W Powstaniu:

Obwód I Śródmieście Południe. punkt oaptrunkowy -Instytut Głuchoniemych, Plac Trzech Krzyży 4/6

Fragment dziennika

 

Niedziela — 3 września

Od rana krążą samoloty. Całe przedpołudnie czekamy na pójście do YMCA, gdyż tam mamy założyć filię naszego punktu, ale wyprawa ta nie doszła do skutku. Około godziny 3 dano znać, że w „Apollo” 1 jest ranny Niemiec. Pobiegłyśmy po niego z noszami. Podczas uprzątania gruzów dostał kulą w czaszkę. Zranienie tak silne, że nie ma nadziei, żeby żył. Z płuc wydobywa się charczenie, czerwona piana na ustach. Jest nieprzytomny. Przytaszczyłyśmy go na górę. Pani doktor2 obejrzała, ale nic poradzić nie mogła. Do za pięć czwarta patrzyłam, jak kona, a potem poszłam na pogrzeb porucznika i podporucznika. Weszłyśmy dwójkami. Prawie wszyscy byli już na miejscu. Stanęłyśmy pod kasztanem, zamykając podkowę. Deszcz zaczął kropić. Po chwili porucznik „Kłos” wydał rozkaz: „Całość baczność, z karabinami wystąp!” Dwóch żołnierzy wystąpiło i stanęło przy świeżo wykopanych dołach. Inni wnieśli dwie trumny białe, świeżo zrobione. Postawili je na ziemi. Deszcz zaczyna padać coraz bardziej; jest zimno, wiatr wieje, robi się ciemno, nieprzyjemnie.   Pogoda prawdziwie jesienna.   Jeden z żołnierzy występuje, w imieniu wszystkich oddaje cześć poległym kolegom. Mówi kilka słów.  Nie ma w nich rozpaczy ani żalu. Jest tylko wielka siła do dalszej walki o wolność, siła do pomszczenia tych wszystkich, którzy zginęli nie tylko w czasie powstania, ale których zabrał nam Pawiak, Oświęcim i inne podobne miejsca katorgi. Ksiądz odmawia ostatnie modlitwy, a potem mówi kilka słów. Mówi o podłości germańskiej, o jej barbarzyństwie, mówi, a oni potwierdzają jego słowa. Nad gruzami kościoła Św. Aleksandra świszczą kule. Czerwone błyski przelatują stale na tle szarego, jesiennego nieba. To z BGK walą na wylot ulicy Wiejskiej. Ksiądz kończy słowami pełnymi wiary w zwycięstwo i w tym momencie robi się jasno. Ostatnie promienie zachodzącego słońca przebijają się przez chmury, ale to trwa bardzo krótko.  Robi się znowu ciemno, pada rzęsisty deszcz. Żołnierze podchodzą do trumien, biorą je na pasy i spuszczają w głąb świeżych mogił. W Instytucie ktoś gra Marsza żałobnego Chopina. W takt tego marsza idziemy wolno, jedni za drugimi, każdy zatrzymuje się na chwilę przed grobami i rzuca garść ziemi na trumny poległych. Wszyscy rozchodzą się.

Idziemy do siebie, gdy ktoś daje znać, że w „Apollo” jest ranny. Znowu Niemiec, ma przestrzelone oba pośladki.  Zakładamy mu pierwszy opatrunek i niesiemy na górę.  Idą razem z nami dwaj żołnierze.  Na górze czekamy chwilę pod drzwiami, ponieważ gabinet jest zamknięty. Nasi chłopcy zaczynają wymyślać Szwabowi. Maryla zwraca im uwagę, że to nie jest odpowiedni sposób zachowania się w stosunku do rannego. Potem słychać dość ostrą wymianę zdań i jeden z żołnierzy wyjmuje sztuczną szczękę mówiąc: „Oto ich kultura!” Wybili mi wszystkie zęby na przesłuchaniu!  Za chwilę przychodzi pani doktor. Burza zażegnana, ale dostajemy burę, że wnosimy rannego do ambulatorium, skąd nie wy-niosłyśmy uprzednio trupa.  Tamten Niemiec zmarł w czasie pogrzebu naszych chłopców. Ten jest bardzo lekko ranny, tak, że pani doktor zdecydowała, żeby odstawić go do naszych władz wojskowych. Odesłano go do kapitana „Redy”. Deszcz bez przerwy leje. Jesteśmy zadowolone z tej psiej pogody. Przynajmniej jest pewność, że nie będzie nalotu. Noc mija spokojnie.

Poniedziałek — 4 września

Po śniadaniu pani doktor z dziewczętami idzie do YMCA, żeby przy-gotować salę dla chorych. Tylko kilka z nas zostało u Głuchoniemych. Uważamy, że stanowczo jesteśmy pokrzywdzone. By wynagrodzić tę niepowetowaną stratę, zaczynamy dogadzać sobie. Przede wszystkim zjadamy niesamowitą ilość ovomaltiny z miodem i sokiem pomarańczowym. Około jedenastej zaczynamy robić pomadki. Mają one być na intencję Joli3 urodzin. Jadzia wyrabia w miseczce jakieś cuda, a Funia wycina serwetki. Robotę tę umilają nam odgłosy natarcia z Sejmu na YMCA Walą solidnie. Mamy jednak nadzieję, że Niemcy YMCA nie zajmą. Jest tylko więcej niż pewne, że one zjawią się dopiero wieczorem, kiedy obstrzał się uspokoi. Zjadamy więc obiad same. Po obiedzie przychodzi Hanka zawiadomić nas, że wszystkie wrócą dopiero wieczorem. Po południu mamy kilku rannych. Na szczęście jest drugi lekarz. Gdyby go nie było, miałybyśmy kłopot: O transporcie rannych nie może być mowy tak walą ze wszystkich stron. Znowu ktoś wpada, mówiąc, że jakaś łączniczka jest ranna. Dziewczęta biegną, Hanka bierze nosze, idzie też i doktor. Po chwili idę na górę zobaczyć ranną. Na schodach spotykam Hankę i dowiaduję się, że ranna jest Aneta. Wpadam do ambulatorium. Rzeczywiście Anka leży na stole operacyjnym. Jest bardzo blada, ale na szczęście rana nie jest poważna. Przestrzał uda, ale ani kość, ani tętnica nie naruszone. Przenosimy Ankę do nas na kwaterę, tymczasem leży na noszach, przychodzą do niej koleżanki, gada z nimi, w ogóle czuje się zupełnie nieźle. Pyta tylko, kiedy będzie mogła wstać, gdyż chce wrócić do roboty. My tymczasem przygotowujemy jej łóżko. W tym czasie przychodzą dziewczynki z YMCA. Trochę się uspokoiło. Na naszej kwaterze robi się gwar. Jola rozmawia z Anką, a ta składa jej życzenia urodzinowe. Właśnie szła do nas w tym celu i tak się jej dostało. Przed kolacją zjawia się ukochany Anki i jeszcze jacyś znajomi. Postanowili przegnieść ją do Hanki K. na ulicę Hożą. Wstrzyknięto jej jeszcze zastrzyk przeciwtężcowy, ułożono na noszach i Hanka transport prowadzi. Odprowadzamy ją do wyjścia. Mają iść przez ulicę Książęcą i pod Nowym Światem.4 Droga niebezpieczna, ciemno, ale przez ulicę Wiejską iść nie można. Stale jeszcze pykają. My tymczasem zasiadamy do wystawnej, urodzinowej kolacji. Na wspaniały humor wpływają smakołyki. Jest chleb z sardynkami, pomadki, cukierki, prawdziwa wedlowska czekolada, winogrona. W czasie tej uczty zaglądają do nas jacyś dwaj oficerowie i łączniczka. Niedługo znajdujemy wspólnych znajomych, okazuje się, że oni też byli w harcerstwie.

Wtorek — 5 września

Cały dzień mija spokojnie. Każda ma wyznaczoną robotę. Czekamy powrotu Joli i Maryli z miasta. Wreszcie wieczorem zjawiają się obie obładowane. Przyniosły materiał na mundury. Cieszymy się bardzo. Wreszcie będziemy jednakowo ubrane. Przy kolacji dowiadujemy się różnych nowinek z miasta.

Dwa następne dni mijają pod znakiem szycia. Ja kroję, a Danka siedzi przy maszynie i szyje. Od czasu do czasu przerywamy robotę, kiedy samoloty krążą nisko nad dachami i z napięciem czekamy, czy trzasną w Głuchoniemych, czy gdzieś w pobliżu. Czasami zdarzają się sytuacje komiczne. W pewnym momencie, po solidnym nalocie, wchodzi na kwa-terę Kasia i mała Ewka. Obie czarne — całe w sadzach. Kasia martwi się, że nie będzie obiadu, ponieważ w czasie bombardowania otworzył się luft i sadze wsypały się do kotła z kluskami, a Ewka płacze, że jej nowa mundurowa bluzka czarna, a przecież nie ma jej w czym wyprać.

W  YMCA jako łączniczki mają służbę: „Szczur”, Zosia i Bożena, a „Mała Jola” jako sanitariuszka. Wreszcie wszystkie jesteśmy zajęte.

Sobota — 9 września

Pierwszy raz wychodzę na miasto, na ulicę Mokotowską 61, zobaczyć się z panią Wedecka. Trzeba iść przez Książęcą i pod barykadą na Nowym Świecie. Wczoraj tak walili w tę barykadę z BGK, że było kilka wypadków, i to poważnych. Między innymi przynieśli do nas łączniczkę, która miała zgruchotane kości w obu nogach. Nam jakoś szczęśliwie udało się przejść. Potem droga przez piwnice, podwórka. Wszędzie pełno gruzu. Smutnie to wygląda. Przez cały czas wizyty siedzimy w piwnicy, gdyż co chwila nowe naloty. Widziałam się z Reniutą — długo gadałyśmy. Wieczorem powrót przez Aleje, ulicę Wiejską, domy włoskie i do Instytutu. Dziewczęta same przez cały dzień szyły.

Niedziela — 10 września

Rano byłyśmy na mszy świętej wszystkie w nowych bluzkach w krat¬kę, po południu zabrałyśmy się do przerabiania spódnic.

Poniedziałek —11 września

Dzień zupełnie makabryczny. Stale nadlatują samoloty i bombardują. Przyszła pani Wedecka i siedzi u nas na kwaterze, a my w dalszym ciągu szyjemy. Gdy tylko usłyszymy samoloty, Urszula natychmiast odchodzi od maszyny, ponieważ przez okno leci szkło i odłamki. Bombardują YMCA — a nasi tam są. Zresztą, gdzie ich nie ma. Później dowiadujemy się, że zburzona ta sala, do której miałyśmy przenieść naszych rannych. Szczęśliwie Bóg nas strzegł. Około godziny 11 nowy nalot. Znowu trzasnęło kilka bomb. Tym razem w „8-kę”. Biegniemy tam. Jest i straż ratownicza, ale robota jest bardzo ciężka, ponieważ wszystkie _ wejścia są zawalone i zupełnie nie można dostać się do piwnic. Tymczasem wydobywa się z parteru ludzi, którzy stali w sieni. Same trupy.

Z bocznych oficyn wyciąga się rannych. Wszyscy są bardzo zaszokowani Nie wiedzą, gdzie są i co się z nimi dzieje. Przeprowadzamy ich do schronu, a dla ciężko rannych zostawiamy miejsca na sali. Najgorzej, że do piwnicy w środkowej oficynie nie można się dostać. Na pierwszym piętrze wisi człowiek głową na dół. Nogi ma przygniecione. Nie ma do niego żadnego dojścia. On daje wskazówki, jak idą piwnice i jak najlepiej zabrać się do odkopywania ich..Znowu nadlatują samoloty. Nie ma się zupełnie gdzie schować. Wchodzimy w ruiny, niektóre idą do Instytutu, ale wszędzie jednakowo niebezpiecznie. Wreszcie mija chwila potwornego naprężenia — odleciały. I znowu przynosimy krople, wodę, obmywamy rany, przykładamy kompresy. Do wieczora pierwsza pomoc udzielona, ale do piwnic jeszcze się nie dostali, będą pracować całą noc. Umawiam się, że gdy wreszcie dokopią się, to mnie obudzą. Idziemy spać. W nocy przychodzi Celina: „Zocha, wstań.” Wyłażę z pryczy, budzę Kasię, biorę chlebak, latarkę i idziemy. „Do tego przejścia tutaj” — słyszę głosy. Idę pierwsza. „Proszę wejść tą dziurą.” Widzę maleńki otwór w murze dopiero co wybity. Ledwo można się wcisnąć. Wciągają mnie do środka. Jestem w piwnicy. Prawie zupełnie ciemno od kurzu. Kilku ludzi pracuje przy słabym świetle latarek. Wykopują ludzi spod gruzów. Obraz zupełnie makabryczny. Leży kobieta. Nogi ma jeszcze przysypane. Pod nią jej dziecko ośmioletnie już nie żyje, ona dogorywa. Nad nią czyjeś ręce, nogi, palce nie wiadomo do kogo należące. Jak jej pomóc, jak ją ratować — można zupełnie zgłupieć. Wysyłam Kasię po kamforę, a tymczasem przykładam jej zwilżoną chustkę do ust. Wreszcie mamy strzykawkę, ale jak na złość igła niedrożna. Kasia biegnie po druga igłę. Tu czarno od kurzu, że można się udusić. Jeszcze kilka nadludzkich wysiłków i wreszcie jest wyciągnięta. Teraz przeciąga się ją przez dziury w murze i jest na świeżym powietrzu. Kładziemy ją na noszach. Usiłuję zrobić zastrzyk, ale tym razem igła zgina się. Co za pech. Czym prędzej niesiemy ją na salę. Przynosimy niestety trupa. Kładziemy ją na korytarzu. Leży tam nie sama. Wszyscy spod ,,8-go”. Na sali jest oprócz Celiny Krysia — pielęgniarka. Roboty jest dużo, zostajemy i my z Kasią. Stale jakieś zastrzyki, zabiegi. Beznadziejny jest stan tego człowieka, który wisiał głową w dół przez 11 godzin. Pomału kona. Gdy już skonał, czym prędzej wynosimy go na korytarz, ponieważ nie leży sam na łóżku, tylko z drugim rannym. I znowu jeszcze kompresy, opatrunki, mniej więcej do czwartej rano. Wreszcie kładziemy się spać.

Wtorek — 12 września

Jola i Maryla od samego rana załatwiają różne sprawy w komendach. My znowu szyjemy. Robotę przerywamy tylko na te chwile, gdy nad nami krążą samoloty. Znowu po raz nie wiem który walą w domy włoskie, a ta nasza buda cudem stoi. Wytrzymać tu jest naprawdę dość trud-. YMCA też coś oberwała. „Mundek” ze swoimi ludźmi przenosi się powrotem do Głuchoniemych. Jest trochę gwarno, jak zwykle, gdy oni są, ale szczęśliwie już wieczór i pewnie nie będzie nalotu.

Wieczorem wpada Jola z wiadomością, że mamy rozkaz natychmiastowego przeniesienia się z placu. Rzeczywiście wszystko dokoła zburzone. Stoi tylko Instytut. Natychmiast po kolacji pakujemy swoje rzeczy osobiste, ambulatoryjne, cały nasz inwentarz i przenosimy to. Chorych transportujemy na ulicę Mokotowską 55 5. Całą noc trwa przenoszenie. Drugą część nocy siedzę na sali, ponieważ zostały jeszcze trzy kobiety. Jedna z nich spod „8-go”. Boi się, że wszyscy sobie pójdą, a ją zostawią, prosi, by być przy niej i rozmawiać z nią. Rozwidnia się, a tu nie ma ludzi do przeniesienia jej. Tamta kolumna transportowa, która składała się z lekarzy, ma już zupełnie dosyć. Pani doktor jest też tak zmęczona, że nie ma siły zorganizować nowego transportu. Zachodzi obawa, że niedługo zaczną się znowu naloty. Wreszcie ostatnią chorą zabierają. Ja zostaję sama. Trzeba resztę uporządkować i pójść do nich.

Wtorek —13 września

Od samego rana krążą samoloty i znowu bombardują domy włoskie. Przejście na ulicę Mokotowską jest bardzo trudne. Bez przerwy krążą i kanonada niesamowita. Znowu są ranni. Jakiś starszy człowiek przechodził przez ogród i dostał w płuco. Stan jego jest bardzo ciężki. Od-transportowano go natychmiast. Około godziny 10 zjawia się Hanka. Znowu mamy ciężko rannego — jakiś człowiek z obsługi „piąta” 6 — dostał w głowę. Trzeba go natychmiast transportować, a tu nie ma ludzi. Musimy same.

Akurat przyszła „Mała Jola” z YMCA. Znajduje się jeszcze ktoś czwarty — obcy. Przechodzimy przez „Apollo”, stale do góry i na dół. Inna droga jest niemożliwa, gdyż wszędzie obstrzał. Trzeba teraz przejść przez podwórko domów włoskich. A tu kule świszczą. Bez przerwy walą. Nie ma co się zastanawiać. Idziemy nieco pochylone. Sił dodają nam tylko nerwy. Nosze bardzo ciężkie i pełno gruzu. Całą energię wysilamy, aby wnieść nosze na schodki i wreszcie dostać się w ruiny domu. Obstrzał ani na chwilę nie ustaje. Jesteśmy już w ruinach, gdy znowu nadlatują samoloty. O Boże, czy znowu będą walić w domy włoskie? Już zupełnie nie mamy siły. Spod nóg usuwają się nam cegły, belki, w niektórych miejscach na siedzeniach zjeżdżamy z półpiętra, i to z noszami. Wreszcie wychodzimy z ruin. Trzeba przebiec pod niziutką barykadą na ulicę Prusa, a obstrzał i tu też jest. Przebiegamy ulicę nieomal ostatkiem sił. Podajemy nosze przez okno. Ktoś nam pomaga odebrać rannego. Wreszcie jesteśmy w małym domku. Samoloty krążą. Idziemy dalej. Trzeba przejść przez ulicę Wiejską 20 i 18 wąziutkim korytarzem i piwnicami. By wnieść tam nosze, trzeba wykręcać na podwórzu, na które walą z Sejmu. Wreszcie zrobione. Spotykamy się z ludźmi, którzy szli po tego rannego. Poznaję wśród nich Zochę Z. — koleżankę ze szkoły. To patrol z Architektury. Biorą od nas nosze i dalej sami transportują. My jesteśmy wykończone zupełnie, nawet Hanka ma kompletnie dosyć. Przechodzimy szereg piwnic, podkop pod Wiejską, znowu piwnice i podwórka w Alejach Ujazdowskich, wreszcie pod barykadą i jesteśmy na miejscu. Mokotowska.

Niewesoło się tu przedstawia. Warunki okropne, a poza tym nie mamy się gdzie podziać. Dziewczęta rozpuściło się na kwatery. Noc przy chorych ma Jola i Maryla. Co parę minut naloty. Już trochę trudno wytrzymać. „Mała Jola” wraca do Instytutu. Chce być z Bożeną, która pozostała tam jako łączniczka. Ciężko, bardzo ciężko.

Czwartek —14 września

Dziewczynki na kwaterach. Bombardowanie. W nocy przenoszenie ran-nych na ulicę Piusa. Od godziny 2 spokojnie spałyśmy w domu.

Piątek —15 września

Cały dzień ganiamy po mieście. Otrzymujemy przydział smakołyków. Pod wieczór spotykam na ulicy Mokotowskiej Hankę. Mówi, że „Mała Jola” szła przez gruzy domów włoskich do YMCA i spadła z drabiny i że podobno ma pękniętą podstawę czaszki. Podobno odniesiono ją do szpitala pod 55. Idziemy tam natychmiast. Szukamy jej wszędzie, w sa¬lach chorych, w salach opatrunkowych, operacyjnych, w korytarzach. Nigdzie jej nie ma. W ewidencji chorych również nie figuruje. Po jakimś czasie znajduje ją Hanka leżącą na noszach w jakimś ciemnym korytarzu w piwnicy. Zabieramy ją natychmiast i przenosimy do „Przytuliska” do Reniuty. Jest nieprzytomna. Miała krwawy wylew uchem.

Sobota —16 września

Roboty mamy dużo. Artyleria wali. Stale naloty. Jola w dalszym ciągu nieprzytomna. Woła tylko: „Do piwnicy, do piwnicy”, więc przygotowujemy posłanie i przenosimy ją. Ojciec Haliny przyprowadził lekarza specjalistę, który stwierdził pęknięcie podstawy czaszki, nie pozwolił ruszać jej z miejsca i kazał co kilka minut kłaść zimne kompresy na głowę. Oznajmił także, że o ile w ciągu siedmiu dni odzyska przytomność, to wszystko będzie dobrze. Zostaję przy Joli i ani na chwilę od niej nie ^odchodzę.  Pilnuję, żeby się nie ruszała, zmieniam kompresy, zwilżam usta, daję coś do picia.

W nocy w mieszkanie państwa Gandeckich trafiła „krowa”. Dziewczęta spały tej nocy w tym domu, ale w piwnicy. Zrobiło się ciemno, za-kotłowało się, ale na szczęście nic nikomu się nie stało.

Niedziela — 17 września

Wszystkie zmęczone straszną nocą. Joli nieco lepiej. Pociski „krowy” walą dalej.

Poniedziałek —18 września

Dywizja bolszewicka przeprawiła się przez Wisłę.7 Wreszcie pierwszy nalot aliancki z takim napięciem wyczekiwany.8 Czekamy także na zrzuty broni; przecież już zupełnie nie ma czym walczyć. W nocy na placykach, między innymi i na skrzyżowaniu ulicy Mokotowskiej i Piusa palą się ogniska na znak, że w tym miejscu oczekujemy na zrzut. Bombardowanie trochę się uspokoiło.

Wtorek — 19 września

Nalotów nie ma.

Środa — 20 września

Nowy przydział ubrań. Joli trochę lepiej. Dziś w nocy po raz pierwszy odzyskała przytomność, poznała mnie.

21—24 września

Bombardowanie ustało. Od piątku Joli znacznie lepiej. W nocy obudziła się zupełnie przytomna i prosiła, aby z nią pomówić.

Pytam:

— O czym chcesz pomówić, Joluchno?

A ona:

 — Pomówmy o zabawie, którą urządzimy po powstaniu.

Najpierw ustaliłyśmy, że zabawę urządzimy w domu cioci Ini, potem, że zaprosimy cały pluton „Mundka” i dokładnie omówiłyśmy, jak która nas ubierze się. Mówiłyśmy o tym, jak to będzie wspaniale w wolnej Warszawie. Niestety, Jola nie wiedziała, że dom cioci Ini jest zburzony, a ogólna sytuacja przez ostatnie kilka dni zmieniła się zasadniczo. W sobotę przeniosłyśmy Jolę na górę i po raz pierwszy uczesałyśmy ją. Teraz opiekę nad nią objęła Reniuta.

Poniedziałek — 25 września

Dotarła do nas wiadomość, że babcia Danki, przechodząc przez ulicę Marszałkowską, została zabita pod barykadą. Danka, Hanka, Kasia i ja idziemy pochować babcię. Znajdujemy ją w małej szopie na podwórku. Jest już zielonobrunatna. Chwila zupełnego milczenia i baczna postawa — to wyraz naszego szacunku i podziwu dla niej — siedemdziesięcioletniej łączniczki AK, która przez całe powstanie stale krążyła po Śródmieściu i roznosiła prasę. Kładziemy ją do świeżo wykopanego gro¬bu, przysypujemy ziemią i wracamy do pracy.

26—28 września

Rozrzucone jesteśmy po różnych punktach sanitarnych, gdzie pracy jest dużo. Teraz stale przybywają do Śródmieścia żołnierze z Mokotowa. Oczywiście idą kanałami. Odbieramy ich w stanie strasznego wycieńczenia. Niektórzy z nich nic nie widzą. Przez kilka dni pracuję na jednym z punktów sanitarnych w Alejach Ujazdowskich 28. Jestem tam razem z Celiną. Warunki straszne. Sale chorych są w piwnicach. Wyżywienie jest bardzo skąpe. Trzy razy dziennie ranni dostają tak zwaną zupę pluj — krupnik z kaszy, w której jest pełno ości. Brak jest stałej opieki lekarskiej, środków opatrunkowych też nie ma tyle, ile trzeba. Rany zanieczyszczone ściekami kanalizacyjnymi ropieją. Chorzy są bardzo słabi. Nie ma możliwości, aby stworzyć im lepsze warunki. Zawszeni są okropnie i nie można doprowadzić ich do porządku. Wystarczy raz przejść przez salę chorych, a za chwilę można zebrać z siebie kilka wszy odzieżowych. Zaduch potworny. Trudno wytrzymać.

29, 30 września   i   1 października

Dni oczekiwania na koniec. Wiadomo, że pomimo nadludzkiego wysiłku całej ludności Warszawy, pomimo bohaterstwa naszych żołnierzy, zarówno najmłodszych, którzy wiekiem jeszcze nie dorośli do pełnienia tej funkcji, jak również i tych najstarszych, którzy dawno tę granicę przekroczyli, niestety nie zwyciężyliśmy. Zabrakło nam pomocy, na którą tak liczyliśmy. Świadomość, że lada moment nastąpi kapitulacja, jest dla nas czymś strasznym. Trzeba się jednak do tego przygotować i zadecydować, co robimy z naszymi dziewczętami i z sobą. Wszystkie chcemy iść do niewoli. Uważamy, że skoro jesteśmy żołnierzami, to ta droga jest jedyną dla nas. Jola myśli jednak trochę inaczej. Zadecydowała, że do niewoli pójdą tylko te, które nie mają żadnej rodziny w Polsce, a te, które mają, muszą przejść do PCK i wyjść razem ze szpitalami. Te ostatnie dnie — to okres likwidacji najróżniejszych punktów wojskowych, sanitarnych, to nie kończące się przenoszenie rannych do szpitala i jakie takie wyekwipowanie nas samych na drogę.

Czwartek — 5 października

Dzień rozstania. Rano zwołuję „Świetliki” na zbiórkę do mieszkania Haliny przy ulicy Wspólnej. Stajemy w kręgu. Czytam rozkaz. Przyznaję im stopień samarytanki. Uznaję, że powstanie było wystarczającym biegiem, aby przyznać im ten stopień. Śpiewamy pierwszą zwrotkę naszej piosenki zastępu:

Jak dobrze nam być harcerkami,

I świetlikami móc się zwać,

By wszystkim było dobrze z nami,

To hasłem naszym ma się stać…

Potem „Świetliki”:

— Świećmy.

Mocny uścisk dłoni.

— Czuwaj!

— Czuwaj!

 i

— Rozejść się!

A potem ustawione wszystkie w szeregach w Alejach Ujazdowskich naprzeciw spalonego gmachu gimnazjum Królowej Jadwigi. Najpierw chłopcy z plutonu „Mundka”, a potem nasze dziewczęta. Humory, wprawdzie wisielcze, ale dopisują nam, trudno pokazać, jak przeżywamy rozstanie. Ostatnie pocałunki, polecenia, podawanie adresów. Wreszcie:

— Całość baczność, naprzód marsz!

Kolumna rusza, Kasia i ja idziemy razem z nimi. Postanawiamy od-prowadzić je do miejsca, gdzie nasze wojsko przejęte będzie przez posterunki niemieckie. Idziemy Alejami, Koszykową. „Małą Jolę” podtrzymuje Bożena i Hanka. Jesteśmy koło politechniki. Czas rozstać się.

— Czuwaj!

— Czuwaj!

 

Zofia Zawadzka

 Kino „Apollo” na pl.  Trzech  Krzyży to nazwa kina  „Napoleon”  nadana przez

Niemców.

2 Dr  Franciszka  Burska  —  lekarz  Instytutu  Głuchoniemych  i   Ociemniałych  —

przydzielona była do Harcerskiego Punktu Sanitarnego obsadzonego przez I WZDH.

Punkt  ten  zaplanowany  był  w  Instytucie   już  na  początku  wojny  — rok   1940

lub 1941.

3   Jolanta Wedecka — komendantka  Harcerskiego  Punktu  Sanitarnego  w  Instytucie Głuchoniemych i Ociemniałych — hufcowa Wybrzeże Kościuszkowskie, podharcmistrzyni, studentka medycyny, lat 21.

4Pod barykadą na Nowym Świecie.

5Szpital.

6Broń przeciwpancerna, zrzutowa, produkcji angielskiej.

7Informacja nieścisła.   Od   15/16IX   przez   Wisłę   przeprawiały   się   pododdziały P Pułku piechoty 3 dywizji I Armii LWP.

8Mowa o wyprawie samolotów USA 181X1944; nie była ona pierwszą wyprawą samolotów alianckich nad Warszawę.

Maszynopis, oryginał, wrzesień—październik 1944, IH PAN, Chór. Warsz., s. 611.

Źródło

Ludność cywilna w Powstaniu Warszawskim PIW 1973 oraz Muzeum Powstania warszawskiego