W Powstaniu:

Obwód IV Ochota 3 Rejon: placówki lecznicze: szpitalik siedziba: ul. Langiewicza 5

OKUPACJA, POWSTANIE WARSZAWSKIE I PO WOJNIE

Lato 1939 r. było wyjątkowo upalne. Spędzaliśmy je w sześcioro (rodzeństwo cioteczne) w majątku mojej babci i było nam bardzo wesoło. Bawiliśmy się, jeździliśmy konno, pływaliśmy. Byłam wtedy wesołą, lubiącą tańczyć i bawić się, szczęśliwą dziewczyną. Moja babcia, wspaniała polska dama, powiedziała: „Ale wy macie życie. Za mojego dzieciństwa dziewczęta i młode kobiety zajmowały się jedynie darciem szarpi dla powstańców 63. roku, gdyż wszyscy wasi dziadkowie byli w powstaniu. Nie bawiły się tak jak wy.”

Uśmiechnęłam się i powiedziałam: „Babciu, nie wiadomo, co nas jeszcze spotka.” Moja babcia machnęła tylko ręką. I stało się. We wrześniu wybuchła wojna i mój świat przestał istnieć.

Mieszkałam przy ul. Wspólnej 11. Na parterze mieszkał lekarz, do którego zgłosiłam się i pracowałam z nim razem w Szpitalu św. Łazarza przez całe dnie września 1939 r. Zetknęłam się wtedy pierwszy raz z chorobą, rannymi i śmiercią. Z września 1939 r. zapamiętałam dokładnie ochrypły głos prezydenta Warszawy, Stefana Starzyńskiego, który dodawał nam otuchy. Był moim dalekim krewnym, z czego jestem bardzo dumna.

Pamiętam chwilę, gdy Niemcy weszli do Warszawy i wjeżdżali na Uniwersytet, a ja stałam przed bramą na Krakowskim Przedmieściu. Byłam taka wściekła i zrozpaczona, że gotowa byłam rzucić się na nich z gołymi pięściami. Byłam wtedy studentką I roku fizyki.

W czasie okupacji, aby mieć ausweiss i nie być wywiezioną na roboty do Niemiec, pracowałam w polskiej fabryce, Instytucie Fermentacyjnym przy Krakowskim Przedmieściu.

Po zakończeniu pracy w Szpitalu św. Łazarza byłam, z ramienia PCK, opiekunką rannych żołnierzy w Szpitalu Ujazdowskim. Początkowo w oddziale IV b chirurgii plastycznej. Ordynatorem był doc. Michałek-Grodzki. Był tam też dr Lipski, pielęgniarka oddziałowa i instrumentariuszka Trybianka. Leżeli tam oficerowie i żołnierze z różnych stron Polski. Przechodzili oni operacje plastyczne:

– por. Doliński, ranny w brodę, miał wiele operacji, przeszczepów z ręki, klatki piersiowej i z brzucha;

– Franciszek Kłopotowski, młody żołnierz, syn chłopa, ranny w nos, wielokrotnie operowany;

– kapral Dziuba, zamieszkały koło Lwowa, żonaty, miał dzieci, był wiejskim społecznikiem. Był poparzony na całym ciele, zwłaszcza w górnych częściach, miał też przeszczepy na rękach;

– poborowy Fronczak – najmłodszy ze wszystkich;

– podchorąży Antoni Witkowski, przywieziony w 1940 r. z Brześcia nad Bugiem, ranny w twarz: wlot kuli pod okiem a wylot za uchem, przeszedł siedemnaście operacji plastycznych.

Praca nasza polegała na podtrzymywaniu ich na duchu, utrzymywaniu kontaktów z rodzinami i dostarczaniu odpowiedniego pożywienia. W porównaniu z obecną chirurgią plastyczną ludzie ci przechodzili niesłychane cierpienia, aby uzyskać wygląd, który nie budziłby odrazy.

Wiosną 1940 r. przewodnicząca opiekunek PCK powiadomiła nas, że przybędzie transport polskich żołnierzy z Niemiec, chorych na gruźlicę, której Niemcy bardzo się bali. Przyjechało ich około stu, ciężko chorych i wynędzniałych. Objęłam opiekę nad dwiema salami: dużą (20 osób) i małą (6 osób). Byłam jedyną osobą, która ich odwiedzała. Oni, przeważnie młodzi chłopcy, nie mieli kontaktów i znajomych w Warszawie.

Lekarze i pielęgniarki starali się bardzo im pomóc, ale właściwie żadnego leczenia nie było. Najważniejszą sprawą było zapewnienie im odpowiedniego odżywienia. Zainteresowałam swoich znajomych i przyjaciół pomocą dla nich. Zorganizowałam specjalne obiady, przywożone dorożką w termosach, od różnych ofiarodawców. Najlepsze były od pani mającej sklep rzeźniczy przy ul. Wspólnej. Na Wielkanoc zdrowsi zostali zaproszeni do domów moich przyjaciół i byli bardzo szczęśliwi.

Wszystkie nasze starania nie dały rezultatów i moi podopieczni zaczęli umierać. Każdego dnia, gdy spieszyłam do szpitala, do moich chłopców, z przerażeniem myślałam, czy zastanę ich żywych. Chyba nikt inny nie oczekiwał mnie tak jak oni. Starałam się przynieść im zawsze uśmiech i dobre wiadomości, coś do jedzenia, a czasem drobne prezenty. W dużej sali po prawej stronie od drzwi umierali kolejno jeden po drugim. Było to niezrozumiałe i przerażające. Gdy doszło do łóżka sierżanta Sierzputowskiego, powiedział, że nie umrze, ponieważ ma żonę i dwoje dzieci. Przeniósł się na drugą stronę sali i nie umarł. Ciągłość umierania od prawej strony sali ustała, ale chorzy umierali dalej. Pod koniec 1941 r. sale nr 5 i 6 zamknięto, a żyjący jeszcze zostali przeniesieni na parter pawilonu. Ostatni umierali: Rogala, wesoły chłopak z Targówka i Stanisław Ostojski, bohaterski marynarz z Oksywia. Latem 1942 r. nie było już żadnego chorego na gruźlicę żołnierza. Pochowani są na Cmentarzu Powązkowskim Wojskowym w kwaterze Szpitala Ujazdowskiego.

Okres pracy w Szpitalu Ujazdowskim całkowicie mnie odmienił. Z wesołej i płochej dziewczyny nic już nie pozostało. W mojej pamięci zapisała się na zawsze postać płk. dr. Leona Strehla, dyrektora szpitala, który był człowiekiem niezwykle odważnym i wrażliwym na ludzkie nieszczęście. Byłam tak załamana, że do Szpitala Ujazdowskiego nie mogłam już przychodzić.

Po zakończeniu mojej pracy w Szpitalu Ujazdowskim wstąpiłam w 1942 r. do II Batalionu Szturmowego Odwet Armii Krajowej, w którym zostałam łączniczką. Uczęszczałam też na kursy sanitarne. W 1943 r. zapisałam się na wydział lekarski tajnego Uniwersytetu Poznańskiego. Pragnęłam zostać lekarzem i być na tyle mądrą, by móc pokonywać ból, chorobęi śmierć. Przed Powstaniem Warszawskim ukończyłam I rok medycyny.

Od 1942 r. służyłam w II Batalionie Szturmowym Odwet Armii Krajowej. Batalion ten wywodził się z 2. kompanii Mokotów uformowanej w IV Rejonie okupacyjnej Warszawy w 1940 r. W miarę liczebnego rozrastania się kompanii, jesienią 1943 r. przekształciła się ona w batalion o sile 650 żołnierzy, w tym ponad 100 sanitariuszek i łączniczek. Dowódcą oddziału był por. Juliusz Sobolewski ps. Roman. Batalion liczył 4 kompanie, w tym jedną w stanie zaczątkowym. Juliusz Sobolewski, ur. 7 VII 1917, był zawodowym wojskowym. Kampanię wrześniową rozpoczął jako plut. podchorąży w Modlinie, a zakończył jako podporucznik w Grupie Operacyjnej Polesie gen. Franciszka Kleeberga. Po zakończeniu kampanii 5 X 1939 r. przystąpił od razu do pracy konspiracyjnej. Od września 1940 był dowódcą 2. Kompanii Szturmowej Mokotów. Juliusz Sobolewski wrócił do kraju w 1947 r. jako kapitan. W 1952 r. został aresztowany, oskarżony o szpiegostwo i skazany na karę śmierci. Zwolniony warunkowo w 1954 r., chory na białaczkę wskutek naświetlań promieniami Roentgena w więzieniu mokotowskim, zmarł 4 IV 1956 r. Był wspaniałym dowódcą i szlachetnym człowiekiem. Ja byłam w Odwecie w VI sekcji sanitarnej. Naszą sekcyjną była dyplomowana pielęgniarka Anka (Anna Wójtowicz).

Zadaniem bojowym batalionu w czasie Powstania Warszawskiego miało być zdobycie koszar niemieckich, tzw. Staufer i Flackkaserne przy ul. Rakowieckiej. Koncentracja oddziału przed 1 VIII 1944 r. miała miejsce na Kolonii Staszica. Wobec niedostarczenia transportu broni przed godziną W, atak na Stauferkaserne nie doszedł do skutku. Akcja zbrojna w dniu 1 VIII skoncentrowała się na zdobyciu niemieckich kwater oficerskich przy ulicy Sędziowskiej. Walka trwała kilka godzin i pociągnęła za sobą znaczne straty w zabitych i rannych.

W dniu 1 VIII 1944 r. nasza VI sekcja sanitarna stawiła się w całości około godziny 12 w miejscu zbiórki, w domu przy ul. Filtrowej. My, z VI sekcji, byłyśmy ze sobą bardzo zżyte. Razem uczestniczyłyśmy w wielu akcjach przenoszenia gazetek i radiostacji. Nasze mieszkania służyły jako punkty szkoleniowe dla dziewcząt i chłopców batalionu. Natalka (Natalia Łusznienko) i Krysia (Krystyna Person), były przyjaciółkami i chodziły do tej samej szkoły. Basia (Barbara Gajewska) i ja byłyśmy również przyjaciółkami i ukończyłyśmy tę samą pensję im. Zofii Wołowskiej. Janka (Janina Winiarska), Ewa (Ewa Pachowiczowa) i Halina (Halina Tomczykowska), były też z sobą zaprzyjaźnione. Naszą sekcyjną Ankę wszystkie bardzo lubiłyśmy. Byłyśmy pełne wiary, że zwyciężymy, że Niemcy opuszczą Warszawę, że za parę dni zobaczymy się z naszymi rodzinami już w wolnej Polsce.

Przed godziną 17 przeprowadzono nas do punktu sanitarnego przy ul. Langiewicza 5. Zebrało się tam około dwudziestu dziewcząt. Oprócz naszej VI sekcji były dziewczęta z sekcji I, VIII i innych. Kierownikiem naszego punktu miał być Dr Marek, student medycyny. Nie sprawdził się jednak w praktyce i faktycznie wszystkim kierowała Krystyna – Krystyna Jarecka, dyplomowana pielęgniarka operacyjna.

Zaraz po godzinie 17 rozległy się strzały. To nasi chłopcy biegli wzdłuż ulicy Langiewicza. Wyruszyli z ul. Prezydenckiej 10. Atakowali willę, gdzie kwaterowali lotnicy niemieccy, przy ul. Sędziowskiej róg Wawelskiej. Jedną grupę prowadził Roman (dowódca II Batalionu Szturmowego Odwet) ulicą Langiewicza ku Sędziowskiej, druga, dowodzona przez Żegotę, por. Romualda Jakubowskiego, zastępcę dowódcy batalionu, atakowała od strony Wawelskiej. Strzały padały coraz częściej. Za chwilę już byli ranni. Nigdy nie zapomnę pierwszego z nich, którego niosłam. Pobiegłyśmy we cztery: dwie Maryle, Janka i ja. Tadeusz Turos, Koń, był to wysoki, dorodny chłopak. Dostał serię z karabinu maszynowego pod kolana. Nie mogłyśmy sobie poradzić z położeniem go na nosze. Nosze za krótkie: albo głowa, albo nogi, trzymające się jedynie na skórze, zwisały z drugiej strony. Nosiłam jeszcze wielu rannych, ale ten pozostał w mojej pamięci na zawsze. Potem ranni zostali: Żegota (Romuald Jakubowski), Jan (Stanisław Kołakowski), Janek (Jan Gosk) i wielu, wielu innych.

Pod wieczór nasz punkt zapełnił się. Ranni leżeli na dole i na piętrze willi, na noszach, na podłodze, wszędzie. My, sanitariuszki, starałyśmy się pomóc każdemu, ale tak mało wszystkie umiałyśmy, tak rozpaczliwie mało, mimo że przeszłyśmy przeszkolenie sanitarne i pracowałyśmy w Szpitalu Ujazdowskim. Tutaj było wiele ran i krwi, to było zupełnie coś innego. Tu czułyśmy się odpowiedzialne za wszystko i wszystkich. Gdyby nie Krystyna, nie wiem, czy dałybyśmy sobie radę. To ona, Krystyna Jarecka, była duszą, mózgiem i sercem naszego szpitalika. To ona zawsze wszystko wiedziała i wszystkim kierowała.

Tej nocy, z 1 na 2 VIII, zmarło trzech chłopców: Zdzisław Luciński (Rybka), Tadeusz Turos (Koń) i Andrzej Strumiłowski (Jakub). My, sanitariuszki, byłyśmy przerażone. Jeszcze wczoraj byli wśród nas – młodzi, silni, odważni, a dziś leżeli martwi. 3 VIII odbył się pogrzeb – jedyny prawdziwy pogrzeb na Kolonii Staszica, bardzo uroczysty i bardzo smutny. Przyszedł Roman z chłopcami, ksiądz Mietek, nasz kapelan. Zmarli zostali pochowani w ogrodzie willi przy ulicy Langiewicza 5.

Cztery dni, jakie spędziłyśmy w naszym punkcie sanitarnym, były wypełnione pracą. W gabinecie opatrunkowym pracowała Krystyna, a pomagały jej dwie inne pielęgniarki: Anka i Krysia. My, sanitariuszki, wykonywałyśmy wszystkie posługi przy rannych chłopcach, starając się ich pocieszyć i spełniać każde ich życzenie. Było bardzo gorąco, muchy dokuczały rannym. Najbardziej niepokoiłyśmy się o Żegotę. To on, odważny zastępca naszego dowódcy, leżał teraz z przestrzelonym brzuchem i w każdej chwili mógł umrzeć. Myślę, że wiedział, co mu grozi. Ze względu na postrzał jamy brzusznej nie mógł dostać nic do picia. Należałoby podać mu drogą pozajelitową płyn fizjologiczny, żeby wyrównać ubytek krwi. Według pomysłu Hanki Wójtowicz rozpuściłyśmy 4,5 g soli w 500 g wody, zagotowałyśmy i podałyśmy strzykawkami dożylnie. Konsultacji chemicznej udzielił nam młody żołnierz batalionu, który parę dni później został zastrzelony przez własowców. Za odważniki posłużyły nam 50-groszówki.

Niezwykły ten zabieg ranny zniósł dobrze, odzyskał przytomność. Potem podawałyśmy mu płyn fizjologiczny kroplami, doustnie. Mimo, że był jedną nogą na tamtym świecie, jeszcze wydawał rozkazy, wzywał łączniczki. Kazał rozdzielić 5 milionów złotych, które otrzymał jako depozyt batalionu. Nic w owej chwili niewarte „górale” (banknoty 500-złotowe) Krystyna, by go nie denerwować, poleciła dziewczynom schować. Jedna z naszych sanitariuszek z VI sekcji złożyła „górala” w kilkoro i wtłoczyła w medalion noszony na szyi. Pieniądze te bardzo nam się później przydały.

Wielu rannych chłopców znało się i przyjaźniło ze sobą. Jeden tylko kapral Jan (Stanisław Kołakowski) nie pochodził z Warszawy i nie miał przyjaciół wśród rannych. Zaczęłam się nim specjalnie zajmować. Był ranny w klatkę piersiową. Początkowo rana wydawała się lekka, później stan Jana zaczął się pogarszać. Kula zraniła opłucną, jak się okazało. Rozmawialiśmy godzinami. Opowiadał mi, że przyszedł do powstania z partyzantki, z okolic Żukowa. Rodzice jego zmarli. To on, po zranieniu Żegoty, poderwał oddział do dalszej walki i sam został ranny.

Podczas tych trudnych dni miałyśmy i chwile radości. Dziewczęta i chłopcy przynieśli z dwóch willi, opuszczonych przez Niemców, środki medyczne i opatrunkowe, a nawet sterylizatory, które o włos nie stały się przyczyną naszej zguby. Tym sposobem apteka została dobrze zaopatrzona. Z tego samego źródła pochodziło także mleko w proszku, kakao, masło i jajka. Nie mieliśmy tylko chleba.

W tym okresie byliśmy jeszcze pełni optymizmu. Mamy środki opatrunkowe, nie jesteśmy głodni, chłopcy zdobyli trochę granatów, może dostaniemy broń ze Śródmieścia…może Roman coś wymyśli? Niestety, 4 VIII nasz szpital polowy, zagrożony pożarem sąsiedniej willi, musiał być ewakuowany. Ciężko rannych przenosimy na razie do garażu, a stąd do pani Gebertowej na ul. Langiewicza 11. Spieszymy się bardzo, gdyż pożar sąsiedniej willi szybko się rozprzestrzenia. Dwóch ciężko rannych nie mogłyśmy już zmieścić na Langiewicza 11. Janek Gosk został przeniesiony do punktu sanitarnego przy Jesionowej 13, a Jurek Marks z Baśką Gajewską zostali ulokowani naprzeciwko, u pp. Lorentowiczów, na Langiewicza 4. W ewakuacji naszych ciężko rannych pomagali nam chłopcy z Langiewicza 13. Nie wszyscy ranni podczas ewakuacji zostali uratowani. Basia przypomina sobie jednego z nich, który nie chcąc korzystać z naszej pomocy, usiłował samodzielnie wyjść przez okno. Natychmiast został zastrzelony. Nie wiemy, jak się nazywał. Miał trzydzieści dwa lata, żonę i dwoje dzieci.

Rozlokowujemy się w willi pani Gebertowej. Starsza pani jest nauczycielką języka polskiego w gimnazjum im. Królowej Jadwigi. Przyjmuje nas jak własne dzieci. Ranni leżą w pięknym, dużym salonie z oknami wychodzącymi na taras i ogród. Lżej ranni umieszczeni są w dwóch pokojach na piętrze. Martwimy się bardzo o Żegotę, który tylko pije, ale nic nie je i wydaje się, że za chwilę „umrze z głodu”. Wprost nieprawdopodobne, że jeszcze żyje. Zaczynamy wierzyć w „cud”: kula, która miała wlot od strony brzucha, przeszła na wylot nie naruszając jelit i kręgosłupa i wyszła z tyłu. Stan Stacha Kołakowskiego pogarsza się. Wzmaga się duszność i gorączka. Pozostali ranni powoli wracają do zdrowia.

Niedziela, 6 VIII, była piękna i słoneczna. W naszym punkcie mamy dwunastu rannych leżących i siedmiu rekonwalescentów. Nagle granaty zaczynają walić w willę Langiewicza 13, bliźniaczy dom, tuż obok nas. Langiewicza 13 płonie. Tam jest czterdziestu naszych chłopców z plutonu Żeligi i innych jednostek. Obserwujemy, jak dwóch zeskakuje z dachu na konary ogromnego dębu. Ukraińcy natychmiast kierują na nich ogień. Zabici chłopcy spadają z drzewa. Jeden z nich to Żeliga, Janek Jakubowski, brat Żegoty. Nazwiska drugiego nie znamy.

Za chwilę widzimy straszne twarze własowców w oknach naszego salonu. Do drzwi dobijają się Niemcy. Krystyna odważnie wpuszcza ich do środka. Po polsku zaczyna tłumaczyć, że leżą tu jedynie ranni cywile. Niemcy nie rozumieją. Podchodzi Krysia (Person), która biegle włada niemieckim, i od początku zaczyna Niemcom tłumaczyć, że jesteśmy wszyscy cywi lami. Są to dwaj oficerowie artylerii przeciwlotniczej. Obaj pochodzą ze Śląska. Stwierdzają, że znają Konwencję Genewską i że do rannych nie strzelają. Pozwalają nam przenieść naszych rannych naprzeciwko, do pań Pęcherzewskich, przy Langiewicza 9 róg Prokuratorskiej. Przed oknami naszego „nowego domu” przebiega naraz schylony czternastoletni Jurek Zalewicz, najmłodszy żołnierz Odwetu. Jeden z Niemców natychmiast strzela przez otwarte okno, zabijając chłopca na miejscu. Są twardzi, nie zważają, że to przecież prawie dziecko. Dla nich to wróg.

Po raz drugi w ciągu paru dni przenosimy naszych chłopców z płonącej willi. Spieszymy się bardzo, żeby zdążyć ewakuować wszystkich rannych, żeby zabrać opatrunki i leki. Naraz Niemcy spostrzegają sterylizatory przyniesione przez chłopców z willi na Sędziowskiej. Chwila grozy, ale dziewczyny uspokajają Niemców. Oficerowie niemieccy dotrzymują słowa: pozwalają nam ewakuować rannych, ale zapowiadają, że o godzinie 20 mają rozkaz przekazać dowództwo brygadzie Kamińskiego i już nic więcej nie mogą dla nas zrobić. Zdajemy sobie sprawę, że sytuacja nasza jest tragiczna i że nie możemy liczyć na żadną pomoc, że chłopcy z Langiewicza 13 „płoną”, że Roman nie ma broni.

Krysia przypomina sobie naraz, że w willi na Langiewicza 11 pozostało nasze jedzenie. Rano, korzystając z chwili czasu, postanowiłam ugotować wspaniałe danie. Miałam zdobyczne mleko, masło, ryż i cukier. Jabłka znalazłyśmy w ogrodzie. W piekarniku zostawiłam do zapieczenia ugotowany ryż z jabłkami, potrawę, która w dniu wczorajszym bardzo smakowała rannym i sanitariuszkom. Byliśmy bardzo głodni. Teraz wszyscy zapragnęli coś zjeść. Ta garstka straceńców, która przeszła „przez ogień”, wzdychała do tego, żeby zapełnić sobie żołądki. Krysia w dodatku zostawiła w palącej się willi swoją upraną garderobę i bardzo martwiła się jej stratą.

Bez namysłu – bardziej z głupoty niż z bohaterstwa – pobiegłam naprzeciwko i wyniosłam z płonącego domu wielki ganek ryżu i ciuchy Krysi. Krysia była mi bardzo za nie wdzięczna. W tę tragiczną niedzielę wszyscy zjedli ryż z jabłkami, który smakował jak najlepszy specjał. Zarówno dla rannych, jak i dla sanitariuszek był to bardzo ciężki dzień. Byliśmy wyczerpani. Rozlokowaliśmy się w willi, jak mogliśmy: starsi państwo na parterze, ranni i my na górze.

„Lotnicy” niemieccy, tak jak zapowiedzieli, odeszli o godzinie 20, a już około 22 byli u nas własowcy. Na ich czele „komandir”, ukraiński oficer, esesman. Wysoki, przystojny mężczyzna około trzydziestu lat szedł z pistoletem w dłoni, a za nim kilkunastu własowców. Wszedł na górę, gdzie leżeli ranni. Już, już – zdawało się, że będzie strzelał, ale tylko zlustrował uważnie wszystkich, zatrzymując się dłużej na Bronce. Bronka leżała ze swymi długimi warkoczami splecionymi na kołdrze. Wyobrażam sobie, co przeżywali wszyscy nasi ranni, bezsilni, w łóżkach, bez broni, patrząc na wrogą twarz ukraińskiego „komandira”. On zaś, po skontrolowaniu całej willi, rozsiadł się z „koleżkami” w salonie i rozpoczął „ucztę”. Raczyli się przyniesioną wódką i wędliną, rozglądając się za dziewczętami. „Komandir” pił jedynie wodę. Zwrócił uwagę na Natalię. Była to bardzo ładna dziewczyna o ciemnych oczach i kasztanowych włosach. To ona, mądra i inteligentna, oczarowała ukraińskiego oficera, który stawał się coraz grzeczniejszy. Natalka i Krysia Person prowadziły z nim towarzyską rozmowę po polsku. Powiedział, że ma na imię Alosza i że był studentem uniwersytetu lwowskiego. Słuchał uważnie tego, co opowiadały dziewczęta,
i był coraz spokojniejszy, a one, widząc to, opowiadały coraz więcej i ciekawiej. Na jego prośbę Natalka śpiewała polskie piosenki.

Nie wszyscy własowcy zachowywali się tak jak ich dowódca. Pijani zaczęli gonić dziewczęta i ciągnąć je w kąty. Dziewczyny uciekały, broniły się, jak mogły, zdając sobie przy tym sprawę, że ich opór może na nas wszystkich sprowadzić śmierć. Dwie sanitariuszki zostały zgwałcone. Dla nas były tego dnia największymi bohaterkami. Poświęciły siebie dla uratowania nas wszystkich. A Alosza był coraz bardziej zakochany w Natalce i zachowywał się niezwykle kulturalnie. Po paru godzinach rozmów opuścił nasz szpitalik, zabierając swoich podkomendnych. W pokojach na górze – dyżur tej nocy przy rannych pełniłam razem z Janką Winiarską – zamknęłam drzwi na klucz z mocnym postanowieniem, że nie otworzę nikomu, żeby nie wiem jak się dobijał. Miałam, naiwna, nadzieję, że „komandir” już nie wróci, a pijani żołdacy, jeśli zastaną drzwi zamknięte, odejdą.

Kiedy weszłam na górę, chłopcy byli bardzo niespokojni o siebie i o nas. Przesiedzieliśmy tę noc w kompletnej ciszy, prawie wstrzymując oddech, nie ruszając się. W nocy parokrotnie ktoś dobijał się do drzwi. Nie otworzyliśmy. Siedziałam przy Stachu, trzymając go za rękę. Nic nie mówiliśmy. Tak zastał nas świt, zmęczonych, zmaltretowanych, ale nie załamanych. Wszyscy byliśmy wdzięczni Opatrzności za to, że nikt nie został zabity, że przeżyliśmy tę straszną noc. Załamane natomiast naprawdę były nasze dwie zgwałcone koleżanki. Każda z nas starała się, jak mogła, okazać im swoje uczucia pełne wdzięczności.

Następnej nocy, mimo zakazu Niemców, pochowałyśmy we dwie z Marylą Jurka Zalewicza. Pochowałyśmy go po kryjomu w ogrodzie. Nie było ani Romana, ani księdza, ani chłopców i dziewczyn. Byłyśmy tylko my dwie, noc i Bóg.

Przez dwa następne dni „zakochany Alosza” przychodził do Natalki z kwiatami i smakołykami. Grzecznie rozmawiał z Natalką i Krysią i grzecznie odchodził, mówiąc, że ma trudności ze swymi podwładnymi. Truchlałyśmy za każdym razem, gdy przychodzili, ale ani „komandir”, ani jego podkomendni nie dopuścili się już żadnych ekscesów. Pożar willi przy Langiewicza 11/13, ewakuacja rannych na Langiewicza 9 i wizyta własowców w naszym szpitaliku rozeszły się szerokim echem po Kolonii Staszica. Roman i chłopcy byli wstrząśnięci tymi wydarzeniami; cała Kolonia była poruszona.

Baśka Gajewska i Jurek Marks, patrząc z drugiej strony ulicy na naszą tragedię, z przejęciem i niepokojem myśleli o naszym losie. Jurek bardzo cierpiał, miał silne bóle w zranionej nodze. Baśce zabrakło środków znieczulających, postanowiła więc wybrać się do nas. Było to przecież tak blisko…. Ledwie wyszła, zaczęto strzelać nisko, przy ziemi. Basię zamurowało. Stanęła jak wryta na środku jezdni, szeroko rozstawiając nogi. Zaczęłam głośno krzyczeć przez okienko od piwnicy: – Baśka, Baśka, biegnij tu, prędzej, prędzej! – Ocknęła się, ruszyła biegiem i już była u nas bezpieczna. Wieczorem wróciła do Jurka, zaopatrzona w konieczne środki opatrunkowe i przeciwbólowe. Trudno mi się było rozstać z Basią. Miałyśmy sobie tyle do opowiedzenia, nie widziałyśmy się już tyle dni.

9 sierpnia przyszedł do nas Roman z Aniołkiem (Jerzy Burski, adiutant Romana). Ucieszyłyśmy się bardzo. Roman powiadomił nas, że wszyscy żołnierze i sanitariuszki, pozostali dotychczas na Kolonii, przejdą dziś w nocy przez Pole Mokotowskie do Śródmieścia. Nie może, niestety, wziąć ze sobą ciężko rannych, którzy muszą pozostać na miejscu. Widać było, że ta decyzja dużo kosztuje naszego dowódcę. Potem odbyła się rozmowa między Romanem a Żegotą. Była to rozmowa między dowódcą a jego zastępcą, między zdrowym a ciężko rannym człowiekiem. Ów zdrowy człowiek pragnął przekonać tego leżącego, że nie może inaczej, że jest to droga bardzo niebezpieczna, że nie wie, co może spotkać oddział podczas przeprawy przez Pole Mokotowskie. Ten leżący, ciężko ranny, odpowiadał, że rozumie, że nie ma pretensji, że tak musi być.

W szpitaliku rozpoczął się ruch. Każdy, kto mógł chodzić, szykował się do drogi. Każdy miał nadzieję, że przejdzie szczęśliwie tę nieznaną drogę, że dojdzie do Śródmieścia, gdzie dostanie broń i będzie mógł dalej walczyć. Czworo ciężko rannych nie mogło, niestety, udać się w tę wymarzoną drogę, musiało pozostać na miejscu. Byli to:

Żegota – Aldek, Romuald Jakubowski (postrzał jamy brzusznej);

Jan – Stanisław Kołakowski (postrzał płuc);

Bronka – Bronisława Jaskulak (postrzał dolnej kończyny);

Jurek – Jerzy Marks (postrzał dolnej kończyny).

Po porozumieniu z Krystyną i Żegotą ppor. Roman zdecydował o składzie pozostającego z rannymi zespołu sanitarnego. Spośród licznych ochotniczek wybrał sześć dziewcząt. Wybór swój umotywował przygotowaniem zawodowym i zaangażowaniem, wyrobieniem życiowym i większą dojrzałością pozostających sanitariuszek. Na pożegnanie powiedział nam, że wierzy, że damy sobie radę, że uratujemy nie tylko siebie, ale przede wszystkim rannych i że nigdy ich nie opuścimy. Te słowa naszego dowódcy miały kierować naszym postępowaniem przez dalsze trudne dni. Do pozostania z rannymi zostały wyznaczone:

Krystyna – Krystyna Jarecka, pielęgniarka dyplomowana operacyjna, sekcyjna sekcji VIII,

Krysia – Krystyna Person, uczennica szkoły pielęgniarskiej,

Zośka – Zofia Szamowska, studentka II roku medycyny,

Natalka – Natalia Łusznienko, sanitariuszka,

Ewa – Ewa Rachowiczowa, sanitariuszka,

Baśka – Barbara Gajewska, sanitariuszka.

Wszystkie sanitariuszki, oprócz Krystyny, które pozostały z rannymi, należały do bardzo dobrze wyszkolonej VI sekcji sanitarnej. Były nieco starsze od pozostałych, dobrze się znały i przyjaźniły ze sobą. Wiedziały, że zawsze mogą na siebie liczyć. Byłyśmy bardzo dumne, że to my właśnie zostałyśmy wybrane, że to my pozostajemy, by opiekować się tymi, którzy iść nie mogą. Wierzyłyśmy, podobnie jak nasz dowódca, że wykonamy powierzone nam obowiązki, że pozostaniemy z rannymi do końca. A może znajdziemy jakieś wyjście, żeby ich uratować?

Około godziny 22 por. Roman wraz z chłopcami i dziewczętami wyszli grupami do punktu zbiorczego przy ul. Filtrowej, skąd miało nastąpić przejście do Śródmieścia. Noc była ciemna, bezksiężycowa, co gwarantowało powodzenie. Czuwaliśmy całą noc, nadsłuchując odgłosów
z Pola Mokotowskiego. Wierzyliśmy głęboko, że pomimo nielicznych strzałów, jakie słyszeliśmy, cała nasza grupa szczęśliwie dotarła do Śródmieścia.

Całą noc siedzieliśmy wszyscy razem na pierwszym piętrze, w pokoju naszych rannych. Byliśmy tacy samotni, a równocześnie tak bardzo zjednoczeni ze sobą. Pierwszy od drzwi leżał Stach, w środku Bronka, przy oknie Aldek, a blisko koło nich my wszystkie: Krystyna, Krysia, Natalka, Ewa i ja. Pierwszy raz poczuliśmy się jak jedna rodzina – wszyscy sobie tacy bliscy. Naprzeciwko nas, w domu pp. Lorentowiczów, Baśka z Jurkiem Marksem noc spędzili samotnie łącząc się myślami z nami.

W nocy zapukała ponownie Maryla. Otworzyłam jej drzwi. Chciała jeszcze raz pożegnać się z nami. Ona szła do Śródmieścia. Całą noc siedziałam koło Stacha. Był taki szczęśliwy, że zostałam z nim, że go nie opuściłam. Wtedy, w tę długą, pełną niepokoju noc, przyrzekłam, że nie opuszczę go nigdy.

Rano zdałyśmy sobie sprawę, że to tylko my same odtąd jesteśmy odpowiedzialne za wszystko, że musimy jakoś działać. Ponieważ stan rannych pogarszał się, poprosiłyśmy lekarza mieszkającego w sąsiednim domu, dr. M. Eberhardta, o zbadanie naszych chorych. Stwierdził, że wszyscy wymagają natychmiastowej hospitalizacji. Aldek musi być poddany operacji brzusznej, Stach drenażowi opłucnej, a Jurek i Bronka powinni mieć amputowane nogi. Doktor stwierdził, że jeśli nie zostaną przeniesieni do szpitala, najprawdopodobniej zginą.

Nie wiedziałyśmy, co robić, jak ich uratować. I znowu los pomógł nam w rozwiązaniu problemu. Następny dzień, 11 VIII, Niemcy pozostawili mieszkańcom na przygotowanie się do wyjścia z Kolonii Staszica. Tego dnia nie strzelano. Wcześnie rano Krysia i Natalka udały się do szpitala mieszczącego się w szkole pielęgniarskiej przy ul. Koszykowej z prośbą o przyjęcie rannych. Krysia miała tam przed powstaniem praktykę pielęgniarską. Dr Tokarski i dr Titz-Kosko musieli uzgodnić swoją decyzję pomocy rannym z niemieckimi władzami wojskowymi, które stacjonowały w gmachu Ministerstwa Komunikacji przy ul. Chałubińskiego. Niemcy nie wyrazili zgody na umieszczenie rannych w tym szpitalu. Skierowali jednak dziewczęta do Szpitala Dzieciątka Jezus, gdzie dr Łukasik nie odmówił przyjęcia rannych. Krysia i Natalka wróciły z radosną nowiną. Natychmiast przystąpiłyśmy do naszej trzeciej z kolei ewakuacji. Był najwyższy czas, ponieważ następnego dnia, 12 VIII, własowcy przystąpili do wyrzucania całej ludności i systematycznego palenia całej Kolonii Staszica.

Przeniesienie rannych nie było ani proste, ani łatwe ze względu na odległość i niewielką liczbę sanitariuszek. Droga prowadziła ulicami Langiewicza, Sędziowską, Filtrową, Al. Niepodległości do ul. Oczki. Dziś wydaje się, że droga ta nie jest długa, wtedy wydawała się nam wiecznością. Rannych było czworo, sanitariuszek sześć. Zdecydowałyśmy w pierwszej partii przenieść Bronkę, Aldka i Stacha, potem wrócić po Jurka. Brałyśmy pod uwagę, że Jurek był otoczony serdeczną opieką przez swoich gospodarzy.

Pierwszy szedł, z białą płachtą, starszy pan, mieszkaniec któregoś z sąsiednich domów, sam ranny w szyję. Za nim Bronka niesiona na noszach, z rozpuszczonymi pięknymi włosami, z daleka było widać, że to dziewczyna. Zaraz za noszami z Bronką niosłyśmy Aldka i Stacha. Szłyśmy powoli, było nam bardzo ciężko. Baliśmy się wszyscy, choć tego dnia Niemcy pozwolili na przejście z białą flagą. Najtrudniejszy moment to zetknięcie się na rogu Chałubińskiego z grupą Niemców wykrzykujących na nas: „Banditen –Komunisten”. Zaczęłyśmy głośno zaprzeczać: „Nein! Nie, Nie!” Była to chwila wielkiego napięcia. Na dodatek jedna z dziewcząt, niosąca Aldka, potknęła się i o mało nie upadła. Odetchnęliśmy. Natalka i Krystyna niosące Aldka przyspieszyły kroku, my ze Stachem na noszach zostałyśmy w tyle, nie mogąc za nimi nadążyć. Stach prosił: – Zosiu, patrz, jak one szybko idą, czy i wy nie możecie przyspieszyć? – Spojrzałam tylko na niego. I cóż mogłam mu powiedzieć? Że Aldek wycieńczony głodówką waży połowę tego, co on, wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna? Odpowiedziałam tylko: – Tak, Stachu, możemy iść prędzej – i zaczęłyśmy z Ewą prawie biec. Baliśmy się, baliśmy się tak bardzo, żeby tu, na otwartej, zupełnie pustej ulicy nie być zamordowanymi przez Niemców. Ale oto już ulica Oczki, nasze wybawienie – szpital. Byłyśmy takie szczęśliwe, że przeniosłyśmy ich całych i żywych.

Krystyna i Krysia jako pielęgniarki zostały w szpitalu, by ulokować Bronkę, Aldka i Stacha. A my, Natalka, Ewa, Basia i ja, poszłyśmy z powrotem na Langiewicza po Jurka. Nie było nam lekko opuszczać schronienie i ponownie iść w niepewną drogę, ale obowiązek wzywał. Powrotną drogę na Kolonię Staszica przebyłyśmy biegiem. Nasza powtórna „droga przez mękę” wiodła tą samą trasą. Było nam jednak znacznie lżej, bo niosłyśmy Jurka we cztery, a nie jak poprzednio, kiedy przy każdych noszach było nas tylko po dwie. I znowu grupa niemieckich żołnierzy, przy ulicy Chałubińskiego, przywitała nas wrogimi okrzykami. Rzucono za nami granatami, nie żeby nas zabić, chcieli nas tylko nastraszyć. Do szpitala przybiegłyśmy ledwie żywe, lecz szczęśliwe, że udało się przejść tę drogę po raz drugi.

Dr Łukasik zapewnił wszystkim rannym miejsca na oddziale chirurgicznym. Dla bezpieczeństwa, w razie wtargnięcia Niemców, mieli na kartach chorobowych zmienione rozpoznanie: Aldek – zapalenie wyrostka robaczkowego, Stach – ropne zapalenie opłucnej. Nareszcie nasi ranni zostali otoczeni właściwą lekarską opieką. My pełniłyśmy normalne dyżury pielęgniarskie. Byłyśmy zdumione, że wszystko płynie tu prawie normalnie, że nie ma zagrożenia życia, że śpimy w łóżkach z białą pościelą, mamy co jeść, możemy się umyć. Myślałyśmy stale, co w „wolnej Warszawie”, co w Śródmieściu, co z naszym batalionem? Miałyśmy wciąż nadzieję, że coś o nim usłyszymy.

Około 15 VIII opuściła nas Krystyna Jarecka. Poszła wraz z grupą powstańców z Wojskowego Instytutu Geograficznego. Uważała, że spełniła swój obowiązek i może odejść do dalszej walki. My zostałyśmy, uważając za swoją powinność spełnić przyrzeczenie dane naszemu dowódcy i naszym rannym.

Nasi chłopcy, Aldek, Jurek, Stach i Janek Gosk, leżeli na parterze, w dużej sali chirurgicznej z pięknymi palmami i wielkim oknem. W innym pawilonie leżał samotnie Gryf. Starałyśmy się stworzyć naszym chłopcom atmosferę przyjaźni i bezpieczeństwa. Dokarmiałyśmy ich zapasami przyniesionymi z Kolonii Staszica i produktami od siostry Żelechowskiej, oddziałowej z interny. Nasze życie upływało wśród ciężkiej i mozolnej pracy, ale z przeświadczeniem, że możemy wypełnić swój obowiązek.

Około 20 VIII zaczęły krążyć złe wieści. Własowcy wdarli się do szpitala położniczego naprzeciwko naszego pawilonu i zgwałcili wiele kobiet z kliniki położniczej. Podobno zamierzają odwiedzić i nasz szpital. Spokój prysł. My wiedziałyśmy najlepiej, co oni mogą. W całym szpitalu zapanował niepokój. I nagle, w dniu 25 VIII, Niemcy wydają rozkaz ewakuacji szpitala. Rozkaz ten dotyczył całego personelu i wszystkich chodzących rannych. Leżący mieli pozostać na miejscu. Wszędzie rozwłóczyli się własowcy i zaczęli wyrzucać wszystkich, którzy mogli utrzymać się na nogach. W szpitalu, bez jakiejkolwiek opieki, pozostało dwustu ciężko chorych.

I my musiałyśmy opuścić szpital, nie miałyśmy innego wyboru. Byłyśmy zrozpaczone. Jak zostawić ich zupełnie samych, pozbawionych wszelkiej pomocy i opieki? Żegnałyśmy się długo z każdym z osobna. Moje pożegnanie ze Stachem było rozpaczliwe. Przez cały czas naszego wspólnego losu wywiązała się między nami miłość… miłość przez duże M, miłość beznadziejna, z góry skazana na zagładę, pełna poświęceń i wyrzeczeń. On mówił mi o swojej miłości, ja przysięgałam, że wrócę, że wrócę do niego na pewno. Nie miałam pojęcia, jak, ale wierzyłam, że wrócę.

Niespodziewanie Aldek zdecydował się z nami opuścić szpital. Czuł się lepiej, choć był niezwykle słaby i wycieńczony. Ważył tylko 47 kg, przy 175 cm wzrostu. Zdecydowałyśmy, że weźmiemy go między siebie, podtrzymując, a w razie konieczności niosąc. Nie wiedzieliśmy, jaka droga nas czeka, ale wydawało się, że gdy pójdzie z nami, grozi mu mniejsze niebezpieczeństwo, niż gdyby pozostał na miejscu. Aldek bardzo serdecznie pożegnał się ze swymi kolegami i Bronką. Z Krysią udał się potem do Gryfa. Władysław Maciejewski był żołnierzem 4. kompanii, podkomendnym Żegoty. Żegnał się ze swoim dowódcą smutno i uroczyście. Pytał, czy nie wie, co dzieje się z jego bratem bliźniakiem. Był zrozpaczony, że zostaje tu sam.

Poganiani przez Niemców i własowców wyruszyliśmy ze szpitala w kierunku Dworca Zachodniego. Był to niesamowity pochód: na początku szli lekarze i pielęgniarki, za nimi tłum wszelkiego rodzaju kalek i chorych. Każdy, kto mógł poruszać nogami, szedł.

My, czyli Krysia, Natalka, Ewa, Basia i ja, szłyśmy tuż koło siebie, prowadząc lub wlokąc między sobą Aldka, który ledwie powłóczył nogami. Podróż wydawała się nam niezmiernie długa. Wreszcie dobrnęliśmy do Dworca Zachodniego, gdzie można było odpocząć przy rampach w oczekiwaniu na podstawienie wagonów towarowych, które miały nas wywieźć w nieznane. Siedzieliśmy, ogarnięci jedną myślą, by być razem, by nas nie rozdzielili. Przed naszymi oczami rozgrywały się przeraźliwe sceny: grupa własowców wywlokła z tłumu dziewczynę i gwałciła ją w pobliskich zaroślach.

Nareszcie nadszedł pociąg towarowy, który wywiózł nas do Pruszkowa. Przed wejściem na teren obozu Niemcy dokonywali segregacji. Dr Kiełbasińska poradziła nam zdjąć fartuchy, czepki i nie przyznawać się do zawodu pielęgniarskiego, a przedstawić się jako chore. W ten sposób wszyscy dostaliśmy się do obozu w Pruszkowie.

W tłumie Aldek jest dobrze widoczny z daleka. Wychudłą głowę ma obwiązaną bandażem. Podchodzą do nas dwie dziewczyny w pielęgniarskich mundurkach. To Nina (Janina Zawiślak) i Marta (Aleksandra Graczykowska), sanitariuszki z kompanii Żegoty, które w dniu 5 VIII zostały przez własowców wypędzone wraz z cywilami z Kolonii Staszica na Zieleniak. Tam odnalazła je dr Drescherowa i jako dyplomowane pielęgniarki zabrała do obozu w Pruszkowie. Opiekują się nami serdecznie, karmią, a wieczorem przeprowadzają całą naszą grupę do zakładu psychiatrycznego w Tworkach. Tu, znowu dziwnym zrządzeniem losu, spotykamy docenta Rydygiera, który pomaga nam wydostać się na wolność. Przełazimy przez parkan szpitalny i… już jesteśmy „wolni”.

W Podkowie Leśnej udajemy się po pomoc do Rady Głównej Opiekuńczej (RGO), do pp. Chojnickich, znajomych Krysi i Natalki. Oni z kolei kierują nas do opuszczonej willi w Leśnej Podkowie. Willa jest ładna, zupełnie pusta. Brak w niej łóżek i pościeli, ale my jesteśmy szczęśliwi: uniknęliśmy wywiezienia do Niemiec i jesteśmy wszyscy razem blisko Warszawy. Niepokoimy się bardzo o chłopców i Bronkę, którzy pozostali w Szpitalu Dzieciątka Jezus. Czy nie spotkało ich to najgorsze: śmierć bezbronnych, zamordowanych w łóżkach, jak zdarzyło się w szpitalach na Woli?

Nawiązujemy kontakt z dr. Wagnerem, który informuje nas, że wszyscy żyją i że najprawdopodobniej Niemcy pozwolą na powrót do Warszawy sióstr zakonnych i części personelu pomocniczego. Tymczasem musimy się jakoś urządzić i żyć w tej pustej willi w Leśnej Podkowie. W domu jest tylko jedna poduszka i jeden koc. Oddajemy je Aldkowi, który w nocy strasznie marznie. Układamy go między mną i Natalką, bo jesteśmy, jak mówi Aldek, „przy kości” i grzejemy go własnymi ciałami.

Nie mamy pieniędzy. Nikt nie przywiązywał wagi do banknotów, które Aldek chciał między nas rozdzielić w pierwszych dniach powstania. Lecz oto jedna z nas wyjmuje z medalionu zmiętego „górala” i już mamy na chleb. Był to wielki i nieoczekiwany przez nas podarunek, który pomógł nam urządzić sobie życie. Za resztę Aldek kupił comber koński i butelkę bimbru. Urządziliśmy wielkie przyjęcie, które było zarazem pożegnaniem. Wokół nas zachodzą coraz to nowe wydarzenia, graniczące z cudem. Ewa, idąc po sprawunki, spotyka na ulicy swego męża, również powstańca, który ranny, po różnych perypetiach, znalazł się także w Leśnej Podkowie. Basia zachorowała na zapalenie woreczka żółciowego i wątroby. Przypadkiem odnalazła swoją bliską koleżankę, Irkę Rogozińską, która serdecznie zaprosiła ją do siebie, do Pruszkowa. I największa niespodzianka: Aldek spotkał swoich rodziców, którzy ewakuowali się z Warszawy do Leśnej Podkowy. Spotkanie było radosne, nie pozbawione jednak smutku i niepokoju. Rodzice dopytywali się syna, co dzieje się z jego młodszym bratem Jankiem i dlaczego się rozstali? Codziennie biegałam do dr. Wagnera, pytając, kiedy mogłybyśmy wrócić do Warszawy, do Szpitala Dzieciątka Jezus. Krysia i Natalka zamierzały wrócić ze mną, by opiekować się naszymi rannymi.

Zbliżał się czas rozstania naszej „powstaniowej rodzinki”. Ewa z wielkim namaszczeniem rozpruła spódnicę i wyjęła z niej sto dolarów. Każdemu z nas dała po dziesięć. Był to wielki i nieoczekiwany dar serca. Było nam bardzo trudno się rozstać. Ewa pojechała z mężem, Basia do swojej przyjaciółki do Pruszkowa, a Aldek z rodzicami. Choć bardzo osłabiony, zaraz włączył się do miejscowej organizacji AK i został przydzielony do osłony radiostacji. My we trzy wróciłyśmy do Warszawy. Wiele osób nie mogło zrozumieć, dlaczego wracamy. Dlaczego wracałyśmy? Bo nie mogłyśmy patrzeć na łunę nad Warszawą. To było nasze miasto, miasto rodzinne i tam powinnyśmy być. Bo to był nasz obowiązek, tam był nasz oddział i tam bez opieki pozostali ranni, których przyrzekłyśmy strzec. Bo tam wreszcie były nasze rodziny, o których nic nie wiedziałyśmy. Mnie po nocach i dniach stały przed oczami czarne oczy Stacha i jego rozpacz, gdy odchodziłam, gdy zostawiałam go samego. Ja musiałam wrócić, bo tam była moja Miłość.

Nareszcie nadszedł upragniony dzień 3 IX. Krysia, Natalka i ja, wraz z dr. Wagnerem i trzema zakonnymi siostrami, wracamy do pracy, do Szpitala Dzieciątka Jezus. Zastajemy duże zmiany. Na oddziale chirurgicznym pracują świetni chirurdzy: dr Bogdan Bednarski (późniejszy minister zdrowia) i dr Tadeusz Turski oraz student medycyny Roman Chodorowski. Przeszli oni ze szpitala ewangelickiego. Warunki pracy były nad wyraz ciężkie: dwustu ciężko rannych przy bardzo nielicznym personelu. Zaraz po przybyciu dowiedziałyśmy się, że Władysław Maciejewski (Gryf) został podczas naszej nieobecności przeniesiony do szpitala przy ulicy Koszykowej, w celu wykonania ciężkiej i skomplikowanej operacji tętniaka. Operację wykonano, niestety, za późno. Po zabiegu Gryf zmarł.

Trudno opisać radość Bronki i chłopców z naszego powrotu. Powtarzali stale: „Wróciłyście, wróciłyście, jak to dobrze, żeście wróciły.” Pozostawieni sami, przeżyli bardzo ciężkie chwile. Przez pierwsze pięć dni po naszej przymusowej ewakuacji ranni byli pozostawieni zupełnie bez opieki. W szpitalu pozostał jedynie ksiądz i dwie osiemdziesięcioletnie zakonnice, niezdolne do żadnej pracy. Leżeli bez wody, jedzenia i zmiany opatrunków. Jak wspominał Janek Gosk, jeden z rannych powstańców, który leżał na wyciągu po postrzale w okolicy kości udowej, uwolnił się z aparatu i doczołgał do kuchni. Przyniósł dla każdego rannego po pół szklanki cukru, dwie cebule i wodę, którą przez trzy dni dostarczał z kuchni. Myślę, że ten dzielny chłopak uratował im życie. Piątego dnia przybyła część personelu ze Szpitala Maltańskiego i odtąd chorzy mieli zapewnioną przynajmniej częściową opiekę. Następnie wróciła część zakonnic ze Szpitala Dzieciątka Jezus i my – trzy świeckie pielęgniarki. Stan naszych rannych przez ten czas pozbawienia ich opieki lekarskiej pogorszył się znacznie. Jurek nie chciał przyjmować podawanych mu posiłków. Stach przy nie zmienianym opatrunku bardzo cierpiał. Stan Bronki również uległ pogorszeniu.

Trudno jest mi opisać radość Stacha po naszym powrocie. Trzymał mnie za rękę i wielokrotnie powtarzał: „Wróciłaś, wróciłaś.” Był po zabiegu drenażu opłucnej. Ropa kroplami spływała do pojemnika. Miał wysoką gorączkę i duszności, kasłał. Od chwili powrotu nie opuszczałam jego łóżka nawet na chwilę. Z początku nie zdawałam sobie sprawy z jego stanu. Stach prosił: – Zosiu, proszę cię, weźmy ślub, tu jest ksiądz, który do mnie przychodzi, weźmy ślub! – Uległam tej prośbie i podeszłam do starszej zakonnicy, pytając o księdza, czy mógłby przyjść i dać nam ślub. Spojrzała na mnie pełna współczucia i z żalem powiedziała: – Moje dziecko, moje drogie dziecko, czy nie widzisz, że on umiera? – Spojrzałam na nią nieprzytomnie i krzyknęłam: – Nie, nie, to nie może być prawda. On nie umrze! – Ale umierał. Siedziałam trzymając go za rękę, podawałam mu wodę do spękanych ust, poprawiałam poduszki. Słuchałam jego słów miłości.

Nad ranem umarł. Nie byłam w stanie pogodzić się z tym. Miałam pretensję do Boga i ludzi. Następnego dnia pochowaliśmy Stacha, owiniętego w koc, pod jednym ze szpitalnych pawilonów.

Pracowałyśmy ciężko. Poza opieką nad naszymi rannymi każda jako pielęgniarka miała pod opieką cały oddział. Krysia pracowała na internie, na oddziale prof. Witolda Orłowskiego, a Natalce i mnie przypadły oddziały ciężko chorych na raka. Pracowałam na męskim oddziale nowotworów układu moczowego. To wymagało wiele samozaparcia, by codziennie czterdziestu ciężko chorych starszych panów oczyścić z kału i moczu, umyć  zawinąć w czyste prześcieradła. Siostra zakonna, która modląc się wykonywała tę pracę, powiedziała do mnie: – Moje dziecko, ty tego nie będziesz mogła robić. – Spojrzałam na nią z góry: – Ja nie będę mogła? O, nie, siostro. Ja już wszystko mogę robić, mnie już nic nie przerazi. – I odtąd razem, jednakowo spełniałyśmy ten ciężki obowiązek.

A tymczasem na sali chirurgicznej zdarzyła się historia niezwykła. Znikł Janek Gosk. Fakt był jak z bajki. Dr Mazurek pytał rannych, czy ktoś z nich ma rodzinę na linii kolejki EKD Warszawa – Grodzisk. Janek miał bliską rodzinę w Pruszkowie. Z ramienia pruszkowskiego PCK przyjeżdżała do Warszawy furgonetka z różnymi darami dla chorych. Janek Gosk napisał list, przesłał go przez kierowcę i w następnym transporcie otrzymał propozycję ucieczki do Pruszkowa. Przyjechał furgon z chlebem i z niemieckimi wartownikami opłaconymi z góry przez rodzinę Janka. Zabrali go owiniętego w prześcieradło i zawieźli do Pruszkowa, gdzie rodzina umieściła go w prywatnym szpitaliku dr. Steffena. Przeleżał tam jeszcze dwa miesiące, lecząc ranę, którą otrzymał w pierwszym dniu powstania na Kolonii Staszica. Wszystko było zachowane w najgłębszej tajemnicy, nawet my nie wiedziałyśmy, co się z nim stało.

Po upadku Czerniakowa w dniu 23 IX wszystkie trzy brałyśmy udział w przenoszeniu rannych z ulicy Czerniakowskiej do Szpitala Dzieciątka Jezus. Niemiecki komendant naszego szpitala zezwolił na przeniesienie tu ciężko rannych i chorych z tego terenu. Na ochotnika zgłosiło się około szesnastu – dwudziestu osób. Byli wśród nich: dr Bogdan Bednarski, dr Tadeusz Turski, student medycyny Roman Chodorowski, Krysia, Natalka i ja. Wyszliśmy dwójkami, niosąc nosze: Natalka z dr. Turskim, Krysia z Chodorowskim, ja z dr. Bednarskim. Mieliśmy z sobą przepustki wydane przez Niemców. Szliśmy przez zburzoną, palącą się Warszawę, okrężnymi drogami, poprzez tereny zajęte przez Niemców, przez Filtry, do Rakowieckiej, Puławską do placu Unii Lubelskiej, poprzez teren Szpitala Ujazdowskiego do Górnośląskiej w dół. Prawdopodobnie doszliśmy w ten sposób do ulicy Rozbrat. Wynieśliśmy stamtąd ośmiu – dziesięciu rannych i chorych. Część z nich z pewnością była powstańcami, ale nikt na ten temat nie mówił. Wszyscy jakoby byli cywilami i wyglądali tragicznie.

Powrót nasz z obciążonymi noszami był znacznie trudniejszy. Niektórzy chorzy prosili, by zabrać także ich dobytek. Nie potrafiłyśmy odmówić. Niezmiernie ciężko było nieść we dwie nosze z chorymi i ich „skarbami”. I tu spotkał nas przypadek, który zadziwił wszystkich. Jeden z młodych niemieckich żołnierzy widząc, że Krysia co chwila odpoczywa (była wtedy chora, z temperaturą), wziął z jej rąk nosze z chorą kobietą, oddając Krysi swoją walizkę do niesienia. Największe wrażenie zrobił na nas przemarsz przez Szpital Ujazdowski, ten sam szpital, gdzie uczyłyśmy się i pracowały. Częściowo spalony, częściowo palący się, wyglądał przerażająco. Po drodze Niemcy zatrzymywali nas kilkakrotnie, ale pokazywane przepustki wystarczały. Całkowicie wyczerpani, zarówno my jak i chorzy, dotarliśmy wreszcie do Szpitala Dzieciątka Jezus. Tu natychmiast udzielono pomocy i opieki tym ciężko chorym i rannym ludziom. Dotychczas nie wiem, dlaczego Niemcy zezwolili na tę akcję pomocy ludności Warszawy. Pozostało to dla mnie zagadką.

Z biegiem czasu odżywianie szpitalne stawało się coraz bardziej jałowe. Chorzy całkowicie pozbawieni byli witamin, gdy tuż za ulicą znajdowały się piękne ogródki działkowe pełne jarzyn i owoców. Wychodziłyśmy więc czasami, by przynieść rannym trochę jabłek, pomidorów czy marchwi. Któregoś wrześniowego dnia wybiegłyśmy z Natalką do ogródków, lecz tam powitały nas strzały. Natalka została ranna. Pobiegłam po Krysię i na noszach przyniosłyśmy ją do szpitala. Doktorzy Bednarski i Turski bardzo serdecznie zajęli się Natalką, a dla nas było to ogromnie ciężkie przeżycie: ta dzielna, piękna i wesoła dziewczyna, nasza przyjaciółka była zagrożona amputacją nogi. Pielęgnowałyśmy ją i strzegły jak siostrę, mieszkając wówczas we trzy w pokoju doc. Rydygiera. Pozostali ranni, niestety, czuli się coraz gorzej. Jurek Marks, mimo ponawianych próśb naszych i ostrzeżeń lekarzy, wciąż nie zezwalał na amputację nogi, a stan Bronki nie był zadowalający. W szpitalu leżało wówczas wielu rannych po dużym upływie krwi. Dr Bednarski zaproponował mi oddanie krwi dla któregoś z ciężko rannych powstańców. Zgodziłam się chętnie tym bardziej, że miałam popularną grupę krwi A Rh+. Krew oddałam trzykrotnie i byłam bardzo szczęśliwa, bo wszyscy trzej chłopcy czuli się coraz lepiej. Odwiedzałam ich często, zawsze entuzjastycznie witana, jako ich „krewna siostra”.

Nadszedł tragiczny dzień kapitulacji. Dostałyśmy przepustki ze szpitala do Śródmieścia. Ani Krysia, ani ja nie wiedziałyśmy, co się dzieje z naszymi rodzinami. Chciałyśmy również odnaleźć nasz oddział i naszego dowódcę. Po uzyskaniu informacji o miejscu stacjonowania dowództwa Odwetu zameldowałyśmy się u por. Romana. Był żywo zainteresowany losem naszych rannych. Cieszył się, że Żegota żyje i czuje się dobrze. Prosił, by nie mówić Bogusławowi, bliźniakowi Gryfa, że jego brat nie żyje. Był bardzo rad z naszej wizyty. Otrzymaliśmy legitymacje Armii Krajowej dla nas dwu oraz dla Natalki, Bronki i Jurka. Odnalezienie naszego oddziału było dla nas wielką radością. Roman proponował nam wyjście do niewoli z batalionem, mówił o projektowanej ucieczce do Kampinosu. Odmówiłyśmy. Nie możemy pozostawić naszych chłopców, Bronki. Wiemy, że jesteśmy im potrzebne. Wobec naszej decyzji Roman prosił nas o zabranie do Szpitala Dzieciątka Jezus ciężko rannego oficera AK, przebywającego w jednym ze szpitali śródmiejskich. Obiecałyśmy i tak się stało. Umieściłyśmy go na oddziale chirurgicznym.

Po wizycie u Romana rozeszłyśmy się do naszych domów. Krysia szczęśliwie zastała w domu swego ojca. O bracie, także powstańcu, nic się nie dowiedziała. Aby ocalić ojca przed wywózką do obozu, zabrała go wraz z jego trzema przyjaciółmi do szpitala w charakterze sanitariuszy. Ja miałam mniej szczęścia. Biegłam do domu z nadzieją zobaczenia mamy, siostry i ulubionych siostrzeńców – trzyletniej Ewuni i rocznego Jurka. Im dalej jednak szłam ulicą Wspólną do Placu Trzech Krzyży, tym większy był mój niepokój. Ulica była w gruzach, ludzie wychodzili z suteren i wyglądali jak własne cienie. Mój dom przy Wspólnej był zburzony. Od starej praczki Janowej dowiedziałam się, że moja rodzina wyszła z Warszawy we wrześniu, godzinę przed zbombardowaniem budynku. Byłam szczęśliwa i rozczarowana jednocześnie. Tak bardzo chciałam zobaczyć mamę i opowiedzieć jej o wszystkim, co przeżyłam, przytulić się do niej na chwilę. Nic nie wiedziałam o jej losach. Udało mi się natomiast odnaleźć mamę Basi, ogromnie o nią niespokojną, i powiadomić, że Basia jest bezpieczna u koleżanki z Pruszkowa. Mama Basi, która już straciła w powstaniu jedną córkę, była uszczęśliwiona dobrą wieścią o Basi. Po wyjściu z Warszawy spotkała się z nią w Pruszkowie.

Obie z Krysią byłyśmy wstrząśnięte widokiem zburzonego, płonącego miasta. Wstąpiłam jeszcze na ulicę Nowogrodzką i Kruczą, skąd zabrałam do szpitala moich przyjaciół, Marię i Seweryna Janiaków i Wiesława Krantza, którzy w ten sposób uniknęli ewakuacji i obozu. W tym okresie bardzo zżyłam się z Natalką i postanowiłam, że po ewakuacji szpitala pojadę z nią razem, by dalej się nią opiekować. Dnia 12 października, po długich i jakże ciężkich cierpieniach, umarł Jurek Marks. Odszedł ten dzielny chłopiec, który nie pozwolił amputować sobie nogi, bo „chciał jeździć na nartach”. Na jego pogrzebie byłyśmy tylko we dwie z Krysią. Żegnałyśmy ostatniego z „naszych chłopców”. Pochowałyśmy go jak Stacha, zawiniętego w koc, pod tym samym szpitalnym pawilonem.

Cały szpital przygotowywał się do ewakuacji. Jesteśmy ostatnim szpitalem wyjeżdżającym z Warszawy. Wyjazd organizuje doc. Rydygier. 25 X opuszczamy płonącą Warszawę i udajemy się do Grodziska. Tylko Bronka, pokochana przez siostry zakonne, wyjeżdża z nimi kolejowym transportem do szpitala w Krakowie, gdzie po paru miesiącach także kończy życie.

Krysia z ojcem udaje się do Mogielnicy. Ja z ranną Natalką, za radą lekarzy Bednarskiego i Turskiego, jedziemy do dr. Jurewicza, do szpitala w Skierniewicach. Z Grodziska do Skierniewic przewożą nas samochodem napotkani uprzejmi Węgrzy. Dr Jurewicz troskliwie opiekuje się Natalką, ja pracuję cały dzień w szpitalu, nocując u pp. Nielubowiczów, właścicieli tartaku. Ich siostra, ranna w Warszawie, leczy się w tym szpitalu.

W styczniu 1945 r. do Natalki przyjeżdża matka i pozostaje z nią w Skierniewicach do maja, tak więc ja nie jestem już Natalce niezbędna. Wychodzę ze Skierniewic 19 I, żegnana przez Natalkę i jej matkę. Przemiły dr Jurewicz pyta: – A dokąd ty idziesz, dziecinko? – Idę do Warszawy na medycynę, panie doktorze – odpowiadam i jestem z siebie bardzo dumna. Siostry zakonne też żegnają mnie jak córkę. Dają mi „wyprawę”: kołdrę, poduszkę, dwie zmiany bielizny i dwie białe nocne koszule. Drogę ze Skierniewic do Warszawy przebyłam pół na piechotę a pół pociągiem.

Na Dworcu Zachodnim spotkałam moją koleżankę ze szkoły, Kalinę Haciewicz, której opowiedziałam, że mój dom na Wspólnej jest całkowicie zburzony i nie wiem, gdzie będę dzisiaj nocowała. Kalina powiedziała mi, że jej ojciec jest właścicielem domu przy ul. Bartoszewicza 5, że dom ten, wybudowany wiosną 1939 r., nie był zasiedlony i że podczas okupacji był zajęty przez Niemców, że nikt mnie z mieszkania tam nie wyrzuci, bo nie ma właścicieli. Byłam bardzo szczęśliwa i zaraz po zapisaniu się na medycynę zajęłam sobie dwa pokoje z kuchnią.

Wydział lekarski mieścił się na Grochowie, na ul. Boremlowskiej. Przyjęto mnie bardzo serdecznie. Nie miałam jednak żadnych dokumentów, nawet matury. Odzyskałam ją z Uniwersytetu Warszawskiego, gdyż byłam tam na fizyce w roku akademickim 1938/1939. Nie miałam też dokumentu stwierdzającego, że ukończyłam I rok medycyny na tajnym Uniwersytecie Poznańskim. Zdecydowałam więc zapisać się na I rok wydziału lekarskiego.

Jest styczeń 1945. Jestem sama. Moja matka, jak się okazało, znajduje się w obozie koncentracyjnym Mauthausen-Gusen. Moja siostra, szwagier i dwoje siostrzeńców są w obozie pracy. W Warszawie nie ma żadnych moich przyjaciół. Nie mam pieniędzy, mam tylko mieszkanie. Zamknęłam okres swojego życia, który był poświęcony Ojczyźnie i ludziom, którzy potrzebowali pomocy – bohaterom Powstania Warszawskiego. Teraz postanowiłam się uczyć, uczyć medycyny, aby gdy zajdzie potrzeba, móc służyć im swoją wiedzą. Okres tych lat spędzonych na nauce, pomimo że było mi bardzo ciężko, wspominam zawsze ze wzruszeniem. Najgorzej było w ciągu dwu pierwszych lat. Mieszkałam w Śródmieściu, a studiowałam na Grochowie. Była to odległość ok. 11 km, które początkowo przebywałam pieszo, gdyż nie miałam pieniędzy na przejazd samochodami ciężarowymi. Stołowałam się początkowo tylko na uczelni. Śniadanie, obiad i podwieczorek były bezpłatne. Potem, gdy wydział lekarski został przeniesiony do Warszawy, sytuacja znacznie się poprawiła. Byłam jedną z najbiedniejszych studentek, ale ponieważ byliśmy bardzo zżyci ze sobą, nikt nigdy nie odmówił mi pomocy. Na trzecim roku koledzy otrzymali stypendia, mnie odmówiono. Pewnie dlatego, że w moim życiorysie napisałam, że byłam żołnierzem AK i sanitariuszką w Powstaniu Warszawskim. Dziesięciu moich kolegów, po otrzymaniu swojego stypendium, wręczyło mi kwotę równą ich poborom. Nie słyszałam nigdy o takim wypadku. Myślę, że był to fakt niezwykły. Mieliśmy wspaniałych profesorów i asystentów. W mojej pamięci na zawsze pozostał prof. Grzybowski, okrutnie zamordowany przez UB. Był opiekunem naszego roku. Wszyscy przeżyliśmy bardzo boleśnie jego śmierć.

Absolutorium otrzymałam w czerwcu 1949, a stypendium specjalistyczne z zakresu pediatrii we wrześniu 1949 w Miejskim Szpitalu Dziecięcym przy ul. Kopernika 43. W owym czasie warunki w szpitalu były bardzo ciężkie. Szpital był przepełniony. Niektóre dzieci przywożono w bardzo ciężkim stanie. Umierały na izbie przyjęć. Codziennie umierało od jednego do trojga dzieci. W szpitalu pracowali wspaniali lekarze. Najwięcej nauczyłam się od prof. Remigiusza Stankiewicza, który uważał, że lekarz powinien postawić zawsze diagnozę na podstawie wywiadu i dokładnego badania, nie korzystając z badań dodatkowych, gdyż nie wiadomo, w jakich warunkach możemy się kiedyś znaleźć.

Wiosną 1945 r. zarządzono ekshumację grobów na terenie Szpitala Dzieciątka Jezus. Rozpoznałam Stacha i Jurka i przeniosłam ich ciała do nowych grobów na Cmentarzu Wojskowym. Odtąd stale opiekuję się tymi grobami, doznając szczególnego wzruszenia zawsze, gdy jestem tam „przy moich chłopcach”. Z rannych, wyniesionych w sierpniu 1944 r. z Kolonii Staszica, przeżyło tylko dwóch: Romuald Jakubowski (Żegota), zwany przez nas Aldkiem, który ukończył prawo i został adwokatem, i Janek Gosk – architekt. Spośród nas, sześciu sanitariuszek pozostawionych przez dowódcę do opieki nad rannymi, trzy ukończyły medycynę. Myślę, że to nie przypadek, to tamte powstańcze doświadczenia zaprowadziły nas na studia medyczne. Natalia Łusznienko-Sobczak jest rentgenologiem, Krystyna Person-Nejman – lekarzem chorób wewnętrznych. Przez całe moje życie lekarskie pracowałam dziesięć godzin dziennie i raz w tygodniu miałam dyżur. W szpitalu pracowałam na stanowisku starszego asystenta, a później zastępcy ordynatora. W 1975 r. zrezygnowałam z pracy w szpitalu z powodów zdrowotnych. Przeniosłam się do Stołecznego Ośrodka Matki i Dziecka na stanowisko wicedyrektora. Drugą moją pracą było zatrudnienie w Wydziale Zdrowia (później ZOZ-ie) Śródmieście jako lekarz pediatra, kierownik Poradni Dziecięcej i kierownik Poradni Specjalistycznej dla Dzieci (do 1992).

Przez cały okres studiów i pracy zawodowej nie utrzymywałam kontaktów z moimi koleżankami i kolegami z Powstania Warszawskiego. Kontakty te nawiązałam dopiero w 1986. Wszyscy wstąpiliśmy do Związku Żołnierzy Armii Krajowej w 1989. Zostałam wybrana do Zarządu Środowiska II Batalionu Szturmowego Odwet, początkowo jako skarbnik, następnie jako sekretarz. Obecnie jestem wiceprzewodniczącą. Od początku powstania Okręgu Warszawa Światowego Związku Żołnierzy AK pracowałam tam jako kierownik Działu Sanatoryjnego, a obecnie jako przewodnicząca Komisji Zdrowia. Staramy się pomagać naszym koleżankom i kolegom w często bardzo trudnych sytuacjach życiowych i zdrowotnych.

Jakież były więc losy dziewcząt i chłopców z polowego szpitala przy ulicy Langiewicza 5? Przeszliśmy przez ogień, brutalność i nienawiść wojny, ale równocześnie doznaliśmy wiele serca i życzliwości. Otrzymywaliśmy niespodziewaną pomoc od obcych ludzi, a nawet od wrogów. Wiele razy ocieraliśmy się o śmierć. Żyjemy tylko dlatego, że takie było nasze przeznaczenie. Pozostało nam wielkie uczucie zwane przyjaźnią i myślę, że tak jak w młodości, możemy zawsze i teraz na siebie liczyć. Każdy z nas w miarę swych możliwości stara się wypełniać ideały z lat młodości. Często też zadajemy sobie pytanie: kim byliby sanitariuszki i żołnierze Odwetu, gdyby żyli? Kim byliby nasi przyjaciele, Bronka, Jurek, Stach, Gryf i wielu, wielu innych?

Wierzę, że gdyby była taka potrzeba, to i obecna młodzież stanęłaby w obronie Boga i Ojczyzny, podobnie jak my w czasie wojny.

Warszawa, grudzień 2000 r.

Fragmenty niniejszej relacji związane z Powstaniem Warszawskim były publikowane w: Maria Sułowska-Dmochowska, II Batalion Szturmowy „Odwet” Armii Krajowej. Wspomnienia Żołnierzy (1993).

 Życiorys

Urodzona 14 V 1919 r. w Łodzi. Rodzice Henryk i Helena z Krzykowskich Szamowscy byli z pochodzenia obywatelami ziemskimi. Wychowywana była w duchu patriotycznym i katolickim. W roku jej urodzenia ojciec był dyrektorem Banku Rolnego w Łodzi. Matka zajmowała się wychowywaniem jej i starszej siostry. Ojciec zmarł na zapalenie płuc, gdy miała pięć lat. Przeniosła się wtedy z matką i siostrą do Warszawy, gdzie jej matka została redaktorem w dzienniku „ABC”.

Uczęszczała do prywatnej szkoły im. Zofii Wołowskiej (szkoła powszechna i gimnazjum). Maturę zdała w 1938 r. i rozpoczęła studia na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego im. Józefa Piłsudskiego. Podczas Wojny Obronnej, we wrześniu 1939 r., pracowała jako sanitariuszka w Szpitalu św. Łazarza. W 1939-1941 r. z ramienia PCK była opiekunką żołnierzy w Szpitalu Ujazdowskim na oddziale chirurgii plastycznej, a później na oddziale gruźliczym. W 1942 r. wstąpiła do II Batalionu Szturmowego „Odwet” AK, w którym była łączniczką i przeszła przeszkolenie sanitarne. W latach 1943-1944 studiowała medycynę na tajnym Uniwersytecie Poznańskim w Warszawie.

Brała udział w Powstaniu Warszawskim na Kolonii Staszica, skąd przeniosła rannych żołnierzy AK do Szpitala Dzieciątka Jezus. Dwa tygodnie po upadku powstania wyszła z ostatnim ewakuowanym szpitalem z Warszawy do Skierniewic, gdzie później pracowała jako pielęgniarka do 19 I 1945 r. W styczniu 1945 r. zapisała się na studia medyczne na Uniwersytecie Warszawskim. Ukończyła je w 1949 r. Otrzymała stypendium specjalizacyjne z zakresu pediatrii i rozpoczęła pracę w szpitalu przy ul. Kopernika 43 w Warszawie. W szpitalu tym pracowała trzydzieści lat, kolejno na stanowiskach: młodszy asystent, starszy asystent i zastępca ordynatora oddziału wewnętrznego. Następne dziesięć lat pracowała na stanowisku zastępcy dyrektora Stołecznego Ośrodka Matki i Dziecka. Równocześnie, przez cały czas, pracowała w ZOZ-ie Śródmieście. W 1992 r. przeszła na emeryturę.

Za mąż wyszła w 1946 r. za inż. chemika Mieczysława Borowskiego. Ma dwóch synów: Andrzeja Borowskiego (ur. 1950), lekarza med., specjalistę chorób dzieci, zatrudnionego w CZD w Warszawie i Jacka Borowskiego (ur. 1952), dr. inż. ogrodnika, pracownika naukowego SGGW w Warszawie.

W 1989 r. wstąpiła do Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Jest w Zarządzie Okręgu Warszawa i w Zarządzie Środowiska II Batalionu Szturmowego „Odwet”.

Źródło

Źródło: Pamiętnik Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego – Powstanie Warszawskie i medycyna, wydanie II, Warszawa 2003 r.