W Powstaniu:

szpital Karola i Marii, następnie szpital Wolski

Historia jednego warszawskiego szpitala w okresie Powstania 1944r.  i  jego dalsze losy.

„A kiedy okręt walczył – siedziałem na maszcie

Kiedy tonął, z okrętem poszedłem pod wodę.”

                                       Juliusz Słowacki: Testament mój

   Już na dwa tygodnie przed powstaniem, w związku z instrukcjami otrzymanymi z sanitariatu wojskowego AK, szpital im. Karola i Marii (ul. Leszno 136) przygotowywał się  do do roli, jaką miał spełnić. Według otrzymanych dyspozycji w szpitalu miały się mieścić magazyny żywnościowe oraz opatrunkowo-sanitarne dla grup walczących na Woli. Leczniczo szpital miał spełniać doraźną pomoc chirurgiczno-lekarską, lecz bez zatrzymywania rannych czy chorych, a po udzieleniu pierwszej pomocy – ranni mieli być wysyłani do innych szpitali.

   W ciągu ostatnich dni, poprzedzających powstanie,  do szpitala zaczęły zajeżdżać samochody i wozy, które wyładowywały pakunki przeznaczone na wyżej wymienione cele. Ze względu na możliwość „wpadki”, teoretycznie wiedziało o tym kierownictwo szpitala, przy czym pozorowano wobec ogółu personelu zaopatrywanie szpitala na zimę z powodu niepewnych czasów. Mimo to przeważnie wszyscy domyślali się o co chodzi, a widocznie nie było zdrajców, dość że wszystko poszło gładko. Gorzej było z tym, że w końcowych dniach szpital musiał zakwaterować grupę młodzieży, uzbrojonej „grupy wypadowej”. Zgodnie z nastrojami panującymi, personel miał być w stałej gotowości, przy czym cześć pielęgniarek miała przejść do patroli sanitarnych bojowych. Z przedstawicielami sanitariatu AK ustalono, że o dniu i godzinie powstania zostanie zawiadomione kierownictwo szpitala najpóźniej do godziny 13. W dniu wybuchu, mimo pogłosek powtarzanych od rana o wyznaczonym terminie powstania, do godziny 13 nikt nie przyszedł z meldunkiem.

   Jako kierownik (w zastępstwie będącego na urlopie dr. Zbigniewa Kajkowskiego) wyszedłem o godz. 13 ze szpitala, w przekonaniu, że wybuch powstania został odłożony. W domu otrzymałem już z innego źródła wiadomość, że jednak termin został ustalony na godz. 17. Dzieci moje i żona poszli już na wyznaczone punkty. Wyszedłem wiec z domu o 16.20. Na drodze zatrzymał mnie ojciec dziecka chorego z domu obok. Wstąpiłem z nim do bramy i w tej chwili rozpoczęła się strzelanina uliczna. Wobec objęcia ul. Chłodnej dwoma placówkami niemieckimi, nie mogłem przez dwa dni przedostać się do szpitala gdzie dotarłem dopiero trzeciego dnia.

   Co działo się między 1 a 3 sierpnia pisze oddzielnie pielęgniarka Wanda Moenke: „Do szpitala zaczęto donosić rannych. Okazało się, że szpital na Lesznie (św Łazarza po drugiej stronie ulicy) nie był przygotowany do pracy chirurgicznej i rannych trzeba było umieszczać u nas. Wobec braku łóżek dla dorosłych, zabrano łóżka personelu i rozstawiono je na sali. Dzieci, których było około pięćdziesięcioro, w tym 8 niemowląt, przeniesiono na oddział piąty. Stopniowo zaczęło brakować łóżek i chorzy musieli leżeć na materacach. Lżej rannych, po opatrunku odsyłało się na tyły do miasta. Chirurdzy pracowali bez przerwy, jednak liczba rannych wzrastała tak szybko, że mimo pracy na „dwa zestawy chirurgiczne”  (te dwa zespoły chirurgiczne to lekarze: Tadeusz Hroboni, Władysław Barcikowski, Aleksandra Kurowska, Marian Rogalski i pielęgniarki instumentariuszki: Joanna Kilpert, Maria Głuchowska) ranni musieli czekać w kolejce. Prowadzono listę rannych i zabitych, niestety, spaliła się ona w szpitalu. Lekarstw i opatrunków było dosyć, żywności również.” Władze sanitarne AK miały mały kontakt z władzami szpitala. Wieczorem piątego dnia powstania bez porozumienia z nami opuścili szpital nie zawiadamiając o sytuacji wojskowej na Woli i bez wydania decyzji co robić z rannym. W szpitalu  pozostała duża karetka sanitarna bez szofera. Po wyładowaniu jej mundurami rannych żołnierzy przepchnęliśmy ją ręcznie do najbliższej komendy odcinka AK.

   Wieczorem podpalony został szpital św. Łazarza, a chorzy i lekarze wystrzelani. Płomienie palącego się szpitala Łazarza groziły zapaleniem się naszych budynków. Trzeba je było polewać wodą.

   W nocy zjawił się u mnie żołnierz AK z wiadomością, że na terenie szpitala rozegrają się walki, wobec czego należałoby usunąć rannych. Dla potwierdzenia tych słów poszedłem do komendy AK. Tam uzyskałem (nie dostałem decydującego rozkazu) raczej radę: „Róbcie jak uważacie”. Po powrocie zebrałem lekarzy na naradę. Ponieważ nie wiedzieliśmy o metodzie niemieckiej wystrzeliwania rannych, postanowiliśmy pozostać na miejscu. Opróżniliśmy szpital jedynie z lżej rannej ludności cywilnej i personelu sanitarnego, który był napływowy. W piątym dniu powstania w szpitalu Karola i Marii znajdowało się 60 dzieci i 140 rannych i chorych dorosłych.

   Do walk naterenie szpitala nie doszło. Przez szpital przeszły oddziały cofających się akowców. Dostarczaliśmy im z zasobów szpitalnych chleba. Po ich odejściu weszły oddziały „kałmuków”. Personel szpitalny został podzielony na 3 grupy. Część personelu wyprowadzono na Wolę. Lekarzom i pielęgniarkom z chirurgii kazano przetransportować rannych do szpitala na ulicę Płocką 26. Po drodze zabity został dr Włodzimierz Kmickiewicz. Po dotarciu do Szpitala Wolskiego pozwolono umieścić rannych w tym szpitalu, po chwili jednak Niemcy zmienili rozkaz, żądając od personelu odniesienia rannych do szpitala im. Karola i Marii. Na szczęście lżej ranni pochowali się i pozostali w szpitalu. Odniesieni do szpitala na Leszno zostali wykończeni przez Niemców.

   W szpitalu naszym pozostała grupa dzieci na oddziale piątym. Ponieważ był on na uboczu, Niemcy pominęli go szczęśliwie. Gdy jednak Niemcy podpalili oddział chirurgiczny, w którym leżała jeszcze cześć chorych musieliśmy ich wynosić wbrew woli Niemców, narażając się na śmierć, a oprócz tego trzeba było myśleć o zabezpieczeniu dzieci przed grożącym pożarem budynku, w którym przebywały. Wynosiliśmy je do ogrodu parokrotnie. W końcu zdecydowaliśmy się przenieść je do szpitala na Płocką 26. Gdy jednak próbny patrol sanitarny został ostrzelany, zrezygnowaliśmy z zamiaru i rozmieściliśmy chorych w dwóch grupach w ogrodzie po obydwóch stronach budynków szpitalnych pod ścianami. Grupa dzieci, którą przeniesiono na tzw. górkę, została ostrzelana, przy czym raniono siostrę Bronicką (pielęgniarkę). Kiedy próbowaliśmy zabezpieczyć dzieci przed kulami przez cofniecie ich za murowaną szopę przybiegli Niemcy z automatami krzycząc „Raus! Raus!”. Wobec takiej sytuacji zabraliśmy dzieci na ręce i jedyne nosze, jakimi rozporządzaliśmy wówczas, i eskortowani przez Niemców z automatami wyszliśmy na ulicę, kierując się zgodnie z zaleceniami Niemców do szpitala na ul. Płocką. Po przyjściu pierwszej naszej partii i ułożeniu dzieci dr Gacówna z pielęgniarkami wróciła do szpitala po dzieci pozostałe (mężczyznom zabroniono wychodzić poza teren szpitala).

   W tym samym czasie druga grupa dzieci znalazła się w ciężkiej sytuacji. Niemcy umieścili ciężki karabin maszynowy po drugiej stronie budynku pomiędzy rannymi. Załoga karabinu maszynowego została ostrzelana przez oddziały AK, jednocześnie jednak dwoje dzieci zostało zabitych, a kilkoro rannych. Raniono również pielęgniarkę siostrę Dąbrowską. Pozostałe dzieci przenoszono na ul. Płocką. Zaraz potem Niemcy wysadzili w powietrze cześć budynków szpitalnych, a pod pozostałe podłożyli miny. Patrol pielęgniarski przyniósł jeszcze kilku znalezionych na terenie szpitala chorych, a nawet w następnych dwóch dniach doniesiono jeszcze jedno niemowlę i jedno starsze dziecko. W szpita|u na Płockiej stan był tragiczny. Zastaliśmy tylko jednego lekarza i jedną siostrę Szarytkę. Z ich relacji dowiedzieliśmy się o rzezi, jaka miała miejsce w szpitalu, o śmierci lekarzy i sióstr zakonnych.

   Straszne wrażenie robiły puste łóżka chorych z resztkami pożywienia, pokrwawioną pościelą. Zabrano się do zaprowadzenia względnego porządku w salach i rozpoczęcia pracy. Dzieci umieszczono w dwóch salach, dorosłych chorych i rannych, którzy ocaleli, w innych.

   Zarząd całością szpitala objął dr Woźniewski, personel szpitala im. Karola i Marii zaś podjął pracę szpitalną. W Szpitalu Wolskim zebrała się spora grupa lekarzy: dr Hroboni, Barcikowski, Hagmajer, Chomiczewski, Rogalski, Bogdanowicz, koleżanki: dr Kontrymówna, Kurowska, Gacówna oraz studenci: Boczkowski i Dąbrowski; z pielęgniarek: Moenke, Toporska, Rządkowska, Kilpert, Głuchowska, Gierałtowska, Kalińska, Oziębło, Siekierska, Miziołkówna, Chanecka, Kostrzewska, Fudałowicz, An-druszkiewicz, Branicka, Dąbrowska, Matuszewska, Żebrowska. Ze służby przyszły: Roman, Dobrowolska, Zareka i Kisła.

   Cały ciężar pracy chirurgiczno-lekarskiej spadł na personel Karola i Marii. Własnymi siłami prowadzono chirurgię, internę, a czasem ambulatoryjnie chorych i wreszcie aptekę. Warunki pracy — przy braku światła i wody (przynosiło się wodę wiaderkami ze studni) i fatalnym odżywianiu, musiały być bardzo ciężkie. Niemcy systematycznie wypalali dom za domem. Szpital oświetlały dzień i noc łuny pożarów. Przez dłuższy czas nie wolno było opuszczać sal i wychodzić poza obręb szpitali bez eskorty niemieckiej.

   Stopniowo gromadzili się w szpitalu ludzie cywilni ocaleli z pogromu, a również i ranni żołnierze z bliższych i dalszych okolic. Tak np. 14 sierpnia nadszedł 50-osobowy transport rannych ze Starówki pod opieką pięciu ocalałych sióstr szpitala płk. Radosława. Nieco później przybyli starcy z domu starców.

   Dopiero pod koniec sierpnia doszli do pomocy lekarze ze szpitala Maltańskiego (dr Arciszewski, dr Breyza oraz mgr Głód). Później przybyły inne szpitale i ich personel. Ciągle jednak większość pracy lekarskiej i pielęgniarskiej spadała na barki personelu szpitala im. Karola i Marii. W interesie naszym było zabrać dzieci i personel i wycofać się poza Warszawę. To jednak poderwałoby istnienie ważnej placówki samarytańskiej, jaką stał się Szpital Wolski. Poza tym obecność rannych dzieci w szpitalu chroniła nieraz Szpital Wolski przed represjami i ewentualnymi awanturami wywoływanymi przez pijanych ukraińców, kozaków dońskich czy innych nie umundurowanych zbirów.

    Tak trwał szpital im. Karola i Marii na miejscu „uprzywilejowanego” stanowiska i może z „niesmakiem” patrząc, jak inne zespoły pielęgniarsko-lekarskie wycofywały się skrzętnie na tyły. Po upadku powstania przybył do Szpitala Wolskiego doc. dr Dega z rodziną. Serdecznie ich witali koledzy ze szpitala im. Karola i Marii (wobec pogłosek o śmierci drą Degi zamówiona była msza żałobna, która odbyła się już jako dziękczynna).

   W październiku zapadła decyzja, że trzeba Szpital Wolski ewakuować. Złożyło się na tę decyzję i bombardowanie szpitala z ciężkiej artylerii, i nacisk Niemców grożących wywiezieniem dzieci do Niemiec, i coraz cięższe warunki pracy. Szpital Wolski po porozumieniu się z personelem szpitala im. Karola i Marii postanowił nadal utrzymać łączność i ewakuować się razem. Jedynie część dzieci miała przejść na grunt podwarszawski. Dzieci te w towarzystwie czterech pielęgniarek i dra Domańskiego i Bogdanowicza wyjechały do Podkowy Leśnej. Tu jednak nie zastały oczekiwanego lokalu i przejściowo zostały przyjęte do domu im. ks. Boduena w Milanówku.

   Tymczasem dyrekcja Szpitala Wolskiego zmieniła zdanie i odmówiła przyjęcia Szpitala dziecięcego do swych placówek. Sprawa umieszczenia szpitala dziecięcego stała się bardzo przykrą i ciężką. Znaleziono wreszcie punkt zaczepienia pod Piotrkowem we Włodzimierzowie. Licząc się z koniecznością opuszczenia Woli, personel szpitala rozpoczął w październiku gwałtowne zbieranie materiału szpitalnego dla utrzymania egzystencji samodzielnej placówki. Lekarze i pielęgniarki ręcznymi wózkami przewozili ocalałe rzeczy z Leszna na Płocką, sami ładując i rozpakowując bagaże. Często zdarzały się bardzo niebezpieczne starcia z Niemcami patrzącymi raz obojętnie na wywożenie materiału, to znowu grożącymi rozstrzeliwaniem. Wreszcie w ulewną noc 19.X dwie grupy dzieci: jedna z Milanówka, druga z Woli (ta ostatnia cudem uzyskawszy wozy przewozowe od Niemców) załadowały się do wagonów. Cały sprzęt szpitalny został złożony siłami personelu lekarskiego i pielęgniarskiego. J tak wyruszono w drogę. Wieziono razem około 70 rannych głównie dzieci, 8 wagonów towarowych sprzętu i sporo osób przygodnych dla bezpiecznego wyruszenia z Warszawy. Tak skończył się drugi etap „frontowy” pracy szpitala im. Karola i Marii.

   Trudno ustalić rozmiary pracy w tym czasie, ilość wykonanych zabiegów, udzielonych porad, noszenia rannych i zdobywania lekarstw – nie wyłączając pomocy udzielonej ludności po drodze i w kościele na Woli. Trzeba też było znaleźć stałą posługę do sprzątania pomieszczenia szpitala i przejścia na bezpieczne „tyły”.

    20 października w nocy zjechały do Piotrkowa obydwa transporty szpitalne. Po porozumieniu się z kolejarzami polskimi, przy ich serdecznej pomocy, udało się przeciągnąć wagony pod tor kolejki sulejowskiej, gdzie zarząd kolejki przyznał oddzielny pociąg towarowo-osobowy na przewóz do stacji Przygłów. Mimo zmęczenia 36-go-dzinną drogą w wagonach towarowych, przemoczenia deszczem i zmarznięcia, dzięki chętnej pomocy kolejarzy z kolejki sulejowskiej przeładowaliśmy osiem wagonów dużej kolei do wagoników kolejki i na szczęście przy pięknej pogodzie dojechaliśmy do Przygłowa.

   Już z chwilą przyjazdu do Piotrkowa ludność miejscowa przyniosła nam chleb, masło, mleko, dżem, tak że można było nakarmić rannych i chorych (większość były to dzieci). Przyjechaliśmy do Przygłowa po południu. Dzięki pomocy gospodarzy z okolicznych wsi (Przygłowa i Włodzimierzowa) przeładowaliśmy rannych i sprzęt szpitalny na wozy (trwało to półtora dnia) i przewieźliśmy do przeznaczonego dla nas budynku.

Jan Bogdanowicz

Źródło

Materiał przekazany przez córkę prof Jana Bogdanowicza - Panią Marię Bogdanowicz-Owczarską