W Powstaniu:

104 kompania Syndykalistów, Szpital ul Długa 7

Dnia l września Niemcy, zająwszy uprzednio ul. Franciszkańską, podeszli do nas tak blisko, że trzeba było natychmiast przenosić rannych. Kilku z nich, mieszkańców Starego Miasta, powróciło do swych domów, a raczej do swych gruzów. Wszyscy inni zostali przeniesieni przy pomocy jeńców niemieckich do szpitala w Ministerstwie Sprawiedli­wości lub pod “Krzywą Latarnię,, .(…) Szpital był przepełnio­ny. Ranni leżeli na wszystkich możliwych kondygnacjach, na salach i korytarzach, a nawet i klatkach schodowych. Najlep­sze warunki mieli ci, którzy przebywali w nim już od dłuższe­go czasu. Byli oni umieszczeni w piwnicach, często na łóżkach, a nawet pościeli. Nowych składało się w bocznych skrzydłach gmachu na parterze i piętrach, gdzie nie tylko szy­by, ale i ramy okienne wylatywały na skutek wstrząsów. (…) Tego dnia wieczorem zaczęła się na terenie naszego szpitala akcja ucywilniania go. Pośpiesznie niszczyło się wszelkie legi­tymacje, opaski, mundury, a zdobywało się na ich miejsce ub­rania cywilne. Najwięcej trudności sprawiało nam usunięcie broni, którą niejeden z chłopców, mimo wielokrotnych napo­mnień i przeszukiwań ukrywał, nie mogąc się z nią rozstać. Wielu zresztą z nich, półprzytomnych, czyniło to nieświado­mie. Z braku łóżek i materacy, leżeli na tłumoku zwiniętych ubrań, z których co chwilę wytrząsało się jakiś granat lub garść naboi. (…) Noc wydawała się koszmarna, ale niczym była wobec następującego po niej dnia. Był to 2 września. O świcie dostaliśmy wiadomość, że wojska już nie ma i Niemcy przeszli barykady. Dnia poprzedniego ogłaszali oni podobno przez megafony, że cała ludność naszej dzielnicy ma pod groźbą utraty życia wyjść o godzinie 6 rano z białymi chustka-mi do placówek niemieckich. Szpital postanowił nie ruszać Sle,» bo zresztą technicznie byłoby to nie do wykonania. Wia­domość o poddaniu się dzielnicy (nie wojska) była dla nas okropna, niemniej zapowiadała moment, któregośmy wszyscy oczekiwali – koniec bombardowania. Tymczasem o godzinie 6.30 nadleciały znów sztukasy. Bombardowanie powtórzyło się jeszcze po raz drugi i wreszcie przy trzecim nalocie rakiety sygnalizacyjne rzucane przez Niemców dały temu kres (…) Pierwsi z nich zjawili się u nas około godziny 7.30. Byli to esesmani i wehrmachtowcy. Jeden z nich, wskoczywszy oknem, przeszedł się po salach i w pewnej chwili, znalazłszy u jednego z chłopców wciśnięte pod głowę niemieckie spodnie, odezwał się, ku naszemu zdziwieniu, po polsku »Schować to! Nie ważcie się tego pokazywać!«. Okazało się, że był Śląza­kiem. Następny jednak, który wszedł – a był to już esesman -»uratował honor« niemieckiego żołnierza. Spojrzawszy po le­żących wycedził: »Die jungen polnischen Banditen« i prze­szedł dalej, gdzie bez słowa pytania wymierzył kolejno z pistoletu do trzech młodych chłopców .(…)

Mówiąc o szpitalu na Długiej, nie można zapomnieć o jego »dobrym duchu«, który nam wszystkim dodawał otuchy i krzepił słowem Bożym. Był nim ojciec Tomasz – jezuita. Po­godny, uśmiechnięty, niezwykle ruchliwy, uwijał się wśród cho­rych, gotowy na każde ich skinienie. Tego dnia rano starał się pojednać wszystkich z Panem Bogiem, udzielił absolucji z ko­munią świętą każdemu, kto tylko tego pragnął. (…)

Około południa zwołano cały personel do jednej z sal opatrunkowych. Po długim, denerwującym oczekiwaniu wyp­rowadzono wszystkich mężczyzn do bramy i na podwórze. (…)

Poprowadzono nas na Dworzec Zachodni i tam załado­wano do pociągów. Po drodze widzieliśmy jeszcze bardzo wie­le: jak się chodzi (dosłownie) po konających, jak się morduje staruszków, którzy nie wytrzymują tempa marszu. Widzieliśmy też inne fakty: jak młodą, ranną dziewczynę wyprowadził ze szpitala właśnie Niemiec, jak inny poił z własnej manierki spragnione dzieci, trzeci wreszcie umożliwił, zupełnie bezinteresownie, czterem dziewczynom ucieczkę z pociągu wiozącego je do obozu. Takie jednak wypadki zdarzały się rzadko i jedy­nie wśród żołnierzy Wehrmachtu.

Szpital został całkowicie spalony. Podobno Niemcy przed uczynieniem tego zdobyli się na »humanitarny« uczynek i rannych zastrzelili

Wanda Puget

Źródło

Maria Wiśniewska, Małgorzata Sikorska – Szpitale Powstańczej Warszawy – Warszawa 1991