W Powstaniu:

"Bakcyl" (Sanitariat Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej) - III Obwód "Waligóra" (Wola) Warszawskiego Okręgu Armii Krajowej - szpital Karola i Marii ul. Leszno 136, następnie w szpitalu Wolskim ul. Płocka 26.

PANI STASIA ( Stanisława Kwaskowska) — Szefostwo Sanitarne Kedywu

SZPITAL   KAROLA   I   MARII

Dojeżdżam Wolską do Karolkowej i idę w stronę Leszna — na rogu spotykam „Dyrektora” Pługa**, idziemy kilka kroków ra­zem i gadamy. Zajeżdża maltańska sanitarka kierowana przez Drozdowicza — to doktor Skiba i Padlewski. Jest godzina 16.

Doktor Skiba instaluje mnie w gabinecie przełożonej szpitala.

Zaczynają napływać ci, którzy tu przybyć mieli. Zjawia się do­ktor Maks z rewolwerem za paskiem, z Alodia i sanitariuszkami (baon „Parasol”), doktor Wodołaz, który ma przydział przy naszej grupie, doktor Pobożański z Krysią-Elą M. i Krysią K.

Sanitariuszki z „Parasola” są wesołe jak ptaszki, roześmiane, nu­cą bojowe piosenki, poprawiają sobie loki, beztroskie, jakby szły na miłą wycieczkę czy na zabawę. To jest młodość.

O godzinie 1640 padają pierwsze strzały. Doktor Maks z dziew­czętami wybiegają w stronę cmentarza ewangelickiego na posteru­nek. Wychodzimy przed budynek, doktor Skiba zakłada na rękę biało-czerwoną opaskę powstańczą.

Wracam do gabinetu i czekam, po chwili wraca doktor Skiba z Padlewskim.

Wkrótce przychodzi jedna z miejscowych pielęgniarek i zawiada­mia, że przyniesiono pierwszą ranną. Idę natychmiast. Ranna już nie żyje. Patrzę — Dorota (baon „Zośka”). Sprawdziło się jej prze­czucie, poległa nie tylko pierwszego dnia, ale w pierwszej chwili Powstania. Jest mi okropnie na duszy — serdecznie lubiłam weso­łą i dzielną Dorotkę.

Zaczynają napływać pierwsi ranni — ciężkie wypadki kierujemy sanitarką do Szpitala Wolskiego.

Wieczorem przynoszą siedemnastoletniego Jelenia (baon „Zośka”) z postrzałem brzucha — operuje miejscowy lekarz doktor J. W.

W nocy okazuje się, że Szpital Wolski odpadł dla nas, bo nie ma z nim już komunikacji. Odwożąca tam rannego sanitarka le­dwo wróciła.

Ranni leżą na podłodze na materacach, jest to szpital dziecięcy, więc są tylko małe łóżeczka. Główny punkt opatrunkowy zamienia się w szpital chirurgiczny, bo nie ma innego wyjścia. Lżej rannych po opatrunkach transportuje się vis a vis do Szpitala Św. Łazarza na Lesznie.

W środę rano przybywa gromada dziewcząt z WSK* ze swoją komendantką panią Danusią. Jest ich pięćdziesiąt. Rozdziela się dziewczęta na patrole do przenoszenia rannych, do kuchni i tym podobnych zajęć. Dziewczęta doskonale pracują pod ostrzałem przy transportowaniu rannych do Szpitala Św. Łazarza.

Siostry — pielęgniarki ze Szpitala Karola i Marii — oddają do użytku rannych swoje, własne łóżka.

Chłopcy przywożą zdobytą na Niemcach bieliznę pościelową i osobistą, cały samochód ciężarowy łóżek. Sale przybierają wy­gląd szpitala. Chorzy przebrani w czystą bieliznę, umyci — zupeł­nie inaczej wyglądają.

Drugi dzień Powstania mija dość spokojnie. W południe pod szpital podjeżdża czołg niemiecki, piekielna strzelanina. Jeden z rannych w nogę łapie szczotkę do zamiatania jako kulę i z gra­natami wypada z budynku na pomoc. Zatrzymuje go pielęgniarka Nelly, ja mu tłumaczę, aby wrócił do łóżka — słuchać nie chce. Pobiegł.

Czołg odparty. Chłopak wraca kontent, że pomógł kolegom.

W czwartek coraz więcej rannych. Lekarze miejscowi z pełnym poświęceniem i zaparciem się siebie, przy nieustającej kanonadzie, operują na dwa stoły dzień i noc bez odpoczynku — pomagają im niestrudzone siostry operacyjne.

Muszę tu też wspomnieć o pielęgniarkach szpitalnych pracują­cych na salach, które z całym poświęceniem pracowały w tak trud­nych warunkach i prócz pomocy fachowej miały dużo serca dla naszych rannych.

Miały one wiele przykrości od chłopców, którzy nie darzyli ich zaufaniem. Chłopcy uważali, że tylko dziewczęta z AK wszystko doskonale koło nich robią. Wiele takich sporów łagodziłam i tłu­maczyłam, że sanitariuszki nie mogą być równane pod względem umiejętności z zawodowo szkolonymi pielęgniarkami. Od sanitariu­szek po pobieżnym szkoleniu wymagało się, aby umiały udzielić pierwszej pomocy i aby były odważne. Trochę to pomagało. Często chłopcy prosili, abym ja przyszła do jakiegoś zabiegu na sali, do­piero wtedy spokojnie pozwalali go zrobić pielęgniarce.

Mnie to nie dziwiło, bo zawsze ze swoimi biedami do mnie się zwracali. Zdawało się im, że gdy jestem obecna, to mniej ich bę­dzie bolało.

Tacy dziecinni byli nasi bohaterscy chłopcy — dla nich obrona barykady czy zdobywanie czołgu było proste, a przed zastrzykami ogarniał ich lęk.

Po południu przybywa chirurg ze Szpitala Wolskiego, dr Kmicikiewicz. Przed wieczorem idę z Padlewskim do „Parasoli” i „Zoś­ki” z wizytą; goszczą nas gorącą kawą, chlebem z konserwami i winem.

Po naszym powrocie rannych coraz więcej przybywa, przyjmuję ich, zapisuję pseudonimy, oddziały, adresy — przygotowuję wy­kaz rannych i zmarłych dla pułkownika Radosława.

Przed pierwszą w nocy przyszedł do mnie Pług — za chwilę będą zrzutki na cmentarze — wychodzimy przed budynek. Po kilku minutach słychać samoloty, które Niemcy wściekle ostrzeliwują. Broń zrzucona, chłopcy się cieszą.

Wykaz dla pułkownika Radosława już skończyłam, przepisuję go na maszynie.

W piątek 4 sierpnia nieprzerwany sznur noszy z rannymi, który przesuwa się przed moim stolikiem, przypomina mi jakiś nie koń­czący się pociąg. Cały korytarz zastawiony rannymi, którzy czekają na opatrunki i operacje. Podłogi pełne krwi jak błota, mimo że dziewczęta sprzątają i wycierają.

Ze znanych mi chłopców z baonu „Zośka” jest Jeleń — postrzał brzucha, Henryk — postrzał płuca, Janek od Kołczana — postrzał płuc, Grab — postrzał biodra, Graf* — postrzał nogi i pośladka, z grupy „Andrzej”*: Stasinek — postrzał twarzy i uszkodzenie oka, i Andrzejek, obaj przeniesieni do Szpitala Św. Łazarza. Jest wielu innych, których nie pamiętam.

O zmroku przychodzi do mnie Zosia na pogawędkę. Martwi się, jak zawiadomić matkę Doroty o jej śmierci — pocieszam ją, że pójdziemy tam obie, będzie nam raźniej.

Zosia jest smutna, sytuacja wojenna ciężka, takie duże straty. Zosia ma jutro iść do szturmu na małe getto**, ma przeczucie, że stamtąd nie wróci.

Przytuliła się do mnie i tak siedzimy chwilę spokojnie, wreszcie Zosia mówi:

— Pobłogosław mnie na drogę.

Błogosławię i całuję serdecznie moją kochaną dziewczynkę. Niech ją Bóg strzeże, bo prócz Boga nikt nam nie pomoże. Zosia przy­znaje mi rację.

Potem przychodzi Halusia, przysiada się do mnie i przytula. Halusia jest mizerna, przemęczona, dziwię się, jak jej delikatny orga­nizm to znosi.

— Jestem silna, wszystko, co trzeba, zniosę, nie obawiaj się o mnie. Pobłogosław mnie na to, co mnie czeka…

Błogosławię ją i całuję, obie mamy łzy w oczach. Do Halusi jestem bardzo przywiązana, dobrze się z nią pracowało.

1945

Źródło

Pamiętniki żołnierzy baonu „Zośka” - Nasza Księgarnia 1986 Warszawa oraz Mur Pamięci Muzeum Powstania Warszawskiego a także Bożena Urbanek Pielęgniarki i sanitariuszki w Powstaniu Warszawskim w 1944r. Warszawa 1988. PWN i http://www.info-pc.home.pl/whatfor/baza/sanitariat_gs.htm