W Powstaniu:

Dzik - 12 kom. Ratusz St.Miasto do 2.09.

Powrót

Dwukołowy wózek z prowiantem dla kilkudziesięcioosobowej grupy naszej eskorty, ciągniony przez całą drogę przez nasze kobiety stoi opróżniony. Dokoła sterta porozrzucanych niemieckich mundurów wojskowych. Sytuacja jest jasna. Nasi opiekunowie uciekli przebrani w cywilne ubrania. Halina, Hanka, Maryńcia, Wala i ja postanawiamy jak najszybciej oderwać się od grupy. Nie czujemy zmęczenia. Trzeba zorientować się w miejscu naszego położenia. Maszerując szosą, niemal biegiem dochodzimy do ogromnej rozrządowej stacji kolejowej pod Perkunem. Penetrujemy kolejowe wagony towarowe bez wątpienia opuszczone w pośpiechu przez wojsko. W żelaznym piecyku żarzący się jeszcze węgiel. Są naczynia, wiadra, miednica, prycze, stołki. Zebrałyśmy trochę prowiantów. Suszony bigos i płatki ziemniaczane gotują się już na obiad. W sąsiednim wagonie grzejemy wodę do mycia. Co za radość. Gorący obiad, możliwość umycia się w ciepłej wodzie. Szczęście nie do opowiedzenia. Hanka z Maryńcią poszły na dalszy rekonesans. Wracają roześmiane niosąc dla każdej kupon około 3 m szarego wojskowego sukna. “Można było wziąć całą belę” -, mówi Hanka – “opodal stoją pełne wagony, ludzie wynoszą po 2-3 bele, ale która z nas by to dźwigała. A kupony przydadzą się. Po drodze w wioskach będziemy zamieniać je na żywność”. Już się wszystkie najadły, umyły, tylko ja jako ostatnia w kolejce do mycia siedzę z nogami w miednicy, kończąc przepyszny obiad. Nagle niesamowity huk dział artyleryjskich. Grad rozpryskujących się odłamków wali w ściany wagonu. Kurz, dym, błyski ognia. Zostawiając całe zgromadzone tu bogactwo uciekamy w wielkim popłochu chyłkiem pod wagonami kolejowymi. Biegniemy pochylone rowem wzdłuż szosy usłanej wszelkim dobrem, fruwają futra i lisy, leżą porzucone wózki dziecięce, a nade wszystko wiją się jak wstęgi porzucone bele sukna tworząc szaro-niebieskie kobierce. Na skraju szosy tuż przed masywem lasu stoi domostwo. Wśród niesamowitego huku i rozpryskujących się odłamków wbiegamy na podwórze i dalej do środka budynku. Dom wypełniony niemieckimi kobietami z dziećmi. Stary gospodarz usiłuje nas wepchnąć do piwnicy. “Ach ty dziadzie, jeszcze wam mało”, woła Halina po niemiecku – “uspokój się bo za chwilę sam tam wylądujesz”. Buńczuczna, zdecydowana postawa Haliny najwyraźniej wystraszyła starca. Cofnął się do izby i mrucząc coś pod nosem zamknął drzwi. Zostałyśmy w sieni same. Halina nie mogąc opanować wzburzenia woła: “Ach ty szkopie, jeszcze teraz w ostatniej chwili waszego istnienia stawiasz się”. Stary przez zamknięte drzwi rzucał przekleństwami. “Milcz!” – woła Halina – “bo tu zaraz będzie koniec z tobą”. Ta spokojna, zawsze opanowana, kulturalna Halina, wprawiła nas w zdumienie. W całym tym chaosie zgubiła się Maryńcia. Nie mogłyśmy zrozumieć, jak się to stało. Przecież razem z nami wbiegła na podwórze. Jak tylko trochę ucichło, kilkakrotnie obeszłyśmy całe obejście wołając “Maryńcia, Maryńcia”. Pobiegłyśmy do pobliskiego lasu i znowu wołamy. Bezskutecznie. Zniknęła bez śladu. Zmartwione i smutne poszłyśmy dalej szosą’ wzdłuż lasu, aby po kilku metrach natknąć się znowu na linię frontu. Pod lasem na długości około 200 metrów bateria ciężkich dział artyleryjskich. Kucnąwszy w rowie zastanawiamy się co tu począć. Strach wejść do lasu. Z przeciwległej strony biją działa właśnie w tę stronę. Po dłuższej chwili zauważyłyśmy jakąś rytmiczność bijących dział. Zaczęłyśmy liczyć odmierzając w ten sposób czas między salwami. Szybka decyzja i wykorzystując przerwę przebiegłyśmy galopem przed działami stojącymi pod lasem. Odsapnęłyśmy w rowie i teraz już spokojnie wędrujemy dalej. Na horyzoncie widać wioskę. Po lewej stronie drogi ogromna cegielnia, a wokół niej tysiące koczujących grupkami ludzi. Wielkie międzynarodowe obozowisko wczorajszych więźniów z różnych obozów. Atmosfera ogromnej radości i życzliwości unosiła się nad kilku hektarowym polem wokół cegielni. Tysiące małych ognisk. Unosząca się woń przygotowywanych w puszkach po konserwach posiłków drażni podniebienie. Z trudem zbieramy drobne patyczki, aby rozpalić własne ognisko. Wszystko wyzbierane. Ze wszystkich stron zapraszają do udziału w sjeście. Jedni częstują mlekiem w proszku, inni kaszką, jeszcze inni smakowitą wydzielającą kuszącą woń gorącą konserwą. Radosna, wzruszająca atmosfera powszechnej życzliwości, uczucie upragnionej wolności wyciska z oczu łzy. Późnym wieczorem gasną powoli ogniska. Układamy się do snu blisko szosy, dalej nie ma już skrawka wolnego miejsca. Obudzone wśród nocy słyszymy tętent galopującego konia. W ułamku sekundy podrywa się gromada mężczyzn wybiega na szosę i wśród ogromnej radosnej wrzawy dosłownie podrzuca w górę konia z jeźdźcem przenoszącym nam teraz już prawdziwą upragnioną wolność. Rozpalono ogromne ognisko. Po długo trwających owacjach oficer radziecki mógł wreszcie opowiedzieć nam o sytuacji na froncie. Noc upłynęła przy ognisku wśród radosnego śpiewu i spontanicznej radości. W odległości 8 km na zachód znajdowały się już wojska alianckie. Trzeba podjąć decyzję co dalej? Jednogłośnie zdecydowałyśmy maszerować na wschód ku Warszawie. Dwóch mężczyzn z koczującej obok .nas grupy, byłych więźniów z Dachau, proponuje wspólny powrót. Jestem już tylko z Halmą. Reszta rozproszyła się w ogólnym zamęcie. Dołączyła do nas Krystyna i Lilka, której spieszno do pozostawionej we Włochach maleńkiej córeczki. Chłopcy błyskawicznie zorganizowali bryczkę z parą koni. Dziesiątki rąk uczepionych bryczki uniemożliwiało ruszenie z miejsca. Janek i Paweł obiecują przyprowadzić jakiś drugi wóz. W chwilę potem zajechali dużym długim wozem na ogumionych kołach z parą koni oddając go do dyspozycji oczekujących kobiet. Ruszyliśmy w trwającą miesiąc drogę powrotną do kraju. Był 3 maja 1945 roku. Droga do kraju nie była usłana różami. Nie mieliśmy wprawdzie kłopotów z wyżywieniem, zawsze coś się znalazło w opuszczonych domostwach. Nie mieliśmy przecież wielkich wymagań. Najgorsze były jednak noce, ciągłe ukrywanie się, strach by nas nie wykryto. Krzyki, jęki gwałconych kobiet, to był jeden wielki koszmar zakłócający radość wolności. Mijając wioski l osiedla spotkaliśmy dużą kolumnę oficerów polskich powracających z oflagu. Miła niespodzianka. Jedyną kobietą w tej dużej grupie oficerów była moja koleżanka szkolna, aresztowana przez Niemców około 1,5 roku przed powstaniem. Odtąd nic o niej nie wiedziałam. Byłyśmy bardzo rade z tego spotkania. Odcięte w obozie od cywilizowanego świata, nic nie wiedziałyśmy, co się w świecie dzieje. Z wielkim więc zainteresowaniem chłonęłyśmy wiadomości dotyczące sytuacji politycznej Europy i świata, a szczególnie sytuacji politycznej w kraju. Oni pierwsi poinformowali nas o stosunku nowych władz polskich do Armii Krajowej i jej żołnierzy. Przykre to wiadomości, ale jakże ważne. Po dwutygodniowej wędrówce okazało się, że bryczka jest zbyt delikatnym I środkiem lokomocji na tak długą podróż. Zepsuła się w szczerym polu. Janek Paweł udali się do pobliskiej wioski po jakiś inny wóz. Siedziałyśmy przy polnej drodze same, cztery młode kobiety. Nagle nie wiadomo skąd zjawił się żołnierz radziecki. Ogarnął nas ogromny strach. Skończyło się na rabunku. Zabrał nasze tobołki znikając tak szybko, jak się pojawił. Bałyśmy się interweniować. I tak szczęście, mogło być znacznie gorzej. Znowu nie mamy nic. Została poduszka i pierzyna. Żal nam tylko pamiątek obozowych, szczególnie. rysunków Hanki i małej choinki z kabli. Po prawie trzech tygodniach dobrnęłyśmy do Szczecina. Przed wjazdem do miasta długi korowód furmanek oczekujących na przejazd przez most. Czemu nas nie puszczono trudno odgadnąć. Stałyśmy tak caluśki dzień. Po wielu interwencjach i prośbach dopiero pod wieczór przepuszczono nas. Jednak warunkiem wjazdu do miasta było zabranie na wóz bardzo starej kobiety, która jak się potem okaże, była dla nas ogromnym utrapieniem. Nie można było porozumieć się z nią w żadnym ze znanych nam języków. Nie reagowała na niemiecki, angielski, francuski, czeski ani ukraiński. Bełkotała coś jakimś gardłowym głosem w nieznanym nam żargonie. Miasto wydało się zniszczone doszczętnie. Pustka kompletna. Mijamy kikuty wypalonych lub zburzonych domów. Meldujemy się w jakimś tworzącym się urzędzie. Pod żadnym pozorem nie radzą wyjeżdżać z miasta do rana. Rozboje, rabunki i gwałty, ogromne niebezpieczeństwo. Radzą ukryć się jeszcze przed zmierzchem w jakimś domu. Wskazują kierunek, gdzie możemy znaleźć coś nie wypalonego. Nie zapuszczać się w głąb miasta, ostrzegają. Rano szybko wyjeżdżać, jest tu jeszcze sporo ukrywających się często uzbrojonych Niemców. Niebezpiecznie. Oczywiście korzystamy z udzielonych rad. Wjeżdżamy w jakieś podwórze. Jest garaż, pełno beczek po śledziach. W głębi ocalała kamienica. Szybko chwytamy z najbliższego mieszkania materace i pościel, układamy na betonie w garażu, zabieramy jeszcze wiadro. Chłopcy zamykają wrota i barykadują je zastawiając do góry beczkami. Sami zostają na wozie na podwórzu. Teraz zaczyna się dramat z babcią. Zaczyna jęczeć i krzyczeć. Nie wiemy, o co jej chodzi. Błagamy, żeby się uspokoiła, dopytujemy na migi czy może ją coś boli, pokazujemy krople, podajemy coś do zjedzenia, picia, wiadro, może chce siusiu. Nie, wszystko odrzuca i krzyczy. Same wystraszone, żeby hałas nie wydostał się na zewnątrz gestykulując już wściekłe, pokazujemy, że jak się nie uspokoi to ją udusimy. Nie pomaga. Nakrywamy ją z głową pierzyną przytrzymując ze wszystkich stron. Poskutkowało. Całą noc na zmianę czuwałyśmy. Rano chłopcy odsunęli beczki. Zostawiliśmy babcię i ruszyliśmy w drogę. Odra. Bunkry, zasieki, rowy. Cisza i pustka. Prawdziwy obraz po bitwie. Wydaje się, jakby dopiero co ucichły działa. Czekamy na przeprawę na drugą stronę. Palimy ognisko, szykujemy strawę. Brzegiem rzeki podąża w naszą stronę mały chłopiec w wojskowym mundurze. To Wania, ma 11 lat. Jest na razie powściągliwy, ostrożny, ale dobrze zorientowany. Przeprawa odbywa się po południu, informuje nas. Zapraszamy go na posiłek. Wypytujemy, co tu robi? Skąd się tu wziął? Opowiedział nam swoje dzieje. Matkę i rodzeństwo zabili Niemcy na jego oczach. Został sam. Ojciec był na froncie. Postanowił go odnaleźć. Dołączył do Armii Radzieckiej. Tam go przeszkolono, uszyto mundur i płaszcz wojskowy. Był zrzutkiem spadochronowym. Opowiadał o Krakowie i okolicy. Zrzucono go tam jako zwiadowcę. Nie był to jedyny jego skok. Słuchamy nie dowierzając. Ojciec zginął, a on przeszedł cały szlak bojowy, aż tu nad Odrę. Teraz chce wracać do Moskwy. Marzy o ukończeniu Wyższej Szkoły Wojennej. Kiedy dowiedział się, że wracamy do Warszawy, zapytał, czy może do nas dołączyć. Szybko zaprzyjaźnił się z nami. Wanię pożegnaliśmy na dworcu Zachodnim w Warszawie, życząc mu spełnienia jego marzeń. Zasłuchani w opowiadania Wani, teraz dopiero co spostrzegliśmy, że brzeg Odry zapełnił się wieloma wozami z ludźmi wracającymi jak my do kraju. Późnym popołudniem spięto pontony. Jesteśmy już na drugim brzegu. W parę minut później, kazano mimo ogólnych protestów zjechać wszystkim wozom na lewą stronę drogi na rozległą łąkę. Zjawiło się czterech oficerów radzieckich. “Wyprzęgać konie i puścić na łąkę” – padło polecenie. Zaczęto tłumaczyć, że wracamy z obozów, jesteśmy chorzy. Chcemy jak najszybciej wrócić do swoich rodzin, domów.” Nie dyskutować! Wykonać!” Rozpuszczono konie. Oficerowie odeszli do pobliskiego domu. Zdruzgotani posiadaliśmy każdy przy swoim wozie przewidując najgorsze. Po kilkunastu minutach znowu zjawili się oficerowie w towarzystwie żołnierzy wydając dyspozycje. Każdy mężczyzna ma złapać czwórkę koni. Zaprzęgnąć do wozu, odprowadzić do najbliższej stacji kolejowej i załadować do wagonów. Kobiety zostają. Mężczyźni wrócą po wykonaniu zadania. Na łące obok naszych, biegało spore stado rozbrykanych koni. Większość mężczyzn to ludzie z miasta, nie bardzo potrafili poradzić sobie ze złapaniem, a jeszcze gorzej z zaprzęgiem czwórki koni. Zostałyśmy wystraszone, pogrążone w czarnej rozpaczy, same kobiety i kilkoro dzieci. Zapadł już zmierzch, kiedy zjawił się Janek. Nie potrafił radzić sobie z końmi. Kazali mu wracać. Było już ciemno, jak wrócił Paweł i jeden starszy mężczyzna. .Noc spędziliśmy w wielkim strachu, zbici w gromadkę pod wozem. Rano pobudka. Okazało się, że poza Jankiem i Pawłem nie było żadnego mężczyzny. Wyraźnie zaskoczeni tym faktem oficerowie udali się do budynku, polecając nam czekać na dalsze dyspozycje. Nie czekając na dalszy bieg wypadków podjęliśmy ucieczkę. Biegnąc na przełaj dobrnęliśmy do szosy. Krótki odpoczynek w rowie i marsz dalej. Próbujemy zatrzymać mijające nas samochody wojskowe. Nie reagują. Nareszcie jeden stanął. Pytamy dokąd jedzie? Czy mógłby nas zabrać? Chętnie, ale on zaraz skręca do bazy. Trudno, czekamy na następny. Stanął. Znowu to samo pytanie, zresztą wszystko jedno, byle na wschód. Siadajcie, tylko szybko. Pierwszy wskoczył Wania, Janek i Paweł pomagają nam wdrapać się na platformę ciężarówki. Janek wskakuje dosłownie już w biegu, Paweł nie zdążył. Wołamy do kierowcy, żeby się zatrzymał, ale ten śmiejąc się dodał gazu. Jest nam bardzo smutno. Paweł został sam na szosie. Taki szmat drogi przebyliśmy razem. Widać zbliżające się duże miasto: Stukamy w szybę szoferki dając znaki, że chcemy wysiąść. Kierowca śmieje się dodając gazu. Mijamy puste ulice. Zaczynamy strasznie krzyczeć. Regulujący ruch na skrzyżowaniu ulic milicjant, jeszcze w cywilu, zatrzymuje samochód. Wysiadamy. Dziękujemy milicjantowi. Jesteśmy w Starogrodzie (obecnie Stargard Szczeciński). Meldujemy się w Urzędzie Miasta. Proponują nam pracę, mieszkanie. Bardzo zachęcają. Są mili, uprzejmi, nawet serdeczni. Dziękujemy. Chcemy wracać do Warszawy. Dostajemy przepustkę uprawniającą do bezpłatnego przejazdu pociągiem do Warszawy z pieczęcią i podpisem Pełnomocnika na Obwód Starogród z datą 29 maja 1945 r. Jeszcze kierują nas do KOS-u po chleb na drogę. Chętnie korzystamy, ponieważ od dwóch miesięcy nie widziałyśmy chleba. Jest późne popołudnie, pytamy spotkanego na ulicy kolejarza o drogę na dworzec. Wskazując nam drogę uprzedza jednocześnie, że nie wiadomo kiedy będzie pociąg, nie ma jeszcze żadnych rozkładów. Pociąg odjeżdża stąd co parę dni. Kiedy teraz będzie nie wiadomo. Serdecznie zaprasza nas do swego domu. “Mieszkam z żoną, miejsca jest dość” – mówi – “ona się ucieszy, nakarmi czym chata bogata, wy odpoczniecie, nie ma co się spieszyć. Przy dworcu tłum ludzi koczuje po parę dni, dzień i noc oczekując na pociąg. W nocy jest zimno. Chodźcie do mnie”, zaprasza serdecznie. Ale nam spieszno do Warszawy. Dziękujemy więc równie serdecznie i kierujemy się na dworzec. Starszy, przemiły Pan, widocznie zawiedziony radzi nie oddalać się od dworca. Wieczorem tu bardzo niebezpiecznie. Nie należy pokazywać się na ulicy. “Bardzo żałuję, że nie chcecie skorzystać z gościny w moim domu. Życzę wam pomyślnej drogi”, rzuca na pożegnanie. Koło dworca rzeczywiście chyba parę tysięcy ludzi koczujących nie tylko na chodnikach, ale i na jezdni. Wszyscy obładowani tobołami. Widzimy znajome twarze kobiet z naszego obozu, też obładowane. Pytamy jak długo czekają. Średnio 3-4 dni, ale są i tacy, co już od tygodnia siedzą. Nie zabrali się na pociąg, który ostatnio stąd odjechał. Małe składy, narzekają.” Pewno i nam przyjdzie tu odsiedzieć swoje” – mówi Halina – “choć jesteśmy w lepszej sytuacji, bo nie mamy żadnych bagaży. Ale to już i tak bliżej końca. Nie załamujmy się” – powiada”. “Nie jesteśmy załamani. To naprawdę koniec naszej biedy” – mówi Janek i proponuje zjeść kolację. Mamy przecież chleb. Noc spędziliśmy w mocno zniszczonym domu naprzeciw dworca. Świst pociągu parokrotnie podrywał nas na nogi. Ale to tylko pociągi przelotowe. O świcie ugotowałyśmy kawę, zjedliśmy śniadanie i poszliśmy pod dworzec ustawiając się przy furtce prowadzącej na peron. U wejścia do niewielkiego budynku kolejowego stało dwóch młodych mężczyzn. Zagadujemy ich pytaniem, kiedy można spodziewać się pociągu w kierunku Warszawy? “Może dziś, może jutro, a może za tydzień” – odpowiada jeden z nich i podchodzi do furtki. Po dłuższej pogawędce, wypytywane skąd wracamy, wśród dowcipów o naszej niezaradności, wyśmianiu nas, że wracamy do domu z pustymi rękami, ledwie wykrztusiłyśmy nasze obawy, co do możliwości dostania się do pociągu wobec tego tłumu. Ku naszej niezmiernej radości, nasz rozmówca oświadczył, że ponieważ wracamy z obozu i na dodatek bez żadnych tobołów w odróżnieniu do całego tego tłumu, on nam ułatwi dostanie się do pociągu. Jak przybędzie pociąg najpierw wpuści nas, tą oto furtką, umieści w pociągu, a potem ponownie ją otworzy i wpuści ten tłum. “Możecie być spokojni, ja wam to obiecuję”. Dziękujemy serdecznie jak tylko potrafimy, spokojne i szczęśliwe oczekujemy nadejścia pociągu. Minęło kilka godzin. Dochodzi godzina ósma, nasz dobroczyńca kończy służbę, a pociągu nie ma. Ujawniamy nasz smutek. “Nie martwcie się, pociesza nas. Przekażę was koledze, który mnie zmieni, to fajny chłop, on się wami zaopiekuje”. I tak się stało. Koło południa nadjechał pociąg. Tłum się poderwał, ale my byłyśmy już za furtką. Młody człowiek ulokował nas na platformie wagonu i poszedł otworzyć furtkę. Ale na tym nie koniec. Pociąg był już po brzegi wypełniony. Nasz dobroczyńca biega. nerwowo po peronie. Machamy mu na pożegnanie. A on zauważywszy nas woła – “Wychodźcie, was właśnie szukam”. I co się okazuje. Dowiedział się, że ten wagon i następne będą na trasie odczepione. Wiadomo, że oznaczało to stanie w polu lub gdzieś na bocznicy nie wiadomo jak długo, czasem nawet i tydzień. Ponieważ nie było mowy o wejściu do któregokolwiek wagonu otworzył osobowy wagon wojskowy. “Chłopcy zróbcie miejsce tym kobietom, one wracają z obozu, zaopiekujcie się nimi”. I tak dzięki nieznanemu nam młodemu człowiekowi, a właściwie dwóm, rozpoczął się ostatni etap naszej podróży do Warszawy. Miałyśmy dużo szczęścia. W Poznaniu pożegnałyśmy Janka. Jechał do matki do Bydgoszczy. Często potem pisywaliśmy do siebie. Jego listy były smutne. Ciężko chorował. Po paru miesiącach dostałam list od jego matki z wiadomością, że zmarł na gruźlicę. Nie przeżył nawet roku. Krystyna i Lilka wysiadły we Włochach. Zostałam już tylko z Haliną i Wanią. Pociąg co kilka minut stawał pod semaforem. Niepokoiłyśmy się. Bałyśmy się wieczornych ciemności. Wiedziałyśmy przecież, że Warszawa leży w gruzach. Trzeba odnaleźć kogoś z bliskich. Ale kogo, gdzie? Halina proponuje udać się na Grójecką w pobliże Placu Narutowicza, tam mieszkali jej krewni. Może dom ocalał? Może żyją? Znów stoimy. Chyba dojeżdżamy do dworca Zachodniego. Tak, poznajemy okolice dworca. Żegnamy Wanię, życzymy szczęśliwej drogi do Moskwy i spełnienia marzeń. Otwieramy drzwi. Pociąg stoi na wysokim nasypie. Nie namyślając się wyskakujemy. Zbiegamy po piaszczystym nasypie brnąc w piachu. “Kot” (tak ochrzciła mnie Halina jeszcze na Starówce) “,jesteśmy w Warszawie”. Szczęśliwe objęłyśmy się ramionami, a łzy szczęścia zalewały nam oczy. Na ulicach ani żywego ducha. Z oddali słychać śpiewy kościelne. Plac Narutowicza powitał nas procesją Bożego Ciała.

Był wieczór 1 czerwca 1945 roku.

Maria Szydluk

Źródło

http://www.sppw1944.org/index.html?http://www.sppw1944.org/relacje/relacja13.html oraz Muzeum Powstania Warszawskiego

Pages: 1 2 3