aż do pachwiny, oraz zabandażowaną głowę. Bez przerwy krzykiem nas wzywa, rzuca się na łóżku, a gdy do niego podejść, bełkoce coś niezrozumiale. W pewnym momencie chwyta mnie za szyję. Mimo wszystko jest jeszcze bardzo silny. Z trudem udaje mi się uwolnić od niego. Obecni na sali zaczynają go rugać za to, że tak zakłóca spokój. Wszak z nastaniem nocy mają przed sobą kilka godzin względnie spokojnego snu. Odgłosy walki słychać, ale gdzieś daleko. Nękanie samolotów zaczyna się dopiero o świcie, gdzieś od 5-еj, 6-ej rano. Nа salach robi się cicho. Chorzy chcą spać.

Głośny jęk dochodzi nas z daleka. Tak jakby z góry. Nа pierwszym piętrze pozostało jeszcze kilka osób. Jęk przechodzi w wyraźne wоłаniе, powtarza się. Idę za głosem. Wstępuję pо schodach. Muszę przejść koło szpitalnej kloaki. Od tygodni nie mamy kanalizacji. Extrementy chorych znosi się tutaj na pierwsze piętro do pomieszczeń dawnych ubikacji, utworzyła się z tego masa sięgająca okna. Trzeba wstrzymać oddech, gdy się tędy przechodzi. Fetor doprowadza do mdłości, W drzwiach jednej ze zdemolowanych sal natykam się na nosze z ciężko rannym mężczyzną. To on wołał rozpaczliwie: „wody, wody”. Opodal twarzą do ziemi, leży nа brzuchu poparzona, nieprzytomna już, naga dziewczyna. Ta nie doczeka świtu. Umiera samotnie na gołej podłodze. Mуślę o jej, najbliższych, których zresztą nie znam…. matka, ojciec, rodzeństwo… Boże, oby się nigdy nie dowiedzieli jak umierała ich, jedyna może, ukochana córka… siostra. Smukłe, młode ciało dyszy jeszcze. Cóż jа mogę dla niej zrobić? Nawet nie mam jej czym okryć. Makabra.

Rano wynoszą z naszej sali trzech umarłych.

 

21.VIII.

Od rana trwa silne bombardowanie oraz ostrzeliwanie rejonu Ministerstwa. Niemcy musieli się dowiedzieć, że tu właśnie mieści się dowództwo Armii Krajowej. Artyleria i „szafy” grzmią bez przerwy. Trwa ewakuacja górnych pięter szpitala oraz pomieszczeń na parterze. Wiele osób zaangażowano do tej akcji. Szpital liczy setki osób. Razem z „Grubą Zosią” włączam się do pomocy. Droga jest uciążliwa, niejednokrotnie zawalona gruzem i niebezpieczna, bo walą „jak diabli”. Za każdym trafieniem pocisku tynk i gruz sypie się na głowę. Szyby na szczęście już dawno zostały wybite, pokaleczenie szkłem więc nam nie grozi. Na skutek pocisków zapalających coraz w innym miejscu wybucha pożar, ale ofiarni „strażacy” dyżurujący na dachu szpitala działają sprawnie i zwykle ogień jest szybko lokalizowany.

Musimy pokonać szpitalne schody, duże podwórko, nieraz kręte przejścia i jeszcze przeskoczyć na drugą stronę ulicy Podwale. Wystarczy przenieść tędy tylko jedną osobę, aby serce z wysiłku podeszło do gardła. A tu trzeba obrócić przynajmniej z kilka razу. Odpocząć, nabrać tchu można w drodze powrotnej jak się idzie z pustymi noszami.

Na schodach – spotykam „Chińczyka” z plutonu 11-12. Przypatruje mi się i w pierwszej chwili nie poznaje: Wyglądamy z Zosią wprost upiornie. Rozczochrane, obsypane gruzem głowy, czerwone z wysiłku, osmolone twarze, znaczone cienkimi strużkami potu. Przerażone oczy „Chińczyka” wcale mnie nie dziwią. Z wdzięcznością przyjmuję od niego kilka pierników. Przez moment mam wyrzuty sumienia, że z braku czasu a może i ochoty nie czytam jego listów podsyłanych mi często „przez okazje”. Nawet nie wiem jakie wyznania w sobie kryją, czego mi nie może darować Teresa. Ze stoickim spokojem i humorem znoszę jej dogadywania i kpinki.

Wieczorem część chłopców z naszego plutonu, na czele z „Trzaską”, wyrusza kanałami na Żoliborz po broń. Żegnamy ich pełni niepokoju.

 

22.VIII

Budynek Ministerstwa w dalszym ciągu nękany jest pociskami wszelkiego rodzaju. Jedynie bomby lotnicze nas omijają, trafiają za to w domy po drugiej stronie Podwala, Kilińskiego, Długiej. Pożar gmachu Ministerstwa trwa do południa. Obrona przeciwpożarowa zorganizowana jest imponująco. Przez całe podwórze od beczek napełnionych jeszcze w pierwszych dniach powstania wodą ustawia się długi wąż ludzi, Wąż ten sięga ostatniej kondygnacji i nawet rozgałęzia się w kilku kierunkach. Najodważniejsi mają swoje stanowiska na dachu. Tym razem pożar jest wyjątkowo groźny, trwa od kilku godzin wybuchając w coraz innym miejscu.
Do gaszenia zmobilizowano sporo osób i cały dostępny “sprzęt pożarniczy”, jak wypożyczone z kuchni garnki, kociołki, a także kubełki, miednice, miski i.t.p. Podaję lewemu sąsiadowi miskę, żeby od prawego odebrać kubełek, a w następnej chwili uchwycić ucho jakiegoś garnka. Niestety zdarzają się krótkie przerwy w dostawie wody. Za każdym skrzypnięciem “szafy”, świstem pocisku, hukiem nadlatujących sztukasów, ludzie pryskają pod ściany, bądź chronią się do bramy, roniąc przy tym bezcenne krople wody. Niektórzy już do kolejki nie wracają. Wąż “pożarników” przerzedza się stopniowo. Ale mimo wszystko koło południa ogień zostaje opanowany.

Piekło rozpętało się nad Starówką. Bombowce atakują okolice Rynku St. Miasta, Jezuicką, Świętojańską. Rzadko się zdarza, aby bombardowano pierwszą linię frontu. Niewielka pomyłka w obliczeniach spowodować może rażenie własnych oddziałów. Tym, razem wszystko wskazuje na to, że bomby padły w okolicach katedry. Co też się stało z naszym tkwiącym tam oddziałkiem?

Około godz.2-ej po południu, korzystając z krótkiej przerwy między nalotami pełna niepokoju wyruszam w tamtym kierunku poprzez Podwale, Nowomiejską, Krzywe Kolo, Rynek, Jezuicką. Jestem przerażona skutkami bombardowania. Najwięcej ucierpiał chyba Rynek. Na Jezuicką, do naszych, wpadam w chwilę po uderzeniu tam bomby. Trafiła blisko barykady. Podmuch wywalił bramę i pokotem położył wszystkich będących w pobliżu. Znajduję ich zakurzonych poprzysypywanych pyłem. Jak to się stało, że nikt nie zginął?

Przy mnie w ruinach domu na Kanonii zostaje od bratniej kuli zabity “Lech” (Leszek Klimczak), który wyszedł z trzyosobowym patrolem na zwiady w kierunku Zamku. Wychylił się nieopatrznie z bramy, a ponieważ był w niemieckim mundurze został wzięty przez nieuprzedzonego kolegę za wroga i zabity na miejscu. Upadł na placyk Kanonii. Trzeba było czekać zmierzchu, aby go stamtąd ściągnąć. Pochowaliśmy go na podwórku graniczącym z kościołem OO. Jezuitów. Szybko powiększała się liczba mogił tego podwóreczka.

Przy mnie zostaje ranny w szyję “Ogniomistrz” (Andrzej Lewocki), następnie “Robert” (Tomasz Russanowski), “Wojtek” – “Rawicz” (Wojciech Rzymowski), “Dąb” (NN). Odprowadzam “Ogniomistrza” do Ministerstwa. Wracam z Ewą po “Roberta”. Razem z “Justyną” (Helena Suryn) i “Ewą” (Ewa Dziewulska-Siemińska ) niesiemy go na noszach. Droga uciążliwa, ulice i rynek zasiane gruzami. Musimy przystawać od czasu do czasu dla złapania tchu. Dopiero na Krzywym Kole trafiamy na “cywilnych” mężczyzn, którzy, aczkolwiek bez entuzjazmu, ale pomagają nam donieść rannego do szpitala.

W okolicach katedry sytuacja niewesoła. Niemcy nacierają z kilku stron: od Zamku, Kanonii, skarpy. Oddziałek nasz jest zdekompletowany: część chłopców odeszła kanałami na Żoliborz po broń, poza tym wielu jest rannych, a wielu zabitych. Obroną katedry kieruje “Roch”. Prosi on mnie o zawiadomienie kogoś z dowództwa o ciężkiej i groźnej sytuacji na tym odcinku i sprowadzenie posiłków. Wracam na Kanonię razem z por. “Prymusem” (Jerzy Chorzewski), “Adamem” (Adam Nikolay) i pięcioma ludźmi z plutonu 1112. W podwiniętej bluzie panterki, jak w fartuchu jabłka, pieczołowicie niosę kilka filipinek i kilka granatów angielskich tzw. jajek, troszcząc się, aby się zbytnio o siebie nie obijały. Nogi stawiam ostrożnie. Nie mam prawa się potknąć, a tym bardziej przewrócić.

Jest późny wieczór. Drogę oświetlają nam pożary. Wracam do Ministerstwa około godz. 12-ej w nocy. Dowiaduję się, że ranni “Benesz”( Bernard Bieliński), “Zbych” i “Szary” zostali przeniesieni pod Krzywą Latarnię.

23.VIII.
Razem z “Janką”, “Isią”, “Grubą Zosią” i “Teresą” idziemy do “Beneszów” pod Krzywą Latarnię. Leżą w bramie na noszach. “Janka” ma pełne kieszenie specjalnie dla nich wyszabrowanych pierników i herbatników. Transportujemy ich do naszego szpitalika na Podwale 19.

Wieczorem znajduję się w pokoju sanitariatu mieszczącym się na parterze obok “papierni”. Dochodzą mnie z podwórza wyraźnie podniecone głosy jakiejś grupy ludzi. Orientuję się, że to nasi chłopcy powrócili z Żoliborza. Wyskakuję do nich najkrótszą drogą przez okno. Witam się z nimi. Jestem uszczęśliwiona, że nikt nie zginął; zatajono przede mną śmierć “Bandery” (Kazimierz Skupień), Dostaję od “Stasiuka” (Stanisław 0lejnik) woreczek z migdałami ze słowami: “dla ciebie, rannych, 5 sztuk dla “Nietykszy” (Zdzisław Niekrasz) i 3 dla mnie.” Podobno na Żoliborzu w porównaniu ze Starówką “kanada”; domy całe, żarcia dużo, ludzie wcinają pomidory i owoce. Coś niesamowitego, coś dla nas zupełnie nieosiągalnego.

Ruiny prezbiterium Katedry1

Ruiny prezbiterium Katedry

24.Vlll.
Razem z “Teresą” mamy służbę na Jezuickiej. Tego dnia panuje tu względny spokój. Naszą redutą są ruiny katedry… Po pożarze zostały z niej tylko odarte zewnętrzne ściany, częściowo rozwalone. Sklepień już nie ma, a prezbiterium i nawy zasłane są gruzem. Najlepiej zachowały się pomieszczenia od strony Jezuickiej i Kaplicy Baryczków.

Zakrystia ma prawie nienaruszone boazerie. Chłopcy porozstawiani są na stanowiskach jak zwykle. Trzech na galeryjce łączącej kiedyś katedrę z zamkiem. Od naszej strony dochodzi się tam po gruzach dawnych schodów osłoniętych od Dziekanii częścią ocalałej bocznej ściany.

Z galeryjki, dzięki temu, że jest ona ucięta od strony zamku i położona kilka metrów ponad otaczającym terenem, jest doskonały wgląd w kierunku Wisły, a poprzez zakratowane boczne okienko można obserwować ruiny domów Kanonii. Jest to najniebezpieczniejszy, najbardziej wysunięty w kierunku nieprzyjaciela punkt, który Niemcy podchodząc od Dziekanii często obrzucają granatami. Tu najczęściej dyżurują przylepieni do ściany: “Stasiuk”, “Koch” (K?zimierz Kąkol), “Nietyksza”, “Robert” “Roch” (Jerzy Kowalski), “Zbych”; tu trzeba być zawsze czujnym, gdyż każdej chwili grozi atak nieprzyjaciela od strony ruin Zamku i Kanonii.

„Galeryjka” – widok od Kanonii

„Galeryjka” – widok od Kanonii

Na drabinie opartej o boczne okno wypalonego prezbiterium z kb skierowanym na Kanonię i Zamek tkwi zwykle Edek “Kański”, Dziwię się, jak ten chudzielec wytrzymuje taką niewygodną pozycję. Boczna kaplica oraz zakrystia również obsadzone przez naszych chłopców. Pozostali zajmują stanowiska na barykadzie przy Jezuickiej, róg Kanonii, oraz na piętrach budynku Archiwum Akt Dawnych przylegającego do Kościoła. Druga strona Jezuickiej oraz istniejący narożny dom przy Kanonii to “królestwo” por. “Romana” (Jan Golański) i “Korwina” (Edward Matuszyński) z I-ej kompanii wigierskiej.
Z dziewcząt pełnią tam służbę: “Justyna”, “Krystyna” (Krystyna Grabowska), “Bellona” (Małgorzata Przedżymirska) oraz “Honorata” (Honorata Wodzyńska-Kokocińska). W porze obiadowej idziemy z “Teresą” do Ministerstwa po kocioł zupy. Nawet taka, zdawałoby się, prozaiczna czynność, jak noszenie posiłków na barykady kosztuje dużo wysiłku i nerwów. Trzeba ustawicznie wspinać się po gruzach, przemykać chyłkiem pod ścianami w chwilach nalotu lub obstrzału. Odpoczynki są krótkie. Chłopcy mają prawo choć raz dziennie, do “łyżki cieplej strawy”. Strawę stanowi ciągle ta sama nieokraszona zupa z kaszy i klusek, gotowanych na wodzie nie pierwszej czystości. Na dwadzieścia kilka osób mamy do dyspozycji 3 głębokie talerze i tyleż łyżek, których z braku wody nie myje się, a co najwyżej przeciera papierem o ile taki jest pod ręką. Biedny “Faliński” (Stefan Filipowicz) ciężko chory na gruźlicę otrzymuje swoją porcję zawsze na końcu. Wieczorem gotujemy z Teresą kawę.

Noc spędzamy w częściowo rozwalonym mieszkaniu na parterze domu przy ul. Jezuickiej 1, przylegającym do barykady. Mamy do dyspozycji szeroki tapczan niestety bez materaca. Gołe sprężyny ugniatają nas niemiłosiernie. Przed “psim” chłodem niewiele chronią nawet watowane niemieckie spodnie i “panterki”.

25.VIII.
Wstajemy o godz. 5-ej rano i zabieramy się do gotowania klusek z pasztetem. Są wyśmienite. Zostało ich trochę dla por. “Andrzeja”, “Stasiuka” i “Kocha”, którzy zjawili się u nas rano.
Niemcy znowu przypuścili atak na katedrę: Koło 12-ej w południe por. “Andrzej” wysyła mnie z meldunkiem do dowództwa. Wracam po kilkunastu minutach.
Przy mnie zostaje ranny na barykadzie “Nietyksza”, w momencie gdy mierzy z pistoletu maszynowego w podchodzących od Kanonii Niemców.
Uderzenie jest silne, odrzuca chłopaka do tyłu: Razem z por. “Andrzejem” podczołgujemy się do niego, z trudem przeciągamy do najbliższej bramy. Prawa ręka zwisa bezwładnie, mocno krwawi. Po pierwszym prowizorycznym opatrunku razem z koleżanką transportujemy rannego do szpitala na Długą 7.
Do “sali operacyjnej” wchodzi się z narożnika budynku. Ta część podwórza jest zwykle zawalona stosem zużytych materiałów opatrunkowych nasiąkniętych ropą i krwią. Wokoło roje obrzydliwych much. Obok u wejścia na noszach, albo wprost na betonie leżą bądź siedzą ranni. Reszta czeka na swoją kolejkę w piwnicy sąsiadującej z pomieszczeniem gdzie się operuje. W zasadzie pierwszeństwo mają ci, którym tylko natychmiastowy zabieg może uratować życie. “Beznadziejnych”, względnie lżejsze przypadki odkłada się ciągle … na później. “Nietyksza” całą rękę ma zupełnie zgruchotaną. Duży upływ krwi znacznie go osłabił.

Udaje mi się przekonać regulującą ruch pielęgniarkę, że w tym przypadku szybka pomoc jest niezbędna. Stosunkowo niedługo czekamy w kolejce. Obok nas jęczy ranny w brzuch Niemiec.

Tak zwana “sala operacyjna” to sporych rozmiarów piwnica kiepsko oświetlona kilkoma świeczkami. Całe wyposażenie stanowią dwa zwykłe stoły, kilka krzeseł, taboretów i jeden miękki fotel. W półmroku trudno coś więcej dostrzec. Pracują tu zwykle po 36 godzin bez przerwy albo i dłużej jednocześnie dwa zespoły składające się każdy z jednego lekarza i jednej albo dwóch pielęgniarek. Wytrzymałość ich jest godna podziwu. Upadając ze zmęczenia, zasypiając w trakcie robienia opatrunków, ciągle na nowo muszą mobilizować siły, aby wytrwać… za wszelką cenę wytrwać dopóki nie przyjdzie ich zmiana.

Sadzam “Nietykszę” na stołku, opieram mocno o siebie, aby w momencie operacji nie “fiknął kozła”. Przy świeczce następują oględziny strzępów ręki. Lekarz kiwa głową, szybko wydaje decyzję: na razie nie będzie amputacji, tylko dezynfekcja rany i opatrunek z założeniem szyny.

Nie stosują tu żadnych środków znieczulających, wszystko odbywa się na “żywca”. Jedynym wybawieniem od cierpień może być omdlenie. Niestety chłopak jest przez cały czas przytomny; zaciska zęby z bólu, ale nie jęczy, nie krzyczy. Może ze strachu? Dochodzą nas z zewnątrz odgłosy bombardowania. Kolejne wybuchy wstrząsają murami budynku. Czujemy drżenie podłogi. W pewnym momencie świeczki przewracają się, gasną. Na głowy sypie się tynk. Na szczęście otwarta rana zabezpieczona jest bandażem. Z chwilą zapalenia świeczek lekarze i pielęgniarki powracają do przerwanej pracy spokojnie, bez paniki… tak, jak gdyby nic specjalnego się nie stało.

Muszę teraz zmobilizować kogoś, kto by mi pomógł przenieść nosze z “Nietykszą” do szpitalika “wigierskiego” na Powale 19. Biegnę przez dziedziniec ministerstwa do naszej kwatery. Jestem zaaferowana, oślepiona światłem i dlatego zapewne nie reaguję, w pierwszej chwili na znajomy głos, wymawiający moje imię, Wreszcie poznaję… ależ tak, to prof. Manczarski, ojciec Wandy. Wypytuje mnie o córkę, o jej przyjaciółkę Stasię Witkowską, o Zbyszka Smidowicza, Niestety nic o nich nie wiem poza tym, że mieli przydział do Śródmieścia. Profesor pracuje w służbie łączności. W swojej pieczy ma radiostacje wojskowe. Jutro przechodzi kanałami na Żoliborz. Zatrzymuje mnie, ma żal, że się wyrywam, nie może zrozumieć mojego pośpiechu, choć tłumaczę, że czeka na mnie ciężko ranny kolega, Cieszymy się oboje z tego spotkania tak, jak cieszą się ludzie, którzy dawno zwątpili w to, że jeszcze kiedykolwiek żywi się zobaczą. Obiecuję, że przyjdę niebawem pod wskazany adres kwatery, jak tylko będę miała chwilę wolnego czasu.

Po przeniesieniu: “Nietykszy” na Podwale wracam na Kanonię. Dowiaduję się, że są nowi ranni: “Faliński”, “Isia”, “Orzeł” (Arkadiusz Rudzki). A więc czeka mnie nowy transport.

Tymczasem Niemcy odcięli nas na kilka godzin od reszty Starówki, zaatakowawszy ul. Celną. Jesteśmy otoczeni. Czujemy się nieswojo. Dopiero wsparcie innych oddziałów wyswobadza nas z ciężkiej sytuacji.

26.VIII, niedziela.
Razem z “Grubą Zosią” wysyłają mnie do apteki na Miodową 23. Apteka jest częściowo rozwalona, ale doskonale zaopatrzona w materiały opatrunkowe i leki. Wracamy obładowane tobołami.

Wieczorem mszę św. w podziemiach szpitala na Długiej 7 odprawia O. Rostworowski. Ołtarz ustawiono w jednej z piwnic. Wokoło pokotem leżą ranni. Personel szpitala oraz wolni od służby nieliczni żołnierze z oddziałów stoją w przejściach. Śpiewane pieśni to pieśni ludzi cierpiących, niekiedy złamanych przejściami nie do zniesienia, pełne smutku i błagania o litość; nie ma w nich nic z mocy i wiary we wspaniałe zwycięstwo. A kazanie księdza, choć pogodne i krzepiące, przygotowuje nas wszystkich na ewentualność podjęcia krzyża w miejsce miecza.

27.VIII.
Mam dyżur w aptece. Pomagam w robieniu opatrunków.
Wieczorem “Jeleń” (Bogdan Zając-Zaniewski) organizuje ognisko. Gromadzą się wszyscy jako tako zdrowi i cali z “wigierskich” oddziałów, nie będący w danej chwili na służbie. Ktoś deklamuje. Śpiewa “Modrzew” (Roman Zieliński) i “Moskito” (Wacław Siemiński). Między piosenki żołnierskie wplata się jak na urągowisko przedwojenny szlagier:

“I znów zakwitły kwiaty i znów ślą aromaty
I znów Warszawa bawi się i znów swój uśmiech śle,
W tę noc tętniącą wrzawą, w tę noc baw się Warszawo
I ciesz się swoją sławą, bo my kochamy cię!”

Nastrój jest przyjemny, wesoły i niemal beztroski. Czerwone grzane wino zrobiło swoje.

Niestety nie dane nam było z Janką doczekać końca imprezy. W związku z groźną sytuacją w okolicach katedry i nieustającymi atakami, o czym przybiegła zawiadomić “Krystyna” – odkomenderowano nas jako wsparcie sanitariatu I kompanii na Kanonię.

Jest noc. Prowadzi “Krystyna”.