W Powstaniu:

Dzik - 12 kom. Ratusz St.Miasto do 2.09.

“Nity”. Z trudem zatrzymano uzbrojonych chłopców, którzy siłą usiłowali wtargnąć z zamiarem wymierzenia sprawiedliwości. Pokój zamknięto na klucz. Nasz pacjent początkowo odmawiał przyjmowania wszelkich posiłków i leków. Chodziłam do niego razem z Nitą. Prosiła, aby jej towarzyszyć, kiedy zmieniała opatrunek, podawała posiłek lub leki. Nie lubiła chodzić tam sama. Kiedy przyniosłyśmy zupę, widocznie już porządnie głodny, prosił Nitę, aby przy nim jej spróbowała. Jest kilkunastu jeńców niemieckich. Z całą satysfakcją przyglądałyśmy się pierwszym szwabom prowadzonym pod eskortą powstańców.

Wczesny ranek 4 sierpnia. Odprowadzone do bramy głównej ratusza przez komendantkę “Izę Podolską wychodzimy z ciężko rannym na noszach Jerzym . Skalskim na opustoszały plac Teatralny. Zgłosiłyśmy się na ochotnika: “Blanka”, “Nita”, “Stella”, “Isia”, “Maryńcia” i ja “Rysia”. Koło kaplicy sióstr Kanoniczek . padły pierwsze salwy karabinów maszynowych z Teatru Wielkiego – jedna, druga, trzecia. Idąc szybkim krokiem głośno zastanawiamy się, czy schronić się do SS. Kanoniczek, czy iść dalej. Przyspieszamy kroku. Na skrzyżowaniu ulic Wierzbowej, Senatorskiej, Bielańskiej, placu Teatralnego mimo białych fartuchów i opasek z czerwonym krzyżem jesteśmy już pod ostrzałem z trzech stron, z teatru, dachu narożnej kamienicy Wierzbowa-Senatorska i Banku Polskiego. Pod stojącą na środku skrzyżowania latarnią zostaję trafiona dwa razy w nogi. Mimo to biegniemy dalej Senatorską. Nita proponuje zatrzymanie się w bramie i założenie mi opatrunku. Nie zgadzam się. biegniemy dalej zostawiając za sobą widoczne ślady krwi płynącej z mojej nogi. Blanka przejmuje ode mnie nosze. Po przeciwnej stronie ulicy w bramie kamienicy przylegającej do kościoła św. Antoniego stoi kilku mężczyzn i ksiądz, który apeluje do stojących, aby nam pomogli. Ostrzał jest tak duży, ze nikt nie ryzykuje przebiec na drugą stronę. Za skrzyżowaniem silny ogień skierowany do nas od strony Ogrodu Saskiego. Świst i stuk kul. Czujemy ich ciepło koło naszych uszu. Nie wytrzymujemy. Wpadamy do bramy kamienicy tuż przy budynku szpitalnym. Chwila oddechu i szybki skok do holu szpitala. Tu straciłam przytomność. Budzę się na stole w sali zabiegowej i dowiaduję się, że muszę zostać w .szpitalu. Przy. mnie zrozpaczona Nita i dr Gieratowski (lub Gierartowski). Dziewczęta wróciły już do Ratusza. Ja też chcę wracać z Nitą, ale dr Gierartowski jest nieubłagany. Do późnego wieczora siedzę na wózku szpitalnym w sali zabiegowej i razem z miejscową siostrą przygotowuję waciki, gaziki itp. Koło północy przewieziono mnie na salę kobiecą położoną na parterze.

5 sierpnia. Coraz więcej ciężko rannych. Zwalniam moje łóżko i przenoszę się na fotel. Bez przerwy słychać huki i strzały. Wczesnym popołudniem przyniesiono m.in. nieprzytomną kobietę wydobytą z pod gruzów domu przy ul. Waliców, który runął od bomby lotniczej. Kobieta odzyskawszy przytomność wpada w straszliwą rozpacz. Błaga, aby odszukano jej 8 miesięczną córeczkę. Według jej relacji dziecko spało. Kiedy usłyszała warkot samolotu, zdążyła tylko wpaść do pokoju i chwycić za poręcz łóżeczka. Więcej nic nie wie. Obudziła się w szpitalu. Natychmiast wysłano tam ludzi. Po kilku godzinach przyniesiono wrzeszczące niemowlę w strzępach koszuliny owinięte kawałkiem koca. Lekarz pediatra wezwany z sąsiedniego domu, stwierdził jedynie silny szok i powierzchowne zadrapania. Była to śliczna dziewczynka o śniadej cerze i niebieskich oczach. Następnego dnia wszystkie siedzące na łóżkach chore kobiety szyły z różnych białych szmatek wyprawkę dla dziecka. Hol szpitala zapełnia się ludnością cywilną, głównie z ulic Żabiej, Elektoralnej i Chłodnej, która opuszczając swoje domy, tu znajduje schronienie, . ponieważ kamienice położone po obu stronach szpitala nie mogą już pomieścić napływających tłumów. Uciekinierzy opowiadają o masakrach i barbarzyństwach dokonywanych przez Niemców na ludności cywilnej. Panuje atmosfera grozy. W szpitalu znajdują się już tylko ciężko chorzy, lżej chorych zabrały rodziny. Coraz ciaśniej. Przybywa rannych. Personel szpitala apeluje do ludności, aby usiłowała szukać schronienia poza szpitalem. Dochodzą nas wieści, że Ogród Saski jest w rękach powstańców. Ciągle słychać strzały. Siostra Krystyna (nazwiska nie znam) zwozi łazikiem rannych z najbliższej okolicy szpitala. Do sąsiedniej sali przyprowadzono kobietę ciężarną. Huki i strzały głuszą jęki rodzącej. Po kilkunastu minutach rodzi się chłopak. Odwiedzili mnie chłopcy z Ratusza. To Nita ich przysłała. Są w dobrych nastrojach, ale jacyś bardzo. poważni. Opowiadają o zaciętych walkach na placu Zamkowym, Krakowskim Przedmieściu, Miodowej, Bielańskiej. Dumni są ze zdobycia Banku.

6 sierpnia. Niedziela. Święto Przemienienia Pańskiego. Piękny słoneczny dzień. Jakaś dziwna cisza. Niezwykle pogodny nastrój. Rano uroczysta Msza św. w kaplicy szpitalnej. Potem chrzest uratowanego niemowlęcia. Na prośbę matki ojcem chrzestnym zostaje dr Gierartowski, naczelny lekarz szpitala, matką chrzestną siostra Przełożona Barbara Glińska. Dziecko otrzymuje imię Ewa Maria (tak zostało ochrzczone z wody przez matkę w dniu wybuchu powstania), a siostra Przełożona dodaje Mścisława. Tak więc jest Ewa Maria Mścisława. Odmawiam jeszcze z chorymi na sali jak co dzień, Nowennę do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy. Ogólnie nastrój świąteczny.. Chore. wzdychają “Mój Boże, takie święto, może się coś odmieni”. Po południu odwiedza mnie “Nita. Przynosi smutną wiadomość. Wczoraj w Banku .Polskim zginęły od bomb 1lotniczych 4 sanitariuszki z naszej kompani: “EIżbieta, “Grażyna, “Nina”, “Mariot. “Nita przyprowadziła “Joannę”, która również była zasypana -w Banku Polskim, wyglądała makabrycznie, cała twarz od czoła do brody fioletowa. Przenosimy się . do sali od strony ogrodu. Jest około godz. 17-stej, wpada pielęgniarka i woła od progu “Siostro, Niemcy są w holu szpitala”, “Nita podrywa się i przez okno wyskakuje do ogrodu przyszpitalnego. Mnie błyskawicznie ubrano w piżamę szpitalną i położono na materacach pod piecem sali frontowej na parterze razem . z “Joanną”. Teraz prawdziwa groza. Wpadają Niemcy z karabinami maszynowymi, grożą spaleniem szpitala. Krzyczą, zaglądają pod łóżka. Repetują karabiny. Na szczęście nie strzelają. Po chwili wciągają na salę ciężkie działo, usiłując ustawić je w oknie sali szpitalnej. Przeszkodą są grube żelazne kraty w oknie. Mocują się, wreszcie rezygnują i ustawiają działo na zewnątrz pod oknem naszej sali. Straszliwa strzelanina od strony Ogrodu Saskiego. Kule przebijają żelazne okiennice I i wpadają do środka sali. Niektóre chore przeczołgały się pod łóżka. W powietrzu pełno dymu, kurzu. Słychać przeraźliwy ryk rannego przy dziale Niemca. Nikt go nie ratuje. Rozsierdzeni Niemcy wypędzają z sąsiednich domów ludność cywilną wraz z dziećmi i starcami przed szpital, tworzą z nich żywą zaporę. Teraz strzelają tylko Niemcy z pod szpitala w stronę Ogrodu Saskiego poprzez przerażonych ludzi. .Słychać jęki rannych, brzęk tłuczonego szkła, płacz dzieci .Pojedyncze wołania: “Jezus Maria”, “Jezu”, “Boże”. Masakra ta trwa około godziny. Zrobiło . się szaro. Ucichły strzały. Niemcy zabrali dr Gierartowskiego Naczelnego lekarza szpitala, siostrę przełożoną i kierowcę “łazika” z siostrą. Krystyną. Wyznaczyli . jedną pielęgniarkę, wysoką szczupłą blondynkę (nie pamiętam jej imienia, chyba siostra Barbara), która miała jako jedyna osoba prawo poruszania się po szpitalu. Takiego prawa nie udzielono nawet jednemu lekarzowi. Chorym nie wolno opuszczać sal. Swoje potrzeby można już tylko załatwiać do ustawionych w salach wiader. Oświadczyli również, że szpitala nie spalą tylko dlatego, że 7-dmiu rannych Niemców leżących na I piętrze stwierdziło, że są dobrze traktowani i leczeni na równi z Polakami. Podpalili natomiast kamienice położone po obu stronach szpitala.

7-8 sierpień. W dzień i w nocy wpada po 2-3 Niemców na salę z karabinami skierowanymi na chorych. Szczęście, że nie strzelają. Panuje straszliwe przerażenie i przygnębienie wśród chorych.

9 sierpnia. Rano około godziny S-tej przyszedł na salę dr Lewandowski, podszedł do mnie i cichutko poinformował, że Niemcy w nocy opuścili .szpital zabierając czołgiem 7-dmiu rannych Niemców. Natychmiast poderwałyśmy się obie z Joanną z naszego materaca i szybko ubierając się opuściłyśmy szpital poprzez tylne wyjście, udając się na Starówkę w poszukiwaniu swojego oddziału. Minęłyśmy “Grubą Kaśkę”. Jest wietrznie i pochmurno. Na ul. Długiej pełno fruwających czarnych spalonych papierów. Dookoła przerażająca pustka i cisza. . Nieśmiało przedzierają się promyki słońca. Ulice Nowego Miasta już w słońcu. Mijamy roześmianych, jakby beztroskich ludzi. Z okien dochodzi muzyka. Tak dziwnie. Zupełnie inny świat. Spotykam kuzynkę. Chwila rozmowy. Obeszłyśmy chyba całe Stare Miasto. Nareszcie odnalazłyśmy swoich na ul. Zapiecek i róg Piwnej. Radość powitania. W kwaterze na I piętrze (gabinet dentystyczny) duży ruch. Słychać strzały od strony placu Zamkowego. Jakiś hałas. Wyglądamy przez okno na Piwną. Spora grupa ludzi głównie cywilów pospiesznie wznosi barykadę. Około południa tegoż dnia zaprowadzona przez komendantkę “Izę” stanęłam po raz pierwszy przed dowódcą batalionu WSOP “Dzik” Tadeuszem Okoiskim, składając relacje z S dni spędzonych poza oddziałem, w tym 2 dni można by rzec w niewoli niemieckiej.

10 sierpnia. Jestem na prawach rekonwalescenta. Wczesnym rankiem lecimy na Mszę św. do Katedry. Tak blisko, a tak trudno dotrzeć. Powrót przez ul. Swiętojańską jest już niemożliwy. Wychodząc bocznym wyjściem trafiamy na maleńkie wewnętrzne podwóreczko “studnię”. Leżą tu zwłoki poległych oczekujące pochówka, między nimi kobieta. Sterczące jej włosy wyprostowane jak druty stwarzają makabryczny widok. Odwracam się wstrząśnięta. Jeszcze wszystkie mocno reagujemy na takie widoki. Po drodze spotykam Basię Zaborską ps. “Róża” siostrę mojej szkolnej koleżanki. Zatrzymuję się na chwilę rozmowy, ale czas nagli, ona śpieszy na placówkę. Zginęła potem na Czerniakowie. Szybki . bieg wypadków, ciągły ruch wymieniających się oddziałów. patroli zaciera dni i daty. Słychać świst pocisku czy bomby lotniczej i grzmot walących się domów. To runął cały narożnik przeciwległej kamienicy. Unoszą się tumany kurzu. . Mężczyźni biegną na ratunek zasypanym. I znowu huk, brzęk tłuczonego szkła. Silny ostrzał od strony Wisły. Na rogu Piwnej i Zapiecka zaczęto wznosić – barykadę. Ludność cywilna pomaga z całym poświęceniem nie szczędząc swego . dobytku. Lecą szafy, stołki i inne domowe sprzęty. Jakiś mężczyzna z całą zaciętością wyrywa płyty chodnikowe. W niecałą godzinę barykada gotowa. I znowu świst, huk, brzęk tłuczonego szkła z gablot lekarskich, wyrwane okna i kawał ściany. Sypią się narzędzia dentystyczne. Potężny podmuch poprzemieszczał nas i sprzęty. W jednej sekundzie został zniszczony cały gabinet dentystyczny bogato wyposażony. Straciłyśmy kwaterę. Na szczęście nie było ofiar. Potłuczenia i powierzchowne pokaleczenia nie liczą się. Ciągłe naloty lotnicze i bardzo silny ostrzał artyleryjski utrudnia kontakt . między oddziałami. Robi się szaro, siedzimy grupką w bramie. Ja mam nocny dyżur, reszta w zdemolowanym gabinecie na I piętrze oczekuje na “Izę”, która . poszła na poszukiwanie nowego lokum na kwaterę. Nocą przenosimy się na ul. Kilińskiego l. Suną w ciemnościach dziewczęta zmęczone, wyrwane z głębokiego snu po wielogodzinnej służbie na Rybakach. Awansowałyśmy do III piętra. Jest to mieszkanie państwa Rogalskich, którzy oddali je do naszej dyspozycji, ofiarność ludności cywilnej, z jaką spotykamy się na każdym kroku, jest wzruszająca. Wielka radość – jest łazienka, będzie się gdzie umyć. Mamy do dyspozycji także obszerną, choć załadowaną do połowy węglem, piwnicę. Tu z polecenia komendantki zostawiamy swoje plecaki i bardzo już szczupłe zapasy leków i środków opatrunkowych, w które zaopatruje się patrole wychodzące na placówki. Ominął mnie dalszy nocny dyżur. Mogę się także przespać. Układamy się w piwnicy na stercie węgla, ze względu na trwające naloty lotnicze. Jest chyba już 12 sierpnia. Dla mnie dzień podobny jest jeden do drugiego. Jestem na miejscu. Nie chodzę jeszcze na patrole. Wypełniam różne . polecenia i czynności zlecone mi przez komendantkę. Nagle słyszę wołanie “Nity: “Ryśka chodź prędko, prędko. Przemysław na barykadzie”. Biegnę i widzę wychyloną przez okno Nitę ogromnie podnieconą. “Patrz! Tam stoi Przemysław, widzisz?” “To leć do niego” powiadam. Wypadła jak bomba. Przemysław to mąż. Nity. Nigdy go przedtem nie widziałam. Jako zawodowy porucznik lotnictwa ukrywał się. Przez całe 5 lat okupacji widzieli się tylko dwa razy. A teraz tu, w Powstanie na barykadzie. Rozumiem jej wielką radość i, wzruszenie. Był żołnierzem batalionu “Wigry”. Jego oddział stacjonował w tym czasie naprzeciw nas na parterze w gmachu Ministerstwa Sprawiedliwości, Długa 7, gdzie mieścił się również duży szpital powstańczy.

13 sierpnia. Późne popołudnie. Wizytuje nas kpt. ;,Dzik” dowódca batalionu i por. Oppenheim dowódca naszej 12 kompanii. Obradują z Izą w sąsiednim pokoju. Z “Prochowni” wróciły dziewczęta po 48 godzinnej służbie. Myją się w łazience. Otrzymuję polecenie od komendantki łzy zorganizowania dla nich odpoczynku gdzieś na dole. Tu na III piętrze niebezpiecznie, poza tym ruch, i gwar – a im należy się godziwy wypoczynek, mówi Iza. Zwabieni dochodzącym z ulicy ogromnym gwarem, wyglądamy przez okno. Na barykadzie od strony Podwala ogromny tłum ludzi pomieszany z powstańcami wiwatując radośnie przepycha niemiecki czołg – tankietkę w stronę ul. Kilińskiego. Radość nie do opisania. Zapełniły się okna i balkony. Wszyscy wiwatują. No, ale ja mam zadanie do wykonania. Schodzę więc na dół i udaję się na parter do mieszkania fryzjera. Zastaję tu sporą grupę kobiet z dziećmi. Proszę o udostępnienie lokalu dla umożliwienia odpoczynku sanitariuszkom. Napotykam na dość silny opór matek. Muszę długo tłumaczyć, że bardzo zmęczone, że po 48 godzinach służby, że chodzi o kilka godzin spokojnego snu. Wreszcie już stanowczo proszę, aby w ciągu 10 minut przeniosły się na ten czas choćby do dziewcząt. Sama trzymając w ręku zabrane z łazienki jakieś części upranej garderoby skierowałam się do piwnicy, aby je tam zostawić. Nie doszłam. Trzask, huk, nie do opisania. Potężnie zatrzęsły się ściany piwnic. Zgasło światło. Tumany kurzu i sadzy. Tłum wali do dziury w ścianie prowadzącej do piwnic posesji Kilińskiego 3. Błyskawicznie zapalam wiszącą na szyi latarkę, usiłuję przekrzyczeć wrzawę i przepychając się siłą zasłaniam sobą dziurę w ścianie. Stać, spokój, nie pchać się krzyczę ochrypłym od kurzu głosem – przecież nie wiemy, czy to nie sąsiedni dom się zawalił. Stać, spokój, wołam kilkakrotnie. Poskutkowało. Stojąc wciśnięta w tę dziurę teraz dopiero widzę za sobą kilku mężczyzn, którzy skutecznie pomogli mi zatrzymać tę całą wystraszoną gromadę ludzi. Przestano napierać. Ucichło. A wszystko trwało zaledwie kilka chwil. Powoli opadał kurz i sadze. “Proszę państwa, proszę pozostać na miejscu. Spróbuję wyjść i zobaczyć co się stało”. Zrobiono mi przejście. Idę do wyjścia, widzę snop światła. To już dobrze, pomyślałam. W tym momencie słyszę stukot zbiegających po schodach do piwnicy nóg i wołanie – siostro, siostro, proszę szybko przyjść, tam. są ranni. Był to głos syna państwa Rogalskich, właścicieli mieszkania, w którym mieściła się nasza kwatera. Widział, jak schodziłam do piwnicy. On też był w akcji. Pobiegłam na górę, po drodze spotykam Maryńcię, która z zamkniętymi oczami, trzymając się ściany usiłuje zejść sama. Sprowadzam ją na dół. Oddaję w czyjeś ręce. Biegnę z powrotem, sprowadzam Halinę i znowu do góry. Jest “Ika”, cała. Pomaga zejść Izie. Wracam na górę, sprowadzam potłuczoną Barbarę i ogłuchłą, pokaleczoną Joannę, potem Katarzynę. Które z naszych dziewcząt były jeszcze obecne w tym momencie na kwaterze nie pamiętam. Dzik i Oppenheim zdążyli opuścić ten dom, dosłownie na kilka minut przed wybuchem. Maryńcia nie może otworzyć oczu. Po policzkach spływają cieniutkimi strużkami łzy. Prowadzę ją do szpitala mieszczącego się tuż obok na Kilińskiego 3/5 trzymając przed sobą obiema rękami. Mam duże trudności z przejściem. Po wybuchu czołgu powstał głęboki lej na całej szerokości ulicy. Z trudem noga za nogą przeszłyśmy pod samym murem gmachu dawnego Ministerstwa Sprawiedliwości. Usunięcie drobin szkła z oczu przyniosło Maryńci wyraźną ulgę. Pozostałe ranne opatrujemy obie z Iką. Tylko my obie nie byłyśmy dziś ranne. Układamy je w piwnicy na stercie węgla i wychodzimy na podwórze. Widok makabryczny. Na żelaznych taczkach zebrane różne części ludzkiego ciała, ręce, nogi, kawałki korpusu. Na wierzchu głowa kobiety i znowu te sterczące jak druty włosy. Wszędzie pełno szczątków ludzkich. Powbijana masa ludzka w ściany domów. Zbiera się to wszystko, czym kto może i w co może, Kierujący akcją mężczyźni oceniają straty według dotychczasowego rozeznania na ponad 200 osób. Jest nam mdło, słabo. Idziemy jeszcze raz na III piętro. Teraz dopiero widzimy zerwany balkon. Porwany wybuchem zniknął bez śladu wraz ze stojącymi tam gospodarzami. Mimo usilnych starań syna, nie znaleziono po nich ani śladu. A ilu takich było? W dużym pokoju pod fortepianem głowa. Nie wiem męska czy kobieca, Uciekłam. Prześladują mnie te obcięte głowy – mówię głośno. Nie to nie majaki … na biurku ręka czy noga? “Chodźmy stąd” mówi Ika. “Ja już nie wytrzymuję”. “Ja też nie”. Cały następny dzień trwało jeszcze . zbieranie szczątków z murów i dachów sąsiednich kamienic, odległych od ‘miejsca wybuchu nieraz kilkaset metrów. Zginęli bez śladu nasi gospodarze państwo Rogalscy. W momencie wybuchu stali na balkonie. Wybuch nastąpił przed domem Kilińskiego 1, przed zakładem fryzjerskim. Wszyscy znajdujący się tam ludzie I zginęli. Pozostał tylko ogromny lej. A przecież byłam tam zaledwie kilka minut I przed wybuchem. Przeznaczenie? Iza zawsze taka pogodna, spokojna, opanowana, biegająca całe dnie po wszystkich placówkach, jak matka troszcząca się o losy swoich dziewcząt – siedzi teraz w piwnicy wstrząśnięta, poturbowana, zamartwiająca się o losy dwóch brakujących naszych sanitariuszek. Nie ma Anty i Wisi. Obie opuściły III piętro tuż przed wybuchem udając się do szpitala. Mimo dotkliwych obrażeń, potłuczonych nóg, zrywa się i idzie na poszukiwania. Wisię odnajduje w szpitalu pod Krzywą Latarnią. Wybuch zastał ją w bramie domu Kilińskiego 1 – doznała bardzo poważnych obrażeń głowy i twarzy. Bandaże szczelnie pokrywają głowę i całą twarz. Z dwóch szczelin wyglądają smutne pełne bólu oczy, poniżej wąska szpara odsłaniająca usta. Ale jest, żyje. Jeszcze Anta. Według zebranych informacji miała być odstawiona do szpitala na Długą 7. Iza sama sprawdza spisy przyjętych rannych. Szuka po wszystkich zakamarkach . szpitala. Nigdzie ani śladu. Przeszukuje wszystkie okoliczne szpitale. Bezskutecznie. Wczesnym rankiem polowa Msza św. za poległych przy wybuchu czołgu na podwórzu między posesjami Kilińskiego 1 i 3. Piwnicę zamieniamy na kwaterę na parterze. Jest to duży pokój z maleńką kuchnią na zapleczu sklepu spożywczego po lewej stronie od bramy Kilińskiego l. Właściciele staruszkowie . przyjęli nas bardzo serdecznie oddając do dyspozycji całe mieszkanie. Ich syn jest też w akcji, wysoki, szczupły w granatowym berecie, nazwiska ani imienia nie pamiętam. Zdaje się, że Paweł. Jest jeszcze młoda kobieta z paromiesięczną córeczką, żona przyjaciela ich syna, która przypadkowo znalazła się na Starym . Mieście i tu znalazła schronienie. Ciągle słychać charakterystyczny zgrzyt “szaf’, potem wybuch. Rozrywają się dookoła pozostawiając po sobie potężne wyrwy w ścianach okolicznych domów i masę ofiar ludzkich, tragicznie poparzonych jakąś okropną substancją żrąco-parzącą, rozpryskującą się w momencie wybuchu. Całe zastępy takich ofiar ludzkich zalega podłogi pomieszczeń szpitala powstańczego przy ul. Długiej 7. Takie żywe mięso ludzkie, czerwone pozbawione całkowicie skóry i włosów na głowie, z wytrzeszczonymi oczami, cierpiące, spragnione wody, wzywające pomocy. Wstrząsający ogrom cierpień i tragedii ludzkich nie da się w pełni opisać. Chodziłyśmy tam z Blanką i Maryńcią w wolnych chwilach, rozdając wodę tym nieszczęśnikom, zawsze od nowa do głębi wstrząśnięte. To było straszne. Wprost nieprawdopodobne. Potwierdziły się wiadomości o odebraniu zrzutów. Chłopcy przynieśli nam ogromny płat pięknego kremowego jedwabiu. Dzielimy go między siebie skrzętnie chowając. Będą fajne bluzki na pierwszą powojenną defiladę.

Jest 16 lub 17 sierpnia. Gdzie i co dotychczas jadłyśmy zupełnie nie pamiętam. Wysłano mnie i Blankę z wiadrem po zupę do kuchni kompanijnej na ul. Świętojerską. Duży ostrzał zmuszał wielokrotnie do przebiegania chyłkiem. Mimo naszej uwagi część niesionej zupy znaczyła przebytą drogę. Zawartość wiadra była znacznie uszczuplona. Trudności komunikacyjne spowodowały, że zaczęłyśmy otrzymywać suchy I prowiant. Dziś dostałyśmy makaron i konserwy mięsne. Gospodyni dała nam cebulę. Już zwołujemy się na obiad. Nagle zgrzyt, raz, dwa, trzy i uciekamy kryjąc się za grubą ścianą sąsiedniego pokoju. Trzeba zdążyć przez ostatnim szóstym zgrzytem. Trzask, huk, słup ognia z pod kuchni, tumany kurzu, popiołu, fruwających sadzy i po naszym obiedzie. Podmuch wysadził stojące na kuchni gary i rozrzucił je po podłodze. Nie ma chwili spokoju, latające “szafy” i ciągłe naloty bombardujących samolotów powodują atmosferę grozy. Dookoła pożary. Trudno tu wytrzymać. Patrole z trudem docierają na placówki położone wzdłuż skarpy Wiślanej.

21 sierpnia. Zmieniamy kwaterę. Idziemy na ulicę Podwale. Ogromny żar I od szalejących wokół pożarów, latające iskry. Palą się na nas ubrania. Z trudem tłumimy ogień na plecach naszej komendantki “Izy”. Docieramy na Krzywe Koło. Nasza nowa kwatera mieści się w głębi posesji nr 9 w budynku, którego fronton wychodzi na Rynek Starego Miasta, kamieniczka Baryczków. Wszystko dokoła wypalone, zburzone. Znajdujemy ocalałe pomieszczenie na parterze od podwórza. Uprzątamy gruz, wyrzucając go przez otwór okienny. Na cementowej podłodze wzdłuż ściany układamy zebrane kilka par drzwi. W nocy chłopcy przynieśli kilka kożuchów, zafasowanych z magazynów wojskowych mieszczących się w szkole na Rybakach. Rozłożone na drewnianych drzwiach tworzyły świetne miejsce wypoczynku i snu. Dziewczęta wróciły z placówki na Rybakach bardzo zmęczone. Padły na posłanie jak kłody. Baśka zawsze energiczna, pełna humoru, młodzieńczej radości i beztroski, tym razem jest wyraźnie załamana. Nie reaguje nawet na dowcipy Katarzyny, która próbuje zmienić nastrój. Dopiero zjawienie się Andrzeja wszystko wyjaśniło. Ubiegłej nocy pocisk rąbnął w “Pekin” przynosząc ogromne straty. Zginęły 2 sanitariuszki, “Emilia” i “Marta”, 2 łączniczki i kilku żołnierzy. Wielu było rannych. W jednej chwili przestał istnieć cały pluton. Prawdopodobnie 22 sierpnia. Jestem z Nitą, Blanką i Maryńcią na placówce w starej Prochowni, której dowódcą jest ppor. “Nałęcz” Marceli Ciechanowicz. W rejonie ulic Boleść, Rybaki trwa zaciekła walka o utrzymanie bronionych obiektów. Bardzo trudna sytuacja w garbarni. Huki i strzały nie robią już na nas większego wrażenia. Mnóstwo rannych. Pełne ręce roboty. Weszłyśmy na małą przerwę do sąsiedniego pokoju. Hanka Michalska, która mieszka tu obok przyniosła herbatę i ocalały słoik konfitur własnej roboty. “Jedyny ocalały” – powiada. Cały arsenał tych wspaniałości, którymi raczyła nasze dziewczyny został zmieciony z półek w spiżarni. Mieszkanie też zniszczone. Herbaty nie piłyśmy . chyba od wyjścia z domu. Sąsiedni pokój zajmuje oddział AL. Słychać dochodzące stamtąd jęki i mocne męskie przekleństwa. “Zróbcie coś do ciężkiej cholery, bo wytrzymać nie można”. Wchodzimy z Nitą do środka. Na podłodze leży kilkunastu rannych. Jęczą nie wytrzymując bólu. Mają prowizoryczne opatrunki, widać że położone pośpiesznie. “Dziewczyny zróbcie coś, bo skonać można od piekącego bólu”. Nie namyślając się wzięłyśmy się z Nitą do roboty. Zrywamy opatrunki, oczyszczamy starannie rany, nakładamy nowe opatrunki, podajemy środki . przeciwbólowe. Nasi pacjenci potwornie wyczerpani po kilku zaledwie minutach kolejno zasypiają. Pod wieczór przyszedł do nas ich dowódca i dziękując za udzieloną pomoc jego żołnierzom wręczył nam flakon francuskich perfum “Soir de Paris”, figurkę pięknego wyżła z porcelany i dwie półlitrówki spirytusu. Zażenowane broniłyśmy się przed przyjęciem prezentów. tłumacząc, że wykonałyśmy tylko swój żołnierski obowiązek. Figurka pięknego wyżła z porcelany, którego nazwałyśmy Akusiem uratowała się ukryta w gruzach Starówki i jest w posiadaniu “Nity”. Losu Flakonu perfum nie pamiętam. Natomiast spirytus przydał się po upadku Starówki na “łapówki”. Za jedną przekupiony strażnik niemiecki wypuścił z obozu w Pruszkowie męża Nity Przemysława, wraz z dwoma jeszcze żołnierzami z batalionu “Wigry”. Drugą przekupiłyśmy żołnierza Wehrmachtu eskortującego wagon kolejowy wiozący nas z Pruszkowa do obozu w Gross-Rosen. Za tę półlitrówkę uchylił drzwi wagonu, dzięki czemu mieliśmy trochę światła i powietrza oraz możliwość przyjęcia rzucanych przez ludność polską owoców i chleba na mijanych stacjach kolejowych. Następnego dnia bardzo wczesnym rankiem przyszedł do punktu sanitarnego jakiś cywil i błagał o pomoc dla rannego synka. Poszłyśmy z Iką. Była to posesja dwa, trzy domy za garbarnią, całkowicie odsłonięta od strony Wisły. W głębi podwórza po lewej stronie wykopana ziemianka, wewnątrz cała rodzina. Troje małych dzieci, matka, babcia i jeszcze jakaś kobieta. Na posłaniu chłopiec około 5 lat poważnie ranny w nogę i biodro. “Było cicho, spokojnie, wyszedł raniutko za potrzebą” – mówi matka. “Ustrzelili takie syny jak zająca od Wisłostrady” – dodaje ojciec. Chłopiec płacze żałośnie dopytując, czy będzie bardzo bolało. Z trudem opatrzyłyśmy wyrywającego się z rąk ojca malca. U wejścia do ziemianki pojawił się starszy mężczyzna błagający o pomoc dla jego ciężko chorej żony. Trudno odmówić wobec nalegań roztrzęsionego człowieka. Izdebka na parterze. W pobliżu okna żelazne łóżko, na nim stareńka, schorowana kobieta. Była bardzo cierpiąca. Oboje nie potrafili określić na co choruje. Przesłałyśmy jej łóżko, umyłyśmy twarz i ręce, dałyśmy jakiś proszek przeciwbólowy i to wszystko. Tam konieczny .był lekarz. Mimo, że tak niewiele mogłyśmy pomóc podziękowaniom me było końca. Staruszka żegnała nas bladym uśmiechem. Zaraz po powrocie otrzymałyśmy polecenie przejścia do szkoły na Rybaki 32.

Był to chyba 23 sierpnia. Idę ja, Ika, Blanka i jeszcze jedna sanitariuszka, nie pamiętam która. Minęłyśmy zaledwie parę domów, dalej otwarta przestrzeń zarówno po lewej jak i prawej stronie. Widać Wisłę. Wszystko wyburzone. Nie ma już domów ani ulicy. Ogromna rozległa sterta dopalających się gruzów rozbitego domu zalega jezdnię. Rozżarzone jeszcze rumowisko parzy w nogi. Nad nami pikujące samoloty. Padamy parząc ręce i kolana. Widzimy wyrzucane z samolotu wiązki granatników spadające gdzieś na Nowe Miasto. Chyłkiem dobiegamy do stojącego, ale wypalonego już domu, tuż koło szkoły. Nareszcie dobrnęłyśmy do celu. Meldujemy się i zabieramy do roboty. Najpierw jednak wizje lokalne, trzeba poznać wszystkie zakamarki obiektu. Towarzyszy nam któryś z naszych kolegów. Na piętrze ogromny niemiecki magazyn mundurowy. Piętrzące się do sufitów sterty mundurów, waciaków, kożuchów, panterek i innych akcesoriów . mundurowych. Korzystamy z okazji i zmieniamy koszule, które służyły nam za bluzki, Ika wymienia bardzo brudną poplamioną panterkę i tak odświeżone zbiegamy do punktu sanitarnego mieszczącego się na parterze. Nagle huk, tumany kurzu, odpryski tynku wpadające w oczy. Ogromna wrzawa, chłopcy biegają na . wszystkie strony. wśród huku i strzałów karabinów słychać padające komendy do żołnierzy rozpaczliwie odpierających atak Niemców od strony Wisły. Niemcy są dosłownie za ścianą budynku. Akcja obronna trwała około 1,5 godziny i zakończyła się szczęśliwie. Ranny był tylko “Świt” i “Grom”. Raniutko w sali na parterze Msza św. celebrowana przez księdza Kapelana. prowizoryczny ołtarz duża grupa żołnierzy pogrążona w modlitwie. Chyba wszyscy przyjmują Komunię św. Na zakończenie ktoś zaintonował Boże coś Polskę … Nastrój pełen powagi i wzruszenia. Ranek upłynął w miarę spokojnie, około południa wezwano nas do sąsiedniego domu w celu udzielenia pomocy rannej kobiecie. Poszłyśmy z Iką. W piwnicy wypalonego domu leżała kobieta wołając – “Czy ja mam nogę?” Miała ona odciętą, wiszącą dosłownie na kawałku skóry stopę, bardzo brudną, oblepioną błotem. Nie bardzo wiedziałyśmy jak się do tego zabrać. O lekarstwa i środki opatrunkowe było już bardzo trudno. Poprosiłyśmy o zwykłą wodę, która też była już na wagę złota. Obmyłyśmy z błota stopę wodą, potem wodą utlenioną, złożyłyśmy urwaną stopę zakładając prowizoryczny opatrunek, przy pomocy przygotowanych przez mężczyzn deseczek, unieruchomiłyśmy nogę, założyłyśmy opaskę uciskającą, żeby zatrzymać upływ krwi. Kobieta cały czas wołała – “Czy ja mam nogę?”. “Ależ oczywiście” zapewniamy, “ale rana jest poważna i trzeba panią odstawić do szpitala, tam zrobią resztę. Panowie, kto na ochotnika, trzeba dwóch mężczyzn” – cisza. Ostrzał dookoła był tak wielki, że długą chwilę nie było chętnych. Wreszcie dwóch, niemłodych już mężczyzn położyło kobietę na koc i poniosło ranną do szpitala. My wróciłyśmy do szkoły. Wieczorem była wielka uczta. Chłopcy złapali. gdzieś małego prosiaka, ktoś go upiekł, a dowódca placówki krajał na kawałeczki i obdzielił całą załogę placówki. Nad ranem zrobiło się gorąco. Znowu nacierali Niemcy. Sytuacja była I bardzo trudna. Na twarzach chłopców ogromny niepokój. Huki i strzały ze wszystkich stron. Kazano nam trzymać się blisko wyjścia. “Nie utrzymamy się, nie damy rady”, słychać ze wszystkich stron. I w tym momencie wpada “Iza”. “Dziewczęta za mną”,- woła. Boże, kochana “Iza”, ona zawsze w najtrudniejszej sytuacji była przy nas. Jak najczulsza matka ratowała nas z każdej opresji i tym razem w ostatnim momencie przybiegła po nas. Znowu jesteśmy na kwaterze na . Krzywym Kole. Tu czujemy się najbezpieczniej. Mam nocna wartę. Siedzę w korytarzyku na jakimś połamanym fotelu. Jestem ogromnie senna. Wstaję więc i chodzę wzdłuż korytarzyka. Po raz pierwszy boję się. Czy mam budzić śpiących – waham się. Wszystko wokoło płonie. Wychodzę na podwórze. W powietrzu fruwają kawałki czarnego spalonego papieru. Jakiś blask zwraca moją uwagę w drugą stronę. Idę w tym kierunku. Żelazna brama wychodząca na Rynek Starego Miasta cała pomarańczowo-czerwona od żaru, bokami wślizgują się płomienie ognia. Słyszę jakieś szmery od strony podwórza, pewnie ktoś idzie, myślę, biegnę w tę stronę wystraszona, a to tylko czarny ogromny kot tyle mi strachu napędził. Usiadłam znowu w fotelu przecierając oczy, które uporczywie mi się zamykały. Jest potwornie gorąco. Tym razem słyszę wyraźne kroki. U wejścia do naszej nory widzę sylwetki dwóch mężczyzna. Stój! Wołam. Cicho, słyszę łagodny głos. To nocny patrol. “Co mam robić” – pytam – “wszystko dokoła płonie, chyba obudzę śpiących”. “Nie trzeba, bądź spokojna, na razie nic wam nie grozi, my czuwamy jak widzisz. Cześć, możesz spokojnie przedrzemać”. A ja naprawdę tej nocy przeżyłam długie godziny grozy.

28 sierpnia nad wieczorem grupa dziewcząt i chłopców wróciwszy z placówki przyniosła tragiczną wiadomość. Leszek Orlikowski nie żyje. Zginął w rowie łącznikowym na ul. Rybaki. Wiadomość ta wstrząsnęła nami ogromnie. Kpr. Pchor. Leszek Orlikowski był dosłownie uwielbiany przez wszystkich. Dzielny, bojowy, a przy tym subtelny o dużej kulturze. Wpadał do nas często, zawsze uśmiechnięty, pokazywał hełm, który nosił na głowie poprzestrzelany jak sito. “Widzicie – powiadał – dziurek coraz więcej, a ja się i tak im nie dam”. Zginął jednak od kuli, ugodzony śmiertelnie w głowę. Pogrzeb odbył się 29.08. o godz.7 rano. Został pochowany w ogródku przy kościele św. Jacka na ul. Freta, pod figurą Matki Boskiej od strony Wisły. Kto tylko mógł uczestniczył w tej smutnej ceremonii.

To było 29 albo 30 sierpnia, otrzymałyśmy polecenie odnalezienia w szpitalu Długa 7 ciężko rannego Wernego. Poszłyśmy Nita, Blanka i ja. . Odnalazłyśmy go leżącego w korytarzu przy gabinecie lekarskim, czy zabiegowym. Bardzo cierpiał, ale ogromnie się ucieszył na nasz widok. Nita po rozmowie z lekarzem powróciła na kwaterę. Zostałyśmy obie z Blanką. Wiemy, że stan Wernego jest beznadziejny. Lekarz twierdzi, że koniec nastąpi bardzo szybko. “Wszystko w nim podziurawione. Nie ma co ratować. Dobrze, że przyszłyście, będzie mu lżej, zaraz dostanie zastrzyk. To wszystko, co możemy dla niego zrobić”. On błaga, żeby nie zostawiać go samego. Wyraźnie zdaje sobie sprawę z tego, że umiera. Chwycił mnie mocno za rękę wbijając dosłownie w nią paznokcie. Uklękłam wycierając mu drugą ręką pot z czoła. Ten dzielny, wspaniały, o silnej budowie ciała mężczyzna, leżał cierpiąc ogromnie mimo otrzymanego zastrzyku. To straszne, że nie można mu nic pomóc. “Dajcie mi trochę wódki, może mi trochę ulży, bo nie wytrzymam” – wołał kilkakrotnie. Blanka zdobyła trochę wody i watą zwilżyła mu spieczone wargi. Lekarz słysząc jego błaganie o trochę wódki podał nam. trochę w kieliszku.. “Dajcie mu po trochu, ostrożnie, nie ma co żałować. Jemu już nic nie zaszkodzi, a może trochę ulży”. Stałyśmy tak obie zdruzgotane. Ja uklękłam, BIanka stojąc pochylona zwilżała mu usta. Miałyśmy wrażenie, że zasypia, ale on umierał trzymając mnie ciągle za rękę. Poczułam rozluźniony uścisk, Blanka pobiegła po lekarza. Wyjście ze szpitala utrudniał nam silny nalot lotniczy. Stanęłyśmy pod grubą ścianą konstrukcyjną w głównej klatce schodowej. Leżąca obok ogromna sterta papierów zaczęła się dziwnie ruszać. Odsuwamy się odruchowo. “Cóż to jest? Blanka, te papiery się ruszają”. “To pewno szczury albo koty”, odpowiada. Za chwilę z papierzysk wyłania się ludzka stopa. Odgarniamy papiery i oczom . naszym ukazuje się skulony, wystraszony mały człowieczek. Okazało się, że uciekł z posłania i tu pod stertą papierów ukrył się ze strachu przed nalotem. Po powrocie na kwaterę dowiadujemy się, że nocą będziemy przebijać się górą do Śródmieścia. Wyruszamy około północy. W ciemnościach nocy dobrnęliśmy na ulicę Długą wypełnioną po brzegi wojskiem. Człowiek przy człowieku, ciasno. Poruszamy się bardzo wolno. Czas się bardzo dłuży. Co najmniej po dwóch, trzech godzinach dotarliśmy do kina: miejskiego. Zmęczeni siadamy w fotelach oczekując na dalsze rozkazy. Nawet Baśka i Katarzyna zawsze rozgadane, teraz milczą. Ciągle słyszymy, że za chwilę ruszamy dalej. Niestety. O świcie decyzja wycofania się i powrót na kwatery. Część dziewcząt udała się z powrotem na placówki opuszczone wieczorem. Oddziały szturmowe poniosły duże straty. Nastroje bardzo nerwowe. Wiemy, że nie ma możliwości utrzymania Starego Miasta. Jest decyzja przejścia kanałami do Śródmieścia. Zostałam przydzielona do I grupy pod dowództwem por. Mariana . Zaremby. W grupie tej były m.in. Halina, Maryńcia, Katarzyna, Wisi a, Blanka, Ika i Hanka, reszty nie pamiętam. Miałyśmy przejść następnego dnia rano. Cały czas szliśmy piwnicami przechodząc z jednej kamienicy do drugiej przez wybite w ścianach dziury, aż do Miodowej. W czasie tej wędrówki wyskakując z kolejnej I dziury naderwałam ścięgna w obu nogach. Zatrzymałam cały długi korowód, I składający się z żołnierzy z różnych oddziałów z poza naszego batalionu. Chłopcy robiąc z rąk stołeczek przenieśli mnie na podwórze posesji wychodzącej na ul. I Miodową, koło placu Krasińskich i położyli na betonie w pomieszczeniach jakiegoś garażu, czy warsztatu samochodowego. Okazało się, że zanim przejdziemy na drugą stronę ul. Miodowej i dalej do kanału, trzeba tu poczekać. Halina natychmiast przystąpiła do masażu moich nóg, po czym położyła jakiś kompres i ściągnęła mocno elastycznym bandażem. Wyłam z bólu, gryząc wargi do krwi w czasie tego zabiegu, który, trzeba przyznać, był na tyle skuteczny, że kiedy po godzinie z niewiadomych nam przyczyn cofnięto nas z powrotem na kwaterę, mogłam już, podtrzymywana przez kolegów, dowlec się prawie na własnych . nogach. Halina cierpliwie parokrotnie w ciągu dnia powtarzała masaże, kompresy i krępowała nogi w kostkach. Wieczorem ponownie udaliśmy się pod kanały. Po całonocnym bezskutecznym wyczekiwaniu, zgodnie z decyzją por. Zaremby, udajemy się na ul. Podwale na miejsce postoju d-cy bat., “Dzika” i d-cy zgrupowania “Roga” w celu wyjaśnienia sprawy. Mamy przecież formalne dokumenty uprawniające nas do przejścia kanałami o określonej porze, czemu nas znowu odsyłają z powrotem? Ogromne zamieszanie. Dowiadujemy się od Izy, że Nita, która była na ostatniej placówce przy ul. Mostowej 9, została ciężko ranna w wyniku zawalenia się domu od bomby lotniczej i jest w szpitalu na Długiej 7. Niezmordowana Nita, przykład wielkiej pracowitości i poświęcenia. Chcę koniecznie tam pójść. lza nie pozwala na żadne oddalanie się. Zaraz przejdziecie na Śródmieście, to jakieś nieporozumienie. I znowu idziemy pod kanał.

Jest już 1 września późne popołudnie. Sterczymy w bramie na ul. Miodowej, por. Zaremba poszedł do włazu. Robi się ciemno. Jest noc. Wraca.. Przechodzimy na drugą stronę. Stoimy już przy linkach w kolejce do włazu. Po kilkunastu minutach przychodzi trzech uzbrojonych w karabiny żołnierzy z rozkazem odprowadzenia nas z powrotem na drugą stronę ulicy Miodowej. Wszystko pali się dokoła. Z trzaskiem spadają nam pod nogi palące się futryny okienne, barykada ustawiona w poprzek ul. Miodowej w połowie rozwalona. Niemcy walą. od strony placu Krasińskich. Istne piekło. Maryńcia na środku jezdni dostaje szoku, ściągamy ją za nogi do pobliskiej bramy, tej samej, z której już trzykrotnie wychodziliśmy do włazu. Uspakajamy Maryńcię, choć wszystkie już jesteśmy u kresu wytrzymałości. Zaremba podejmuje decyzję przeprowadzenia nas włazem znajdującym się na podwórzu więzienia na Daniłowiczowskiej. Idziemy. Mijamy kino Miejski.e Na Hipotecznej spotykamy dozorcę kina. “Dokąd wy idziecie” .- pyta. Zaremba I odpowiada. “Wykluczone – powiada dozorca – ten właz jest już odkryty przez Niemców, zasypany granatami, podpalany benzyną. Wiem to na pewno. Od wczoraj jest już nieczynny. Nie macie po co tam iść, chyba, że po śmierć”. Zawracamy, udając się ponownie do dowództwa batalionu. Niestety nie zastajemy tam już nikogo, ani od Roga ani od Dzika. Ktoś nas informuje, że poszli już pod kanały. Wracamy więc pod kanał. To już po raz czwarty. Tym razem bez trudu przechodzimy na właściwą stronę ul. Miodowej. Stoimy w ostatniej bramie przed włazem. Jest już dobrze po północy, a więc 2 września. Por. Zaremba dociera do włazu i tam dowiaduje się, że nasi wraz z kpt. Dzikiem weszli do kanału przed półgodziną. Por. Zaremba traci głowę. Ulica Miodowa błyskawicznie zapełnia się wojskiem. Tłum rośnie z minuty na minutę. Nie wiemy, co robić. Ktoś informuje nas, że sztab Roga jest na podwórzu sąsiedniej posesji. Idziemy tam z Hanką Michalską. Niestety przed chwilą poszli do włazu. Idziemy pod właz. Informacja się potwierdza. Tłumaczymy, w jakiej znalazłyśmy się sytuacji, że cała grupa stoi w pobliskiej bramie. Prosimy o pomoc i o umożliwienie przejścia i połączenia się z batalionem. “Decyzję w tej sprawie może podjąć tylko płk. Wachnowski – pada odpowiedź – proszę się zwrócić do niego”. “Gdzież my go teraz znajdziemy?” .,On tutaj gdzieś jest, poszukajcie, dyskusja skończona”. Przebijamy się przez tłum dopytując o pułkownika. Kluczymy to tu, to tam. Nareszcie znalazłyśmy. Meldujemy się, informujemy o naszej sytuacji, prosimy o pomoc. “Popatrzcie na te tłumy, oni wszyscy muszą przejść, wy też, dołączcie do jakiegoś oddziału i kolejno przejdziecie, nic innego nie mogę poradzić: Widzicie jaka jest sytuacja. Ja was rozumiem – mówi miękkim głosem, ale nic innego me mogę poradzić. Na pewno przejdziecie. Bądźcie cierpliwi”. Wracamy załamane do bramy. Rozumiemy płk. Wachnowsklego, ale chcemy jak najszybciej dołączyć do swoich. Stoimy tak w bramie wypatrując jakiegoś znajomego oddziału. Słyszymy, że komendantem włazu jest mjr. Barry. Barry – Włodzimierz Kozakiewicz jest spokrewniony z moją rodziną. Próbuję to wykorzystać. Nie mając pewności, czy przybędzie na moje wezwanie, słabe mieliśmy kontakty, podszywam się pod moją ciotkę. Jestem pewna, że na jej wezwanie zgłosi się na pewno. Proszę kogoś z naszych, nie pamiętam kogo, aby poszedł, odnalazł Barrego i powiedział, że tu w tej bramie czeka na niego Maria Cytowska. Za parę minut przychodzi Barry. Witam go i przepraszam, że podszyłam się pod ciotkę, wyjaśniam czemu tak postąpiłam, proszę o wybaczenie i przedstawiam naszą sytuację prosząc o pomoc. “Ależ naturalnie, nie ma sprawy. Stójcie tu w tej bramie. Nie ruszajcie się stąd. Za jakieś 15 minut będę wychodził ze swoim oddziałem, przyślę wtedy kogoś po was i przejdziecie z nami. Bądźcie spokojni, 15-20 minut i przejdziecie. To na razie”. Jesteśmy szczęśliwi. Ale mija jedne i drugie 15 minut i następne i nic. Ktoś poszedł do włazu sprawdzić co się dzieje. Otóż p. mjr Barry wykiwał mnie i moich towarzyszy niedoli. Już przeszedł ze swoim oddziałem. Stoję smutna. Zawiedziona. Naradzamy się co robić dalej. Zaczyna już szarzeć, nadchodzi świt. Wśród stojących przy linie widzę Przemysława – męża naszej Nity. To znaczy, że do przejścia szykują się “Wigry”. Podchodzę do niego i mówię w jakiej znaleźliśmy się sytuacji. Nie martwcie się, przejdziecie z nami. Wpuszczają nas między siebie. Stoimy więc już znowu przy lince. Teraz jesteśmy już spokojni. Nasz spokój trwał jednak bardzo krótko. Rozpoczęło się prawdziwe piekło na ziemi. Kilkanaście samolotów niemieckich kołujących tuż nas naszymi głowami bez końca zrzucało dokoła bomby zapalająco-rozpryskowe. Terkotały karabiny maszynowe plując z góry ogniem w falujący tłum powstańczego wojska. Kryć się do bram na podwórza – słychać nawoływania. Powstał tumult nie do opisania. Przepychanka we wszystkie strony. Trzymajcie się mocno za ręce, uciekamy stąd – krzyknęłam – i pochylając głowę zaczęłam przebijać się przez ten niesamowity tłum na przeciwną stronę ulicy Miodowej i dalej przez podwórza biegiem dolecieliśmy na ul. Kilińskiego 3, do miejsca skąd wyruszyliśmy ostatniej nocy. Na kwaterze zastaliśmy kilku naszych żołnierzy. M.in. był tam mąż Hanki Michalskiej Tadeusz ps. “Tryton”. Chłopcy poczęstowali nas kawą, sucharami i słoniną paprykowaną. Jest z nami Przemysław. Decydujemy się odszukać w szpitalu Nitę. Idę ja, Maryńcia, Blanka i Przemysław. Odnajdujemy ją w piwnicy. Leży na pryczy na “waleta” z jakąś kobietą. Jest jeszcze w szoku. Ale poznaje nas. Zmieniamy jej opatrunki. Przemysław wsparty na rancie pryczy płacze, kryjąc twarz w dłoniach. “Ryśka I zabierz go! Niech on nie płacze” – woła Nita. Wracam z Blanką na kwaterę, aby przynieść Nicie trochę sucharów, słoniny i gorącej kawy. Na prośbę koleżanek I zostajemy jednak na miejscu, ponieważ one też chcą zobaczyć się z Nitą. Stoimy na podwórzu zastanawiając się co robić dalej. Decydujemy, że pójdziemy wszyscy jeszcze raz do włazu. Niech się tylko trochę uciszy. Stojący wśród nas mężczyzna, podający się za pracownika miejskich wodociągów i kanalizacji, proponuje, aby pójść z nim. Oferuje bezpieczną kryjówkę w Murach Obronnych Starego Miasta, ma – jak mówi – zgromadzonej tam trochę żywności i wody. Na tydzień nam starczy, dłużej przecież to nie potrwa – przekonuje nas – nikt nas tam nie znajdzie – zapewnia. Z propozycji korzysta tylko Blanka i por. Zaremba. Nagle wpada ktoś na podwórze wołając, że Niemcy są już na barykadzie na rogu Podwala. Błyskawicznie ściągamy z siebie panterki, zwijamy w tobołek ukrywając w nim nasze legitymacje Akowskie. “Tryton” rozdaje chłopcom swoje garnitury, których ma pełną walizkę zabraną w ostatniej chwili ze swego mieszkania na ul. Rybaki. Tobołek z panterkami chwycił jakiś mały chłopiec ofiarowując się wrzucić go do kanału znajdującego się przy bramie na ul. Długiej. Z bramy dolatują nas wrzaski szwabów. Wszystko to trwało zaledwie kilka minut. Raus, raus – dolatuje ze wszystkich stron. Kto zostanie będzie rozstrzelony na miejscu – słychać ostrzeżenia. I tak wmieszane w tłum ludności cywilnej opuszczamy 2 września przed południem Stare Miasto. Obóz Na Podwalu wywołuje mnie z tłumu stojący w bramie żołnierz niemiecki. Idę wspierając się dwoma laskami. Obie nogi mam zabandażowane. Biegnie za mną Halina. “Gdzie jest twój mąż” – pyta po niemiecku. “Ona nie ma męża” – odpowiada Halina, świetnie znała niemiecki, “przecież to jeszcze dziecko”. “Jak to I nie ma męża, przecież ma męża koszulę na sobie”. “Zburzono jej dom. Jak ją wyciągnęli z gruzów wszystko miała na sobie podarte, ludzie w co mogli to ją ubrali”. “A czy tam są bandyci” – pokazuje w stronę ul. Kilińskiego. “Nie wiemy, wypędzono nas z piwnic, nikogo nie widziałyśmy” – odpowiada po niemiecku I Halina. “No to idźcie, ale jak ja tam spotkam bandytów, to już ja was znajdę”. Czy się bałam, nie wiem, pewnie tak. W każdym razie szłam nie wiedząc którędy idę. Ocknęłam się dopiero na Placu Zamkowym na widok zwalonej Kolumny Zygmunta. Przeżycia ostatnich dni i godzin spowodowały tak duże zakłócenia w mojej świadomości, że, jak mi potem opowiadała Halina, bredziłam schodząc w dół ul. Mariensztat, że Niemcy prowadzą nas nad Wisłę, aby zrobić z nas żywą zaporę, bo . Rosjanie są na Pradze, ale tam jest taka skarpa z dużych kamieni brukowców, ja się schowam za taki kamień i nic mi się nie stanie, naprawdę i ty też się musisz schować za taki kamień, pamiętaj, koniecznie od razu za taki kamień. Świadomość wróciła mi na Bednarskiej, kiedy pędzono nas z powrotem w górę na Krakowskie Przedmieście. W niektórych bramach stały siostry z PCK w białych fartuchach z czerwonymi krzyżami na ramieniu i podawały z wiadra wodę w kubeczkach. W tłumie szaleli kałmucy zrywając pędzonym pierścionki~ zegarki, co mogli. Ciągnęliśmy tak opustoszałymi ulicami Warszawy, mijając szkielety wypalonych bądź zburzonych domów, ~ do kościoła. św. Wojciecha na Woli. Krótki postój i dalej na dworzec Zachodni. Był już lekki zmierzch, kiedy stojąc dłuższy czas na II peronie dworca, zdruzgotane, patrzyłyśmy na palące się miasto, całe w płomieniach. Widok strzelających słupów ognia i wijące się w górę kłęby czarnego dymu rozrywały nam serca, wyciskały grube krople łez. Stałyśmy przytulone do siebie w zbitej gromadzie nie mogąc opanować drżenia i łez. Żadna nie myślała wtedy, jaki ją czeka los. Zmartwieniem naszym był los tych, co tam zostali. Padały imiona: Iza, Isia, Baśka, Joanna, i ciągle Nita, która została w szpitalu na Długiej. Pociągiem elektrycznym przewieziono nas do Pruszkowa i zapędzono na teren warsztatów kolejowych. Olbrzymie hale, tysiące umęczonych ludzi koczujących na mokrym, betonowym, poplamionym smarami podłożu. Całe rodziny, starcy, dzieci, a nawet niemowlęta. Obraz wielkiej tragedii ludzkiej, trudnej do opisania. Zaczęłyśmy rozglądać się za skrawkiem wolnego miejsca. Było już ciemno. Chłód i panująca tu wilgoć usztywniała członki. Siedząc na gołym betonie przytulone do siebie, usiłujemy zasnąć. Co chwila budzi nas płacz dzieci dolatujący ze wszystkich stron. Tak przedrzemałyśmy do świtu. Rankiem część z nas rozeszła się, aby zorientować się w sytuacji. Wszędzie tłumy ludzi, krążą wiadomości, że chorzy mają zgłaszać się do punktu PCK, istnieje dla nich możliwość uniknięcia wywózki do obozu. Bez przerwy .odchodzą transporty. Gdzieś na placu wydają gorącą zupę dla dzieci. Spotykam panią profesor Marię Tyszkiewicz, chwila rozmowy i wracam do swoich. Najbiedniejsza jest Wisia. Liczne rany na ,twarzy jakich m.in. doznała w czasie wybuchu czołgu jeszcze nie zagojone. Zmieniłam jej opatrunki. Jest w ogóle najsłabsza z nas wszystkich. Bardzo się o nią martwimy. Znalazł się Przemysław. Chce mnie zabrać. Jest z nim kolega od “Wigier”, Dogadali się z jakimś szwabem przy bramie, który obiecał ich wieczorem wyprowadzić z obozu za pół litra spirytusu. Oddaję mu jedną półlitrówkę i zostaję z koleżankami. Jesteśmy już w małej grupie – Halina, Wisia, Maryńcia, Hanka z mężem, Jurek i ja i jeszcze jeden kolega z 12 kompanii z synem i żoną, którego imienia ani pseudonimu nie pamiętam. Reszta po rannym odejściu nie wróciła. Nie mamy jedzenia ani picia. Siedzimy w milczeniu. Późnym popołudniem wypędzają nas na zewnątrz hali. Następuje segregacja. Oddzielają kobiety z małymi dziećmi. Resztę pędzą jak bydło w stronę torów kolejowych. Po obu stronach druty kolczaste, widać stojące wagony towarowe. Nagle stojąca opodal siostra PCK biegnie w naszym kierunku, pokonuje zaporę z kolczastego drutu i chwyta Maryńcię za rękę – “niech pani idzie za mną, ja panią uratuję, ja panią znam, mieszkałam obok pani matki”. “To niech pani zabierze moją koleżankę ona nie przeżyje obozu” – wyrzuciła z siebie Maryńcia i pchnęła Wisię w jej kierunku. Wszystko to trwało zaledwie kilka sekund. Pielęgniarka ujęła Wisię za rękę i odeszła. Jakaż wspaniała postawa Maryńci. Świadoma obozowego losu nie korzysta z okazji, ratuje przyjaciółkę. Wepchnięte do bydlęcego wagonu, wzruszone postawą Maryńci ściskamy i całujemy ją serdecznie, aby choć w ten sposób dać wyraz uznania za jej wysoce szlachetny czyn, na który na pewno w tej sytuacji niewiele osób byłoby stać. To było prawdziwe bohaterstwo. Dziś po koszmarnych przeżyciach obozowych można z całą pewnością stwierdzić, że życie swoje Wisia zawdzięcza wyłącznie Maryńci. Stłoczeni w zamkniętych wagonach rozpoczęliśmy kalwaryjską drogę do i obozu. Zaledwie po kilkunastu minutach powietrze w wagonie było nie do wytrzymania. Około setki nie mytych od tygodni ciał ludzkich. Po prostu smrodliwy zaduch. Słabsi zaczęli mdleć. Na zewnątrz na stopniu wagonu siedział eskortujący nas Niemiec z karabinem. Zaczęliśmy walić w ścianę wagonu. “Ruhe!” – krzyczał szwab. Halina po niemiecku prosi, żeby uchylił drzwi, przez szparę pokazuje mu półlitrową butelkę spirytusu i mówi, że chcemy go tym poczęstować i prosimy, żeby uchylił drzwi, bo ludzie mdleją z zaduchu. Wyciągnął łapę obejrzał półlitrówkę i uśmiechając się otworzył do połowy drzwi. Mijaliśmy podwarszawskie stacje kolejowe. Ludzie stojący na peronach wrzucali przez otwarte drzwi wagonu pieczywo i owoce. Po dwóch dniach i dwóch nocach koszmarnej jazdy znaleźliśmy się w obozie w Gross-Rosen. Tu oddzielono nas od mężczyzn. Nigdy nie zapomnę tych żałosnych pożegnań. Maryńcia błagała “Trytona” – był od nas dużo starszy, żeby opiekował się Jurkiem – “On taki delikatny, młodziutki, przecież to jeszcze dziecko, niech się pan nim opiekuje”. Kobiety wpędzono do baraku, aby następnego dnia rano załadować znowu do wagonów w dalszą podróż. Wieczorem wylądowałyśmy w obozie koncentracyjnym Ravensbriick. Noc spędziłyśmy blisko bramy wejściowej u stóp wysokiego nasypu, w którym znajdował się bunkier, do którego w nocy zwożono zwłoki więźniarek. Od razu pierwszej nocy przy świetle reflektorów odbyła się rejestracja. Odtąd jesteśmy już tylko numerami: !a jestem. .numer 65502. Z Powstania jest nas już tylko cztery. Halina, Maryncia, Hanka i ja. Jest również Wala, żona żołnierza 12 kompanii, która nie była w akcji. Następną dobę spędziłyśmy w olbrzymim namiocie ustawionym na placu przed budynkami administracji i łaźni obozowej, tzw. “mykwy”. Na ziemi pod namiotem rozścielona była gruba warstwa słomy, która dosłownie ruszała się od robactwa. Ulokowałyśmy się blisko wyjścia, odgarnęłyśmy słomę i ułożyłyśmy się na gołej ziemi. Rano wypędzono nas na plac. Była piękna słoneczna pogoda. Stercząca przed budynkami administracji ogromna góra waliz, tobołów, futer, lisów, zrolowanych dywanów i wszelkiego ludzkiego dobra, powiększyła się o dobytek kilkuset osobowej grupy kobiet ze Starówki, które zalewając się potem dźwigały z Warszawy na umęczonych plecach resztki swojego majątku, nie przewidując takiego końca. Jedynie nasza piątka nie powiększyła tego bogactwa. Nie miałyśmy nic. Znowu rejestracja. Biżuterię, zegarki i inne drobiazgi osobiste przyjmowano do depozytu. W następnym pomieszczeniu należało się rozebrać i przejść gęsiego dalej do wąskiego pokoju przedzielonego wzdłuż drewnianą balustradą. W rogu stół ginekologiczny, ze stołu na drugą stronę balustradki, nie było innej możliwości, było bardzo wąsko. Tam stały dwie “niemry” jedna strzygła maszynką głowy do gołej skóry, druga polewała głowy jakimś śmierdzącym płynem. Stąd drzwi prowadziły prosto do łaźni. Nie potrafię opisać uczucia strasznego upodlenia. Tego nie oddadzą żadne słowa. Pseudo badanie ginekologiczne, w rzeczywistości szukano złota, publicznie na oczach dziesiątków kobiet. Widok obnażonych I wychudzonych .postaci zeszpeconych straszliwie. golizną głów. Najtragiczniej wyglądały te najstarsze – Ich ogolone głowy sprawiały wrażenie trupiej czaszki. Wychodząc z łaźni dostałyśmy sławne obozowe drewniaki, najczęściej o parę numerów za duże i jakiś ciuch, co komu popadło, po prostu rzucano je przy wyjściu. Była to jakaś sukienczyna lub koszula nocna, bardzo długa albo króciutka przed kolana. Wyglądałyśmy jak nędzne przebierańce. Głęboko utkwił mi w pamięci widok wychudzonej staruszki w króciutkiej nocnej koszuli z krótkim rękawem, straszliwie cienkie ręce i nogi, sterczące kości kolanowe, czaszka pokryta niemal przeźroczystą skórą i wytrzeszczone oczy. Widok makabryczny. W ogóle nie poznawałyśmy się. Ustawione w kolumnę pomaszerowałyśmy na koniec obozu do bloku przejściowego na tzw. kwarantannę. Po drodze mijamy dużą kolumnę kobiet, chyba chorych psychicznie. Powykręcane, zeszpecone różnym grymasem twarze, ogolone głowy, gestykulujące nieskoordynowanymi i ruchami rąk i nóg, powykrzywiane, bełkocące krzykliwym, nie podobnym do ludzkiego głosu. Robiły wrażenie dzikich ni to ludzi, ni zwierząt. To już drugie wstrząsające przeżycie w Ravensbrück. Wtłoczono nas do wnętrza baraku. Pomieszczenie o powierzchni około 100 m2 gęsto zastawione trzy piętrowymi brudnymi pryczami, ma pomieścić około tysiąca kobiet. Wąziutkie przejście środkiem i przy trzech ścianach. Mamy lokować się po siedem kobiet na dwie prycze. Oczywiście nie ma żadnych koców. Brudne sienniki wypełnione drewnianymi, równie brudnymi wiórami. Makabra. Szczęśliwie udało nam się zająć dwie prycze z brzegu od strony okien. Leżymy bokiem przyciśnięte mocno do siebie. Czekamy aż. się wszyscy ulokują, boimy się ruszyć żeby nie stracić tak dobrego miejsca przyoknie. Kiedy się już wszyscy ulokowali, idziemy z Haliną szukać ustępu. Niewielkie pomieszczenie na prawo po wejściu do baraku. Po lewo cztery kabiny, na ścianie po prawo długie koryto nad nim krany. Nie trzeba opisywać, co się tam działo. Cztery kabiny na prawie tysiąc kobiet. Najgorzej było rano przed apelem. Halina zaraz pierwszego dnia nawiązała kontakt ze swoją ciotką, która przebywała tu już 5 lat. Znały ją wszystkie stare więźniarki, prowadziła tu ożywioną działalność konspiracyjną i oświatową. Nazywano ją babunią Świętorzecką. Nie było więc problemu. Pierwsza z zagadniętych przez Halinę więźniarek z przeciwległego bloku, zaprowadziła nas do niej. Przede wszystkim zostałyśmy obdarowane majtkami, które w razie wywózki miałyśmy obowiązkowo zwrócić. Były to majtki rotacyjne. Stanowiły tu wielki skarb również dla nas. Opowiadała o życiu obozowym, organizacji nauczania, pracy konspiracyjnej. Miały własny nasłuch radiowy, dostawały drogą konspiracyjną prasę codzienną, były świetnie zorientowane w sytuacji na wszystkich frontach II wojny. Ze zdumieniem słuchałyśmy, podziwiając jak w tych warunkach obozowych jest to wszystko możliwe. My z kolei musiałyśmy opowiedzieć o Powstaniu w Warszawie. Trzy razy składałyśmy jej wizytę. Potem było to już niemożliwe. Chodziłyśmy do pracy. Byłyśmy zajęte i pilnowane od świtu do nocy. O godzinie 5 rano apel. Potem bardzo ciężka praca trwająca 12-14 godzin. Najczęściej pracowałyśmy w tzw. piachu, czyli usypywaniu bardzo wysokiego nasypu wzdłuż szosy. Ciężkimi szuflami przerzucanie piachu z dołu do góry – a pilnowano, żeby szufle były pełne wyciskało z człowieka wszystkie poty. Bolały dotkliwie mięśnie rąk i nóg, które obsuwały się po stromiźnie nasypu. Czasem prowadzono nas na pola warzywne do podlewania. Uginałyśmy się pod ciężarem wiader lub konwi dźwigając je po kilkadziesiąt metrów przez długie 12 godzin. Nieraz udało się ukraść marchewkę lub cebulę. Zdarzały się jednak rewizje przy wejściu do bramy obozu. Jeśli złapali, winowajczynię bito, a cała kolumna dodatkowo kamie stała parę godzin na apelu. Przy zimnym, wilgotnym powietrzu jesiennym, a byłyśmy prawie gołe, nawet codzienne godzinne stanie na porannym apelu na baczność było wielką udręką. Po powrocie miska obrzydliwej, najczęściej brukwianej zupy, W której czasem pływał rozparzony jarmuż. Mimo głodu nie dało się tego jeść. Przed blokiem stała żelazna beczka na zlewki. Jeśli ich było zbyt dużo karano nas parogodzinnym apelem. Nie wszystkim udawało się wylewać do ustępów, ciągle były zajęte. Po dwóch miesiącach wyznaczono 600 osobową grupę na transport. Wśród niej znalazła się cała nasza piątka. Przed tym “badania lekarskie”. Rozebrane do naga, wprowadzono nas gęsiego na niewielki całkowicie odizolowany dziedziniec i kazano wielokrotnie wolniutko dookoła maszerować. Na środku pięknie wystrzeżonego trawnika w wygodnych fotelach ustawionych w czworobok, ośmiu obleśnych szwabów zabawiało się naszym widokiem. Seans trwający około 15 minut dla nas był wiecznością. Przewieziono nas do obozu w Heningsdorfie. Na dworcu ustawiono w dwuszeregu. Kilka opasłych drabów chodząc wzdłuż peronu wybierało sobie niewolników. Byłyśmy po prostu żywym towarem. Stałyśmy podzielone już na grupy. Jeden spośród tych wybierających przemówił do nas dość dobrą polszczyzną pocieszając, że teraz będziemy miały tu znacznie lepsze warunki, dobre wyżywienie, lżejszą pracę, będziemy pracowały w fabrykach, ,oni dbać będą o nasze wyżywienie, musimy przecież mieć siłę do pracy. Obóz składał się z 5 bloków mieszkalnych, oraz bloku, w którym znajdowała się kuchnia i umywalnia. Wszystko ogrodzone bardzo wysokim parkanem oraz podwójnymi zasiekami z drutów kolczastych. Między parkanem a zasiekami chodzili wokoło uzbrojeni strażnicy. Halina, Hanka i ja mieszkałyśmy w bloku nr 1 w tej samej izbie. Marysia i Wala w bloku nr 5. Blok podzielony na izby o powierzchni około 30 m2. W każdej był schowek z półką, na której stały miski i kubki, stołek, miednica i wiadro. Na dwóch ścianach 24 dwupiętrowe prycze z siennikami wypełnionymi wiórami i takież poduszki, oczywiście bez żadnego obleczenia. Środkiem długi stół i ławki. Na pozostałych dwóch ścianach po 2 małe okna. Czyste drewniane podłogi. Każda z nas miała swoja pryczę, koc, miskę, kubek i łyżkę. Otrzymałyśmy nowe numery obozowe. Ja byłam numerem 7183. Po dwumiesięcznej gehennie w Ravensbriick warunki jakie tu zastałyśmy wydawały nam się rajem. Uczucie raju minęło bardzo szybko zamieniając się w koszmar. Reżim był ściśle obozowy. Apele rano i wieczór, 12-godzinny dzień ciężkiej pracy dwuzmianowej, a więc jeden tydzień w dzień a drugi w nocy. Obóz położony był 5 km od miejsca pracy. Codziennie licząc w obie strony zaliczałyśmy 10 km marszu pod eskortą uzbrojonych żołnierzy i naszych opiekunek auzjerek gęsto nimi otoczone wokoło. Ciągle jesteśmy śmiertelnie zmęczone i głodne. Dobre wyżywienie skończyło się tylko obiecanką. O tyle było lepsze, że raz w tygodniu otrzymywałyśmy pajdkę tzn. 1/8 bochenka wojskowego chleba i płatek margaryny ważący może 1 dkg, codziennie rano czarną gorzką kawę i w południe miskę nie wiele lepszej zupy. Kawałek kartofla zdarzał się raz na parę tygodni, natomiast pływało w niej trochę brukwi lub pastewnych buraków oraz jarmuż. W Święta Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy dostałyśmy po 2 ziemniaki w mundurkach i po łyżce stynek z beczki. Stynki to takie maleńkie rybki w zalewie podobnej jak solone śledzie, ale wielkością przypominały takie jakie pływają w domowych akwariach. Na zimę dostałyśmy dodatkowe koce. Wprawdzie w każdej izbie był żelazny piecyk, ale otrzymywałyśmy 2 kostki brykietów dziennie. W izbach było bardzo zimno. Przez szpary między deskami można było oglądać dziedziniec obozowy. Chowałyśmy więc te brykietki po siennikach, żeby choć raz w tygodniu w niedzielę mieć ciepło oraz możliwość zagrzania wody do mycia i uprania swoich łachów. To było jednak karalne. Znalezione brykietki podczas nigdy nie przewidzianych rewizji w izbach, w czasie apelu, nie tylko były zabierane, ale sienniki wytrząsane z wiórów na środek izby oraz kara dodatkowego parogodzinnego stania, na apelu. Nie wylana z pośpiechu woda z wiadra, a do ścieku w umywalni było dość daleko, wylewana była na środek izby i potem karny apel. W ogóle karano za wszystko. Kiedyś Halinie w czasie nocnej zmiany odskoczyła stalowa listwa uderzając w nos tak silnie, że zalana krwią upadła straciwszy przytomność. Zauważyła to auzjerka, dopadła do niej i kopiąc doprowadziła do przytomności przy pomocy zlania ją zimną wodą. Po powrocie do obozu za karę nie otrzymała nic do jedzenia i cały dzień zamiast odpoczynku, króciuteńką miotłą, pochylona, musiała cały czas zamiatać teren obozu, aż do wieczora do pójścia do pracy na nocną zmianę. Za próbę ucieczki z obozu siedziało się po parę dni o głodzie w ciemnym wilgotnym bunkrze, nie mówiąc już o porcji tęgiego przed tym bicia. Kiedyś Francuzka siedziała w bunkrze cały tydzień. Potem ją wywieziono. Pracowałyśmy w fabryce części samolotowych, m.in. montowałyśmy kabiny do samolotów. Były to ciężkie stalowe “budy”. Do ich przemieszczania służyła specjalna mechaniczna suwnica. Niektóre auzjerki kazały przenosić je dwom kobietom ręcznie. Niewiele z nich dawało radę nawet przesunąć taki ciężar. Były wtedy kopane i bite kijem. Kiedyś majster ujął się za nimi tłumacząc, że przecież służy do tego suwnica. Auzjerka go zwymyślała i wyrzuciła z hali. Więcej go nie widziałyśmy. Ale wśród Niemców zdarzali się czasem ludzie. Na przykład Maryńcia długi czas dostawała od swego starego majstra codziennie jabłko lub skibkę chleba, które dla niej kładł w umówionym miejscu. Nasza majstrowa (jakiś czas pracowały w tym charakterze kobiety), przynosiła nam raz w tygodniu 1 białą małą bułeczkę, tłumaczyła, że nie może więcej, bo oni, Niemcy, dostają na kartki 1 bułkę na osobę jeden raz w tygodniu. Ośmielone poprosiłyśmy ją o igłę i nici. Przyniosła nie tylko igłę i nici, ale skarpety, majtki i coś tam jeszcze. Kiedy zaczęły się większe chłody dowieziono trochę ciuchów. Można było wymienić cienką sukienkę na coś cieplejszego z rękawem, ale była to ciągle jedna rzecz. Spódnica i bluzka lub sukienka. Bielizny ani pończoch. nie miałyśmy przez cały czas. Kradłyśmy papier z opakowań w fabryce i podszywałyśmy nim sukienki dla ich ocieplenia. Każda dostała kwadratową szmatę w jaskrawym kolorze, którą należało przyszyć na plecach sukienki lub bluzki i obowiązkowo wyciąć i analogiczny kwadrat w sukience lub bluzce. Wykonanie wycięcia było i kontrolowane. Kiedy przyszedł mróz i śnieg, a kobiety zaczęły chorować pozwolono zabierać z obozu jeden koc. Odtąd chodziłyśmy do pracy otulone kocem. Wiosną zaczęły się naloty. Z początkiem kwietnia były coraz częstsze. Zbombardowano nasze fabryki. Początkowo zatrudniono nas przy odgruzowaniu, segregowaniu cegieł, sortowaniu śrub i innych detali. Potem prowadzono około 10 km do kopania szerokich i głębokich rowów przeciwczołgowych. W połowie kwietnia nocą obóz ewakuowano. Pędzono nas pod eskortą uzbrojonych żołnierzy przez kilka dni i nocy bez żadnego odpoczynku ani posiłku. Spałyśmy w marszu trzymając się pod ręce. Przypominałam sobie wtedy opowiadania mojego ojca z okresu I wojny światowej. Niedowierzałam, że można spać w marszu. Teraz doświadczyłam tego sama. Wreszcie całkowicie wyczerpane wpędzono nas do jakiegoś olbrzymiego spichlerza wypełnionego wysoką górą suszonych siekanych buraków pastewnych. Gramoliłyśmy się po tych stertach nie wiedząc na razie co to jest. Dopiero po przespaniu się, wygłodzone, zaczęłyśmy to coś rzuć, poczułyśmy słodycz i rozszyfrowałyśmy zagadkę. Była to po prostu pasza dla bydła. Większość kobiet napychała tymi burakami co tylko się dało. Przewiązywały się znalezionym sznurkiem w pasie i sypały ile weszło. W marszu to jednak ciążyło. To, co tak łapczywie upychały, potem powoli wysypywały, aby wkrótce pozbyć się tego całkowicie. Szosa za nami wyglądała, jakby posypano ją drobnym żwirem. Pędzono nas cały czas lasami. W innych warunkach podziwiałybyśmy piękno i urok lasów. Teraz napawały nas grozą. Wysoki drzewostan sprawiał, że na wąskiej szosie panował półmrok. Co kilkadziesiąt metrów w rowie przy szosie mijałyśmy rozkrzyżowane trupy w pasiakach lub innych łachmanach. Zaczęło ubywać i naszych. Z każdą godziną słabła nadzieja przeżycia. Snułyśmy się w milczeniu. Byłyśmy okrutnie wyczerpane, słabe i załamane psychicznie. W czasie trwającej ponad 2 tygodnie wędrówki tylko 2 razy dostałyśmy po 2 lub 3 kartofle ugotowane w parniku. Trzy razy spałyśmy parę godzin pod dachem i dwa razy w mokrych rowach. Reszta dni i nocy w marszu. Mała iskierka nadziei wstępowała w nas na widok wzrastającego chaosu i zamętu. Mijając wioski osady coraz częściej spotykałyśmy gromady ludności niemieckiej uciekającej na Zachód wraz z całym dobytkiem na obładowanych furmankach z przywiązaną z tyłu krową, psem lub kozą. Zdarzały się nawet duże zatory na szosach. Ludność niemiecka odnosiła się do nas z pogardą i nienawiścią. Mijający nas oddział Hitlerjungen dosłownie opluł nas i obrzucił kamieniami wykrzykując: “polnische Schweine, polnische Bandit”. Szczególnie podnosiły nas na duchu spotykane pod koniec wędrówki radosne, roześmiane małe grupki ludzi różnych narodowości pozdrawiające nas uniesionymi do góry splecionymi w uścisku dłońmi, wołające z daleka: “Hitler kaput, Berlin kaput” itp. Wściekłość wtedy ogarniała naszych dozorców. Coraz częściej pojawiały się też grupki Polaków, głównie przebywających na przymusowych robotach. Pełni radości i entuzjazmu, choć odpędzani przez auzjerki, wołali z daleka: “Trzymajcie się, już nie długo, Berlin zdobyty, front bardzo blisko” itp. Podbiegali dopytując się, co to za obóz? Trzykrotne informacje podane nam przez podbiegających Polaków i jednego Francuza (Halina znała również dobrze język francuski) o poszukiwaniu nas przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż, potwierdziły się jeszcze tego samego wieczoru. Wpędzono nas do ogromnej stodoły na terenie dużego, sprawiającego wrażenie bardzo zamożnego gospodarstwa. Zwabione posłyszanym po raz pierwszy od wyjścia z obozu warkotem samochodu, wyglądamy przez szpary na dziedzinie. Pod stojący opodal okazały dom mieszkalny podjechał samochód osobowy. Wysiadło trzech mężczyzn. Oficer w mundurze niemieckim i dwóch wojskowych w mundurach amerykańskich. Przybyłych wita wyprężony na baczność komendant naszego obozu zapraszając przybyłych do środka. Po chwili przez otwarte okna dochodzą bardzo głośno, mocnym podniesionym głosem, zarzuty pod adresem naszego komendanta, a następnie dyspozycje dotyczące naszego losu. Jakże przydała się znakomita znajomość języka niemieckiego przez Halinę. Dzięki niej byłyśmy zorientowane w sytuacji. Oficer niemiecki w ostrych słowach zwymyślał naszego komendanta za prowadzenie obozu krętymi, leśnymi drogami, za poszukiwanie nas od kilku dni itp. Wreszcie wskazał miejsce, do którego ma nas jutro doprowadzić, dwukrotnie podkreślając, że jest to rozkaz. Krótka, ale bardzo burzliwa wizyta. Samochód odjechał, a w nas wstąpiła ogromna radość. Oto kończy się nasza gehenna. Następnego dnia raniutko wymarsz. Boże, znów lasami. Tracimy nadzieję. Panujący mrok na wąskiej szosie, trupy na obrzeżach lasu wzmagają depresję. Wreszcie na końcu drogi widoczny prześwit. Mijamy mały drewniany mostek. Przed nami wyłania się wioska. Skręcamy w bramę jakiegoś obejścia. Ładują nas do jakiejś stodoły. Jest zmrok. Po dłuższej chwili zjawia się człowiek w mundurze amerykańskim, przeprowadza na polanę otoczoną sadem owocowym. Stojący z boku wojskowy amerykański samochód oświetla reflektorami teren. Łamaną polszczyzną przemawia do nas przedstawiciel Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. “Witam was serdecznie. Od tej chwili jesteście pod opieką MCK. Nie grozi wam już żadne niebezpieczeństwo. Jutro rano przejdziecie bardzo niedaleko około 2 godzin drogi” – wymienił miejscowość, której nie pamięta – “stamtąd samochodami zostaniecie przewiezieni do Frankfurtu n/Menem, skąd statkami popłyniecie do Szwecji na odpoczynek, leczenie, odżywienie. Ponieważ jest noc, a wy jesteście bardzo zmęczone i wyczerpane dostaniecie za chwilę paczki żywnościowe, wylicza ich zawartość. Bardzo was proszę, korzystajcie z nich bardzo ostrożnie. Jesteście wygłodzone, wasze żołądki odzwyczajone od “pracy” mogą różnie reagować, trzeba jeść po trochu. To apel w trosce .o wasze zdrowie. W paczce są zapałki, w pomieszczeniu, w którym spędzicie noc jest ciemno, ale jest tam mnóstwo słomy łatwo o pożar, proszę was serdecznie w imię waszego bezpieczeństwa nie korzystajcie z nich, nie zapalajcie. Są tam także papierosy, wstrzymajcie się od ich palenia. Jesteście takie wycieńczone. I jeszcze jedno, rano przed wyjściem otrzymacie gorącą zupę. Teraz żegnając was, życzę spokojnego snu, dobrego odpoczynku. Zaraz przyjadą paczki”. Oczekując na obiecane paczki płakałyśmy ze wzruszenia, ze szczęścia – oto skończyła się nasza tragedia. Mimo wielu tak serdecznych ostrzeżeń, wiele kobiet nie wytrzymało widoku mleka, czekolady, konserw itp. ponajadały się bez umiaru. Rezultat był oczywisty. Bóle brzucha, biegunka, torsje od wczesnego świtu. Niektóre rano stwierdziły, że skonsumowały mydło, w całości lub jego część. Było to bardzo delikatne, białe w niebieskim opakowaniu z białym łabędziem mydełko. Zjawił się ten sam człowiek, który wczoraj tak serdecznie do nas przemawiał. “Najmilsi! Wczoraj obiecałem wam gorącą zupę. Przed chwilą przybyła duża grupa bardzo wycieńczonych mężczyzn też z obozu. Nie mamy już na miejscu paczek. Czy zgadzacie się, żeby przygotowaną dla was zupą nakarmić tych mężczyzn?” Chórem krzyknęłyśmy “tak”. “Dziękuję za waszą postawę. Wy natomiast dostaniecie za 15-20 minut gorące kartofle w mundurkach”. Kartofli było dużo. Można było wziąć tyle, ile kto chciał. Jakież było rozczarowanie i rozpacz, kiedy zorientowałyśmy się, że nasz komendant realizuje swój plan i pędzi nas dalej klucząc wśród lasów. Już wiemy, że Szwecja jest nierealna. Nasza gehenna trwała jeszcze dwa dni. Znowu wpędzono nas do stodoły na skraju wioski, tym razem bardzo starannie zamykając od zewnątrz wrota z obydwu stron. Jest ciemno. Grzmią działa. Przez szpary widać wyraźnie błyski ognia artyleryjskich dział wystrzeliwujące w górę z za ściany pobliskiego lasu. Mimo ogromnego huku zasypiamy. Rano zadziwiająca cisza. Nie słychać kroków strażników. Wyglądamy ze wszystkich stron szparami. Pustka i cisza dookoła. Uderzamy gromadą w zaryglowane wrota. Jesteśmy wolne.

Źródło

http://www.sppw1944.org/index.html?http://www.sppw1944.org/relacje/relacja13.html oraz Muzeum Powstania Warszawskiego

Pages: 1 2 3