Wyjątkowo upalne popołudnie czerwca 1942 r. było dla mnie dniem „zawieszenia broni” w pracy konspiracyjnej. Wszak myśmy mieli wtedy oprócz konspiracji bojowej również konspirację naukową. Tę drugą właśnie doskonale zorganizował doc. Jan Zaorski, firmując ją szyldem Szkoły Zawodowej dla Pomocniczego Personelu Sanitarnego. Do tak brzmiącego tajnego Wydziału Lekarskiego niepospolicie odważny doc. Zaorski dołączył swoje nazwisko i tytuł naukowy. Okupant nie domyślał się, że mogło się za tym kryć coś podejrzanego.

Z tejże Szkoły-uczelni doc. Elkner wzywał mnie właśnie do rozliczenia się z osiągnięć w zakresie histologii, który to przedmiot brzmiał oficjalnie: „nauka o komórce”. Całoroczne wykłady odbywały się dwa, trzy razy tygodniowo w gmachu fizjologii UW/ inne gmachy UW były ogrodzone i zajęte przez wojsko najeźdźcy /. Poza wykładami odbywaliśmy w godzinach popołudniowych ćwiczenia mikroskopowe, prowadzone przez asystentów, z których pamiętam dr Konopacką, pracującą z pełnym poświęceniem.

Skarbnicą wiadomości był dla nas opasły, ale za to szalenie dokładny podręcznik histologii prof. Szymonowicza. Wiele nocy towarzyszył mi na dyżurach sanitariuszowskich w Szpitalu Maltańskim.

Jednocześnie musiałem się urlopować z zajęć i ćwiczeń kompanii szturmowej ckm. Jako dowódca plutonu z trudem uzyskałem specjalny urlop od por. „Prawdzica” z kursu szkoły podoficerskiej, prowadzonego przez kilku z nas z nowym „poborem”. W kompanii służyłem już przeszło rok, po dwuletnich wyczynach harcerskich w Szarych Szeregach, do których podłączony zostałem ze swoją 11 WDH. Wodzowałem jej przy Gimnazjum Giżyckiego od 1938 r. i brałem z nią udział w kampanii wrześniowej. Naturalnie, tylko z chłopcami powyżej lat 16, bo wtedy był to próg dojrzewania do służby wojskowej, jakże często jednak fałszowany przez niektórych za naszym cichym przyzwoleniem (tzn. nas starych, mających już prawie 18 lat).

A więc przypinałem po raz pierwszy w życiu biały sztywny kołnierzyk, zmagając się z nim w jednej z dwóch sal pomieszczeń bankowych przy ul. Senatorskiej, zamienionych na L.H.D. (Luftschutz Hilf Dienst). Miałem tu już wtedy „uroczy” tytuł Gruppenführer Sanitatas Stalel bei Maltazer Ritter Ordens Lazaret i żeby było weselej, podlegaliśmy Komando der Schutzpolizei.

Ubrałem się w garnitur skompletowany przez kolegów, którzy z wielkim szacunkiem mnie wspomagali. Z 18-osobowej grupy nas mieszkającej wspólnie, zorganizowałem jakby cichą drużynę harcerską: dwóch medyków i dwóch studentów „szkoły zawodowej”, tj. politechniki, pozostałych 14 to chłopcy po 15-18 lat, zmuszeni przez narzucony rygor do uczenia się w zakamuflowanych szkołach zawodowych, będących właściwie szkołami średnimi.

Byliśmy skoszarowani i przez okrągłe 24 godziny teoretycznie przebywaliśmy na miejscu, przy Szpitalu Maltańskim.

Określone godziny wyjścia przeznaczone były głównie na pracę konspiracyjną, naukę i studia oraz na bardzo rzadkie spotkania towarzyskie. O charakterze naszej nauki wszyscy wiedzieli wszystko, o konspiracji tylko dwu, trzy-osobowe zespoły, które były w tych samych pododdziałach. Przekroczony limit nieobecnych w punkcie sanitarnym często musiałem wyjaśniać u zastępcy komendy Schutzpolitzei pzy Krakowskim Przedmieściu. Słowiański polot pozwolił mi zawsze uspokoić poszufladkowane głowy „nadludzi”.

Odpucowany i ubrany wizytowo, wykonałem szybki przemarsz odcinka z ul. Senatorskiej do gmachu Uniwersytetu przy Krakowskim Przedmieściu, aby o godzinie 15.00 stanąć oko w oko z doc. Elknerem. Krótkie napięcie lękowe, jakim ulegało się w niektórych momentach pracy konspiracyjnej, zastąpiła autentyczna trema egzaminacyjna.

Wyznaczono na to popołudnie grupę 24 „przyszłych sanitariuszy”. Moje podniecenie rosło z minuty na minutę, był to bowiem pierwszy egzamin czysto lekarski. Pierwsza piątka szczęśliwców po blisko godzinie, z wypiekami na twarzach i radością w oczach, opuściła salkę egzaminacyjną.

W drugiej grupie zostałem wezwany tam wraz z trzema koleżankami i jednym (oprócz mnie) przedstawicielem płci męskiej. Pięć sterczących na długim stole mikroskopów zdawało się być bronią maszynową nieprzyjaciela. Tylko pogodna mina doc. Elknera, rozdzielającego preparaty jak amunicję, stwarzała bardzo miłą atmosferę zbliżającej się potyczki: poznaj, co to za tkanka czy narząd, opisz, uzupełnij wiadomościami ogólnymi – i właściwie przeskoczyłeś pierwszą dużą przeszkodę na drodze do tytułu lekarza.

Teraz zaczynamy egzamin z histologii. I tu sytuacja zaskakująca. Jedna z koleżanek, po kwadransie mikroskopowania, za zgodą profesora opuszcza pod jakimś ważnym pretekstem salkę. Zasumowana, ale miła twarz profesora niczym nie zdradzała zbliżającej się katastrofy. Kiedy wróciła wspomina adeptka i siadła do mikroskopu, do salki wszedł jeden z laborantów i szepnął coś do ucha naszemu egzaminatorowi. Jego twarz zmieniła się radykalnie (informacja dotyczyła usiłowania koleżanki uzyskania pomocy w odczytaniu preparatów).

Reakcja profesora nie była gwałtowna, lecz bardzo skuteczna. Straciliśmy czyjeś zaufanie. Przy referowaniu preparatów otrzymaliśmy wszyscy zdawkowe pytania, wykazujące, że jesteśmy za głupi. Nikt z nas nie miał jednak pretensji. Nie było w tym cech zbiorowej odpowiedzialności, ale było coś niesmacznego. Ktoś z nas zawiódł.

To był w moim życiu moment, dla którego uwypuklenia dałem swojej relacji tytuł

„Bez taryfy ulgowej”. Takiej taryfy nie stosowano w konspiracyjnych szkołach i uczelniach, nie można jej było stosować zwłaszcza w stosunku do przyszłych lekarzy. Była to dla nas jeszcze jedna lekcja życia, lekcja bardzo pouczająca.

 Teraz, po latach, wiem, że tak być musiało, ale wtedy wypadłem z całą grupą za drzwi bardzo załamany. Koniec moich marzeń o studiach! A może właśnie los reżyserował moje życie? Bo przecież tenże los za sprawą mojego przyjaciela z gimnazjum, E. Czaplickiego (zginął w Powstaniu Warszawskim) spowodował, że mogłem w ogóle tajne studia zacząć. Na jedyne wolne miejsce w L.H.D. wspomniany przyjaciel ulokował właśnie mnie dzięki wygranej w ”orła i reszkę”. A było to jesienią ponurego roku okupacyjnego 1941.

Powróciwszy z wojny 1939 r., wraz ze swoją drużyną harcerską natychmiast zatrudniłem się jako robotnik na budowach, aby mieć arbeitskartę. Pracowałem wtedy w polskim przedsiębiorstwie remontowym, które odbudowywało gmach Prezydium Rady Ministrów z przeznaczeniem na „Haus der deutschen Kultur”. Odpowiednie zaświadczenie oraz jakieś finansowe dochody pozwoliły mi przyjrzeć się moim ”panom” z bliska, trochę ich poznać, a to dało mi odpowiedni materiał do osobistej „walki z okupantem” w powiązaniu z rodzącymi się Szarymi Szeregami.

Właśnie po takich półtorarocznych ”wyczynach” zawiadomił mnie mój przyjaciel, że zdobył dla mnie miejsce w L.H.D.

Tak oto moim nowym domem stał się improwizowany punkt sanitarny, z salami operacyjnymi, opatrunkowymi oraz dwiema salkami przeznaczonymi na koszary dla 18 sanitariuszy. Wszystko to w byłym banku przy ul. Senatorskiej 40, obok powstałego podczas działań wrześniowych szpitala, zorganizowanego przez rycerzy zakonu maltańskiego w gmachu Resursy Kupieckiej. Dostawałem koszarowe, skąpe wyżywienie, drobne kieszonkowe, ale za to dziwną legitymację, którą notabene samiśmy żeśmy ”wypracowali”, podbijając pieczątką Komando der Schutzpolitzei Abteilung Luftschutz, ”pożyczoną” na krótko z tejże Komando i zwróconą potem także po cichu.

Swoje studia zacząłem w jesiennym semestrze roku 1941. Wtedy kontynuował zajęcia pierwszy semestr wiosenny. Ja znalazłem się w semestrze drugim. Każda z grup liczyła 60-80 słuchaczy. Grupa poranna miała zajęcia do godz. 13.00, wymieniając się co kilka miesięcy z grupą popołudniową. W Szpitalu Maltańskim miałem ustawione na cały rok dyżury, słuchałem więc wykładów w grupie porannej, na co uzyskałem wraz z moim przyjacielem Czaplickim specjalną zgodę pani Szymańskiej. Wykazywała ona niemal matczyną troskę o nas słuchaczy, uzupełniając wprost idealne stosunki na linii dziekanat – uczeń – student.

Z wielką satysfakcją stwierdzam, że wszyscy pracownicy Szkoły doc. Zaorskiego to ludzie bardzo dużego formatu, począwszy od nieustraszonego prof. Zaorskiego, poprzez dużą grupę docentów, doktorów, lekarzy i laborantów, a skończywszy na wyjątkowo sympatycznej i oddanej grupie pracowników tzw. fizycznych. Byli to ludzie, którzy przeżyli dwie wojny, w tym wojnę bolszewicką, oni byli solą narodzin Niepodległej Polski. Ich postawa była dla nas wzorem do naśladowania i wpływała na nas kojąco, dawała psychiczny komfort, przejawiający się na każdym kroku w czasie zajęć na tej dziwnej uczelni i dopingujący nas w przygotowaniach do kolokwiów, ćwiczeń i egzaminów. Pobyt w Szkole dawał nam długie godziny psychicznego relaksu, z dala od przestraszonej ulicy warszawskiej, łapanek i aresztowań.

W efekcie mogliśmy zachować właściwą postawę w pracy konspiracyjnej, zabierając się do niej z większą żarliwością.

Dochodziły do nas smutne wieści o wypadnięciu koleżanki czy kolegi z grona studiujących. Nikt jednak nie dyskutował. Tego wymagała praca konspiracyjna.

Trudno mi teraz, z perspektywy dziesiątków lat, opisać wspaniałe chwile radości po zaliczeniu nawet drobnego ćwiczenia, nie mówiąc już o kolokwium. Wielkim świętem był egzamin, chociaż nikt nie dawał żadnego zaświadczenia, nie było protokołu. Indeks zobaczyliśmy dopiero po wojnie. Profesorowie konspiracyjni zmyślnie zaszyfrowane notatki, z całą świadomością ryzyka, przechowali nawet podczas warszawskiej tragedii powstańczej. I nikt ich potem nie odznaczał, nawet prasa dziwnie milczała, kiedy oni pozwolili nam kończyć studia już na oficjalnym wydziale UW. Ta grupa młodych lekarzy w dużym stopniu szybko wzmocniła przestrzelane szeregi starszych kolegów.

Rok 1944 – dyplom, zaświadczenie o ukończeniu Szkoły. Nikt z absolwentów, już jako wykwalifikowany sanitariusz, nie zgłosił się na wyjazd poprzez arbeisamt do Rzeszy. Ja osobiście miałem przydział do Zagłębia Ruhry.

W tym okresie dziwnym zbiegiem okoliczności jednocześnie ukończyłem podchorążówkę i na skutek ”wsypy” przeszedłem do głębszego podziemia. Był to dla mnie drugi dyplom. Pierwszy upoważniał do ścigania mnie przez arbeitsamt, drugi był dużym wyróżnieniem. Zająłem część urzędników gestapo, a to się wtedy bardzo liczyło i dodawało mi splendoru. Nie ma Skarżewskiego – Skawicza, jest Sakowski Kędzior. Był to normalny epizod w życiu normalnego Polaka.

Nie mogę tu nie wspomnieć, że kiedy w 24 lata później w szerszym gronie, przeważnie rówieśników, podczas zjazdu radiologów Wspólnoty Brytyjskiej, w nastroju bankietowym napomknąłem w Londynie o naszych dziwnych studiach, nikt nie dał wiary. Dopiero w chwilę potem podeszła do mnie hinduska lekarka i zapytała, gdzie można o tym przeczytać i jak odwdzięczyliśmy się swoim wychowawcom. Przyznam się, że zrobiło mi się głupio

Jakże przydały mi się nabyte wiadomości, wprawdzie niepełne, ale już lekarskie. Jako sierżant podchorąży poza funkcją zwiadowcy pełniłem obowiązki lekarza pododdziału ’’Osucha” po koncentracji 25. pułku piechoty w lasach Opoczyńskich. Po odbiciu mnie z więzienia, w którym znalazłem się pod koniec 1944 r. w Tomaszowie Maz., cały szpital opoczyński znalazł się w moim władaniu. Szpital był pełen rannych. Odbierałem również porody. Na szczęście dla rodzących dokooptowałem położną.

Nasi następcy będą nam zazdrościć i zastanawiać się, skąd w nas ten pęd patriotyczny.

Wstępem była szkoła średnia. Idealnie przedłużył to wychowanie doc. Zaorski. To on wraz z prof. Czubalskim zadali kłam okupantowi, że średnie i wyższe studia są niedostępne dla ”przyszłych mas pracujących niewolników”. Był to wtedy okres bardzo ciężkiej, ale nie śmiertelnej choroby naszego narodu. Z perspektywy prawie półwiecza my lekarze wiemy, jak kolosalny wpływ na chorego ma jego wydolność psychiczna. Właśnie ta wiara pozwoliła nam przeżyć i zrobić to, cośmy przeżyli i zrobili.

 Myślę, że to wspomnienie będzie jednym z wielu, które choć w skromny sposób uhonorują pracę całego personelu Szkoły doc. Zaorskiego, ludzi pracujących jako fizyczni, laborantów, asystentów, lekarzy, doktorów medycyny, docentów i profesorów… Nazwiska ich wszystkich powinny znaleźć się w materiałach katedr historii medycyny wydziałów lekarskich w kraju, a także za granicą.

Źródło: Pamiętnik Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego –
Powstanie Warszawskie i medycyna, wydanie II, Warszawa 2003 r.