W Powstaniu:

szpital Ujazdowski przy ul. Chełmskiej 19

RELACJA CHIRURGA Z POWSTANIA

Byłem lekarzem wojskowym w stopniu kapitana. Od listopada 1939 r. aż do Powstania Warszawskiego pracowałem w Szpitalu Ujazdowskim przy ulicy Pięknej 1. Mieszkałem na Czerniakowie przy ul. Hołówki 3 naprzeciwko koszar I DAK, którego lekarzem byłem przed wojną. Wybuch powstania zastał mnie w domu. Do Szpitala Ujazdowskiego nie mogłem się dostać, bo droga była odcięta przez Niemców z koszar I DAK i I Pułku Szwoleżerów. Ponieważ na podwórzu mego domu (duży blok Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej) był punkt zborny dużego (około 100 ludzi) oddziału AK, dowodzonego przez porucznika I DAK, którego zadaniem było zaatakowanie i zdobycie koszar I DAK, urządziłem w bloku tym punkt opatrunkowy. Niestety atak na koszary nie powiódł się. Powstańcy musieli się wycofać.

W pierwszą niedzielę po wybuchu powstania widziałem przez okno, jak ulicą Czerniakowską ciągnęła duża kolumna ludzi w bieli, z noszami i rannymi, zwana „Pochodem duchów” przez mieszkańców bloku. Okazało się, że to był personel Szpitala Ujazdowskiego, który został przez Niemców wyrzucony z budynków szpitalnych. Niemcy nie dostarczyli im środków transportu, tak że lekarze, pielęgniarki i inny personel dźwigali chorych i rannych do budynku klasztoru przy ul. Chełmskiej. Mimo moich szczerych chęci nie mogłem dołączyć do tego pochodu, bo nasz blok był pod ostrzałem Niemców z jednej strony z koszar I DAK, a z drugiej strony od ulicy Podchorążych, gdzie zostały wybudowane barykady. Poza tym miałem na swoim punkcie opatrunkowym kilku rannych. W krótkim czasie po tej niedzieli, nie pamiętam niestety daty, przed naszym blokiem stanęły dwa niemieckie czołgi i otworzyły ogień. Pierwsze trzy pociski zniszczyły moje mieszkanie na parterze. Przez wyłom wdarli się Niemcy i wygonili z piwnic wszystkich mieszkańców, z tym że mężczyzn skierowano do koszar. Mnie pozwolono iść z kobietami, może dlatego że byłem zasypany gruzem we własnym mieszkaniu i pokrwawiony, a może dlatego że miałem na ręku moją trzyletnią córeczkę, a może pomogła mi dobra znajomość języka niemieckiego. W każdym razie natychmiast zgłosiłem się do szpitala przy ul. Chełmskiej, gdzie oczywiście zostałem zatrudniony. Tam przeżyłem pierwsze bombardowanie szpitala. Pamiętam, że rano tego dnia przyszli do szpitala Niemcy i zabrali wszystkich swoich rannych bez względu na powagę zranienia i zdolność do transportu, a pod wieczór zbombardowali szpital, mimo że gmach był oznaczony flagą Czerwonego Krzyża. Wkrótce potem, bodajże następnego dnia, zostałem skierowany do szpitala na Sadybę. Zabrałem ze sobą żonę i córeczkę i przejąłem od dr. Uliszewskiego czy Sosnowskiego szpital na ul. Morszyńskiej tuż nad fosą przy forcie. W ostatnich dniach sierpnia zgłosiła się grupa personelu ze szpitala przy Chełmskiej, który ponownie został zbombardowany i kompletnie zniszczony. Zginęło tam wówczas dużo rannych i członków personelu. Dotarła do mnie między innymi jedna z moich pielęgniarek (nazwiska nie pamiętam). Niestety nie dane mi było długo pracować z tak doskonałą siłą fachową, bo pielęgniarka ta mieszkała na ul. Podhalańskiej i jak się dowiedziałem, została tam bestialsko zamordowana przez lotników czy esesmanów, Łotyszów, którzy tamtędy nacierali z Mokotowa.

Praca w szpitalu na Sadybie była ciężka, pod koniec sierpnia brak było środków opatrunkowych przeciwbólowych i narkotycznych. W czasie bombardowania fortu przez Niemców zabrakło wody, bo budynek szpitalny został również dość poważnie uszkodzony. Dnia 2 września weszła na Sadybę dywizja niemiecka i zagnała całą ludność za druty kolczaste przy forcie. Uważam, że dzięki temu, że weszła ta dywizja, wielu ludzi uniknęło niechybnej śmierci z rąk rozbestwionych pijanych lotników i Łotyszów. Mnie osobiście pozwolono wyjść poza druty, aby przy pomocy innych ludzi pozbierać rannych na terenie całej Sadyby (ze szpitala zdążyliśmy rannych ewakuować). Udało mi się siłą zebrać około dwudziestu ludzi i pod eskortą Niemców obszukałem wszystkie domki i wille zbierając rannych. Rozmawiałem wówczas z dowódcą niemieckiej dywizji, który zapytał podoficera, dowódcę oddziału, który nas eskortował, co my tam robimy, a po otrzymaniu odpowiedzi, że ja jestem lekarzem i zbieram po osiedlu rannych, pozwolił nam kontynuować nasze zadanie, czyniąc mnie oczywiście odpowiedzialnym pod groźbą śmierci za powrót za druty każdego z moich „ochotników”. Po zebraniu i odesłaniu rannych udało mi się jeszcze zabrać z apteki szpitalnej resztę leków i materiałów opatrunkowych. Niemcy dostarczyli nam furmanki oraz samochody, na które załadowaliśmy rannych, sprzęt lekarski oraz personel szpitalny, jak też kilkunastu ludzi nie należących do personelu i ruszyliśmy na Dworzec Zachodni, gdzie podstawiono pociąg elektryczny, który zawiózł nas do Milanówka, gdzie zapewniono pomieszczenie dla około 14 szpitali warszawskich. W listopadzie 1944 r. część byłego Szpitala Ujazdowskiego ewakuowano specjalnym pociągiem do Krakowa, gdzie nadał pracowałem do marca 1945 r.

dr chirurg Walter Gerard Ruszkowski

Warszawa dn. 27 XI 1972 r.

Życiorys

Walter Gerard Ruszkowski ur. 4 IX 1906 w Wunstor (Niemcy), syn Franciszka i Anastazji z Ziółkowskich; lekarz chirurg, kpt. służby stałej, do 1939 r. lekarz 1. Dywizjonu Artylerii Konnej im. Gen. Józefa Bema w Warszawie. Od XI 1939 w Szpitalu Ujazdowskim. W konspiracji (ps. „Walter”) był szefem sanitarnym Zgrupowania AK „Bem”. W czasie Powstania Warszawskiego pracował w Szpitalu Ujazdowskim na Sadybie.

Po wojnie mieszkał i pracował w Bydgoszczy i tam zmarł.

Źródło

Halina Jędrzejewska  Lekarze Powstania Warszawskiego 1VII – 2 X 1944 wyd. TLW oraz:Pamiętnik Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego – Powstanie Warszawskie i medycyna, wydanie II, Warszawa 2003 r.