W Powstaniu:

Obwód V Mokotów, filia szpitala ss. Elżbietanek ul. Malczewskiego 16 lub 18

FRAGMENT WSPOMNIEŃ Z POWSTANIA WARSZAWSKIEGO.

Rano 5 sierpnia matka prowincjalna ogłosiła, że część z nas ma pójść do szpitala Sióstr Elżbietanek przy ulicy Goszczyńskiego do pomocy. Dopiero później dowiedziałyśmy się, o co chodziło: mała willa, w której mieściłyśmy się razem z innymi uciekinierami, miała być w razie ataku ze strony Niemców niebroniona. Chodziło zatem o przygotowanie jakiegoś punktu zaczepnego w obrębie „kwadratu mokotowskiego”, bo na Puławskiej 107 żyłyśmy w wielkiej ciasnocie, a w szpitalu każda para rąk przydatnych do pracy była mile widziana.’ Zabrałyśmy więc trochę naszych najpotrzebniejszych rzeczy i kryjąc się w krzakach ogrodowych zaczęłyśmy bieg. Trzeba się było zatrzymać, nabrać rozpędu i przebiec. Jakkolwiek chodziło o przejście dwu ulic, trzeba było dużego szczęścia, by dotrzeć do szpitala w jednym z domów, bowiem na Puławskiej siedział zadekowany Niemiec i strzelał. Kule z karabinu maszynowego gwizdały wzdłuż ulicy… Udało nam się jednak przemknąć za granicę „kwadratu mokotowskiego”.

Wejście od ulicy Malczewskiego było zamknięte barykadą. Na rogu przed barykadą stał chłopczyna w berecie i z opaską na ręce, ostrzegając z fantazją:

— Uwaga, obstrzał, przejść nie można. — Albo przeciwnie:

— Proszę przechodzić, ale szybko!

W wąskim przejściu między barykadą a murem kamienicy siedziało ich kilku i legitymowali, sprawdzając papiery j. pokazywali drogę:

— Tu są miny, proszę ścieżką w lewo…

Poza barykadą rozpoczynał się tak zwany „kwadrat mokotowski”, będący właściwie jednym wielkim obozem wojskowym. Po ulicach przemykali gęsiego chłopcy w granatowych kombinezonach i dziewczęta z opaskami na ramieniu. Przed willami stały warty. Świeciło słońce, cudowna sierpniowa pogoda, prześwietlona zieleń ogrodów mokotowskich, wśród których bieliły się wille jeszcze nie zniszczone.

W szpitalu praca wrzała jak w ulu. W suterenach, na parterze i na pierwszym piętrze, w pokojach i na korytarzach stały natłoczone łóżka z rannymi — w salach operacyjnych bez przerwy odbywały się opatrunki i operacje. Siostry elżbietanki i legion młodziutkich dziewcząt w białych fartuszkach i z opaskami na ramionach przesuwał się bezszelestnie między łóżkami. Ale ewakuowano na gwałt drugie i trzecie piętro, bo zaczynały walić działa, a i samoloty coraz częściej przelatywały nad miastem, nie rzucając wprawdzie jeszcze bomb na naszą dzielnicę. Tymczasem rannych przybywało. Wówczas dowództwo szpitala postanowiło otworzyć pawilony w willach opustoszałych na ulicy Malczewskiego. Zaproponowano nam, byśmy się zajęły organizacją jednego z tych pawilonów — i choć nigdy nie ‘miałam do czynienia z chorymi, wciągnięto i mnie w tę pracę.

Ściągnięto trochę łóżek, przywieziono furę słomy i zaczęło się napy-chanie sienników, które ułożono pokotem w salach willi i w miarę jak przybywało chorych, zapełniały się sale parteru i pierwszego piętra. Nasz pawilon dostał swoją lekarkę, pełną bezgranicznego poświęcenia i energii, więc nie upłynęło kilka dni, a praca była już zorganizowana.

W pokoju narożnym w łóżkach położyłyśmy wojskowych. Był wśród nich jeden starszy pułkownik, zawodowy oficer o siwej czuprynie i dobrych ojcowskich oczach — a reszta sami „chłopcy” od siedemnastu do dwudziestu lat. Nie znaliśmy ich nazwisk.  Wszyscy mieli zawadiackie pseudonimy, wszyscy byli lżej ranni (ciężej rannych kierowano do głównego budynku szpitalnego), wszyscy mieli doskonałe humory, pewność zwycięstwa w duszach i wszyscy wyrywali się z powrotem ‘do walki. Gdy tylko nie było siostry na sali, bractwo uciekało z łóżek i kusztykając składało sobie wizyty. Trzeba było ich pilnować jak dzieci w pensjonacie, zapędzać wieczorem do spania, a rano do mycia i porządków. Najmłodszy wyglądał może na czternaście lat, miał jasną czuprynę, niebieskie oczy dziewczynki i płakał, trzeba go było pocieszać jak dziecko. „I, kiedy moja mama została na Pradze, i nie wiem, co się z nią dzieje.” Nie wstydził się wcale łez, a sanitariuszki pocieszały go kostkami cukru. To była sala wojskowa. Tymczasem do dużej sali obok zaczęto przynosić poparzonych cywilów, a przynoszono ich coraz więcej. Z przerażeniem patrzyłyśmy na nosze, na których leżały na wpół zwęglone postacie ludzkie, małe dzieci o twarzyczkach czarnych, ropiejących, opuchłych. Okazało się, że Niemcy zdobywszy jakąś ulicę, spędzali ludność do podminowanych schronów lub też zamykali w piwnicach i obrzucali granatami. Niektórzy tacy nieszczęśliwcy leżeli po kilka dni sami, ranni, wśród gruzów, nim znalazł ich patrol sanitarny i nim nie przyniesiono  ich pod obstrzałem do szpitala.

Wkrótce zabrakło łóżek. Kładliśmy rannych pokotem na siennikach, najpierw w jednej sali, potem w drugiej, wkrótce na korytarzu i hallu. Brakowało oczywiście koców, bielizny pościelowej. Wprawdzie starałyśmy się sienniki przykryć bodaj prześcieradłem, ale oparzeliny ropiały tak straszliwie, że prześcieradła były już po kilku godzinach zalane, a o zmianie mowy nie było. Niektórzy chorzy byli nieprzytomni, robactwo rzuciło się błyskawicznie w tej ciasnocie, a my patrzyłyśmy bezradne na to wszystko, bo utrzymanie jakiego takiego porządku było nieziszczalnym marzeniem.

Sierpień był upalny i gorący. Z jednej strony było to opatrznościowe, bo nie mieliśmy czym chorych przykryć, leżeli więc przeważnie pod swymi płaszczami, z drugiej strony jednak wobec tej sytuacji na sali panował nieznośny zaduch i obawiałyśmy się epidemii.

Nas same wkrótce obeszło robactwo. Pani doktor pracowała bez przerwy, dokonując lżejszych zabiegów, przykładając maść na oparzeliny. Rano i wieczór chodziłam po salach i odmawialiśmy z chorymi pacierz. Była to uroczysta chwila, uciszali’ się wszyscy i modliliśmy się wspólnie o opiekę Bożą nad najbliższymi, o których nikt nic nie wiedział, za zmarłych kolegów. Było coś niezapomnianego w tej modlitwie. Byliśmy wszyscy na skraju śmierci. Przez okna widziało się łuny i słupy dymu, na siennikach leżeli ludzie, którzy już śmierci spojrzeli w oczy. Tak kończył się dzień w pawilonie. Czasem gdy było jakoś spokojniej, przychodzili zdrowsi rekonwalescenci i śpiewaliśmy piosenki powstańcze: Deszcz – jesienny czy Hej chłopcy.

W niedzielę wszyscy lżej ranni, personel szpitalny i całe wojsko „kwadratu mokotowskiego” szło w ordynku do kaplicy Sióstr Elżbietanek, gdzie ksiądz Zieją miał mszę świętą i kazanie. Ksiądz Zieją chodził w kombinezonie i berecie jak chłopcy, kopał rowy jak chłopcy, ale był od nich o głowę wyższy, chudy. I znowu było coś przejmującego w widoku tej kaplicy wypełnionej szeregami młodych, w widoku tych biało czerwonych- opasek, w widoku tego jednomyślnego, szaleńczego zrywu, w widoku księdza Ziei płomiennie przemawiającego do natłoczonej kaplicy, który zaraz w drugą niedzielę mszy świętej nie odprawił, ale przyszedł na kazanie o kulach, w pasiaku szpitalnym, na który zarzucił tylko stułę.

Tymczasem robiło się coraz goręcej. Samoloty, które na początku tylko nas obserwowały, teraz zaczęły bombardować. Przez szklane ściany w tych małych, jakby z kart skleconych willach widziałyśmy nadlatujące eskadry bez żadnej możliwości schowania się. Chorych, zwłaszcza tych poparzonych przez granaty ręczne, a zatem już zszokowanych, ogarniała panika. A ja nadrabiałam miną i zaczynałam modlitwę.

Z żywnością było coraz gorzej. Serca nam się krajały na myśl, że chorzy, a szczególnie chłopcy są głodni, teraz, kiedy właśnie potrzebowali intensywniejszej kuracji. Nawet chleba czarnego wydzielano skąpo. Obiad dla chorych nosiłyśmy w kotłach z głównego gmachu poprzez wielki wyrąb w murze oddzielającym willę od ogrodu szpitalnego. Ale coraz częściej trzeba było długo czekać na chwilę ciszy, na uspokojenie się obstrzału, a i tak kilka razy granat upadł tuż przy nas, obsypując nas ziemią — na szczęście nie wybuchł.

Gdzieś około 5 sierpnia pierwszy pocisk uderzył w trzecie piętro szpitalnego gmachu. Nie wiedzieliśmy wówczas, ile dywizji ściągnęli Niemcy na Warszawę, ani o tym, że ciężkie działa na platformie pociągu pancernego mogły wciąż zmieniać swoje pozycje. Od tej chwili strzelanina wzmogła się gwałtownie i rosła z dniem każdym. Wyższe piętra były już podziurawione jak rzeszoto, poszczególne pociski lizały niższe piętra, potem nawet pawilony ucierpiały.

28 sierpnia od rana nasz szpital był centrum obstrzału niemieckiego, po każdym wybuchu tworzyły się białe chmury gryzącego dymu. Stało się jasne, że Niemcy ostrzeliwują naszą dzielnicę i właśnie szpital. Sanitariuszki dokonywały cudów — wpadały ciągle na drugie piętro po klatce schodowej oszklonej na wylot, po której latały teraz odłamki szkła. Wreszcie wszyscy byli już teraz w nabitej po brzegi piwnicy. Tymczasem pocisk uderzył w nasz dom. Ściany zatrzęsły się, a w piwnicy wszystkie drzwiczki od przewodów kominowych otworzyły się z hukiem i buchnęła na nas sadza. Gryzący dym napełnił całą piwnicę i zrobiło się zupełnie czarno. Wszędzie panował zamęt nie do opisania, ranni zalegali wszystkie kąty w głównych korytarzach i salach parteru. W czasie ostatniego obstrzału zawaliła się część gmachu aż do suteren włącznie i teraz wydobywano spod gruzów zmiażdżone szczątki rannych i pielęgniarek. Okazało się, że podczas tego obstrzału jedna z naszych sióstr (urszulanka) przechodziła z jednej willi do drugiej i trafił ją duży odłamek granatu i poranił. Na pół przytomna leżała prawdopodobnie podczas całego obstrzału, aż ją znaleziono i wzięto do głównego gmachu. Dwie inne siostry były zasypane w piwnicy, skąd je dzięki szybkiej pomocy saperów wydobyto. To był najokropniejszy moment podczas całego tam pobytu. Widok zawalonych pawilonów, rozbitego szpitala spadł na nas jak zmora. Płakałam jak dziecko… Pobiegłam na Puławską, gdzie również dom był w gruzach. Jeszcze raz odbyłam krzyżową drogę do szpitala. Późnym wieczorem, gdy armaty uspokoiły się zupełnie, razem z naszą łączniczką poszłam do szpitala po lekarstwa dla rannej siostry. Noc była zupełnie czarna, tylko łuny pożarów świeciły z daleka. Przed samym szpitalem był ogromny lej od bomby. Górne piętra szpitala paliły się, gmach był częściowo zawalony, przedstawiał obraz zupełnej ruiny. W suterenach zalanych wodą spotkałyśmy kilka sióstr i lekarzy, którzy nam powiedzieli, że ranni zostali ewakuowani do sióstr misjonarek, mniejszymi grupami po różnych punktach.

Ciężar jakby trochę zelżał…

Maszynopis, oryginał, 1946, IH PAN.

Źródło

Ludnośc cywilna w Powstaniu Warszawskim PIW 1973