W Powstaniu:

asystent na oddziale chirurgii Szpitala Wolskiego, Szpital Zakaźny przy ul. Wolskiej 37

CHIRURG I WOJNA

 We wtorek 1 VIII 1944 r. byłem lekarzem dyżurnym oddziału chirurgicznego. Przed południem dr Marian Piasecki spotkał dr. Leona Manteuffla i mnie na korytarzu szpitalnym i zatrzymawszy się przy nas szepnął: – Dziś o piątej powstanie, bądźcie w szpitalu. – Staliśmy oniemiali przy oknie wychodzącym na ulicę Górczewską. Widać było stąd mury fabryki, pod którymi w dniu 23 XII 1943 r. odbyła się egzekucja. Ukryci wtedy na strychu szpitalnym, gdyż Niemcy strzelali do okien zauważywszy ludzi przyglądających się egzekucji, patrzyliśmy przerażeni i odrętwiali z bólu, jak Niemcy ustawili pod ścianą rząd więźniów ze związanymi rękami i zalepionymi gipsem ustami i rozstrzelali ich. Salwa plutonu egzekucyjnego wywołała u mnie bolesny skurcz wstrzymujący akcję serca, przez chwilę wydawało mi się, że ginę razem z mordowanymi pod murem. Ciężko zwaliły się ciała rozstrzelanych. Oficer podszedł do nich i kopiąc butem, sprawdzał, czy jeszcze żyją. Ruszających się dobijał strzałem z rewolweru. Inni więźniowie, ciągnąc bezwładne ciała za ręce i nogi, powrzucali je do ciężarówek, które odjechały. Za nimi odjechali Niemcy. Byliśmy pełni bólu, żalu, uczucia poniżenia i bezsilności i myśleliśmy, kiedy nadejdzie chwila odwetu, kiedy nadejdzie dzień, w którym Warszawa zapłaci wrogom za Wawer, Pawiak, Aleję Szucha i publiczne egzekucje. I oto teraz patrzyłem na to samo miejsce, na którym ginęli nasi bracia, i myślałem, że nadszedł dzień odwetu.

Poprosiłem dr. Manteuffla, żeby mnie zwolnił na kilka godzin, gdyż chciałem iść do domu i pożegnać rodzinę. Mieszkaliśmy wtedy przy ulicy Piusa XI nr 3 (Pięknej). Z domu zabrałem trochę bielizny, kawałek boczku i księgę pamiątkową, w której notowałem ważniejsze wydarzenia w naszej rodzinie. Zapakowaliśmy to z żoną do maleńkiej walizeczki, z którą wyruszałem już raz na wojnę 31 VIII 1939 r., a która dziwnym trafem ocalała, i udaliśmy się do rodziców żony na ul. Szkolną 1. Tam były nasze dzieci: Ania, licząca wtedy 3 lata i 4 miesiące i Staś – 10 miesięcy. Po drodze wstąpiłem jeszcze do mieszkania mojego dawnego szefa, dr. Wacława Lilpopa przy ul. Nowogrodzkiej 27, gdzie znajdowała się jego małżonka, lekarz stomatolog, Wanda Lilpopowa. Dr Lilpop był wtedy chory i od paru miesięcy przebywał w Podkowie Leśnej. Pani doktorowa pozostawała w Warszawie, mając cały czas zajęty usiłowaniem uwolnienia dwudziestoletniego, jedynego syna, którego Niemcy aresztowali w ramach represji po zamachu na Kutscherę. W pośpiechu wpadłem do niej: – Pani doktorowo! proszę natychmiast wyjechać do Podkowy, gdyż o piątej zaczyna się powstanie!

Kolejka elektryczna odchodziła wtedy z Nowogrodzkiej tuż przy Marszałkowskiej, tak że z mieszkania doktorostwa Lilpopów było do stacji dosłownie parę kroków. – Nie mogę, proszę pana, właśnie dziś o piątej ma przyjść jeden pan, który ma mi przynieść pewne wiadomości o Staszku! Naprawdę nie mogę – odparła doktorowa. Jeszcze kilkakrotnie ponawiałem prośby o niezwłoczny wyjazd, niestety, próżne były moje namowy. Biedna matka dręczona niepokojem o syna, w tym czasie już nieżyjącego, gdyż zamordowany został w ulicznej egzekucji, od miesięcy łudzona przez różnych spryciarzy, którzy w tym czasie z nieszczęścia ludzkiego zrobili sobie korzystny proceder, nie chciała zrezygnować z cienia nadziei. Jakże gorzko za to odpokutowała. Ciężko ranna w staw kolanowy przeszła całą gehennę powstania, przenoszona z jednej piwnicy do drugiej, z jednego pseudoszpitala do drugiego, aby wreszcie po wielu tygodniach, gorączkująca, w zakażeniu ogólnym, znaleźć się wspólnie z mężem w Podkowie Leśnej.

Zasmucony nieudanymi usiłowaniami udałem się do teściów. Pożegnałem ich, ucałowałem leżącego w wózku synka i pobiegłem do tramwaju. Odprowadziła mnie żona z Anią, która nucąc coś wesołego podskakiwała na jednej nodze, potrząsając cudnymi blond lokami. Ten widok szczęśliwego, pięknego dziecka, wesoło podskakującego wśród pełnej niepokoju ulicy, pozostał mi w oczach przez cały czas powstania. Wskoczyłem do tramwaju na Marszałkowskiej przy Świętokrzyskiej. Nastrój pasażerów w tramwaju był odzwierciedleniem nastroju panującego od paru dni w Warszawie, kiedy przez miasto zaczęły przeciągać w popłochu i nieładzie cofające się wojska niemieckie. Była to radość z klęski wroga i przeczucie zbliżającej się wolności! Niemców w tramwajach prawie nie widziało się, konduktorzy coraz rzadziej wydawali pasażerom bilety, inkasując opłatę za przejazd do własnego użytku. W tramwaju panował niefrasobliwy nastrój ogólnej życzliwości.

– Panie konduktorze! Dokąd idzie ten wagon?

– A dokąd pan chcesz, żeby szedł, panie szanowny?

– Na Wolę!

– Na Wolę? Proszę bardzo! Panowie! Kto na Wolę? – przeprowadził błyskawiczną ankietę konduktor. Większość rąk podniosła się do góry.

– Panowie! Kto na Żoliborz, wysiadać! Jedziemy na Wolę – zadecydował konduktor i tramwaj, który powinien iść na Żoliborz, skręcił w lewo Królewską a potem Graniczną. Jechaliśmy szybko Chłodną, Wolską. Ulice pustoszały. Przemykali się pospiesznie nieliczni przechodnie, wśród nich wielu młodych ludzi. Czuć było w powietrzu niepokój. Około godziny czwartej po południu dotarłem do Szpitala Wolskiego przy ul. Płockiej 26. Zainstalowałem się na drugim piętrze oddziału chirurgicznego, w sympatycznym pokoiku nr 18, którego okna wychodziły na ul. Górczewską, drzwi zaś znajdowały się naprzeciwko służbowego mieszkania dr. Manteuffla, mieszczącego się po drugiej stronie korytarza.

W szpitalu zgromadzonych było wielu lekarzy, pielęgniarek i personelu pomocniczego. Nad porządkiem czuwał dyrektor szpitala, dr med. Marian Piasecki. Zwiększył on obsadę izby przyjęć i oddziałów wewnętrznych, licząc się z możliwością kładzenia rannych nie tylko na chirurgii. Na korytarzu spotkaliśmy prof. Janusza Zeylanda, który podzielił się z nami niezbyt pocieszającymi wiadomościami, że pod Wołominem Rosjanie zostali odepchnięci przez świeżo przybyłe niemieckie dywizje pancerne. W złym momencie rozpoczyna się powstanie. Wkrótce po czwartej rozległy się pojedyncze strzały. Zaczęło się … Pomału strzelanina zaczęła narastać.

Natychmiast po moim przybyciu dr Manteuffel zakomunikował mi, że trzeba zoperować chorego, który został dziś z rana przyjęty z powodu zupełnego zatrzymania moczu, wywołanego całkowitym zwężeniem cewki. Kiedy więc rozległy się pierwsze strzały powstańcze, ja – jak na ironię – wykonywałem typową operację urologiczną, otwarcie pęcherza (cystostomia). Pomyślałem sobie, że to jakieś fatum urologiczne. W tak wzniosłym momencie, kiedy Warszawa zerwała się do walki o wolność, wykonywać tak prozaiczną operację pacjentowi, u którego zwężenie cewki wystąpiło na skutek jakichś dawnych grzechów młodości.

Wieczorem zaczęli przybywać pierwsi ranni. Początkowo były to rany niegroźne, powierzchowne, styczne postrzały, nieznaczne skaleczenia odłamkami. Udzielaliśmy pierwszej pomocy. Pracy na razie było niewiele. Całą noc trwała strzelanina. Spaliśmy snem niespokojnym, powierzchownym, budząc się co chwila i nasłuchując odgłosów walki i nawoływań ludzi budujących barykady na ul. Górczewskiej, jedną na wysokości ul. Płockiej, drugą w przedłużeniu Działdowskiej. Drugiego sierpnia walki nasiliły się. Niemcy sprowadzili pociąg pancerny, który jeżdżąc po torze kolejowym na przejeździe ponad Górczewską, rozpoczął ostrzeliwanie naszych barykad.

Tego dnia również zjawiły się czołgi, które posuwając się ulicą Wolską i Górczewską rozbiły pierwsze słabe barykady.

Przed południem zjawili się w szpitalu Niemcy i zażądali trzech lekarzy. Poszliśmy z nimi: profesor Zeyland, dr Manteuffel i ja. Ulicą Płocką doszliśmy do Wolskiej. Na rogu Wolskiej stały czołgi i działa pancerne. Na środku ulicy stał na krześle oficer niemiecki i komenderował: – Ten dom na prawo, wysokość drugiego piętra! Feuer! – Widzieliśmy, jak po salwie wali się ściana i powstaje olbrzymia dziura. Niemcy rozmawiali z profesorem Zeylandem i po kilkunastu minutach zwolnili nas mówiąc, że na razie nie będziemy im potrzebni. Z westchnieniem ulgi wracamy do szpitala. Po przejściu drzwi szpitalnych czujemy się bezpieczni.

Profesor Zeyland pozostaje w izbie przyjęć wraz z dyrektorem Piaseckim, który wziął na siebie ciężki obowiązek przebywania w portierni i w izbie przyjęć. Profesor Zeyland służył mu pomocą jako tłumacz i pomagał segregować rannych. Po południu przedziera się do szpitala dr Zbigniew Woźniewski wraz z żoną, Marysią Gepnerówną, studentką medycyny. Nie bardzo pomyślnie układają się ich pierwsze dni po ślubie, który właśnie odbył się w dniu 31 VII.

Rannych przybywa coraz więcej, operujemy bez przerwy. W nocy przynoszą do szpitala postrzeloną dziewczynę, z licznymi ranami, operuję ją. Opowiada, że do domu ich, znajdującego się na krańcach Woli, wpadli Niemcy, wyciągnęli wszystkich mieszkańców i przed domem rozstrzelali. Kiedy Niemcy oddalili się, ona korzystając z ciemności wypełzła spod trupów i doczołgała się do szpitala. Jestem wstrząśnięty jej opowiadaniem i tragicznymi przeżyciami. Oto jest niemiecki odwet. Ci, co zdecydowali się rozpocząć walkę, musieli wiedzieć, że tu jest tylko jedna możliwość – zwycięstwo! W przeciwnym razie zginiemy wszyscy. Surowo zakazuję rannej opowiadać o swoich przeżyciach. Niech ludzie zgromadzeni w szpitalu dowiedzą się o swoim losie jak najpóźniej.

3 sierpnia otrzymujemy coraz więcej rannych. Przybywa nam do pomocy przysłany przez komendę AK dr Włodzimierz Kmicikiewicz, oficer zawodowy, lekarz, wychowanek Szkoły Podchorążych Sanitarnych. Znam go jeszcze z czasów studiów, a mam szczęście spotykać w ciężkich chwilach, gdyż ostatnio spotkaliśmy się w czasie bitwy pod Kutnem we wrześniu 1939. Przez okna wychodzące na Górczewską widzimy doskonale, jak blisko podjeżdżają czołgi i bezkarnie ostrzeliwują naszą barykadę na Górczewskiej przy Działdowskiej. Ogień czołgów wspomagany jest przez pociąg pancerny, który tak celnie wstrzelał się w barykadę, że co strzał, to z barykady znoszą do nas kilku rannych.

Wreszcie powstańcy zmuszeni są kryć się w sąsiednich domach i piwnicach. Dopadają rowu za barykadą tylko wtedy, kiedy czołgi zbytnio zbliżają się. Sytuacja obrońców barykady staje się coraz trudniejsza. Nie mają czym walczyć z czołgami. Wprawdzie od dziś wśród wystrzałów z barykady rozróżnić można jakiś nowy huk przypominający krótkie trzaśnięcie z bata. Wydaje się nam, że właśnie te strzały powstrzymują zbliżanie się czołgów, które z pewnym respektem trzymają się dziś nieco dalej. A może powstańcy otrzymali karabin przeciwpancerny? Ze smutkiem jednak patrzymy na naszą barykadę. Dzielnych obrońców jest coraz mniej na barykadzie, a coraz więcej w szpitalu.

3 sierpnia przybywa ze Starówki dr med. Józef Grzybowski, przed wojną profesor chirurgii operacyjnej, a podczas okupacji starszy asystent oddziału chirurgicznego w Szpitalu Wolskim. Wobec tego dr Kmicikiewicz zostaje odkomenderowany do Szpitala im. Karola i Marii, gdzie potrzebują pomocy chirurgicznej. Organizujemy dwa zespoły chirurgiczne, które zmieniają się co sześć godzin: jeden na czele z dr. Manteufflem, drugi – z prof. Grzybowskim. Praca operacyjna trwa bez przerwy. Ze względu na narastającą strzelaninę od ul. Górczewskiej przenoszę się z mojego pokoiku nr 18 do pokoju dr. Manteuffla. Pokój ten znajduje się od strony podwórka i jest mniej narażony na ostrzał. Mieszkamy tam we dwóch.

2 czy 3 sierpnia do akcji wchodzą samoloty niemieckie i wtedy dopiero zaczyna się prawdziwe piekło. Samoloty hulają bezkarnie, gdyż nic im nie grozi, żadna obrona przeciwlotnicza nie istnieje. Sytuacja pogarsza się z dnia na dzień. Szpital znajduje się pomiędzy liniami walczących. Z jednej strony dochodzą do niego Niemcy, z drugiej – powstańcy. Coraz więcej rannych i coraz więcej ludności cywilnej, która opuściła swoje domy szukając bezpiecznego schronienia i łudząc się, że szpital ją ocali. Zdaję sobie doskonale sprawę z niebezpieczeństwa, jakie nam grozi z chwilą, gdy szpital opanują Niemcy.

Gdzieś w podświadomości tkwi jednak słaba nadzieja, że może dla szpitala mieć będą jakieś względy. Przypomina mi się moment dostania się do niewoli niemieckiej we wrześniu 1939 r., kiedy naprzeciw wkraczającego do naszego szpitala polowego patrolu niemieckiego wybiegli nasi pacjenci – ranni żołnierze i oficerowie niemieccy i chcąc nas wtedy uchronić przed nieprzyjemnościami ze strony zwycięzców, zaczęli krzyczeć: – Das sind unsere Arzte! – I poczęli opowiadać, jak to troskliwie zajmowaliśmy się nimi. Pamiętam o tym. Ale wtedy to były jeszcze czasy, kiedy nawet pokonanemu przeciwnikowi okazywano pewną rycerskość. Co będzie dziś? Pamiętam o tym i kiedy 2 czy 3 VIII przyniesiono do szpitala dwóch rannych w mundurach niemieckich, zaopiekowałem się nimi. Jednym z rannych był Niemiec, którego nazwisko pamiętam do dziś: Schliffacke. Drugim był Ukrainiec.

Wraz z dr. Manteufflem operuję Niemca. Usuwamy mu kulę z pośladka. Rana nie jest groźna. Ranny jest jednak tak przerażony, że nie można się z nim dogadać. Jest przekonany, że za chwilę będzie rozstrzelany.

Mimo powierzchownej rany ciągle jęczy, a zdenerwowanie jego objawia się w krzykach i trosce o żonę. – Oh! meine arme Frau! – Uspokajam go tłumacząc, że nic mu nie grozi, niewiele to pomaga. Opiekuję się nim, aby zrozumiał, że jest w szpitalu i że jest traktowany na równi z naszymi rannymi.

Nadchodzi tragiczny dzień 5 VIII. Pogoda jest piękna. Od rana strzelanina straszliwa. Rozpoczyna się natarcie niemieckie. Przed południem wpada do szpitala dwóch żołnierzy niemieckich. Zakurzeni, brudni, czarni od dymu, owinięci wstęgami nabojów, pytają o rannych żołnierzy niemieckich. Prowadzę ich do mojego pacjenta, który, jak tylko ich zobaczył, zaczął krzyczeć: – Zabierzcie mnie stąd! O! meine arme Frau! – Jeden z przybyłych, niski, chudy, szczupły, o twarzy szczura, uspokajał go: – Nic się nie bój! Wkrótce my tu przyjdziemy, zabierzemy ciebie und das alles wird gesprengt! – Zakończył: – Szpital zostanie wysadzony w powietrze!

A co z nami? – pomyślałem. Powróciłem do pracy pełen niepokoju i złych przeczuć. Zaraz po obiedzie usłyszałem hałas. Wybiegłem. Na korytarzu roiło się od mundurów niemieckich. Byli to esesmani, a wśród nich dużo o azjatyckim wyglądzie: – Alles raus! Los! Los! – Wypędzili wszystkich z sal szpitalnych kierując do holu. Idąc przez korytarz, w momencie kiedy już mieliśmy schodzić na dół, spojrzałem na schody wiodące ku górze: – A może na strych? – pomyślałem. Ale z góry również schodzili Niemcy. – Za późno! Za późno!

Idziemy do holu, gdzie gromadzą się wszyscy wypędzeni z oddziału i piwnic. Kłębi się tłum ludzi, rannych, personelu. W głębi spostrzegam leżącego na noszach mojego pacjenta Schliffacke, koło niego stoi jakiś oficer. Przepycham się do noszy, nachylam się i mówię do rannego: – Powiedz temu oficerowi, że my ciebie operowaliśmy, powiedz mu, że polscy lekarze opiekowali się tobą. – Schliffacke patrzy na mnie nieprzytomnie i jest równie przerażony jak ja.

Żołnierze wypędzają nas z holu na ulicę Płocką i zaczynają ustawiać w czwórki. Wychodzą ludzie cywilni, mężczyźni, kobiety z dziećmi, siostry Szarytki, salowe, grupa lekarzy i lekko rannych. Wśród nich idzie zupełnie nago ranny z ręką na szynie odwodzącej. Kiedy wypędzano chorych, był na sali opatrunkowej, koszuli nie zdążył włożyć, kalesony zgubił po drodze. Zaraz po wyjściu ze szpitala zbliża się do mnie podoficer niemiecki, wydaje mi się, że z wehrmachtu, w okularach, o twarzy bardziej ludzkiej niż wściekłe mordy własowców. Zbliża się i pokazując na nagiego coś do mnie mówi. Nie słyszę słów oficera wśród huków wystrzałów i trzasku palących się domów, ale domyślam się, o co chodzi. Podchodzę do rannego, zdejmuję fartuch lekarski i chcę go okryć.

– Kolego! Nie oddawajcie fartucha – krzyczy do mnie z tłumu dr Manteuffel. Rozumiem, co ma na myśli. Może ten biały fartuch, symbol pracy lekarskiej, nas ochroni. Ponieważ jesteśmy wzięci wprost z pracy, mam na sobie biały strój chirurga. Zdejmuję więc koszulę i wciągam ją na rannego. Podoficer obserwuje to z boku. Czoło naszej kolumny już skręca w lewo w ulicę Górczewską. Kiedy wyszliśmy za róg budynku szpitalnego, Azjaci zaczynają coś do nas krzyczeć i układać nas w płytkim rowku, powstałym po zerwaniu chodników wziętych na barykady. Kładziemy się na ziemi myśląc, że to już koniec. Wreszcie z okrzyków naszej eskorty zaczynamy rozumieć: – Partisanen schiessen! – Aha! A więc wykazują pewną troskę o naszą całość, boją się, aby partyzanci nas nie zranili. Po chwili każą nam wstać. Idziemy Górczewską w lewo, w stronę przejazdu kolejowego. Kiedy ten smutny orszak ukazuje się na Górczewskiej, ogień z naszej barykady zamiera. Co muszą przeżywać powstańcy, patrząc na ten korowód ludzi z ich szpitala, wiedzionych na śmierć?

Pochód nasz przesuwa się w milczeniu. W grupie naszej idą lekarze: profesor Józef Grzybowski, Olgierd Sokołowski, Kazimierz Drozdowski, felczer Stanisław Łempicki, instrumentariuszki z sali operacyjnej: Barbara Wardzianka i Irena Dobrzańska. Obok mnie idzie dr Manteuffel, na przedzie siostry Szarytki. – Razem pracowaliśmy, razem zginiemy – myślę sobie. W pewnej chwili któryś z towarzyszących nam własowców coś zaczął do mnie krzyczeć. Usłyszałem słowo „Bandit!” – Nein! – odkrzyknąłem – ich bin Arzt!

Dr Manteuffel wciągnął mnie w tłum, kryjąc przed rozwścieczonym dzikusem. Niewiele wtedy było trzeba, żeby zginąć! Posuwamy się wolno. Wokół palą się domy. Idziemy jak nieprzytomni. Przechodzimy pod przejazdem kolejowym, po czym skierowują nas na prawo, na wolną od budynków przestrzeń i zaczynają nas segregować i ustawiać: – Hier Arzte! Hier Frauen! – Nasza grupa lekarska trzyma się razem: obok mnie stoi dr Manteuffel, instrumentariuszki Barbara Wardzianka i Irena Dobrzańska, za nimi dr Olgierd Sokołowski i profesor Józef Grzybowski. Stoimy na zboczu ulicy, która leży niżej na skutek wykopu, jaki dla przebiegu ulicy zrobiono pod torem kolejowym, my znajdujemy się nieco za przejazdem kolejowym. Za nami na polu stoi tłum wygarnięty ze szpitala. Wokół palą się domy, słychać wystrzały karabinowe, artyleryjskie, huki bomb. Na drugiej skarpie naprzeciwko nas ustawiono karabin maszynowy.

– No, teraz to już … – myślę spokojnie. Rozglądam się po otoczeniu, widzę profesora Grzybowskiego, wzrok jego jest nieprzytomny. Spoglądam w oczy dr. Sokołowskiego. Jest spokojny, góruje nad tłumem wyniosłą postawą. Spojrzeliśmy sobie prosto w oczy i ze zrozumieniem pokiwaliśmy ku sobie głowami: Tak, to już koniec …

Koniec teraz, kiedy wojna ma się ku końcowi, kiedy klęska Niemiec jest nieuchronna. Ginąć teraz, zostawić żonę, dzieci, cudne dzieci … Boże! Gorączkowe myśli przebiegają mi przez głowę: Nie! Nie! Ja muszę stąd wyjść, ja muszę wydostać się z tego tłumu. Kto tu zostanie, ten zginie! Wśród takich myśli spostrzegam tego samego feldfebla w okularach, który kazał mi ubrać rannego. Z rewolwerem w dłoni segreguje tłum ustawiając oddzielnie kobiety, oddzielnie mężczyzn. Wybiegam z tłumu i mówię do niego: – Ich habe mit meinem Kollege einen deutschen Soldaten operiert. – Ten, nie patrząc, odgarnia mnie rewolwerem w tłum. Nie rezygnuję: podchodzę jeszcze raz do niego i powtarzam to samo. On patrzy na mnie chwilę, potem znika. Wraca za chwilę i mówi: – Unser Stabsarzt braucht zwei Chirurgen. – Wtedy chwytam za rękę dr. Manteuffla i dwie pielęgniarki, Wardziankę i Dobrzańską i idziemy za feldfeblem, który przechodzi z nami przez ulicę i wprowadza nas do jednego niepalącego się domu przy ul. Górczewskiej nr 53, w którym mieści się niemiecki punkt opatrunkowy. Mijamy małe podwórko, a następnie wchodzimy do domu. Poza nami pozostały pożary, czekający w niepewności tłum, przycichły odgłosy strzałów …

W pokoju na noszach leży nasz pacjent Schliffacke, nad nim pochyla się wysoki mężczyzna bez kurtki, w rozpiętej koszuli, długich butach i wojskowych spodniach. Domyślam się – lekarz. Kiedy wkraczamy do pokoju, lekarz podnosi głowę i tak jak na zewnątrz widzieliśmy rozkrzyczane, wściekłe mordy własowców lub dyszące nienawiścią pyski esesmanów, tu nagle, wyciągnięci z piekła, w ciszy tego pokoiku spotykamy twarz człowieka … Patrzy na nas przez chwilę i mówi ze współczuciem: – Ach, das sind Sie, Herren Kollegen.

„Koledzy”, nie „Banditen”, czy dobrze słyszymy? Potem pyta, jakiego rodzaju ranę miał żołnierz, jaką operację robiliśmy. Po tej krótkiej rozmowie kończy: – Przejdźcie do drugiego pokoju, jesteście zmęczeni, odpocznijcie chwilę, bo zabiorą was wkrótce na inny punkt opatrunkowy. – Przechodzimy do drugiego pokoju i siadamy na podłodze pod ścianą. Przed oczyma przesuwają nam się sceny z ostatnich chwil. Jesteśmy śmiertelnie zmęczeni! Wytężona praca operacyjna od początku, ciągłe napięcie nerwowe, tragiczne przeżycia ostatnich dni, wszystko to odzywa się teraz. Siedzimy w milczeniu. W pewnej chwili dr Manteuffel mówi: – Niech te wspólne przeżycia będą dowodem naszego wspólnego braterstwa, mówmy sobie odtąd po imieniu.

Po pewnym czasie sanitariusz niemiecki zabiera nas dwóch trzyosobowym motocyklem i wiezie gdzieś na krańce Woli. Teraz dopiero możemy dojrzeć zniszczenia. Wszystko wokół się pali. Wszędzie gęsto od żołnierzy niemieckich i własowców. Pędzimy motocyklem drogą wśród pomidorów, dr Manteuffel siedzi w koszu, a ja z tyłu za kierowcą. Przypomina mi się pan Zagłoba: fortele, fortele. – A gdyby rąbnąć pięścią w łeb kierowcę? Ale jest w hełmie, niewiele mu zrobię, a jeśli nawet, to co potem? Wokół pełno żołnierzy.– Okrężną drogą przez krańce Woli docieramy do ulicy Wolskiej, a następnie pędzimy Wolską wśród palących się domów, jedziemy do miasta. Przed domami leżą zwały trupów rozstrzelanej ludności cywilnej. Na wysokości przejazdu kolejowego przechodzącego nad Wolską, skręcamy przed nim w lewo i podjeżdżamy do niemieckiego punktu opatrunkowego, który, ulokowany z tej strony toru kolejowego, chroniony jest nasypem przed ostrzałem z miasta.

Na wolnym powietrzu, przy stoliku obficie zastawionym butelkami z alkoholem, siedzą oficerowie SS. Nasz sanitariusz melduje im o naszym przybyciu: przywiózł dwóch chirurgów. Częstują go kieliszkiem wódki i odpowiadają, że żadnych chirurgów nie potrzebują! Każą nam dołączyć do grupki czekających nad nasypem kolejowym cywilów. Podchodzimy bliżej i poznaję wśród nich mojego kolegę kursowego dr. Mieczysława Rygalskiego. Towarzyszy mu nieznajoma młoda pani, jak później okazało się, studentka medycyny Joanna Kryńska. Oboje są ze Szpitala Zakaźnego przy ulicy Wolskiej nr 37. Zmęczeni siadamy na ziemi i milcząc czekamy. Czekamy dość długo. Nie wiemy, na co. Jest już późne popołudnie. Zaczyna się robić chłodno, jestem w cienkich, białych spodniach chirurgicznych, bez koszuli, fartuch mam włożony na gołe ciało. Do stolika stale podprowadzają lżej rannych, którym udzielenie pierwszej pomocy polega przede wszystkim na daniu porządnej porcji alkoholu. Po dłuższym oczekiwaniu w pewnej chwili kapral, którego już wcześniej zauważyłem, a który kręcił się między stolikiem a stojącym w pobliżu ocalałym budynkiem, przyniósł nam wiadro zimnej zupy. Zrozumiałem, że było to wyrazem czegoś, co przechyliło szalę na naszą korzyść, dawało nam znów cień nadziei.

Dopiero później dowiedziałem się, że nasze oczekiwanie było oczekiwaniem na dalszą decyzję co do naszego losu: rozstrzelać czy nie? Decyzję ułaskawienia od władz uzyskał stabsarzt Hartlieb z Kampfgruppe Reinefarth, który poruszony słowami koleżanki Kryńskiej, że zaręczono jej słowem honoru oficera niemieckiego, iż jej się nic nie stanie, udał się w naszej sprawie do dowództwa. Jak to? Wśród tej rzezi i tego zniszczenia jest jeszcze ktoś, kto wierzy w honor oficera niemieckiego? Jak było w rzeczywistości – nie wiadomo. Jedno jest pewne, że później od tego samego Hartlieba doznaliśmy wiele uprzejmości. Ale to było później. Obecnie siedząc pod nasypem kolejowym usiłuję przełknąć twardy, zimny kartofel, którego zdrętwiałe szczęki nie potrafią rozgryźć. Nie dokończyliśmy tej pamiętnej zupy. Nadszedł patrol złożony z kilku starszych wiekiem żołnierzy. Ulicą Wolską prowadzono nas w stronę Śródmieścia.

Idziemy znów ulicą Wolską, z obu stron palą się domy, przed nimi leżą zwały trupów rozstrzelanej ludności cywilnej. Idąc wolno możemy teraz dopiero zobaczyć, co się dzieje w tym pamiętnym dniu 5 VIII na Woli. Prowadzący nas żołnierze rozpoczynają rozmowę: – Warum haben Sie das gemacht? Das ist ja verruckt. Jetzt mussen Sie alle sterben! Wir haben unseres Führers Befehl bekommen: Alles umiegen! Alles: Leute, Baume, Gebaude! Ganz Warschau soll zerstort sein. – Tak. Idąc przez płonącą ulicę, jakby wąwozem wśród palących się domów i widząc te stosy trupów, wierzymy, że rozkaz ten będzie wykonany do ostatka. Nic się nie oprze miażdżącemu uderzeniu pancernych dywizji atakujących Warszawę, która musi zginąć.

Przechodzimy koło rozwalonej barykady na wysokości ulicy Skierniewickiej i wchodzimy do Szpitala im. św. Stanisława, skąd przed kilku godzinami zabrano dr. Rygalskiego i koleżankę Kryńską. – Chirurdzy, nareszcie mamy chirurgów – z radością rzucają się na nas koledzy w Szpitalu św. Stanisława. Jako szpital zakaźny, nie przewidziany dla rannych, nie miał obsady chirurgicznej i swoich rannych odsyłał kobiecymi patrolami sanitarnymi do nas, do Szpitala Wolskiego. Ale nie wszystkich rannych można było odesłać, a ostatnio ze względu na natarcie niemieckie było to niemożliwe mimo ofiarności i bohaterstwa sanitariuszek, które z narażeniem własnego życia dźwigały rannych na operację na ulicę Płocką. Ucieszyli się wszyscy tym bardziej, że przybyliśmy wkrótce po rozpoczęciu egzekucji personelu i ludności, zgromadzonej w tym szpitalu. Po zdobyciu barykady na wysokości ulicy Skierniewickiej i opanowaniu Szpitala św. Stanisława ustawiono wszystkich czwórkami twarzą w kierunku bramy wychodzącej na ulicę Wolską i kiedy pierwsze czwórki zaczęły wychodzić, rozpoczęto je rozstrzeliwać. Zginął wtedy dobrze mi znany kolega, dr Jan Barcz, a z nim kilkanaście osób; ciężko ranny został ksiądz Stanisław Niczyperowicz.

Kiedy rozpoczęto egzekucję, zaalarmowano dr. Pawła Kubicę, który pełnił obowiązki dyrektora szpitala. Dr Kubica, wysoki, silnie zbudowany, w białym fartuchu, w białej czapce, dobrze władający niemieckim, podbiegł do oficera kierującego egzekucją. – Mensch! Was machen Sie? Człowieku! Przecież to szpital! Pan łamie przepisy Czerwonego Krzyża! – Gromki głos, płynna niemczyzna, okazała postać i władcza pewność siebie zdetonowały oficera. – Rzeczywiście, stąd nie strzelano, obserwowałem to miejsce, kiedy zdobywaliśmy barykadę, to jest naprawdę szpital! – dorzucił jeden z Niemców. To przechyliło szalę. Egzekucję wstrzymano. Tak, to dzięki osobistej odwadze dr. Pawła Kubicy ocalały tysiące ludzi zgromadzonych w Szpitalu św. Stanisława. A przecież jeden ruch palca oficera rozmawiającego z rewolwerem w dłoni z dr. Kubicą mógł zdecydować nie tylko o życiu samego doktora, ale o losach szpitala.

Kiedyśmy więc przyszli, ledwie żywi po naszych tarapatach, stanęliśmy od razu do roboty. Sytuacja była trudna, gdyż szpital nie posiadał oddziału ani wyposażenia chirurgicznego. Zaczynamy udzielać pomocy chirurgicznej w miarę naszych skromnych możliwości. Opatrujemy powierzchowną ranę dr. Stanisława Kuleszy, a następnie księdza Stanisława Niczyperowicza. Otrzymał on styczną serię z rozpylacza, która otworzyła mu lewą połowę klatki piersiowej. Przez otwartą ranę widać bijące serce, szczęśliwie nieuszkodzone, i oddychające płuco. Rana rozległa, stan rannego ciężki. Na razie robimy prowizoryczne opatrunki i zaczynamy gromadzić narzędzia chirurgiczne. Potem pomyślimy o organizacji sali operacyjnej. Pracujemy z dr. Manteufflem do późnej nocy, nie mamy czasu myśleć o tym, co się dzieje, pracujemy. Ratujemy naszych ludzi, to najważniejsze!

Niedziela 6 sierpnia. Noc była niespokojna, pełna krzyków i strzelaniny. Od rana z dr. Manteufflem obchodzimy sale, chcąc zorientować się w rodzaju chorych i rannych. Z lekarzy wraz z nami są tu: Paweł Kubica, Stanisław Kulesza i Józefa Pakulska, asystenci Szpitala św. Stanisława, którzy zajmują się chorymi, my zaś będziemy opiekować się rannymi. Oprócz lekarzy są tu jeszcze studentki medycyny Joanna Kryńska i Maria Łozianka. Do grupy naszej należy również kierownik administracyjny szpitala Władysław Włodowski. W tej grupie przez najbliższe tygodnie wspólnie będziemy przeżywać naszą niedolę, troski i obawy.

Wizytując salę chorych spostrzegamy kilku młodych ludzi ubranych w długie buty z cholewami, strój modny podczas okupacji. Prosimy, aby buty te co prędzej zdjęli, gdyż Niemcy będą uważali ich za powstańców. Następnego dnia, kiedy esesmani robili przegląd chorych, jeden z młodych ludzi, który zlekceważył nasze ostrzeżenie, został zastrzelony.

Pomału organizujemy salę operacyjną. Przychodzi nam to z dużym trudem. Dużych operacji nie będziemy mogli tu wykonywać, jedynie mniejsze zabiegi, jak amputacja, trepanacja, toaleta ran itp. Mamy również trudności ze sterylizacją materiału opatrunkowego: gazu i wody nie ma! Szczęśliwie odkryliśmy, że w suterenach pralni można jeszcze z kranów zdobyć trochę wody. Opuszczenie jednak głównego budynku i poruszanie się po terenie szpitala jest niebezpieczne, gdyż część szpitala zajęta jest przez własowców, którzy strzelają do ludzi cywilnych. Zajęli oni budynek od ul. Wolskiej, a poza tym roztasowali się na podwórzu szpitalnym od ul. Młynarskiej, rozpalili duże ognisko i przy dźwiękach ustawionego obok patefonu ucztują, tańczą i śpiewają. Wszystko to dzieje się wśród odgłosów walk, strzelaniny i odblasku pożarów, wśród leżących obok trupów. Na drzewie koło kuchni szpitalnej esesmani powiesili dwóch młodych chłopców – powstańców, których schwytali z biało-czerwonymi opaskami na ręku. Obraz apokaliptyczny!

W szpitalu panuje nastrój grozy i niepokoju. Nie wiemy, czy jesteśmy ocaleni. Co nas czeka za chwilę, czy jutro będziemy jeszcze żywi? Chcąc w tym czasie zostawić jakiś ślad po sobie pisałem na kartkach wyrwanych z kieszonkowego kalendarza, że jeszcze żyję, i chowałem je w zakamarkach szpitalnych łudząc się, iż może kiedyś ktoś je odnajdzie i dostarczy mojej rodzinie. Oto leży przede mną stara, pomięta kartka z wydrukowaną czerwoną datą, z poniżej napisanym przeze mnie adresem żony i krótką notatką:

                                               „Sierpień 1944 rok – dnia 31, niedziela.

                                               Przem. Pańskie

                                               Zofia Wesołowska, Szkolna 1 m. 16

                                                lub Piusa XI 3 m. 12

Zosiu! Aniu! Stasiu! całuję Was! Byłem w Szpitalu św. Stanisława

                                               5 VIII godz. 20.00, 7 VIII 44.

                                                                                              Stefan”

i następna kartka pisana na moim firmowym receptariuszu z datą

10 VIII 44, g. 17 i na odwrotnej stronie:

„Byłem jeszcze w niedzielę dnia 13 VIII 44

                                                                                              Wesołowski.”

W tym czasie wszyscy szukaliśmy pociechy w modlitwie. W piwnicy głównego gmachu została urządzona kaplica, dokąd w miarę wolnego czasu chodziłem modlić się. Wierzyłem, że jeśli przeżyję do dnia 15 VIII, święta Matki Boskiej, to będę ocalony!

Do szpitala po kryjomu napływają ranni z sąsiednich domów, nie dobici w egzekucjach. Jeden z nich poinformował nas, że niedaleko w piwnicy leży kilku ciężko rannych, nie mogących poruszać się o własnych siłach. Mimo wielkiego ryzyka, jakie wtedy stanowiło udzielenie pomocy niedobitkom i poruszanie się poza obrębem szpitala, dr Manteuffel zorganizował patrol sanitarny. Wieczorem po kryjomu opuścił szpital, odnalazł rannych i przetransportował ich do nas. Było to dowodem wielkiej odwagi. Pamiętam, kiedy po przybyciu do naszego szpitala niemieckiego punktu opatrunkowego, jego komendant, dr Hartlieb, zapytał nas o nazwiska i wtedy rzekł do dr. Manteuffla: – Ihre Name ist Manteuffel, Sie sind also Deutsch! – A wtedy dr Manteuffel odparł spokojnie: – Es gibt verschiedene Manteuffels: Deutsche, Russen und Polen. Ich aber bin Pole! – Był to dla mnie obraz prawdziwego bohaterstwa! Przecież w tym okresie, kiedy wysłanie do obozu w Oświęcimiu wydawałoby się nam ocaleniem, jedno niedomówienie ze strony dr. Manteuffla mogło radykalnie zmienić jego sytuację. Takie zaś proste oświadczenie: „Jestem Polakiem!” – równało się wyrokowi śmierci.

Usiłujemy odpędzić dręczące nas obawy gorączkową pracą, której mamy coraz więcej. Ratujemy naszych rannych. Wśród nich w najcięższym stanie jest ks. Stanisław Niczyperowicz. Otwarta rana uległa zakażeniu, zaczyna ropieć. Również w ciężkim stanie jest młody powstaniec, Bohdan Jeziorny – postrzał klatki piersiowej. Oprócz opatrunków i pociechy słownej niewiele możemy mu pomóc. Nie rozporządzamy żadnymi lekami. Po przybyciu niemieckiego punktu opatrunkowego SS mamy teraz jeszcze więcej pracy, bo jakkolwiek ranni Niemcy opatrywani są przez ich lekarzy, to w chwilach większego napływu rannych, Niemców, własowców i Kozaków, jesteśmy wzywani do pomocy. W godzinach zaś popołudniowych i wieczornych, kiedy w tym czasie ich chirurg, dr Schauffler, jest zwykle pijany, cała praca na niemieckim punkcie opatrunkowym spada na nas. Nastąpiło to jednak dopiero po paru dniach, kiedy dr Hartlieb przyjrzał się naszej pracy i zorientował się w naszych kwalifikacjach fachowych.

Chirurg, dr Schauffler, jak się potem okazało, mówił po czesku. Początkowo jednak nie zdradzał się z tym i rano, kiedy był jeszcze trzeźwy, mówił wyłącznie po niemiecku, zwracając się do nas bardzo oficjalnie. Dopiero pod wieczór i później stawał się bardziej koleżeński, zaczynał mówić po czesku i przyznawał się do pobratymstwa z nami. Pewnego razu około północy asystowałem mu do operacji, kiedy to zupełnie pijany miał robić amputację nogi rannemu esesmanowi; chwycił nóż amputacyjny i – zamachnąwszy się nim niepewnie – osunął się na rannego, mamrocząc przez sen: – Gott sei Dank! – Amputację musiałem dokończyć sam. Nic też dziwnego, że ranni niemieccy niezbyt chętnie poddawali się jego opiece i woleli być opatrywani przez nas. Podobnie było i z chorymi żołnierzami, którzy w tym czasie masowo zapadali na biegunkę.

Przez kilka dni przychodził do mnie jako pacjent esesman, olbrzymi chłop, z kompanii miotaczy ognia, który mnie sobie upodobał jako lekarza i prosił, aby mu dać leki skuteczne na „Durchfall”. Początkowo bałem się z nim gadać, bo istniał surowy zakaz leczenia żołnierzy niemieckich przez Polaków, więc mu odmawiałem. Kiedy jednak zaczął kląć lekarzy niemieckich i wojnę, dałem mu parę tabletek tanalbiny. Wtedy on z wypchanych obficie kieszeni swej „panterki” wyciągnął butelkę koniaku i chciał mi ją ofiarować. Oczywiście nie wziąłem. Wobec tego rozpoczął ze mną przyjacielską rozmowę i zaczął informować mnie o walkach. Po raz pierwszy wtedy usłyszałem z ust Niemca, mówiącego o żołnierzach Armii Krajowej, zamiast stale używanego słowa „Banditen” określenie „AK-Leute”. Było to jakby uznanie wroga za równowartościowego przeciwnika i przyznanie mu praw żołnierskich wcześniej, niż zrobili to nasi brytyjscy i amerykańscy sprzymierzeńcy, gdyż dopiero w dniu 30 VIII 1944 r. uznali powstańców Warszawy za kombatantów. Cóż więc się dziwić Niemcom, że rozwalali wszystkich młodych ludzi schwytanych z bronią w ręku lub z biało-czerwonymi opaskami powstańczymi, jeśli nasi sprzymierzeńcy, korzystający od lat z usług Armii Krajowej w Polsce, nie mogli zdecydować się na uznanie jej za wojsko walczące.

Od mojego pacjenta esesmana miałem odtąd codzienne informacje, gdzie odbywają się walki uliczne, w których brał czynny udział jego oddział, i w ten sposób dowiadywałem się, jakie ulice są już zajęte przez Niemców. Pacjent mój informował mnie również o stratach swego oddziału, który w chwili przybycia pod Warszawę liczył 120 ludzi, obecnie zaś po dwóch tygodniach walk pozostało zaledwie kilkunastu. Wreszcie zniknął mi z oczu. Czy podzielił los swych towarzyszy i zginął z rąk „AK–Leute”, dla których w trakcie walk nabrał takiego szacunku, czy też może pomogła mu tanalbina?

Pamiętam również inny fakt, kiedy ranny żołnierz niemiecki, którego opatrywałem, wyciągnął zawiniątko pełne zrabowanych kosztowności i prosił, abym to przechował, a po wojnie odesłał jego żonie. Gdy mu odmówiłem i poradziłem, aby zwrócił się z tym do swoich, odparł, że nie chce, gdyż oni to ukradną. Pewnego razu, kiedy opatrywałem rannych, od stojącego z boku stolika, przy którym siedzieli i pili wódkę oficerowie SS, podszedł do mnie jeden z nich, młody, przystojny, dobrze zbudowany i rzekł czystą polszczyzną, tonem pełnym szyderstwa: – No cóż, mój młody? Sen o Polsce się prześnił! Skończyło się! – Pochyliłem z goryczą głowę. Straszne te słowa tym były boleśniejsze, że wypowiedziane w języku polskim przez kogoś, kto – należy sądzić – otrzymał wychowanie w duchu polskim. W parę dni później przyniesiono go do sali opatrunkowej ze śmiertelnym postrzałem szyi.

Z zajętego przez Niemców Szpitala św. Łazarza, w którym kiedyś pracowałem, przybyła do nas nieliczna grupka ocalonych, wśród nich dobrze mi znane pielęgniarki, Maria Łaniewska i Wanda Tomaszewska, oraz dermatolog, dr Piotr Zalewski. Wypytuję ich o losy mojego przyjaciela, dr. Mieczysława Justyny, asystenta oddziału urologicznego, który w dniu wybuchu powstania znajdował się na terenie szpitala. Niestety, nic o nim nie wiedzą. Nasuwa mi to smutne przypuszczenia. Obie pielęgniarki, wykwalifikowane w pracy chirurgicznej, przydały się nam bardzo.

Trudno mi powiedzieć, kiedy zostały wstrzymane masowe rozstrzeliwania ludności cywilnej. Wydaje mi się jednak, że po 10 VIII rzadziej to się zdarzało. Jakkolwiek mordy licznych grup ludności ciągle jeszcze się odbywały, to nie robiono tego już tak masowo. Ginęli ciągle jeszcze mężczyźni, szczególnie młodsi, rzadziej mordowano kobiety. Tym groziło jednak ciągle niebezpieczeństwo gwałtów. Kiedy zaprzestano już masowych rozstrzeliwań i ludność cywilną ze zdobytych ulic zaczęto wyprowadzać z Warszawy ulicą Chłodną i Wolską do Kościoła św. Wojciecha na Woli, własowcy z idącego tłumu poczęli wyciągać kobiety w ruiny i tam je gwałcili. Pewnego dnia przyprowadzono do szpitala matkę z dwunastoletnią córeczką, obie zgwałcone i – jak się potem okazało – zakażone. Leczeniem ich zajął się przebywający już wtedy w naszym szpitalu dermatolog ze Szpitala św. Łazarza dr Zalewski. Widząc całą tragedię ludności cywilnej z trwogą myślałem o losach naszych rodzin. Żona moja z dziećmi znajdowała się w Śródmieściu, zaś żona dr. Manteuffla z córeczką na Mokotowie.

Wieczorami wchodziliśmy na strych szpitala i z rozpaczą spoglądaliśmy na płonącą Warszawę. Nie wierzyliśmy, aby ktoś z naszych bliskich zdołał ocaleć z szalejącego tam piekła. Niepokój o losy naszych najbliższych dręczył nas straszliwie. Nie wiedzieliśmy wtedy również, co się stało ze Szpitalem Wolskim, jego personelem, naszymi kolegami i naszymi instrumentariuszkami, które pozostały na niemieckim punkcie opatrunkowym przy ul. Górczewskiej. Prosiliśmy więc dr. Hartlieba, aby pozwolił nam udać się do Szpitala Wolskiego, na co on zgodził się i dał nam jako eskortę podoficera SS.

Jest piątek 11 VIII. Idziemy pełni niepokoju, w białych fartuchach, prowadzeni wypaloną ul. Wolską. Wszędzie pełno Niemców i własowców. Skręciwszy z Wolskiej w Płocką widzimy z daleka, że gmach szpitala ocalał, budynek nie jest spalony. Przyśpieszamy kroku, aby po chwili znaleźć się wśród swoich na oddziale chirurgicznym. Ze łzami w oczach witamy siostry Szarytki Julię Jankowską i Aleksandrę Lewkowicz, a ze starej obsady znajdujemy również cudem ocalałego dr. Zbigniewa Woźniewskiego. Reszta lekarzy to personel Szpitala Dziecięcego im. Karola i Marii, który został przyprowadzony tu w dniu 6 VIII. Ze smutkiem dowiadujemy się o śmierci dyrektora, dr. Mariana Piaseckiego, profesora dr. Janusza Zeylanda i kapelana ks. Kazimierza Ciecierskiego, zamordowanych w szpitalu w dniu 5 VIII. Lekarze Szpitala im. Karola i Marii informują nas o śmierci dr. Włodzimierza Kmicikiewicza, którego własowcy zamordowali w drodze do Szpitala Wolskiego.

Według oświadczenia dr. Tadeusza Hroboniego, chirurga pracującego w Szpitalu im. Karola i Marii, który mieścił się przy ul. Leszno 136, Niemcy zajęli szpital po południu 6 VIII 1944. Cały personel oddziału chirurgicznego wraz z lekko i ciężko rannymi, takimi, którzy mogli chodzić, został wypędzony ze szpitala w godzinach popołudniowych. Ranni pozostali w szpitalu zginęli. Dr Jan Bogdanowicz, ordynator oddziału dziecięcego, mieszczącego się w sąsiednim pawilonie (pawilonie S) pozostał razem z dziećmi do dnia następnego i dopiero wtedy z częścią swoich małych pacjentów został skierowany do Szpitala Wolskiego. Dr Hroboni był świadkiem, jak Niemcy zastrzelili dr. Kmicikiewicza. Żandarm niemiecki wywołał go z maszerującej grupy, a własowiec zastrzelił pod figurą Matki Boskiej na rogu Młynarskiej i Górczewskiej. Grupa prowadzona przez Niemców dotarła do Szpitala Wolskiego przy ul. Płockiej 26 w niedzielę po południu. Doktorowi Hroboniemu towarzyszyli następujący lekarze: Aleksandra Kurowska, Władysław Barcikowski, Jerzy Hagmajer, Marian Rogalski, Jan Chomiczewski i Wanda Makuch. W Szpitalu Wolskim znajdował się wówczas tylko jeden lekarz, dr Zbigniew Woźniewski. Dr Tadeusz Hroboni objął oddział chirurgiczny i prowadził go przez cały sierpień aż do dnia powrotu dr. Leona Manteuffla, to znaczy do dnia 9 IX 1944 r. Potem dr Hroboni współpracował z dr. Manteufflem aż do czasu ewakuacji Szpitala Wolskiego pod koniec października 1944 r. Kiedy dr Manteuffel wyjechał ze Szpitala Zakaźnego, wtedy niejednokrotnie korzystałem z konsultacji dr. Hroboniego, którego Niemcy pod konwojem przeprowadzali z ul. Płockiej 26 na ul. Wolską 37.

Zdumiało i ucieszyło nas bardzo to, że nasi ranni pacjenci, którzy nie wyszli razem z nami w dniu 5 VIII, ocaleli. Byliśmy przekonani, że zginą wszyscy. Radość była obopólna, gdyż i oni uważali nas za straconych. Dowiadujemy się również, że wróciły do Szpitala Wolskiego nasze współtowarzyszki instrumentariuszki Basia Wardzianka i Irena Dobrzańska, które pracują teraz na niemieckim punkcie opatrunkowym. Komendantem tego punktu jest lekarz, któremu przypadkowo zawdzięczamy ocalenie, a którego widzieliśmy wówczas w domu na Górczewskiej. Jest to dr Stefan Puchert, Austriak, docent kliniki z Grazu.

Po tych radosnych powitaniach udajemy się do pokoju dr. Manteuffla, gdzie mieszkaliśmy razem przez ostatnie dni przed katastrofą. Pokoik nie jest obrabowany i, o dziwo! na krześle leży mój zegarek tak, jak go zostawiłem w dniu 5 VIII. Ocalała też moja „wojenna”, pamiątkowa walizeczka z zapasową bielizną i „żelazną porcją” żywności, wziętą na powstanie. Uradowany zabieram ze sobą zegarek i walizeczkę do Szpitala św. Stanisława. Wizyta w Szpitalu Wolskim podniosła nas na duchu i dodała nam sił do dalszego trwania w tych strasznych wówczas dniach.

Ulicą Wolską od wczesnego ranka przez cały dzień ciągną tłumy ludności Warszawy, prowadzone do Kościoła św. Wojciecha, a potem na Dworzec Zachodni. Obok kościoła na ulicy Sokołowskiej urzęduje gestapo, które wyciąga z transportów mężczyzn i rozstrzeliwuje. Część mężczyzn kierowana jest do takich robót, jak rozbieranie barykad i palenie zwłok, część zaś do budowania umocnień nad Wisłą. Niektórzy z nich, jeśli zostali ranni podczas tych robót, byli kierowani potem do naszego szpitala. Wobec stałego napływu rannych zaczyna nam w szpitalu brakować łóżek i pościeli. Prosimy więc dr. Hartlieba o pozwolenie udania się do Szpitala św. Łazarza na ulicę Karolkową w celu poszukania sprzętu szpitalnego. Zabieramy wóz zaprzężony w konia i pod konwojem żołnierza niemieckiego udajemy się w drogę. Jedziemy Wolską. Na skrzyżowaniu z Młynarską mijamy resztki rozwalonej barykady.

Wkraczamy na teren wypalonego szpitala. Budynki od ulicy Wolskiej i w środku terenu są spalone. Na podwórzu i w piwnicach walają się szkielety popalonych zwłok. Wśród porozrzucanych sprzętów szpitalnych i resztek bielizny na podwórzu znajduję marynarkę mojego przyjaciela, dr. Mieczysława Justyny, w kieszeni marynarki tkwi jego legitymacja szpitalna. Nie ma już teraz żadnej wątpliwości, że zginął. Budynek główny, stojący na rogu ulicy Leszno i Karolkowej, nie jest spalony. Wchodzimy do dawnego oddziału urologicznego. Ze smutkiem patrzę na porozbijane szafy i na porozrzucane skarby: cystoskopy, słoiki z katgutem, ampułki uroselectanu, które oszczędna felczerka, instrumentariuszka oddziału, p. Janina Hutkiewiczowa, tak pieczołowicie przed nami, asystentami, przez wiele lat chroniła, wydzielając je z aptekarską oszczędnością. Widzę podeptane, z powyrywanymi kartkami, piękne książki urologiczne, tak skrzętnie przeze mnie podczas okupacji skupowane w „Deutsche Buchhandlung”. Wspaniałe ilustrowane tomy „Gynekologische Urologie” Stoeckla. Kwaterujący w tym budynku własowcy porozciągali je po całym szpitalu, delektując się widocznie ginekologicznymi ilustracjami. Zaglądamy ostrożnie z moim towarzyszem p. Jurkiem do ich kwater i, korzystając z ich nieobecności, zabieramy rower i wspaniały kożuch, taki, jakie Niemcy wysyłali swoim żołnierzom na front wschodni. Przynajmniej w ten sposób mścimy się. Zabrane rzeczy ukrywamy szybko pod materacami, których całą furę stąd wywozimy. Wyprawę powtarzamy jeszcze kilkakrotnie, zabierając co się da z wyposażenia szpitalnego. Ratuje to nas na pewien czas w naszej trudnej sytuacji zaopatrzeniowej.

W tym czasie zamieszkał w naszym szpitalu dowódca jednej z grup SS, atakujących Warszawę, sturmbahnführer Oskar Dirlewanger. W jego ordynansie rozpoznałem podoficera, który w pamiętnym dniu 5 VIII przyniósł nam ową zupę. Pewnego dnia byłem świadkiem, jak ordynans wyniósł na korytarz olbrzymią walizę, wyładowaną srebrnymi sztućcami, i pod kierunkiem Dirlewangera zaczął je segregować.

W połowie sierpnia stan naszego pacjenta ks. Niczyperowicza pogorszył się znacznie. Wobec tego zdecydowaliśmy się na wykonanie transfuzji. Tak szczęśliwie złożyło się, że tę samą grupę krwi miała siostra Szarytka Julia Jankowska ze Szpitala Wolskiego. Wykonana transfuzja znacznie wzmocniła rannego i pozwoliła mu na przetrwanie najgorszego okresu. Choroba księdza ciągnęła się długie miesiące i dopiero po skończonej wojnie doc. Władysław Ostrowski zlikwidował mu operacyjnie ropniak opłucnej, który wytworzył się jako powikłanie rany.

W czwartek 17 VIII mieliśmy miłą wizytę dr. Woźniewskiego, który skorzystał z okazji transportu do naszego szpitala chorych na czerwonkę i odwiedził nas. Wymieniamy gorączkowo informacje. Około 25 VIII dr Manteuffel otrzymał wiadomość, że żona jego i córeczka żyją i znajdują się w Morach pod Warszawą. Wobec tego, po uzyskaniu przepustki od dr. Hartlieba, dr Manteuffel odjechał do rodziny. Jestem teraz sam. Ledwie mogę podołać nawałowi pracy chirurgicznej wobec olbrzymiego napływu rannych z transportów opuszczających Warszawę. Ulicą Wolską od wczesnego ranka ciągną tysiące ludzi, wynędzniałych, chorych, ledwie trzymających się na nogach. Dr Kubica organizuje pierwszą pomoc i w bramie szpitala ustawia pielęgniarki, które przede wszystkim dostarczają spragnionym kawy i wody. Ale z tym mamy również kłopoty, bo wody brak.

Teren Szpitala św. Stanisława sąsiadował z fabryką tapet i papierów znanej firmy „Franaszek”. W dniu 5 VIII Niemcy wpadli na teren fabryki i wymordowali całą tam zgromadzoną ludność, a fabrykę spalili. W drugiej połowie sierpnia pracownicy naszego szpitala zauważyli, że wysoko, w resztkach wypalonych murów fabrycznych ukrywają się jacyś ludzie. Spróbowali z nami nawiązać kontakt, trwało to kilka dni, gdyż ukrywający się bali się zdradzić swoją kryjówkę przed Niemcami. Wreszcie któregoś wieczoru jeden z nich zdecydował się opuścić schronienie i przemknął się chyłkiem do szpitala. Natychmiast wzięliśmy go na salę opatrunkową i dokładnie zbadali. Nie był ranny, jedynie wygłodzony i spragniony.

Opowiedział nam, że podczas rzezi kilkanaście osób zdołało się ukryć i w ten sposób ocaleli, zmieniając ciągle swoje kryjówki. Żywili się resztkami znalezionej żywności. Najbardziej dokuczał im brak wody i to zmusiło ich do nawiązania z nami kontaktu dopiero teraz, gdy zorientowali się, że w szpitalu są Polacy. Początkowo myśleli, że cała obsada szpitalna jest niemiecka. Uratowanego nakarmiliśmy i napoili. Aby go zaś uchronić przed Niemcami, założyłem mu na podudzie gips, pozorując złamanie. W ciągu najbliższych dni ściągnęliśmy z terenu „Franaszka” pozostałych, w podobny sposób umieszczając ich jako pseudo-rannych w szpitalu. Byli oni rzeczywiście cudem uratowani. Przez trzy tygodnie przeszło żyli w niepewności będąc naocznymi świadkami dokonywanych mordów i zniszczeń.

Od przechodzącej ludności dowiadujemy się, jakie dzielnice zostały już opanowane przez Niemców. W pierwszych dniach września zaczynają iść mieszkańcy Starówki. Otrzymujemy więc rannych z tej dzielnicy. Stan ich jest straszny: pokryci pyłem ceglanym, gdyż często byli odgrzebywani z gruzów po nalotach, z brudnymi opatrunkami przedstawiają obraz krańcowego wyczerpania. Wśród nich jest kilku żołnierzy Armii Ludowej. Proszę ich, aby nie zdradzali się przed Niemcami ze swoją przynależnością, gdyż grozi im to większym niebezpieczeństwem. Wśród rannych ze Starówki znajduję zaprzyjaźnionego ze mną od lat studenckich Adama Słomczyńskiego, historyka i archiwistę. Ma on uszkodzenie czaszki i liczne rany szarpane na całym ciele, z nich największa na przedramieniu i w dole podkolanowym. Został ranny odłamkami bomby. Trzeba mu robić trepanację. Ze względu na straszne warunki aseptyki obawiam się, aby po operacji nie wystąpiło zapalenie opon mózgowych. Stan jego jest ciężki. Wraz z nim przybyła jego żona, a moja koleżanka, dr Helena Witkowska-Słomczyńska, która jako lekarka (Dr Magdalena) pracowała w szpitalach powstańczych na Starówce. Jest w straszliwym stanie psychicznym: bomba, która ciężko poraniła męża, zabiła ich jedynego syna, Marka.

W jakżeż tragicznych spotykamy się chwilach! Przypominają mi się czasy studenckie, kiedy razem pracowaliśmy w Sekcji Towarzyskiej Koła Medyków i zarabialiśmy imprezami artystycznymi na budowę Domu Medyków, który potem zbudowaliśmy. Jakżeż piękne przeżywaliśmy chwile, ileż mamy wspólnych wspomnień. A dziś ta Warszawa, w której spędziliśmy naszą młodość, ginie, a z nią giną nasze rodziny i nasze domy. Zginie też pewnie Dom Medyków.

Po operacji Adam gorączkuje długo. Liczne obrażenia, jakim uległ, wymagają długich miesięcy kuracji. Zły stan fizyczny i psychiczny nie wpływa dodatnio na przebieg choroby. Robię, co mogę, aby ich oboje ratować: jego z rozwijającego się zakażenia – ją z tragicznej depresji. Około 8 IX siostra Łaniewska, która rozdawała przechodzącym ulicą Wolską wodę, zauważyła idącą w tłumie żonę dr. Andrzeja Rusina. Mieszkaliśmy z nimi razem w Szpitalu św. Łazarza jeszcze na Książęcej 2 i żyliśmy z nimi bardzo blisko. Doktorowa Rusinowa poinformowała Łaniewską, że moja żona z dziećmi przebywała ostatnio u nich przy ulicy Kopernika 14. Kiedy dom ten został zajęty przez Niemców, ludność cywilną wyprowadzono pod eskortą. Prawdopodobnie w tym transporcie iść będzie również moja żona z dziećmi. Siostra Łaniewska poprosiła doktorową Rusinową, aby chwilę zatrzymała się, a sama pobiegła do mnie do sali opatrunkowej, komunikując mi tę niezwykłą wiadomość. Natychmiast wybiegłem, chcąc osobiście usłyszeć potwierdzenie tych radosnych wieści. Niestety, doktorowej Rusinowej już nie zastałem, żandarmi zmusili ją do udania się w dalszą drogę.

Ponieważ już wtedy wiedzieliśmy, że ludność opuszczająca Warszawę ulicą Wolską zatrzymywana jest zwykle na pewien czas w Kościele św. Wojciecha, a potem kierowana do pociągów na Dworcu Zachodnim, udałem się do dr. Hartlieba i poprosiłem go o pozwolenie wyciągnięcia z tłumu mojej rodziny i zabrania jej do szpitala. Dr Hartlieb dał mi przepustkę i auto sanitarne z szoferem. Podjechaliśmy do Kościoła św. Wojciecha przy ulicy Wolskiej. Niestety, nie znalazłem tam tych, których szukałem. Pojechaliśmy wobec tego wzdłuż wlokącego się tłumu na Dworzec Zachodni. Przyglądałem się bacznie, czy nie dojrzę gdzieś znajomych twarzy. Nie znalazłem nikogo! Biegałem jak oszalały po peronach wśród ludzi ładujących się do wagonów i rozpaczliwie nawoływałem żonę i córkę: – Zosiu! Aniu! Zosiu! Aniu! … – Na próżno! Nikt mi nie odpowiadał.

Zrozpaczony, ponury, zawiedziony wróciłem do szpitala. Jadąc na dworzec łudziłem się, że może, ach, znajdę, że może uda mi się ich wyrwać z tego zbiedzonego tłumu i zabrać do szpitala, gdzie znajdą jakie takie schronienie i opiekę. Przechowywałem skrzętnie w mojej walizeczce zabrane z domu skromne zapasy żywności, przeznaczając je na chwilę spotkania z nimi. Wracałem sam. Potem całymi dniami rozmyślałem, skąd żona z dziećmi mogła znaleźć się na ulicy Kopernika. Przecież zostawiłem ją u teściów na Szkolnej, gdzie miała opiekę i zaopatrzenie w żywność! Nie wiedziałem jeszcze wtedy, jakie wędrówki podczas powstania odbywała ludność Warszawy, szukając i nie znajdując bezpiecznego schronienia.

Gdy Niemcy zajęli Krakowskie Przedmieście, rozpoczęli opróżniać powstańcze szpitale. Pewnego dnia przybył stamtąd długi korowód rannych na noszach, dźwiganych przez przygodnych sanitariuszy. Na czele tego orszaku szedł młody, wysoki, sympatyczny lekarz w okularach, w białym niegdyś i mocno przykrótkim fartuchu, spod którego widać było krótkie, sportowe spodnie i gołe łydki. Twarz jego wydała mi się dziwnie znajoma: – Przepraszam, skąd ja kolegę znam? – zapytałem. – Jestem Andrzej Bogucki – odparł domniemany lekarz i w tej chwili dopiero rozpoznałem w nim ulubionego przez warszawiaków aktora. Towarzyszyła mu żona, artystka śpiewaczka. Ewakuowali oni rannych i chorych z domu starców „Res sacra miser” na Krakowskim Przedmieściu. Wraz z rannymi przybyło kilku lekarzy, a wśród nich internista Edward Górka i okulista dr Jerzy Morawiecki, towarzysz moich przeżyć wojennych z września 1939 r.

Witam go z podwójną radością, jako dobrego kolegę i jako okulistę, gdyż mam kilku pacjentów z urazami gałki ocznej, z którymi nie wiem, co robić. Dr Morawiecki został zabrany przez Niemców tak, jak stał, bez żadnych rzeczy. I znów, tak jak we wrześniu, ratuję go dzieląc się z nim osobistymi drobiazgami. Przybył również ginekolog dr Roman Borkowski. Będą oni pomagać mi w pracy, gdyż ledwie mogę wydołać niekończącym się opatrunkom. Szczególnie dużo czasu wymagają poparzeni, których kilkunastu przybyło jeszcze na początku sierpnia. Między nimi byli ojciec i brat koleżanki, dr Bronisławy Migdalskiej, lekarki Szpitala św. Stanisława. Przybyła ona wraz z nimi i pracuje razem z grupą kolegów internistów. Wśród ciężko rannych mam jeszcze jednego księdza, kapelana powstańców, ciężko poranionego podczas nalotu na Starówce. Jest to ks. Henryk Szklarek–Trzcielski. Między innymi ma olbrzymią ranę szarpaną połączoną ze złamaniem lewej żuchwy. Utrudnia mu to mowę i odżywianie.

Czasami udaje mi się wpaść na chwilę do Szpitala Wolskiego. Pracuje w nim obecnie obsada lekarska Szpitala Dziecięcego im. Karola i Marii oraz lekarze przybyli z innych szpitali. Na czele Szpitala Wolskiego stoi dr Zbigniew Woźniewski. W dniu 5 VIII, kiedy wszyscy zostali wypędzeni, dr Woźniewski pozostał w szpitalu sam, zatrzymany przez Niemców przy chorej reichsdeutschce, która leżała u niego na oddziale od dłuższego czasu. Wieczorem, kiedy pożar z sąsiednich domów przerzucił się na szpital, dr Woźniewski z jedną Szarytką i dwiema salowymi, które nie opuściły oddziału, ugasił ogień. Noc spędził na niesieniu pomocy ciężko rannym i chorym.

Następnego dnia od rana z jedną pielęgniarką i dwiema salowymi starał się zapewnić rannym niezbędną opiekę i wyżywienie. Los postawił go na czele szpitala pełnego rannych, których trzeba było nakarmić i leczyć! W tej tragicznej sytuacji dr Woźniewski stanął na wysokości zadania i podołał ciężkim obowiązkom, jakie na niego spadły. Dzięki jego osobistej odwadze, energii i przemyślności ocalał Szpital Wolski, a z nim setki rannych i chorych. Zorganizował nad nimi opiekę lekarską i pielęgniarską. Kolosalne wyczucie sytuacji, płynna niemczyzna, wielka śmiałość w pertraktacjach z Niemcami i zaskakująca ich pewność siebie pozwoliły mu na zapewnienie szpitalowi prymitywnych warunków bezpieczeństwa, a w okresie ewakuacji ludności z Warszawy uratowały setki ludzi, wyciągniętych z transportów dzięki jego sprytowi i odwadze. Wśród uratowanych było wielu ludzi nauki i sztuki, pisarzy, znanych lekarzy, naukowców i profesorów. Wśród szalejącego zniszczenia Szpital Wolski stał się względnie bezpieczną wyspą dla warszawskich rozbitków. Dr Woźniewski otrzymał od Niemców jako honorarium za leczenie ich konia i wóz. Wyjeżdżał zatem do miejscowości podwarszawskich: Pruszkowa, Ożarowa, Babic celem zdobycia żywności dla szpitala. Wracając z jednej z takich wypraw 9 IX przywiózł do szpitala dr. Manteuffla z żoną, dr Barbarą Kampioni, i córką Basią. Odtąd znów mogłem korzystać z konsultacji dr. Manteuffla, prosząc go o pomoc w trudniejszych przypadkach. Powrót dr. Manteuffla z rodziną do ginącej Warszawy, z której każdy z nas pragnął jak najprędzej się wydostać, był jeszcze jednym dowodem jego niezwykłej odwagi i poczucia obowiązku.

Ciągle nic nie wiem o mojej rodzinie, myśl o nich nie daje mi spokoju. Wśród rannych mam małe dzieci. Niektóre z nich musiałem operować. Jedno z nich, ranne odłamkiem bomby, to mała, śliczna dziewczynka z pięknymi blond lokami, żywo przypominająca mi moją córeczkę, Anię. Do szpitala trafiła wraz ze swoją matką, również ranną. O ojcu nic nie wiedzą. Opatrując to dziecko nie mogę powstrzymać się od łez. Nie mogę myśleć o mojej rodzinie. Rozpaczliwe myśli staram się odsunąć gorączkową pracą, dzień i noc niosąc pomoc rannym. Wierzę, że za tę pracę Bóg zachowa mi moich bliskich.

Tymczasem nic nie przemawia za tym, aby walka miała się skończyć szybko. Śródmieście broni się ciągle. Dymy pożarów nie pozwalają na rozróżnienie poszczególnych, znanych przedtem obiektów. Wydaje się, że to, co się jeszcze broni, jest jednym wielkim skupiskiem ognia. W połowie września coraz częściej daje się słyszeć artyleria sowiecka i wreszcie pojawiają się sowieckie myśliwce, odpędzając dotąd bezkarnie hulające niemieckie stukasy. Zaczyna w nas wstępować otucha. 18 IX przeżywamy wielki nalot amerykańskich samolotów zrzucających zaopatrzenie. Kiedy pojawiły się pierwsze fale samolotów i na niebie poczęły rozwijać się spadochrony, byliśmy przekonam, że to oczekiwany od początku powstania desant. Oszaleliśmy z radości! Niemcy początkowo również myśleli, że to desant. Padła na nich trwoga. Wszyscy Niemcy, znajdujący się na terenie szpitala, gorączkowo poczęli ostrzeliwać samoloty i spadochrony. Rozpoczęła się straszliwa kanonada. Wkrótce radość nasza ustąpiła miejsca rozczarowaniu: okazało się, że są to zasobniki z bronią i zaopatrzeniem, których większość spadła na tereny zajęte przez Niemców. Nadzieja szybkiego uwolnienia skończyła się zawodem. Pod koniec września, po upadku Czerniakowa, wśród rannych znalazło się kilku berlingowców. Z ciekawością wypytuję ich o nasze wojsko, o którym wtedy tak mało wiedzieliśmy. Ich śpiewny akcent wskazuje na kresowe pochodzenie.

25 września operowałem w asyście koleżanki Łozianki rannego powstańca, Stanisława Jaskulskiego, lat 28, byłego marynarza. Wraz ze swoją żoną, która go pielęgnowała, przybył po upadku Starówki i oprócz licznych drobnych ran na całym ciele miał w okolicy podobojczykowej prawej dużą ranę szarpaną, która oczywiście w ówczesnych warunkach musiała ulec zakażeniu. Wytworzyła się rozległa ropowica i po pewnym czasie rana zaczęła obficie krwawić. Krwotok nasilał się i stał się niebezpieczny dla życia. Sądząc, że to krwawi uszkodzona tętnica podobojczykowa (arteria subclavia), postanowiłem ją podwiązać. Groziło to jednak utratą prawej kończyny górnej, o czym musiałem poinformować rannego i jego żonę. Byli zrozpaczeni! Utrata ręki oznaczała koniec jego kariery marynarskiej i pracy na morzu, o których przez cały czas okupacji marzył i o które walczył.

Z ciężkim sercem przystępowałem do operacji. Podobną wykonałem już raz w szpitalu polowym we wrześniu 1939 r. Wynik był fatalny! I tu na stole operacyjnym miałem młodego, rosłego chłopa, wyniszczonego trudami walki i chorobą, ale który miał szansę po wojnie pływać po morzach. Amputować mu prawe ramię? Straszne! Rozpoczynam operację! Trudno mi orientować się wśród zmienionych, ropnych tkanek. Preparuję ostrożnie, obawiając się, że lada chwila bluźnie śmiertelnym strumieniem krew z tętnicy podobojczykowej. W uszach brzmi ciągle błagalna prośba pacjenta: – Panie doktorze! Niech pan mi nie ucina ręki! – Krwawi cała powierzchnia zmienionej zapalnie rany, a poza tym skądś wydobywa się świeża, tętnicza krew. Z trudem daję sobie radę. Chcę jak najprędzej dotrzeć do tętnicy i podwiązać ją, inaczej pacjent wykrwawi się. W trakcie powolnego preparowania znajduję nagle dość dużą gałązkę tętniczą, energicznie tryskającą krwią. Ostrożnie podkłuwam ją. Tętnicze krwawienie ustało. Oddycham z ulgą! (W notatkach mam zapisane, że podwiązałem arterię thoraco-acromialis) Zakładam opatrunek i ustalam kończynę na szynie odwodzącej. Leczenie trwało wiele tygodni, ręka została jednak uratowana, pacjent wyzdrowiał!

W rok potem, 25 IX 1945 r., kiedy po skończonej wojnie znów pracowałem w Szpitalu Wolskim, zawiadomiono mnie, że jakiś pan chce się ze mną widzieć. Wyszedłem z sali operacyjnej i zobaczyłem czekającego na mnie, wysokiego, mocno zbudowanego młodego mężczyznę z kwiatami w ręku. Spojrzałem na niego pytająco. – Panie doktorze! Pan mnie nie poznaje? Ta ręka … Panu ją zawdzięczam. Jaskulski … z Gdańska. Przyjechałem podziękować w rocznicę operacji! – i łzy poczęły mu płynąć po twarzy. Uściskaliśmy się serdecznie.

W ostatnich dniach września po upadku Żoliborza otrzymaliśmy następną partię rannych. Ludność Żoliborza nie jest tak wymęczona, jak mieszkańcy Starówki i ranni nie są w tak opłakanym stanie, jak ranni stamtąd. Między rannymi spotkałem panią Jadwigę Gorzechowską z córeczką. Była to żona sławnego z udziału w organizowaniu ucieczki dziesięciu z Pawiaka, pułkownika Jura-Gorzechowskiego. Obie były ranne i musiałem je operować.

Od dłuższego czasu kierownik administracyjny Walczak wyjeżdżał kilka razy w tygodniu końmi do Pruszkowa po żywność. Przy okazji wywoził po kryjomu po 2–3 osoby lżej ranne lub rekonwalescentów, którzy ulatniali się przed Pruszkowem, unikając w ten sposób obozu. Pewnego dnia miał zabrać moją małą sympatyczną blond pacjentkę z matką. Stan ich poprawił się na tyle, że mogły opuścić szpital. W przeddzień wyjazdu matka przyszła do mnie i rozwinąwszy małe zawiniątko pełne biżuterii prosiła, abym sobie coś z tego wybrał. W ten sposób chciała odwdzięczyć się za doznawaną opiekę. Odmówiłem. Wtedy ona poczęła mnie prosić i przekonywać, że po wyjściu z Warszawy będę musiał z czegoś utrzymywać moją rodzinę. I tym razem odmówiłem. Przez cały okres powstania nie pamiętałem o stronie materialnej życia, zapomniałem o tym, że istnieją i są potrzebne pieniądze. Kiedyś przechodząc ulicą Wolską widziałem porozrzucane banknoty ówczesnych „młynarek”. Nie przyszło mi na myśl, by je podnieść. Nazajutrz zapomniałem o propozycji matki mojej małej pacjentki. Kiedy późnym wieczorem po całodziennej pracy uświadomiłem sobie, że matka i córka prawdopodobnie dziś z rana już odjechały, przykro mi się zrobiło, że opuściły szpital bez pożegnania ze mną. Następnego dnia z rana kierownik Walczak wręczył mi duży, dwukopertowy, złoty zegarek z długą, ciężką dewizką i powiedział: – Panie doktorze! Pani z córeczką przesyła to panu. Przepraszają, że nie pożegnały się, ale bały się, że pan znów odmówi przyjęcia tego daru! – Zostałem więc postawiony wobec faktu dokonanego. Nie wiedziałem wtedy, że pieniądze za ten zegarek uratują nas w okresie popowstaniowej nędzy.

1 i 2 października uderzyła nas dziwna cisza. Strzelanina we dnie ustała, aby nocami wybuchnąć ze wzmożoną siłą. 3 X dowiadujemy się o kapitulacji. Usiłuję dotrzeć do Śródmieścia. Dochodzę ulicą Chłodną aż w okolicę Placu Żelaznej Bramy, skąd własowcy mnie odpędzają. Po powrocie do szpitala zastaję wiadomość, że żona moja i dzieci żyją! Nazajutrz wybieram się razem z kolegą Kuleszą do Śródmieścia inną drogą: przez Dworzec Zachodni, Plac Narutowicza, Wawelską; idąc pod prąd ludności opuszczającej Warszawę, dotarliśmy do barykady zamykającej ulicę 6 Sierpnia między Politechniką a Szpitalem Okręgowym. Z jednej strony barykady stoją posterunki niemieckie, z drugiej – polskie. Patrzę zdumiony. Wreszcie po wielu tygodniach męki widzę żołnierza AK, nie poniżonego, bitego i pędzonego na śmierć, ale stojącego dumnie, dobrze wyekwipowanego, z pistoletem maszynowym i biało-czerwoną opaską na rękawie.

Z trudem przedzieram się przez barykady, wykopy, ruiny i wreszcie docieram na ulicę Piusa XI 3. Dom stoi! Wpadam do naszego mieszkania. Pusto! Nie ma nikogo! Drzwi stoją otwarte, szyby powybijane, w pokojach pełno szkła i porozrzucanych rzeczy. W jadalnym pokoju na ścianie znajduję wiszącą kartkę, napisaną przez żonę: „Nie niszczcie książek i zabawek, prosi żona lekarza, który zawsze miał na celu najpierw dobro ludzi, był ideałem człowieka i lekarza, a teraz jest gdzieś daleko od żony i dwojga maleńkich dzieci, które idą na straszną tułaczkę. Żegnam miejsce, gdzie byłam szczęśliwa, reszta w rękach Boga, który jest miłosierny!” Od mieszkańców domu dowiaduję się, że żona wraz z dziećmi i rodzicami wyszła z Warszawy w dniu 3 X po ogłoszeniu kapitulacji. Dokąd poszli? Rozglądam się bezradnie po mieszkaniu. Wszystko stoi na miejscu: moje książki, szafy pełne ubrań i bielizny, kredens. Zaczynam szukać mojego dyplomu lekarskiego, nie mogę go znaleźć. Widocznie zabrała go żona. Zabieram albumy z fotografiami dzieci. Patrzę ze smutkiem na książki, których nie mogę zabrać. Biorę do ręki ulubioną „Traité d’urologie” profesora Georges’a Mariona z dedykacją autora dla mnie. Pamiątka z pierwszego pobytu w jego klinice urologicznej w Paryżu. Wyrywam i zabieram z sobą kartkę z dedykacją. Do worka pakuję pośpiesznie nieco bielizny, przede wszystkim dla dzieci. Biorę to na plecy i z ciężkim sercem opuszczam mieszkanie.

Na ulicy spotykam się z dr. Kuleszą i rozpoczynamy powrót do naszego szpitala. Początkowo wszystko było dobrze aż do Dworca Zachodniego, dopóki szliśmy z ludźmi opuszczającymi Warszawę. Potem, kiedy ludzie zostali na dworcu, a my przeszedłszy tory zaczęliśmy iść ulicą Bema i Wolską do miasta, w kierunku szpitala, co parę kroków byliśmy zatrzymywani przez patrole żandarmerii. Niemcy nie mogli zrozumieć, po co tych dwóch ludzi w białych, brudnych fartuchach, uginających się pod ciężkimi workami, idzie do miasta, z którego wszyscy już wychodzą. Początkowo szczegółowo wyjaśniałem, że jesteśmy lekarzami i wracamy do swego „Seuchenkrankenhaus”. To magiczne słowo „szpital zakaźny” zawsze jest przez nich respektowane. Kiedy jednak patrole stają się coraz częstsze i tłumaczenie zabiera nam zbyt wiele czasu, na ich pytania w ogóle nie odpowiadam i mijając, krzyczę w ich stronę słowa znanej z gimnazjum ballady: – Nach Frankreich zogen zwei Grenadiere, die waren in Russland gefangen … Skąd mi to do głowy przyszło i, co ciekawsze, dlaczego to pomaga, gdyż Niemcy nas przepuszczają – nie wiem! Wieczorem tego dnia zanotowałem z myślą o żonie i dzieciach:

                                               „Warszawa dnia 4 X 44 r. godz. 22.30

                                               w Szpitalu św. Stanisława, Wolska 37.

1 VIII – 3 X 1944 r. Dziś byłem w naszym mieszkaniu na Piusa. Przeczytałem Twoją kartkę i zapłakałem. Zrozumiałem, ileś przeszła przez te dziewięć tygodni powstania, ileś musiała znieść przy opuszczaniu naszego mieszkania.

Zosiu! Aniu! Stasiu! od 1 VIII – 3 X 44 nie wiedziałem o Was prawie nic, czy żyjecie jeszcze, czy nie zginęliście z głodu lub od samolotów, które obserwowałem codziennie, rzucające setki bomb na Was! Czy jeszcze żyjecie?

Drodzy moi! Dwa miesiące męki niepokoju o Was, dwa miesiące udręk myśli o Waszej nędzy, walki, niepewności, czy żyjecie, czy Was jeszcze ujrzę! Wczoraj dowiedziałem się, że żyjecie i że wyszliście z Warszawy. Dziś byłem na Piusa. Dziś myślę, że za parę dni Was zobaczę! Czy znajdę Was żywych, zdrowych, całych w tym piekle wojny?”

W następnych dniach udało mi się wraz z dr. Kubicą dojechać końmi aż do barykady na ul. 6 Sierpnia, naprzeciwko szpitala. Tu zostawiliśmy furę, a sami udaliśmy się do Śródmieścia w poszukiwaniu leków i materiałów opatrunkowych dla naszego szpitala. Odwiedziliśmy szpital powstańczy na ul. Mokotowskiej, gdzie znajduję mojego przyjaciela, znanego aktora, Henryka Borowskiego. Jest ranny w kark. Spotykam również dr. Felicjana Lotha, którego namawiałem, aby nie szedł do niewoli, a jechał z nami do Szpitala Wolskiego, do dr. Manteuffla, którego zna dobrze z czasów, gdy dr Manteuffel pracował w Zakładzie Anatomii jako asystent prof. Edwarda Lotha. Dr Loth przyjmuje moją propozycję. Spotykam również znanego z czasów Koła Medyków kolegę Tadeusza Pogórskiego, który zdecydował się na pójście do niewoli. Jest on w mundurze podporucznika, ale brak mu czapki. Proponuję, aby udał się ze mną do mojego mieszkania, gdzie mam cały mundur oficerski. Tak więc jeszcze raz wpadam na chwilę do naszego mieszkania, a potem z dr. Kubicą biegniemy na chwilę na ulicę Wspólną, gdzie mieszka moja ciotka, Elżbieta Seroczyńska. Nie zastajemy nikogo. Na ulicy natomiast znajdujemy porzuconą staruszkę, którą wynosimy na Plac Trzech Krzyży, gdzie gromadzono chorych. Miasto pustoszeje. Ludności cywilnej już niewiele. Po ulicach krążą patrole złożone z żołnierzy AK i Niemców. U wylotu ulicy Śniadeckich napotykamy oddziały AK szykujące się do wyjścia z miasta. Wracamy do szpitala. O rodzinie nic bliższego nie dowiedziałem się.

Dalej mam zapisane w moim notatniku:

                                                                                              „7 X 44.

Drodzy moi! Gdzie jesteście? Czy prędko i czy w ogóle Was zobaczę? Myślę, że może jesteście w Milanówku u Sewera Bobrowskiego, i nie mogę do Was dotrzeć. Trzeci miesiąc pracuję wśród rannych, wygłodniałych, nerwowo wyczerpanych ludzi, którym muszę dać pomoc lekarską i duchową. Stargane ich nerwy szukają u mnie oparcia, ja mam dać im zdrowie i pocieszenie, którego sam nie mam. Trzeci miesiąc przeżywam golgotę Warszawy!

Zochno moja kochana! Teraz widzę, jak mi Ciebie brak! Ucichły odgłosy walki o Warszawę, z dala dobiega stłumiony huk dział frontu wschodniego, nad szpitalem przelatują samoloty sowieckie, witane gęstymi salwami niemieckiej artylerii przeciwlotniczej. Dziś pracowaliśmy od godziny 7 rano z krótką przerwą na obiad aż do późnego wieczora. Trzeci miesiąc!

11 X 44. Nareszcie wiem, gdzie jesteście! Koleżanka Pecynianka odnalazła Was w Piotrkowie u Stasia Różyckiego, który, niestety, jest aresztowany. Dwie wieści: jedna radosna – o Was, druga smutna – o Stasiu. Że też radość nigdy nie może być pełna!”

Wieczorem 9 X dano mi znać, że Niemcy przyprowadzili kobietę rodzącą. Przeraziłem się nie na żarty! Na położnictwie nie znam się zupełnie i nie mam w tej dziedzinie doświadczenia, przeprowadzenie zaś porodu w obecnych warunkach aseptyki i do tego w Szpitalu Zakaźnym stanowiło dla mnie problem nie lada. Przerażony biegnę do chorej i kogo widzę? Na korytarzu pod eskortą dwóch żandarmów stoi mój serdeczny przyjaciel, Władysław Kasprzyk ze swoją żoną. Tuż przed powstaniem była ona badana przez dr Szczodrowską, która orzekła, że wobec szczupłej budowy pacjentki prawdopodobnie trzeba będzie robić cesarskie cięcie, gdyż poród siłami natury może być bardzo trudny. Jeśli tak doświadczony położnik, jak dr Szczodrowska spodziewała się powikłań i to w okresie, kiedy stan pacjentki był względnie dobry, to co mówić teraz, po dwóch miesiącach powstania! Przerażony badam pacjentkę i stwierdzam, że bóle porodowe są jeszcze słabe. Opróżniam z chorych pokoik i staram się stworzyć dla niej możliwie dobre warunki.

Od tej chwili zaczynają się moje nowe udręki. Ani u nas, ani w Szpitalu Wolskim nie ma położnika, jestem zdany na własne siły. Otuchy dodaje mi jeden z moich pacjentów, lekko ranny lekarz weterynarii, który uspokaja mnie mówiąc: – Panie doktorze! Niech pan się nic nie boi, ja w położnictwie u zwierząt mam duże doświadczenie. – Niewiele mnie to oświadczenie uspokaja. Bóle zwiększają się powoli i dopiero po trzech dobach trwożliwego wyczekiwania, przy wydatnej pomocy mojej i weterynarza, pacjentka szczęśliwie urodziła dużego chłopaka. Jest to moje jedyne przeżycie położnicze w dotychczasowej karierze lekarskiej.

19 X 1944 r. opuściłem Szpital św. Stanisława udając się wraz z ewakuowanym Szpitalem Dziecięcym im. Karola i Marii do Piotrkowa. 20 X wieczorem dotarłem do rodziny w Piotrkowie.

Na początku powstania w Szpitalu Wolskim dyrektor Piasecki bardzo dobrze zorganizował prowadzenie księgi przyjęć rannych i księgi operacyjnej. Notowaliśmy tam dane personalne i przebieg operacji. Kiedy Niemcy zaczęli atakować Wolę, wszystkie te dokumenty zniszczyliśmy. W Szpitalu św. Stanisława nie miałem czasu na notowanie nazwisk, rozpoznań i wykonywanych zabiegów. Dopiero kiedy przewaliła się fala rannych, zdołałem zanotować kilkadziesiąt nazwisk. Nazwiska niektórych rannych, operowanych i zmarłych z września 1939 r. i z okresu powstania przekazałem do ZBOWiD-u.

Ciężki okres popowstaniowy spędziłem wraz z rodziną w Piotrkowie Trybunalskim, gdzie dzięki pomocy dr Teresy Różyckiej, żony mojego aresztowanego przyjaciela, dr. Stanisława Różyckiego, zdołałem zatrudnić się w tamtejszym szpitalu. Po przybyciu do Piotrkowa, po paru dniach pobytu u dr Teresy Różyckiej żona moja, nie chcąc być dla niej ciężarem, przeniosła się z dziećmi i rodzicami do wynajętej maleńkiej kuchenki na przedmieściu. Kiedy po przyjeździe do Piotrkowa odnalazłem ich i zobaczyłem, jak w tej ciasnej izdebce na podłodze, na sienniku bez prześcieradła leżały biedne, wychudzone nasze dzieci – zapłakałem. Dopiero znacznie później udało się nam uzyskać pokój z kuchnią przy ul. Rokszyckiej. Naprzeciwko nas mieszkała sympatyczna rodzina kolejarza, Zenona Bystrzyckiego. Okazali nam w tym ciężkim okresie wiele życzliwości. Zrewanżowałem się panu Bystrzyckiemu w 26 lat później, biorąc go do mojej kliniki w Warszawie i operując.

Jak wszyscy warszawiacy cierpieliśmy wtedy straszliwą biedę. Pewnego zimowego dnia usłyszeliśmy nieśmiałe pukanie do drzwi i ku naszemu zdumieniu stanął przed nami objuczony olbrzymim plecakiem, z bańką mleka w ręku dr Mieczysław Justyna. Byłem pewien, że zabito go w Szpitalu św. Łazarza. Siny z zimna – tego dnia było 20° mrozu – z trudem począł ściągać plecak wyładowany chlebem, słoniną, kaszą i innymi, dawno przez nas nie widzianymi „delikatesami”. Dowiedziawszy się o naszym pobycie w Piotrkowie dr Justyna zabrał, co mógł unieść i zrobiwszy pieszo z ciężkim plecakiem 20 km, przyszedł nam pomóc. Potem zorganizował ze swej wsi stały, codzienny dowóz mleka dla dzieci. Tak wygląda prawdziwa przyjaźń!

Jak ocalał dr Justyna? Kiedy Niemcy wdarli się do Szpitala św. Łazarza od ul. Wolskiej, dr Justyna przeskoczył przez ul. Leszno i udał się do Szpitala Dziecięcego im. Karola i Marii. Wyprowadzony w tłumie po zajęciu szpitala przez Niemców i prowadzony w kierunku fortu na Woli, zdołał wymknąć się z tłumu i ukryć. Potem nocami lasami dotarł do rodzinnej wsi Żarnowicy pod Piotrkowem. Wiosną 1945 r. ściągnąłem dr. Justynę do naszego oddziału chirurgicznego w Szpitalu Wolskim przy ul. Płockiej 26, gdzie dr Manteuffel zatrudnił go jako asystenta. W następnych latach, odbywszy specjalizację w Karolińska Sjukhuset w Sztokholmie, w klinice sławnego prof. Crawfoorda, dr Justyna został pierwszym anestezjologiem w kraju, a następnie konsultantem krajowym Ministerstwa Zdrowia w zakresie tej specjalności. Niesłychanie zdolny i pracowity, mając już za sobą pracę na chirurgii i urologii, stał się wybitnym anestezjologiem, wzywanym do operacji na terenie całego kraju w okresie, kiedy anestezjologia zaczynała się dopiero rozwijać. Miałem możność sam osobiście zaznać jego sztuki kojenia bólu, kiedy wiele lat później dawał mi narkozę podczas ciężkiej operacji, wykonywanej przez towarzysza moich przeżyć okupacyjnych i drogiego przyjaciela, prof. Leona Manteuffla.

Z nielicznych przyjemnych spotkań z pobytu w Piotrkowie z wdzięcznością wspominamy dr. Bronisława Broszkowskiego i jego małżonkę Marię, którzy w tych ciężkich czasach nigdy nie dali nam odczuć, iż jesteśmy upośledzonymi warszawiakami, a przeciwnie, starali się nam pomóc na każdym kroku. I tak, obdarowani przez nich hojnie węglem, nie odczuliśmy wraz z dziećmi zimna podczas tej srogiej zimy. Z ciepłem kojarzy mi się fura drzewa, skądś „wycyganiona” i nam wówczas przysłana przez mojego pacjenta ze Szpitala św. Stanisława, ks. Henryka Szklarka-Trzcielskiego, bohaterskiego kapelana reduty Banku Polskiego. Znalazł się on również na dalszym leczeniu w szpitalu w Piotrkowie i, choć sam ciężko ranny, starał się nam pomagać, jak mógł. W Piotrkowie jeszcze raz drogi nasze zetknęły się z doc. dr. Wiktorem Degą, który przebywszy Powstanie Warszawskie w szpitalu powstańczym przy ul. Lwowskiej, znalazł się z całą rodziną w Szpitalu im. Karola i Marii we Włodzimierzowie pod Piotrkowem.

Przez skromne nasze lokum przy ul. Rokszyckiej przewinęło się wielu lekarzy, wędrujących między Podkową Leśną a Krakowem w poszukiwaniu rodzin lub pracy. Bywali u nas: doc. Wiktor Dega, dr Jan Bogdanowicz, Mieczysław Tylicki, dr Andrzej Biernacki i inni. Każdy z nich był przyjmowany gorącym sercem i pełnym talerzem gorącej, ale cienkiej zupki, gdyż wszyscy wtedy byliśmy głodni. Przeżyłem jeszcze jedno „żniwo chirurgiczne” podczas zwycięskiej ofensywy Armii Czerwonej w styczniu 1945 r. Przez wiele dni i nocy operowałem z czołówką chirurgiczną sowiecką w Szpitalu św. Trójcy w Piotrkowie, zapoznając się z zasadami nowoczesnej chirurgii wojennej. Byłem uderzony szerokim stosowaniem transfuzji krwi i ujęty koleżeńskością komendanta czołówki, majora chirurga. Po wielu miesiącach niedojadania, po pierwszym pracowitym dniu i licznych wspólnych operacjach goszczony przez kolegów sowieckich, objadałem się do syta „tuszonką” z marmoladą!

W dniu 10 II 1945 r. różnymi środkami lokomocji, a przede wszystkim na piechotę, dotarliśmy z żoną do naszego zrujnowanego i ogołoconego mieszkania na Pięknej 3. Tegoż samego dnia w zniszczonym i obrabowanym Szpitalu Wolskim przy ul. Płockiej 26 przy pomocy sióstr Szarytek wykonałem pierwszy zabieg operacyjny po powrocie do ukochanego szpitala – naciąłem panaritium! Wczesną wiosną powróciłem na stałe do pracy w oddziale chirurgicznym Szpitala Wolskiego prowadzonym przez dr. Leona Manteuffla. Wojna jeszcze trwała, chirurdzy stale mieli nawał pracy. Wróciłem do szpitala, w którym walczyłem, cierpiałem, z którego prowadzony na śmierć cudem ocalałem! Do szpitala, który ukochałem i w którym pracowałem równe dwadzieścia lat, aby go z żalem opuścić powołany na Katedrę Urologii Akademii Medycznej w Warszawie.

Po ukazaniu się pierwszego wydania tych wspomnień otrzymałem szereg listów i odbyłem szereg rozmów. Treść niektórych z nich przytaczam poniżej.

Dr med. J. Hanczewski z Poznania, będąc w mojej klinice na kursie urologicznym, oświadczył, że wśród lekarzy, którzy wraz z doc. Degą pozostali w szpitalu w Dobrzelinie, był jego teść dr med. Franciszek Witaszek. Podczas okupacji działał on w wielkopolskim ruchu oporu. Zginął z rąk gestapo. Bohaterskie jego czyny są dokładnie opisane przez H. Tychera w „Przeglądzie Lekarskim” XXIII, seria II, 1/1967, ss. 131–147.

Mój towarzysz nieudanej podróży do Gdyni we wrześniu 1939 r., dr med. Aleksander Sybilski, szczęśliwie ocalał. Dowiedziałem się o tym dopiero po ukazaniu się „Pamiętników chirurgów”. Pracuje jako ordynator oddziału wewnętrznego w szpitalu powiatowym w Rawie Mazowieckiej.

W 1972 r. poznałem generała Romana Paszkowskiego, z którym przypadkowo dogadaliśmy się, że jako podporucznik 22 pp., ranny we wrześniu 1939 odłamkami pocisku artyleryjskiego, był operowany w naszym szpitalu w Dobrzelinie.

Ks. Stanisław Niczyperowicz po szczęśliwie przebytych licznych operacjach wyzdrowiał i jest moim najwdzięczniejszym byłym pacjentem. Trzy razy do roku, na święta Bożego Narodzenia, Wielkanoc i św. Stefana, przychodzi z życzeniami. Staje skromnie przed drzwiami, składa życzenia i przez próg wręcza butlę wina. Nigdy w swej skromności nie chce przestąpić gościnnego progu naszego domu, aby choć małą cząstkę smakowitej zawartości tej butli wspólnie spożyć! A ile tych butli było już w okresie 1946–1973!

Rozpocząłem moje wspomnienia wojenne od opisu poznania kapitana WP, doc. dr. med. Wiktora Degi, w bombardowanym szpitalu toruńskim. Przez okres od września 1939, okupację i po powstaniu drogi nasze wielokrotnie spotykały się. Zrodzona wtedy przyjaźń trwa do dziś. Najpierw przyjaźniliśmy się my – rodzice, potem nasze dzieci, a teraz dzieci naszych dzieci! Kończę zatem te wspomnienia listem prof. W. Degi, otrzymanym od niego po przesłaniu mu na imieniny „Pamiętników chirurgów”:

                                                                                  „Poznań 18 X 72

Kochany Przyjacielu,

Wielką radość sprawiłeś mi swymi „Pamiętnikami chirurgów” z cenną dedykacją imieninową. Był to najcenniejszy dar. Czytałem Twój rozdział jednym tchem. Przeniosłem się natychmiast w owe gorące dni …

Serdecznie dziękuję Ci za miłe słowa o mnie …

                                   Uściski

                                   Twój Wiktor Dega.”

Piszę te słowa późnym wieczorem 14 X 1973 r. po powrocie z akademii, zorganizowanej w związku z XXX-leciem naszego wojska. Była to uroczystość zorganizowana przez ZBOWiD, celem wręczenia zweryfikowanych odznaczeń. Po powstaniu wraz z prof. Leonem Manteufflem zostaliśmy odznaczeni przez płk. Radosława (Jana Mazurkiewicza) Złotym Krzyżem Zasługi z Mieczami za działalność w czasie okupacji i dwukrotnie Krzyżem Walecznych za powstanie. Została nam też nadana pamiątkowa odznaka batalionu Parasol.

Po części oficjalnej akademii odbyła się część artystyczna. Słuchaliśmy pięknej gry zaprzyjaźnionego z nami pianisty wirtuoza, prof. Jana Kadłubiskiego, a potem pieśniarza Warszawy pana Mieczysława Fogga. Na uroczystości była wraz ze mną moja żona Zofia i córka Ania ze swoją córeczką, czteroletnią Joasią, z którą wręczyliśmy panu Foggowi kwiaty. Zaskoczony moją tu obecnością, pan Mieczysław w pięknych słowach coram publico podziękował mi za kwiaty i za dwie udane operacje, a Joasię ucałował serdecznie. Obok nas siedziała pani dr Halina Dunin-Karwicka-Rakoczy ze swoim mężem, dawna łączniczka batalionu Parasol, Janina, wdowa po zmarłym na skutek ran odniesionych w powstaniu, bohaterskim poruczniku Lutym. Na uroczystości tej była również pani Irena Gieysztor, żona zmarłego na skutek przeżyć okupacyjnych wielkiego działacza, profesora Uniwersytetu Warszawskiego, wielkiego naszego przyjaciela, Mariana Gieysztora.

Niestety! prof. Leon Manteuffel nie doczekał tej pięknej uroczystości. Zmarł 26 III 1973 r. po ciężkiej operacji. On, który tylu chorym uratował życie swoim talentem chirurgicznym, nie mógł być uratowany przez chirurgię, której poświęcił cały swój pracowity żywot! Jeszcze wcześniej, bo 31 XII 1969 r., zmarł nagle bohaterski dyrektor Szpitala Wolskiego z okresu powstania, doc. dr med. Zbigniew Woźniewski. Mimo ciężkiej choroby serca do końca zachował swój wspaniały humor i pogodę, optymistycznym zachowaniem pokrywając ciężki stan swego zdrowia. Odeszło dwóch moich bliskich przyjaciół, dwóch z trzech cudem ocalałych lekarzy Szpitala Wolskiego …

A dziś, wspominając „mój szpital”, nie mogę się pogodzić z tym, że historyczne imię Szpitala Wolskiego, okryte sławą bohaterskich akcji i uświęcone krwią poległych w nim lekarzy, pielęgniarek i chorych, zostało mu zabrane!

Przedruk z: Pamiętniki chirurgów, Czytelnik, Warszawa 1974.

  

Źródło

Pamiętnik Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego – Powstanie Warszawskie i medycyna, wydanie II, Warszawa 2003 r.