MIAŁEM JEDNAK SPORO SZCZĘŚCIA

 Mój Boże, to już blisko 60 lat minęło od walk powstańczych w Warszawie … Miałem wówczas ledwie 20 lat. Byłem, jak wielu wówczas, ściśle związany z Armią Krajową, jednocześnie w miarę skromnych mych możliwości pracując zarobkowo, a też studiując medycynę. Pamiętam doskonale, że po wysłuchaniu w jednym z pawilonów Szpitala Ujazdowskiego wykładów profesora Franciszka Venuleta z patologii ogólnej, miałem wyznaczony przez niego termin egzaminu z tego przedmiotu w pierwszych dniach sierpnia 1944 r. Byłem chyba nieźle przygotowany, patologia ogólna wydawała mi się ciekawa i w miarę łatwa, by ją bez większych trudności „zaliczyć”, a sam profesor Venulet nie robił wrażenia człowieka surowego i nadmiernie wymagającego. Egzamin ten, oczywiście, zdałem, lecz nie u profesora Venuleta, a u profesora Juliana Walawskiego i to nie w sierpniu 1944 r., lecz po powrocie z Francji w parę lat później.

Wszystkim dobrze wiadomo, że 1 VIII 1944 r. wybuchło powstanie w Warszawie. Ja byłem jednym z jego licznych uczestników. Mój ówczesny powstaniowy szlak bojowy zdawał się nader poplątany … Więc Powązki (dosłownie kilka godzin), Wola, następnie Stawki (z przerwą dwa razy) – tam znajdowały się przerażające swoim ogromem magazyny niemieckie, zaopatrujące front wschodni, przede wszystkim żywnościowe (głównie konserwy mięsne w puszkach), również mundurowe; jakże przydało się to wszystko dla nas, Armii Krajowej i ludności cywilnej – Getto (bardzo krótko), Stare Miasto (ściśle tzw. Reduta Kanoniczek, przylegająca do Banku Polskiego, vis-ŕ-vis gmachów Teatru Wielkiego i Narodowego), wreszcie już na koniec Śródmieście, po przejściu, dosłownie na kolanach, w jedenaście godzin trwającym marszu, bardzo niskim kanałem, niestety, nie „burzowcem”. W Śródmieściu już właściwie tylko prawie odpoczywałem, co prawda, w dużym stopniu „na głodniaka” (głównie „kasza pluj”), a powodem mego wypoczynku było niezupełnie wygojone zranienie, niedawno odniesiona kontuzja „na Kanoniczkach” oraz fatalny stan kolan po przejściu kanałami ze Starego Miasta. W sumie sporo wtedy przeżyłem, zresztą nie ja jeden, nieraz „najadłem się strachu”, ale jakoś żyję do tej pory …

Pamięć mam jakoby jeszcze nie najgorszą, niektórzy sądzą, że nawet dobrą, ja uważam, że w miarę dobrą, lecz krótką. Dlatego więc nie zamierzam w żadnym wypadku opisywać swych powstaniowych przeżyć i związanych z nimi peregrynacji, a będę starać się jedynie podać to, co nieźle trzyma się mojej pamięci li tylko w postaci pewnych fragmentów, raczej przyjemnych (bo i takie przecież bywały), a przynajmniej z przyjemnym zakończeniem, gdy są one związane z samym powstaniem czy pobytem w niewoli, która w jakiejś jednak formie jest, może raczej była, powiązana z walką powstańczą …

Pamiętam takie zdarzenie, gdy oddział mój był zmuszony wycofać się ze Stawek. W momencie wycofywania się, bynajmniej nie ucieczki, znajdowałem się z paroma kolegami w jednej z sal magazynów na dość wysoko położonym pierwszym piętrze. Do sali zaczęły wpadać przez wyrwy w murze, też przez okna, pociski z granatników, być może też z moździerzy. Dwóch z nas zginęło, dwóch było rannych, ja jeden pozostałem nietknięty. Ranni przesunęli się do jednego z okien, wychodzącego na ulicę Stawki. Niestety, nie mogli z powodu odniesionych zranień wdrapać się samodzielnie na dość wysoko położony parapet okienny. Zdołałem pomóc jednemu i drugiemu, by, skoro znaleźli się już na parapecie, mogli skoczyć w dół, ryzykując najwyżej złamanie nóg. Jakoś udało się im. Ja, wciąż jeszcze nietknięty, więc cały, już sam tylko z żywych w sali, wdrapałem się szybko i bez trudności na parapet i skoczyłem śladem dwóch moich kolegów. W chwili skoku poczułem jakby dwa nieprzyjemne smagnięcia, jedno w okolicy prawej łopatki, drugie w podeszwę buta. Gdy po chwili znalazłem się już na dole, nieprzyjemne fizyczne doznanie całkowicie ustąpiło.

Wraz z całym, porządnie już przerzedzonym oddziałem szybko wycofywaliśmy się, o ile pamiętam w kierunku Cmentarza Ewangelickiego. Czułem się zupełnie dobrze, nic mi nie dolegało, nawet prowadziłem rannego kolegę. W pewnej chwili usłyszałem słowa, zwrócone do mnie: – Justyn, ty jesteś ranny, krwawisz. – I wtedy właśnie poczułem ból, może niezbyt dotkliwy, w okolicy prawej łopatki, ale szedłem swobodnie w dalszym ciągu, prowadząc coraz bardziej słabnącego kolegę z przestrzelonym ramieniem. Dopiero na najbliższym postoju pozbyłem się, oczywiście chwilowo, zdobycznego niemieckiego plecaka ze Stawek i okazało się wtedy, że również zdobyczne konserwy, zapakowane w tym plecaku, uratowały mnie przed na pewno ciężkim zranieniem, gdyż jedna z nich, półkilowa, była przebita odłamkiem pocisku na wylot, przez drugą, nieco stycznie, przeszedł ten sam odłamek, zatrzymując się na kości łopatki. Miałem więc duże szczęście. Gdyby nie konserwy – jak dziś pamiętam, z pasztetem – prawdopodobnie odłamek (chyba granatu) przeszedłby przynajmniej przez prawe płuco, być może wyszedłby z drugiej strony klatki piersiowej. I co by stało się ze mną dalej, nie wiem. Już później, w Reducie Kanoniczek, lekarz naszego oddziału, absolwent wydziału lekarskiego, dr Lech Szymański opatrzył moją niewielką, choć nieprzyjemną ranę. Jako chyba jedyny na Starym Mieście lekarz okulista miał w kilka, może w kilkanaście dni później sporo pracy, gdy użyty przez Niemców czołg-pułapka wybuchł i było wiele wypadków zranień oczu. Rana, mimo opatrunku, jednak mi dokuczała, szczególnie gdy poruszałem prawą ręką, a również gdy leżałem na plecach. Dolegliwości pozbyłem się prawie zupełnie, ale nie na zawsze, jak okazało się później, gdy za poradą Szymańskiego zgłosiłem się do dr. Zygmunta Kujawskiego (Broma). Ten posadził mnie na krześle przodem do oparcia i polecił dwóm krzepkim żołnierzom z Zośki mocno trzymać mnie za ręce. Krótki, bardzo przykry ból i odłamek znalazł się w palcach Broma. Niestety, tę drobną pamiątkę zagubiłem gdzieś w niewoli, a szkoda.

Wspomniałem już o wędrówce szczątków naszego oddziału przez kanały. Trwało to, przypominam, równe 11 godzin i gdyby nie starte, pisząc z pewną przesadą, kolana do kości, byłoby – poza zmęczeniem – wszystko w jakim takim porządku. I jeszcze jedna wojenna przygoda w powstaniu, też na Kanoniczkach. Zostałem wraz z dwoma kolegami „oddelegowany” na nieco oddalony posterunek. Mieliśmy zaiste piękny widok na Plac Teatralny, a właśnie przed gmachem Teatru Narodowego, blisko wylotu ulicy Wierzbowej, „kręcił się” czołg „Tygrys”, co kilkadziesiąt sekund oddając salwę strzałów gdzieś chyba w kierunku Starego Miasta. Pociski z czołgu szły wysoko nad nami, nie przeszkadzając naszej trójce spożywać smaczną, choć przypaloną zupę na konserwach ze Stawek. Ponieważ „Tygrys” bez przerwy przesuwał się tam i z powrotem po Placu Teatralnym, postanowiliśmy wezwać załogę piata wraz z działkiem, by w ten sposób pozbyć się nieprzyjemnie zagrażającego nam czołgu. Tymczasem nagle, ni stąd ni zowąd, Tygrys obniżył lufę i znaleźliśmy się w oparach gryzącego dymu, latających kawałków gruzu i wtem na moją głowę spadła z dużej wysokości chyba sporych rozmiarów cegła. Straciłem przytomność, a ocknąłem się już na kwaterze, umyty, ponownie ubrany, z uczuciem nie tyle bólu, ile szumu w głowie. Uratował mnie, sądzę, być może od śmierci niemiecki zdobyczny hełm. A kiedyś wydawało się mi, że hełmy mogą tylko chronić głowę i kark od razów szablą, przydając żołnierzowi marsowy wygląd. Więc znowu miałem szczęście.

Nastąpiła kapitulacja. Oddział nasz, mocno sponiewierany jeszcze na Woli, później na Starym Mieście, składał się właściwie albo z samych rannych, albo z rekonwalescentów. Tak więc ta resztka udała się, o ile pamiętam, na plac przed Politechniką, tam rzuciła posiadaną jeszcze broń i wyruszyła wraz z innymi oddziałami pod strażą żołnierzy niemieckich do Ożarowa, do hal fabryki kabli. Tam było już sporo przyszłych jeńców wojennych, którzy w lepszym lub gorszym stanie przeżyli walki powstańcze. Podzielono nas wszystkich na trzy pułki. Ja trafiłem do 15. pułku piechoty, przed wojną stacjonującego bodajże w Modlinie.

Troszkę teraz o niewoli, bo uważam ją w jakimś sensie za kontynuację powstania. Pamiętam, że trafiłem do pierwszego transportu jenieckiego, który następnego dnia po nocy spędzonej w Ożarowie, wyruszył do Lamsdorfu, starego obozu jenieckiego, pamiętającego jeszcze czasy wojny francusko-pruskiej. Wtedy powstał znany obóz, oczywiście na miarę nowych czasów znacznie powiększony. Pamiętam, że gdy po trzech prawie dniach i dwóch nocach, głodni wyszliśmy z towarowych wagonów, udając się do stalagu, przeżyliśmy, odpoczywając na jakiejś łące, przyjemne zdarzenie. Mianowicie usłyszeliśmy potężny huk, a dwa niemieckie samoloty, zderzając się ze sobą w powietrzu, spadły w płomieniach na ziemię. Do obozu dotarliśmy w godzinach popołudniowych, zmęczeni transportem kolejowym i parokilometrową trasą, którą przebyliśmy pieszo. W obozie długie godziny liczenia, powolna systematyczna rejestracja. Gdyśmy już zajęli miejsca w przeznaczonych barakach, a każda narodowość jeniecka miała sobie przeznaczony teren, ogrodzony bodajże drutem kolczastym, wezwano nas na posiłek. Byłem przyjemnie zdziwiony porcją obfitej i nader smacznej zupy, dużej pajdy chleba z kiełbasą i margaryną i jeszcze było coś do popicia. Pomyślałem wtedy, że skoro taka pożywna kolacja, to jaki będzie następnego dnia obiad, nie mówiąc już o śniadaniu. Zawiodłem się okropnie. Niemcy, jak zwykle skrupulatni, oddali nam to, co należało się nam w czasie trzydniowego transportu. Następnego, już prawidłowo głodowego prawie dnia, wydano nam wszystkim na razie prowizoryczne numery jenieckie i ogłoszono, że chorzy i ranni mogą się zgłaszać do lekarzy na terenie obozu. Urzędowali w pobliżu lekarze polscy, oczywiście jeńcy oraz wojskowi niemieccy.

Zdarzyło się, że trafiłem do lekarza niemieckiego w stopniu odpowiadającym randze majora. Był w schludnym gabinecie, mając do pomocy sierżanta, który spełniał funkcję jednocześnie sanitariusza i kancelisty. Major polecił mi usiąść przed swoim stolikiem. Pierwsze jego podstawowe pytania, to moje imię, nazwisko, stopień, następnie, jakie są moje dolegliwości. Był zadowolony, że mówię po niemiecku. Obejrzał moją ranę, wyjął, jak się okazało, jeszcze małą resztkę odłamka. Opatrunku dokonał wspomniany podoficer. Lekarz wszystko notował, co mówiłem, w jakimś chyba urzędowym formularzu, wreszcie zapytał, używając słowa „pan” (Sie), jaki jest mój zawód. Odpowiedziałem zgodnie z wpisem w kennkarcie, że jestem dezynfektorem. Lekarz uśmiechnął się i powiedział głośno do sierżanta: – Jaki to dezynfektor, wygląd inteligenta, ma 20 lat, zna lekarską łacinę (nie wiedząc jak jest po niemiecku „łopatka”, użyłem słowa łacińskiego scapula, później też użyłem jakiegoś słowa po łacinie) – pisz pan, sierżancie, student medycyny. Wiem, bo stacjonowałem w Polsce długie miesiące i wyższe studia mimo zakazów jakoś tam działały. Wie pan co, niech go zrobią podlekarzem.

Więc znów, okazało się, miałem szczęście, gdyż później w Arbeitskommando byłem zwalniany od wszelkiej pracy, pełniąc rzeczywiście czynności unterarzta. Nawet miałem przez pewien czas na tym arbeitskommandzie obowiązek wydawania krótkich zwolnień z pracy, gdy był nieobecny urzędowy lekarz, Litwin ewakuowany z Litwy Kowieńskiej, nieprzepadający za Polakami, ponury dr Paliokas. I tak to trwało przez kilka miesięcy popowstaniowej niemieckiej niewoli. Pamiętam, jak sam znalazłem się w francuskiej izbie chorych w Landecku, ślicznym tyrolskim miasteczku. Przyjął mnie przesympatyczny jeniec francuski, kapitan lekarz Lacroix i wystarał się dla mnie o większą porcję posiłków, tytułując mnie „kolego”, co niekiedy w obozach jenieckich było stosowane. Więc znów miałem szczęście. I gdy po niewoli znalazłem się jako internowany w Szwajcarii, poznany w Bernie szwajcarski chirurg powiedział do mnie, że gdyby nie moje jenieckie papiery, myślałby, że wróciłem z jakiego „Badu”, nie z niewoli. Nic zresztą dziwnego, niezłe wyżywienie, no i tyrolski klimat.

I jeszcze jedno wspomnienie, którym raczej nie powinienem się chwalić, ale skoro opisuję szczęśliwe dla mnie zdarzenia z okresu powstaniowego i jenieckiego, opiszę i to. I tak, będąc unterarztem na arbeitskommandzie w Kematen (też miejscowość w Tyrolu), miałem do czynienia ze sporą ilością świerzbu i z tym związanymi infekcjami skórnymi. Obserwując u siebie pojawienie się na podudziach i przedramionach sporych rozmiarów ropnych niesztowic, poprosiłem wspomnianego już Paliokasa o skierowanie mnie do Landecku. Tam w niewielkim obozie jenieckim mieściły się między innymi izby chorych. Odległość od Kematen do Landecku wynosiła chyba ponad 30 kilometrów. Nie musiałem się o nic martwić. Wiedziałem, że nad ranem przyjdzie do baraku, w którym mieszkałem, wojskowy niemiecki konwojent, który mnie obudzi, zaprowadzi do kuchni jenieckiej, tam otrzymam talerz wodnistej zupy z brukwi, może z rzepy, następnie razem powędrujemy te dwa czy trzy kilometry do stacji kolejowej i dalej ruszymy miejscowym pociągiem do Landecku. Był wówczas styczeń, może początek lutego, więc zima, raczej ostra i śnieżna.

Gdzieś około godziny trzeciej nad ranem przyszedł po mnie znajomy wartownik niemiecki, gefreiter o imieniu Adam. Znaliśmy go wszyscy (ci z Kematen). Miał ponad 40 lat i był nikczemnego wzrostu. Wszystkie mundury były dla niego za duże. Wyglądał w nich, jakby je nosił po starszym i wyższym bracie. Nie odznaczał się siłą fizyczną, jego poziom umysłowy nie był raczej wysoki, ale jak mógł, a mógł niewiele, starał się nam jeńcom iść na rękę. Odznaczał się jeszcze tym, że u nosa jego zwisała zawsze spora kapka. Cierpiał prawdopodobnie na chroniczny nieżyt nosa. Szybko ubrałem się i razem z Adamem udaliśmy się w drogę do stacji. Było ciemno, padał śnieg. Spostrzegłem, że Adam ledwo idzie, z trudnością wyciąga nogi z głębokiego śniegu, tym bardziej że wojskowe kamasze miał na pewno za duże. Zaproponował, bo było już późno, że pójdziemy na przełaj. Co robić, żeby nam pociąg nie uciekł? Więc zaproponowałem Adamowi, by mu ulżyć: – Daj mi, Adam, karabin, przecież ci ciężko, ja go wezmę i tuż przed budynkiem stacyjnym ci go oddam.

Adam skwapliwie wyraził zgodę, ja broń jego wziąłem na własne barki, w ręku miałem swoją paczuszkę ze zmianą bielizny, a drugą podtrzymywałem zmęczonego już Adama, który wyraźnie przystawał w drodze. Przed stacją oddałem karabin Adamowi, który z marsową miną i wieczną kapką u nosa wszedł ze mną na stację. Pociąg za chwilę podjechał. Tłok był niesamowity, ale dla jeńców wraz z konwojem był specjalnie zarezerwowany przedział trzeciej klasy. Podsadziłem Adama i znaleźliśmy się w przewidzianym regulaminowo przedziale. Był tam już jakiś jeniec francuski ze swoim konwojentem. Więc cztery miejsca zajęte, cztery jeszcze wolne. Pociąg zatrzymywał się na każdej stacji. Po kilkunastu minutach zatrzymał się na kolejnej stacji. Tłok na małym tyrolskim peronie okropny, ale jakoś wszyscy chętni do jazdy wsiedli z wyjątkiem starszej pani z małą dziewczynką. Adam, jak zawsze grzeczny, zaprosił zagubione w tłoku pasażerki do naszego luźnego jeszcze przedziału. Tak więc jechaliśmy razem już w większym towarzystwie – dwóch żołnierzy niemieckich, dwóch jeńców i, jak się okazało z rozmowy, babci i jej może siedmioletniej wnuczki, obu bardzo sympatycznych.

Tymczasem pociąg powoli jechał, co kilkanaście minut chowając się w licznych tyrolskich tunelach. W pewnym momencie babcia zwróciła się do wnuczki, proponując jej zjedzenie smakowitej kanapki ze zwisającą z niej apetyczną wędliną. Wnuczka nie miała w danej chwili chęci na nią. Może niedawno jadła śniadanie, więc babcia torebeczkę z bułeczką powiesiła na uchwycie znajdującym się między mną a wnuczką. A ja byłem głodny cholernie i ślinka szła mi do ust, tym bardziej gdy spostrzegłem tuż koło mnie smakowity posiłek. Pomyślałem: – Raz kozie śmierć, może uda mi się ukraść tę smakowitą bułeczkę. – Pociąg zagłębiał się w jeden tunel, potem w drugi, a tunele te nie były takie krótkie i gdy wjechał ponownie w jeszcze jeden, zaryzykowałem i korzystając z ciemności panującej wówczas w przedziale, sprytnie, bez hałasu (bułeczka była owinięta w bibułkę) wyciągnąłem z torebki kanapkę i schowałem ją do kieszeni. Następnie, gdyśmy już opuścili tunel, zwróciłem się do Adama, by zaprowadził mnie do wagonowej ubikacji. Już tam będąc, z prawdziwą przyjemnością i bez wyrzutów sumienia, skonsumowałem bułkę z wędliną, a Adam zgodnie z regulaminem pilnował mnie przed zamkniętym wejściem. Skoro zjadłem, a trwało to bardzo krótko, wróciłem z Adamem do naszego jenieckiego przedziału. W kilkanaście minut potem dziewczynka poprosiła babcię o coś do zjedzenia. Niestety, bułeczka znikła, torebka była pusta. Adam, siedzący naprzeciw mnie, zrobił do mnie „oko”.

Kiedy później nadeszły święta wielkanocne, a byłem już we francuskiej izbie chorych, poprosiłem kapelana, księdza francuskiego, o spowiedź, która odbyła się w małej kapliczce obok sali opatrunkowej. Oczywiście, w czasie spowiedzi powiedziałem księdzu o moim niecnym postępku, tym bardziej że rzecz dotyczyła małej dziewczynki. Zacny, bardzo sympatyczny francuskiej narodowości ksiądz w stopniu sierżanta, skoro wysłuchał mojej spowiedzi, zerwał się z krzesła – konfesjonału nie było – ryknął śmiechem na cały głos, udzielając mi rozgrzeszenia i powiedział: – Miałeś, bracie Polaku, dużo szczęścia. – Ten z pewnością niepiękny postępek pozwolił mi choć na chwilę zapomnieć o głodzie …

 

Życiorys

 

Urodzony w 1924 r. Otrzymał świadectwo dojrzałości po ukończeniu gimnazjum i liceum humanistycznego im. Adama Mickiewicza w Warszawie w 1941 r. Uczęszczał do Szkoły doc. Zaorskiego, będącej tajnym Wydziałem Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego. W momencie wybuchu Powstania Warszawskiego miał za sobą trzy lata studiów lekarskich. Jako żołnierz Armii Krajowej brał czynny udział w powstaniu. Po kapitulacji Warszawy w 1944 r. znalazł się w niewoli niemieckiej, następnie przez kilka tygodni był internowany w Szwajcarii. Potem przez dwa lata był członkiem Armii Polskiej na zachodzie. Jesienią 1947 r. powrócił do Polski i kontynuował studia lekarskie. Dyplom lekarski otrzymał w 1950 r. Do chwili przejścia w stan spoczynku był zatrudniony w społecznej służbie zdrowia.

Zmarł w trakcie przygotowywania do druku pierwszego wydania niniejszej książki 15 kwietnia 2002 r.

Źródło

Pamiętnik Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego – Powstanie Warszawskie i medycyna, wydanie II, Warszawa 2003 r.