W Powstaniu:

Obwód I Śródmieście Powiśle, w oddziałach bojowych Zgrupowanie „Krybar"

POWSTANIE

 

20 lipca głośny zamach na Hitlera i nadzieja na szybsze zakończenie wojny. Kilka dni później widać ciągnące przez Warszawę kolumny rozbitych armii, głównie włoskich, rumuńskich, węgierskich. Wielu rozbitków idzie boso, a niektórzy tylko w bieliźnie. Woły ciągną armaty. Żołnierzy niemieckich jednak nie widać. Idą innymi trasami. Ewakuują się urzędy niemieckie… Po dwóch, może trzech dniach następuje powrót Niemców i nowy ład — obsadzanie wszystkich bunkrów i punktów oporu.

Spotykam się z Jurkiem Wilkiem, który mówi o przygotowaniach do powstania. Mam się dwa razy dziennie meldować u niego na Hożej w tzw. jajczarni – Spółdzielni Spożywców, gdzie on pracuje.

l sierpnia, wtorek. Jadę do Jurka w południe. Okazuje się, że godzina „W” jest wyznaczona na 17.00. Umawiamy się na 16.00 w „jajczarni”. Gdy się spotykamy i ruszamy na punkt zbiórki, tuż obok mijanego przez nas domu stoi niemiecki łazik, a w nim pozostawione beztrosko dwa pistolety maszynowe. Ich właściciele leżą pod maszyną zajęci jakąś naprawą. Niebywała okazja i pokusa. Można chyba bez trudu zdobyć te pistolety. Dla nas to majątek. A może to tylko prowokacja? O 17.00 mamy być w lokalu konspiracyjnym na Furmańskiej 12. Jeśli teraz wdamy się w awanturę i wywołamy przedwcześnie strzelaninę? Nie, trzeba wykonać rozkaz, który brzmi: 17.00 w lokalu konspiracyjnym zbiórka.

Z tramwaju wysiadamy pod wiaduktem mostu Poniatowskiego i idziemy dalej pieszo. Po chwili strzelanina. Wpadają na nas żandarmi strzelający seriami i biegnący odskokami w naszą stronę. Jest za późno, by się wycofać i nie ma gdzie. Żandarmi, jakby nas nie widzieli, przebiegają obok, strzelając oddalają się…

Musimy przystanąć. Ten epizod kosztował nas dużo nerwów!

- Wiesz – mówię do Jurka -jestem przekonany, że jeśli przeżyliśmy takie spotkanie, to przeżyjemy całe powstanie.

- Oby tak było – odpowiada.

W lokalu na Furmańskiej zastajemy tylko część oddziału, do którego należy Jurek, a do którego ja mam być dzisiaj dokooptowany. Jest to pluton łączności por. Rymkiewicza. Przed wieczorem mamy udać się do dowództwa, do kpt. „Krybara” na Tamkę.

Po 17.00 w całej okolicy strzelanina, jak się potem okazuje, to próby zdobycia uniwersytetu, nieudane zresztą. Uniwersytet jest silnie obwarowany bunkrami i ma liczną załogę.

Idąc tuż przy murach domów, a skokami przez ulice – wpadamy w pewnym momencie na wycofującego się, uciekającego żołnierza. Zderzamy się z nim i równocześnie obaj obezwładniamy go, zabierając karabin i wyrywając mu zza pasa dwa granaty. Teraz dopiero żołnierz przemówił żałośnie: – Pane, pomyluj, ja ne wynowaty. – A więc to własowiec. Już są przy nas młodzi ludzie, którzy przedstawiają się, że są z najbliższej placówki, zatem zdobyczna broń do nich należy. Cóż, ich jest więcej, ze swoimi nie będziemy się przecież bić… Broń oddajemy, ale granaty zatrzymujemy. Własowca zabierają. To jest nasz pierwszy sukces w powstaniu.

Droga na Tamkę jest coraz trudniejsza. Trzeba budować barykady i stosować dymne zasłony, gdyż ostrzał jest z wielu kierunków. Są pierwsze ofiary. Późno wieczorem docieramy do lokalu dowódcy Powiśla, kpt. „Krybara”. Drugiego dnia montujemy centralę telefoniczną i ciągniemy linie do poszczególnych placówek bojowych. Jedynym fachowcem i naszym instruktorem jest sierżant, zawodowy łącznościowiec „Waga”. Pod jego opieką i kierunkiem łączymy druciki.

 Po dwóch dniach odnajduje się Basia, żona Jurka, która dołącza do naszych telefonistek obsługujących centralki. Mamy sporo roboty, bo zarówno bombardowania, jak i dość gęsty ostrzał z granatników rwą nasze linie biegnące głównie wzdłuż murów, na wysokości pierwszego piętra.

Na Powiślu było przez prawie trzy tygodnie względnie spokojnie. Większe akcje to opanowanie w pierwszych dniach elektrowni, potem walki o uniwersytet, komendę policji na Krakowskim Przedmieściu. W połowie sierpnia, w czasie nalotu sztukasów, został zrównany z ziemią dom nr 40 na Tamce, czyli nas/a kwatera. Strat w ludziach nie było, bo zdążyliśmy ukryć się w piwnicach składu win pod pałacem Ostrogskich. Przeniesiono nas do domu nr 45. Siedząc w piw-nicy w czasie jednego z kolejnych nalotów zastanawialiśmy się, co będziemy robić po wojnie, jeśli przeżyjemy, oczywiście… Jurek oświadczył zdecydowanie, że na medycynę nie wróci, zostanie architektem i jednym z pierwszych domów, który zaprojektuje, będzie dom nr 40 – nasza zbombardowana kwatera. I że będzie to większy dom. Jakoż tak się stało. Jurek ukończył po wojnie architekturę w Warszawie i jednym z pierwszych jego projektów był jedenastopiętrowiec przy Tamce.

4 i 5 września ruszyło potężne natarcie Niemców na Powiśle. Zmasowane ataki lotnictwa, artylerii, czołgów i piechoty zburzyły linie obronne powstańców. Trzeba było wycofać się do Śródmieścia.

Dostałem przydział do plutonu łączności przy dowódcy Śródmieścia pułkowniku „Sławborze”. Przydzielono mnie do obsługi centrali telefonicznej przy ulicy Mokotowskiej 60. Centrala mieściła się w piwnicy domu, który do tej pory był prawie nietknięty. Oczywiście trzeba było ustawicznie naprawiać druty rwane w czasie bombardowań i ostrzału artyleryjskiego.

18 września mamy realizować połączenie telefoniczne Śródmieścia z Mokotowem, z którym do tej pory, wobec odcięcia przez pozycje niemieckie, można porozumiewać się tylko drogą radiową przez Londyn. Linie mają być prowadzone kanałami. Idą tylko ochotnicy. Siedmiu od „Sławbora” i ośmiu od „Montera”. Dowódcą patrolu jest ppor. „Czarny” (Krzysztof Orawski). On idzie pierwszy, ja mam iść ostatni jako sanitariusz. Każdy bierze po trzy zwoje gumowego kabla telefonicznego. Wchodzimy włazem w Alejach Ujazdowskich naprzeciw ulicy Wilczej. Mamy małą centralkę, więc jesteśmy w stałej łączności z dowództwem przy ul. Mokotowskiej.

Pierwszy odcinek to kanał o przekroju 80 cm, spadający stromo w dół, w kierunku Wisły. Kanał wypełniony w połowie przez nieczystości. Pierwsze wrażenie jest tak silne, że nie czuję zapachów i nie widzę, że jestem od stóp do głowy upaprany odchodami. Po 30-40 metrach opadania na dno płaskiego burzowca, wysokiego na jakieś 150 cm, wypełnionego do kolan kałem, zdaję sobie dopiero sprawę, gdzie jestem …

Przede mną cała czternastka już zeszła. Jest jeszcze dwóch gości – poza naszym programem. Nie wiem na razie, kto jest kim. W kanale jest ciemno i zimno.

Idziemy jakiś czas w niewygodnej pozycji: 150 cm to za mało, by się wyprostować. A do tego zwisające u szyi 3 zwoje kabla… Trudny, ciężki marsz. Droga jest oznaczona przez kurierów, którzy już przed nami forsowali kanał, strzałka-mi na ścianach. Co pewien czas przystajemy, by skokami przejść pod otwartymi włazami na całym terenie zajętym przez Niemców. We włazy Niemcy powrzucali belki, worki z cementem oraz miny. Raz po raz słychać, jak z góry wołają do włazu po polsku lub po niemiecku: Wyłazić! Heraus! Wiedzą, że kanały to droga kurierów. Ale oto pierwsza barykada. Wiele czasu zajmuje nam udrożnienie jej na tyle, by można było się przecisnąć na drugą stronę. Pół biedy, gdy Niemcy tylko wzywają do wyjścia. Gorzej, gdy rzucają granaty, co też się nam przydarzyło kilkakrotnie. Mijają godziny, a my uszliśmy niewiele. W pewnej chwili na górze dosłownie zakotłowało się. Słychać artylerię przeciwlotniczą bijącą ze wszystkich luf i wybuchy bomb. Nasilenie huków niespotykane do tej pory w powstaniu. Pytamy, co się tam dzieje.

- Hurra! Setki alianckich samolotów… Desant, desant, desant! – słyszymy. A za chwilę: – Nie, to nie desant, to tylko zrzuty. Dużo zrzutów … Niebo usiane spadochronami.

- To może już nie musimy iść na Mokotów?” – pytamy. – Może to już koniec powstania?

- Idźcie dalej, róbcie swoje! – pada odpowiedź. Siedzimy i odpoczywamy, czekamy, co będzie dalej. Mija jakiś czas – może dwie lub trzy godziny – i na-staje cisza. Podnosimy się i w drogę.

Na jednym z przymusowych postojów zbliża się do mnie jeden z „gości” i przedstawia się po rosyjsku:

- Kapitan Kaługin. Wracam do swoich na drugą stronę Wisły. Jestem od Rokossowsłcicgo. Miałem polecenie do dowództwa powstania, ale nie dogadałem się. Wracam z niczym. Zapamiętaj: Kaługin.

Po wojnie dowiedziałem się z pamiętników kapitana „Wani”, że odprowadził szczęśliwie Kaługina z Mokotowa na drugą stronę Wisły. Kapitan „Wania” (Alfred Paczkowski) był moim starszym kolegą ze Szkoły Podchorążych Sanitarnych, był „cichociemnym”. Drugim gościem był „Jędruś” z pułku „Baszta”, zdążający z nami do swej jednostki na Mokotowie. Po wojnie, w 1945 roku, spotkałem „Jędrusia” na ulicy we Wrocławiu i okazało się, że to przyszły profesor Akademii Medycznej Tadeusz Szczęsny-Owiński.

Bliżej Wisły kanały są szerokie i wysokie, tak że można iść w pozycji wy-prostowanej, ale też „woda” – wskutek tego, że Niemcy zawalają włazy -jest tak spiętrzona, że sięga mi do ramion. Jest zimno i zaduch coraz większy, zapewne od rozkładających się zwłok tych, co zginęli w kanałach. W głowie szumy co¬raz większe. Idziemy już ponad 40 godzin! Szumy i dzwony w uszach to objawy zatrucia* Ja nic nie mówię i nie przyznaję się, że jestem krańcowo wyczerpany, ale kolega idący przede mną zaczyna coś mamrotać, później śpiewa godzinki: Zacznijcie wargi moje chwalić Pannę Świętą… Ale nie przypomina sobie dalszego ciągu i w kółko powtarza tę frazę. Wreszcie pyta mnie, czyja tak/e słyszę bicie żałobnych dzwonów. Pocieszam go, jak mogę, daję mu suchara, którego on łapczywie chwyta usmarowanymi rękami. Przez chwilę był spokój, a potem znowu te same pytania i śpiewy. Idziemy już czterdzieści kilka godzin. Sforsowaliśmy kilkanaście barykad. Przewodnik mówi, że już niedaleko.

Wydaje mi się, że majaczę. Nie. Nie majaczę. Wiem na pewno: takiej bitwy w kanałach ściekowych nie prowadził do tej pory żaden żołnierz polski. To tylko Marszałek Józef Piłsudski mówił kiedyś proroczo: Panowie oficerowie, jeśli trzeba będzie, to dla Polski gówna gołymi rakami będziecie wybierać… Więc to my – żołnierze Marszałka, widocznie tak trzeba…

Wreszcie po 47 godzinach wychodzimy na słońce obok fabryki Boscha na Mokotowie.

Linii telefonicznej nie dokończyliśmy – zabrakło około 200 metrów kabla. Może po odpoczynku uda się ją dokończyć.

Dostajemy po wiadrze wody do mycia i – na kwaterę. Okazuje się, że tylko trzech z naszej grupy – wśród nich ja -jest w jakiej takiej kondycji. Reszta jest zatruta – półprzytomna: wymioty i silne bóle głowy. Wypoczywamy tydzień, ale linii nie kończymy – nie ma odpowiedniego kabla.

23 września przychodzi kolej na Mokotów: zmasowane ataki, których nic mogą wytrzymać obrońcy dzielnicy… Mamy rozkaz wracać do Śródmieścia i iść na czele oddziałów wycofujących się. Za nami, jak się wkrótce okazało, dostało się do kanałów wiele osób niezwiązanych z walczącymi oddziałami. Wprowadziło to chaos, potem panikę, gdy Niemcy zaczęli rzucać granaty. Były duże straty wskutek stratowania i uduszenia. Drogę powrotną pokonaliśmy w kilka godzin. Szlak był już przez nas przetarty, a poza tym nie ciągnęliśmy linii telefonicznej.

Powstanie chyliło się ku upadkowi. Zastanawialiśmy się z Jurkiem, co będziemy robić po jego zakończeniu. Gdy ogłoszono kapitulację, postanowiliśmy, że pojedziemy ze szpitalem do obozu jenieckiego. Zgłosiliśmy się do najbliższego punktu opatrunkowego przy ul. Kruczej 12. Komendantem punktu był major dr Michał Grobelski, przed wojną kierownik kliniki ortopedycznej w Poznaniu, na-leżącej do prywatnej fundacji Gąsiorowskich (po kądzieli ostatni Piastowicz kujawski, pan na Kaczkowie i rodowym Gniewkowie, o czym dowiedziałem się od niego już w obozie). Dr Grobelski, po wysłuchaniu mego krótkiego curriculum vitae, powiedział:

- Idź, Stasiu, do płka drą Leona Strehla, szefa sanitarnego Komendy Głównej AK na ul. Śniadeckich 11. On organizuje szpital, z którym pojedziemy do obozu. Potrzebuje takich spryciarzy z CWSanu jak ty.

Udaliśmy się we troje – z Basią i Jurkiem – do płka Leona Strehla. Zameldowałem się i wyłożyłem swoją sprawę.

- Panie podchorąży – powiedział pułkownik – niech się pan trzyma blisko mnie. Będzie pan szefem kancelarii szpitala.

Ucieszyłem się, bo płk Strehl zrobił na mnie sympatyczne wrażenie.

Od 7 do 11 października organizowaliśmy na dworcu towarowym transport chorych do obozów jenieckich w Altengrabow i Zeithain. Od płka Strehla otrzymałem polecenie, bym zebrał 10 ochotników i na ich czele, dwoma samochodami dostarczonymi przez Wehrmacht, udał się do miasta, głównie w okolice placu Trzech Krzyży, i zebrał pozostających w osamotnieniu rannych i chorych, a także, byśmy z pustych już domów zabrali pościel i bieliznę. Zadanie wykonywaliśmy przez, pierwsze dwa dni bez zakłóceń, natomiast trzeciego dnia, gdy przechodziliśmy przez plac Trzech Krzyży, zostaliśmy zatrzymani przez SS-manów i po krótkim przesłuchaniu zapędzeni do rozbierania barykad. Marne były widoki na ucieczkę – SS-manów było kilkunastu i dobrze przyglądali się pracują-cym, których prócz nas było około 30-40. Wkrótce zauważyliśmy, że co jakiś czas SS-mani – wszyscy dobrze podpici – wybierają po kilku pracujących, idą z nimi gdzieś w gruzy, a po chwili słychać było salwy z peemów. Nic mieliśmy wątpliwości, że po wykonaniu zadania zostaniemy także zlikwidowani. Nasi kierowcy Niemcy próbowali interweniować, ale zostali dość brutalnie przepędzeni. Wkrótce przywieźli Stabsarzta, który nadzorował organizowanie transportu na dworcu. Dopiero on wybawił nas od niechybnej śmierci. Na tym skończyły się nasze jazdy.

POLSKI SZPITAL WOJSKOWY W ZEITHAIN

Powstanie chyliło się ku upadkowi. Rozmawiałem z Jurkiem, co będziemy robić po zakończeniu powstania. Do końca niemal nasz los był niepewny. Dopiero w końcu sierpnia przyznano powstańcom prawa kombatanckie. Gdy ogłoszono kapitulację, postanowiliśmy, że pojedziemy ze szpitalem do obozu jenieckiego. Zgłosiliśmy się do najbliższego punktu opatrunkowego przy ul. Kruczej 12.

Komendantem punktu był major dr Michał Grobelski, przed wojną kierownik kliniki ortopedycznej w Poznaniu, po kądzieli ostatni Piastowicz kujawski, pan na Kaczkowie i rodowym Gniewkowie, o czym dowiedziałem się od niego już w obozie. Dr Grobelski, po wysłuchaniu mego krótkiego curriculum vitae, powiedział: – Idź, Stasiu, do płk. dr. Leona Strehla, szefa sanitarnego Komendy Głównej AK na ul. Śniadeckich 11. On organizuje szpital, z którym pojedziemy do obozu. On potrzebuje takich spryciarzy z CWSanu (Centrum Wyszkolenia Sanitarnego – przed wojną) jak ty.

Udaliśmy się we troje do płk. Leona Strehla. Tutaj, po zameldowaniu i objaśnieniu, skąd się wziąłem w powstaniu i co do tej pory zdziałałem, płk Strehl powiedział: – Panie podchorąży, niech się pan trzyma blisko mnie. Będzie pan szefem kancelarii szpitala. – Ucieszyłem się, bo płk Strehl zrobił na mnie sympatyczne wrażenie.

Ostatnie barykady

Gdy szedłem do kwatery płk. dr. Leona Strehla, widziałem tłumy mieszkańców pędzonych przez żandarmów. Na częściowo rozebranej barykadzie już z daleka zauważyłem siedzącego na niej wynędzniałego chłopca pięcio- lub sześcioletniego, wołającego dość głośno: – Wszyscy skapitulowali… ja tylko nie skapitulowałem… – Na dowód czego potrząsał wystruganym z drewna czymś, co miało być „stenem”. Przechodzący obok płakali na ten widok i potwierdzali: – Tak synku, tak … Tylko ty nie skapitulowałeś…

W dniach od 4 do 11 X organizował się na Dworcu Towarowym transport chorych do obozów jenieckich, do Altengrabow i do Zeithain. Od płk. Strehla otrzymałem polecenie, bym zebrał 10 ochotników i na ich czele, dwoma samochodami dostarczonymi przez wehrmacht, udał się do miasta, głównie w okolice Placu Trzech Krzyży i zebrał pozostających w osamotnieniu rannych i chorych, a także byśmy z pustych już domów zebrali pościel i bieliznę dla naszych rannych.

Działaliśmy w scenerii apokaliptycznej, niespotykanej w naszych dziejach: puste milionowe miasto, palące się domy jeszcze od czasów nalotów i bombardowań, a także podpalane lub wysadzane w powietrze te, które dotychczas los uchował przed Brand und Vernichtungs Komandos. Te kolumny minerskie zgodnie z dyrektywą Hitlera miały „Warschau ausradieren …” Biegające zalęknione lub wyjące rozpaczliwie z żalu psy zostały pozostawione przez dotychczasowych opiekunów. Do tego płaczliwe zawodzenie, niezwykłe miauczenie kotów. Fruwające kanarki i papużki. Szukamy pozostałych jeszcze, zapomnianych i pozostawionych swemu losowi ludzi starych, zniedołężniałych i chorych. W ciągu dwóch dni zabraliśmy z gruzów i piwnic kilku nieszczęśliwców.

Drugiego dnia naszych poszukiwań, gdzieś na początku ulicy Nowogrodzkiej, słyszymy dość mocne uderzenia, jakby młotkiem w drewno. Gdy zdołaliśmy zlokalizować źródło tego łomotania na pierwszym piętrze, okazało się, że to jakaś nieszczęsna staruszka, może sześćdziesięcioletnia. Otóż ta staruszka mocowała się już kilka godzin, by wyjąć z drzwi zamek Yale, taki nowoczesny automatyczny. Bez niego nie opuści mieszkania, bo gdzie potem taki dobry zamek kupi i za co? Musieliśmy zamek ten wyrąbać tasakiem kuchennym i dopiero wtedy pani ta dała się namówić, by z nami pójść do szpitala.

Zadanie wykonywaliśmy przez pierwsze dwa dni bez zakłóceń, natomiast trzeciego dnia, gdy przechodziliśmy przez Plac Trzech Krzyży, zostaliśmy zatrzymani przez esesmanów i po krótkim przesłuchaniu zapędzeni do rozbierania barykad. Marne były widoki na ucieczkę. Esesmanów było kilkunastu i dobrze przyglądali się pracującym, których prócz nas było około trzydziestu – czterdziestu. Wkrótce zauważyliśmy, że co jakiś czas esesmani, wszyscy dobrze podpici, wybierają po kilku pracujących, idą z nimi gdzieś w gruzy, a po chwili słychać salwy z „peemów”. Nie mieliśmy wątpliwości, że po wykonaniu „zadania” zostaniemy także zlikwidowani. „Nasi” Niemcy, to jest kierowcy, skoro ich interwencja nie odniosła skutku i zostali dość brutalnie przepędzeni, przywieźli wkrótce Stabsarzta, który nadzorował organizowanie transportu na dworcu. Ten lekarz i oficer dość energicznie argumentował i wreszcie udało mu się nas wybawić od niechybnej śmierci. Na tym skończyły się nasze jazdy.

2 września 1944 r. ustały działania bojowe w powstańczej Warszawie. Szef sanitarny Komendy Głównej AK, płk dr Leon Strehl, po otrzymaniu dyrektyw od władz sanitarnych wehrmachtu, zwołał 3 X na odprawę wszystkich komendantów szpitali i punktów sanitarnych. Przekazał im do wykonania następujące zadania dotyczące transportów:

1. Ciężko rannych i chorych, jak również niedołężnych i starców spośród ludności cywilnej, skierować, używając do tego własnego transportu, do Szpitala Dzieciątka Jezus oraz do punktów przyjęć, mieszczących się obok I Wojskowego Szpitala Okręgowego przy ul. Nowowiejskiej i przy skrzyżowaniu ulic Chłodnej i Żelaznej. Tam mają przejąć nad nimi opiekę delegaci RGO oraz władze cywilnej administracji niemieckiej.

2. Nie nadających się do ewakuacji skierować do szpitala PCK przy ul. Jaworzyńskiej. Na 4 X zorganizować przewiezienie ciężko rannych oficerów i szeregowców w liczbie 500. Powinni oni być dostarczeni do następujących punktów zbiorczych: z części południowej Śródmieścia do punktu obok I Wojskowego Szpitala Okręgowego, zaś z części północnej na plac przed Dworcem Głównym. Na 10 rannych odkomenderować jedną pielęgniarkę lub sanitariuszkę, a na 30 rannych jednego lekarza. Środki transportu dostarczy sanitariat wehrmachtu.

3. Pozostałych rannych grupować w tych większych szpitalach, do których istnieje względnie łatwy dojazd samochodem. „Przeczesać” opuszczony przez ludność cywilną teren, zwłaszcza piwnice i schrony, w celu wyszukania opuszczonych rannych i osób niedołężnych. Przygotować dla nich środki transportu na 7 i 8 X. Każdy ewakuowany musi posiadać wyposażenie osobiste: bieliznę i pościel. Wraz z rannymi należy wywieźć wszystkie instrumenty medyczne, leki, środki opatrunkowe i żywność. W docelowym miejscu władze niemieckie zapewniają bowiem jeńcom jedynie żywność.

4. Zarząd Główny i Zarząd Okręgu Warszawskiego PCK oraz szpital PCK pozostają na miejscu, prowadząc nadal szpitale własne oraz niektóre wojskowe. Będzie się tam gromadzić pozostałych rannych i chorych cywilnych oraz powstańców odnalezionych po wyjeździe transportów wojskowych.

5. Komendy poszczególnych transportów ewakuacyjnych: transport 4 X, komendant mjr dr Szczepan Wacek, jego zastępca dr Józef Konarski. Transport 7 X, komendant por. lek. Stanisław Bayer, jego zastępca ppor. lek. Longin Dolny. Transportem 8 X wyjedzie cała polska komenda z płk. dr. Leonem Strehlem i ppłk. dr. Tadeuszem Bętkowskim wraz z pozostałymi lekarzami. Zgodnie z postanowieniami Konwencji Genewskiej lekarzom może towarzyszyć najbliższa rodzina.

6. Przed wyjazdem komendanci szpitali muszą przygotować listy:

a) chorych i rannych,

b) lekarzy i ich rodzin,

c) pozostałego personelu.

W odniesieniu do personelu należy przeprowadzić rekrutację ochotniczą uciekając się w ostateczności do przymusu. Wszyscy ranni i personel powinni posiadać legitymacje AK, personel zaś dodatkowo ostemplowane i numerowane opaski PCK oraz zaświadczenia w języku polskim i niemieckim. Opaski i zaświadczenia będzie wydawać Zarząd Okręgu Warszawskiego PCK.

7. Całą dokumentację dotyczącą zmarłych, poległych, chorych i rannych wraz z ewentualnymi depozytami przekazać do PCK.

8. Przez lekarzy naczelnych według złożonych imiennych list należy rannym, chorym i personelowi wypłacić żołd w wysokości 3000 zł + 7 dolarów.

Wszystkie postawione przez dr. L. Strehla zadania zostały wykonane. Władze niemieckie dotrzymały warunków umowy kapitulacyjnej. W wyznaczonych punktach Niemcy dostarczyli odpowiedniej ilości środków transportu samochodowego. Na Dworcu Towarowym był podstawiony pociąg ewakuacyjny. Stabsarzt, który nadzorował transport, nawoływał, by z Warszawy zabierać wszystko, co się może przydać w szpitalu, gdyż nie należy liczyć na to, co w obozie dadzą władze obozowe.

Dzięki temu, że wszyscy wykonali zadania na celująco, szpital miał dobrze wyposażoną salę operacyjną, aptekę, sale opatrunkowe, aparat RTG, laboratorium, warsztaty (techniki medycznej, szewski, krawiecki), a także kuchnię.

Pierwszy transport z komendantem dr Szczepanem Wackiem został skierowany do Stalagu XI w Altengrabow. Drugi transport wyruszył 7 X 1944 r., ale został przez gestapo i SS skierowany do obozu koncentracyjnego w Radogoszczy pod Łodzią. Dzięki usilnym staraniom dr. St. Bayera i dr. Longina Dolnego u władz sanitarnych wehrmachtu, po dwóch dniach pobytu w Radogoszczy transport skierowano do Zeithain. W czasie przewożenia rannych z pociągu do obozu w Radogoszczy, a następnie na dworzec, ludność Łodzi entuzjastycznie witała powstańców kwiatami i obdarowywała paczkami żywnościowymi, mimo zakazów żandarmów grożących użyciem broni. Transport przybył do Zeithain 14 X 1944 r. Drugi transport skierowany do Zeithain odjechał z Warszawy dopiero 11 X i przybył tam 13 X 1944.

Przyjazd do obozu

Odległość od stacji kolejowej Jacobsthal do obozu wynosiła około 2 km. W przenoszeniu chorych i rannych pomagali nam Włosi. Przed wejściem do obozu wszystkie bagaże były rewidowane, a każdy był poddawany wstępnemu przesłuchaniu przez hauptmanna Abwehry o nazwisku Stachel. Podstawowe pytanie dotyczyło nazwiska. Zgodnie z warunkami kapitulacji każdy powstaniec powinien w obozie występować pod własnym, prawdziwym nazwiskiem, a nie przybranym (fałszywym !). Gdy więc mój przyjaciel Jurek Wilk podał swe nazwisko, hauptmann Stachel żachnął się i rzekł: – Proszę podać swe prawdziwe nazwisko. Wilk to przecież pseudonim. Co drugi polski partyzant to jest wilk, żbik albo ryś. – Następnie zwrócił się do mnie: – A jak pan się nazywa? – Stanisław Kowalski – odpowiedziałem. – Proszę, to jest prawdziwe polskie nazwisko – orzekł hauptmann Stachel.

Chorych z dworca w Jacobsthal do obozu na odległość około 3 km pomagali nosić Włosi. Byli to ci żołnierze, którzy po przewrocie marszałka Badoglio nie chcieli złożyć przysięgi na wierność führerowi lub partyzanci włoscy. Żal było patrzeć na ich marną kondycję. Mając z przydziału kilkaset papierosów połowę chyba rozdałem tym biedakom …

Padał deszcz i przyjmowanie rannych do obozu przeciągało się. Pani dr Janina Krzyżanowska poszła interweniować do hauptmanna Stachela, by przyspieszył tempo przyjmowania, bo ranni mokną. Gdy tempo nie zostało przyspieszone, pani doktor pobiegła ponownie do hauptmanna i zbeształa go tak skutecznie, że zaniemówił. Wcześniej nikt chyba tak nie beształ niemieckiego oficera. Po dłuższej chwili istotnie zrezygnował z dokładnej kontroli i przesłuchiwań. Przyjmowanie ruszyło raźniej.

Polski Szpital Wojskowy w Zeithain – pierwsza nazwa: Szpital jeńców AK i internowanych w Zeithain – był częścią obozu jenieckiego 304 N Stammlager IV B Reserve Lazarett Zeithain. Komendantem obozu-szpitala był oberstabsarzt Lücke, a „opiekunem” polskiego szpitala stabsarzt Hoeffner. Na szpital Niemcy przeznaczyli 25 baraków, z których każdy mógł pomieścić na piętrowych pryczach 60-70 jeńców. Baraki były mocno zapluskwione, zimą słabo ogrzane. Wodę dla celów spożywczych i sanitarnych trzeba było nosić ze studni. Nieczystości z baraków rannych i chorych wynosili sanitariusze w tzw. kiblach (dużych wiadrach) do latryn. Pralnię i kuchnię wybudowała kolumna robocza pod kierunkiem mgr. Jana Knihnickiego-Sawczaka i Ludwika Lipeckiego-Stawa.

Po przybyciu do obozu płk dr L. Strehl wydał odpowiednie rozkazy organizacyjne i dotyczące spraw porządkowych. Naczelnym chirurgiem szpitala mianowany został ppłk dr Tadeusz Bętkowski, a mjr dr Michał Grobelski konsultantem ortopedą. Wyżywienie składało się z trzech posiłków dziennie. Rano kawa i chleb: porcja na cały dzień 300 gramów, margaryna lub mała kostka masła i plasterek wątrobianki. Obiad składał się z zupy brukwiowej z dodatkiem 2-3 małych ziemniaków i małej kostki mięsa. Kolacja: herbata ziołowa, marmolada, margaryna.

W szpitalu w Zeithain przebywało od 13 X 1944 do 11 VIII 1945 łącznie 1572 chorych, rannych, internowanych i personelu (862 mężczyzn i 710 kobiet). Według głównej księgi chorych przebywało w tym czasie 1029 rannych i chorych (772 mężczyzn i 257 kobiet). Z przeglądu materiału chorych wynika, że przeważały rany postrzałowe. Duża była także liczba złamań wskutek ciężkich ran postrzałowych, np. z czołgu lub wskutek bombardowania albo działania min powietrznych i granatów. Chorzy byli dobrze dobrani do transportów ewakuacyjnych. W jednym tylko transporcie odnotowano dwa zgony w obozie w Radogoszczy. W grupie rannych było 29 zgonów spowodowanych ropowicami i posocznicą, głównie u rannych amputowanych (uda). Sześć zgonów wśród personelu u osób starszych z niedomogami krążenia.

Leczenie rannych to chirurgiczne opracowanie: przemywanie ran i jałowe opatrunki. Duże uznanie zyskała u chirurgów szpitala metoda podana przez ppłk. dr. T. Bętkowskiego przemywania ran 3% roztworem dwuwęglanu sodu. Jak się okazało, ten roztwór skutecznie zmieniał niekorzystny odczyn kwaśny środowiska na zasadowy.

Zabiegi operacyjne były wykonywane na sali operacyjnej, której urządzenie przywieziono z Warszawy. Jak na warunki drewnianego baraku, sala operacyjna była wzorowo czysta i nie było przypadku powikłania wskutek niedostatecznej jałowości operacji. Gojenie ran u wyczerpanych w powstaniu żołnierzy, a następnie głodzonych jeńców, przebiegało źle. Brzegi ran się nie zrastały, nie tworzyła się ziarnina, nie zamykały się przetoki. Szczególnie trudno goiły się rozległe rany kostne, złamania postrzałowe i rany po granatach i minach. Paczki Czerwonego Krzyża, które nadeszły w połowie grudnia 1944 r., zawierające konserwy, masło, mleko skondensowane, czekoladę, a także przekazywane do kuchni: ryż, mąka i konserwy – w bardzo krótkim czasie poprawiły kondycję rannych i spowodowały, że rany dotąd się nie gojące, zaczęły się pomyślnie goić. Ciekawie rozwiązali dożywianie naszych rannych kwatermistrzowie szpitala po wyzwoleniu obozu. Przypędzili do tzw. przedobozia kilkanaście krów z majątku ziemskiego najbliższego grafa, urządzili oborę i odtąd do wyjazdu do kraju ranni mieli codziennie świeże mleko, rosoły i świeże mięso. Nasi ranni nie tylko dobrze się odtąd „goili”, ale i przybierali na wadze.

Następujący lekarze pracowali na oddziałach chirurgicznych: Wacław Sitkowski, Bogdan Hoffman, Jan Nowicki, Janusz Górski, Jan Sitkiewicz, Władysław Klonowski, Zygmunt Kujawski, Jerzy Kaczyński, Hedda Górzowa, Henryka Czajkowska, Paweł Suchy, Stanisław Bayer, Stanisław Hoszowski, Stefan Grochowski, Kazimierz Dzik, Janina Krzyżanowska, Adam Pacyński, Michał Grobelski, Stanisław Rusiniak, Mirosław Vitali, Tadeusz Bętkowski, Mieczysław Zapolski, Zbigniewa Sikorska, Edward Komar, Romuald Ławrynowicz, Florian Nowacki, Zygmunt Zieliński, Wacław Gałecki, laryngolodzy: Tadeusz Gerwel i Marian Kwiatkowski, okulista: Zdzisław Januszewski, chirurg stomatolog: doc. dr Witold Cybulski, interniści: doc. dr Stanisław Manczarski (lek. rządowy), Bolesław Bartenbach, Michał Jagodowski, Roman Górecki, Marian Morawski, Stanisław Gerlecki, Jan Payerbrune, dermatolodzy: Andrzej Rusin, Longin Dolny, radiolodzy: Marian Mroczkowski, Kazimierz Bonk, lekarz obozu – personelu: Jan Durko, laboratorium analityczne: Bogdan Hoffman i Czesław Gerwel, apteka: Witold Połomski, Stanisław Wiśniewski, Jadwiga Józefkowicz, Mieczysław Zieliński, ambulatorium stomatologiczne: Krystyna Sutorowska, Maria Vitali i Paweł Wiśnicki, oddział ginekologiczno-położniczy: Zdzisław Sutorowski, medycy: Antoni Aroński, Ryszard Duliński, Mirosław Ferster, Stanisław Kowalski (Iwankiewicz), Zbigniew Solek, Wacław Sitkowski.

Egzamin medyków

Ustaloną obsadę szpitala musiał zatwierdzić oberstabsarzt Lücke. Uznał on liczbę medyków około 20 za podejrzanie dużą. Ponieważ tylko część z nich miała odpowiednie zaświadczenia, Lücke, nie uznający studiów konspiracyjnych, zarządził dla wszystkich egzamin sprawdzający. Prawdą jest, że wśród medyków posiadających zaświadczenia byli tacy, którzy medycyny nie studiowali. Egzamin odbył się w połowie listopada 1944 r. Wszystkich egzaminowanych ustawiono w szeregu przed komisją w składzie: oberstabsarzt Lücke, stabsarzt Hoeffner, hauptmann Stachel i trzej podoficerowie. Stabsarzt Hoeffner zadawał każdemu trzy pytania z anatomii. Jeśli pytany odpowiedział dobrze, zostawał uznany za medyka i otrzymywał zaświadczenie zaliczające go do pracowników służby zdrowia i upoważniające go zgodnie z Konwencją Genewską do pracy przy chorych i rannych. Osoby, które nie zdały egzaminu, miały być przekazane do stalagu zwykłego. Jednym z tych, którzy nie zaliczyli egzaminu, był pchor. Andrzej Sołtyński, posiadający zaświadczenie, że jest studentem III roku stomatologii (nie wiedział, jak się nazywa żuchwa po łacinie ?!). W rzeczywistości był on studentem tajnej Politechniki Warszawskiej, a po wojnie został profesorem na politechnice.

Ja otrzymałem trzy pytania. Pierwsze: – jak po łacinie nazywa się głowa? Odpowiedziałem dobrze – caput. Drugie: – jak się nazywa język? Odpowiedź: – lingua. Też dobrze. Trzecie: – jak się nazywa mięsień dwugłowy ramienia? Musculus biceps – też dobrze. Ale tutaj wystąpił oberstabsarzt Lücke do stabsarzta Hoeffnera: – Niech mu pan da jeszcze jedno, trudniejsze pytanie, bo te dotychczasowe były za łatwe. Na to Hoeffner odpowiedział: – Niemiecki oficer powiedział, że trzy pytania i kto odpowie dobrze, zostaje w szpitalu. Wobec tego należy dotrzymać danego słowa. – Stanowisko Hoeffnera podtrzymał hauptmann Stachel, gdyż Lücke nawet u nich nie cieszył się sympatią. Ci, co nie zdali egzaminu, pomimo groźnych zapowiedzi Niemców pełnili różne funkcje w szpitalu dzięki dyplomatycznym staraniom płk dr. L. Strehla.

W szpitalu pracowało 55 pielęgniarek dyplomowanych, 60 sanitariuszek i 61 osób personelu gospodarczego. Siostra przełożona: Jadwiga Kondracka-Bayer, zastępczynie siostry przełożonej: Halina Mazaraki i Irena Pniewska. Szpital miał własne warsztaty: krawiecki, szewski, techniki medycznej. Pralnia pracowała w bardzo trudnych warunkach.

W obozie urodziło się 11 zdrowych dzieci. Jako pierwszy na świat przyszedł Michał Radosław Kujawski. Pozostałe noworodki to: Janusz Gryczka, Anna Januszkiewicz-Markiewicz, Maria Ewa Kaczyńska, Anna Karpowicz, Magdalena Konwerska, (brak imienia) Kossowski, Elżbieta Kozioł, Jan Venulet, Andrzej Krzysztof Wiśnicki, Joanna Danuta Nawrocka.

W okresie od 31 X 1944 do 14 IV 1945 r. w transportach przekazano do stalagów i fabryk 610 osób spośród chorych i personelu. Proponowani do transportu ozdrowieńcy stawali przed komisją lekarską, składającą się z polskich lekarzy orzekających o stanie zdrowia i ustalających ewentualną grupę inwalidzką (g – gesund – zdrowy; dfg – dienstfähig – zdolny do służby; LA – Leichte Arbeit – lekka praca, np. po 4 tygodniach następne badanie; dunfg – dienstunfähig – niezdolny do służby). Orzeczenia były zatwierdzane przez stabsarzta Hoeffnera. Każdy stający przed komisją otrzymywał zaświadczenie o pobycie w szpitalu oraz orzeczenie lekarskie zgodne z polskim orzeczeniem wojskowym. Po uwolnieniu obozu do kraju wysłano w transportach kolejowych lub konnych ponad 600 rannych i personelu, a 152 osoby udały się na zachód.

Działalność kulturalna, duszpasterska, sportowa była podporządkowana hasłu: „Głowa do góry”. Życie w szpitalu w Zeithain układało się inaczej niż w innych obozach jenieckich. Mimo dramatycznych, a nawet tragicznych zdarzeń, które miały miejsce w czasie siedmiu miesięcy niewoli, było urozmaicone przez sam fakt pobytu w nim kobiet.

Lücke i spódniczki

Komendant obozu, oberstabsarzt Lücke, przeżył podobno szok, gdy zobaczył, że „jego jeńcami” są kobiety. Kiedyś, chyba w grudniu 1944 r., wydał polecenie płk. L. Strehlowi, żeby od dnia następnego wszystkie kobiety nosiły spódniczki, a nie spodnie, bo często żołnierze niemieccy kontrolujący: „Co się dzieje w polskim szpitalu” – mają trudności w rozpoznaniu „Kto jest kto …” Trzeba wyjaśnić, że w czasie powstania większość dziewcząt i kobiet nosiła spodnie, lepiej chroniące ciało od kurzu w czasie bombardowania. To polecenie Lückego płk Strehl w odpowiedzi na piśmie uznał za niezrozumiałe i nie mające podstaw w Konwencji Genewskiej dotyczącej jeńców wojennych. Natomiast wszystkie nasze panie „jak jeden mąż”, nawet te, które do tej pory nosiły spódniczki, nałożyły spodnie i zaczęły demonstracyjnie przechadzać się głównymi alejkami: Aleją Jerozolimską i Aleją Sikorskiego.

Gdy Lücke, zawiadomiony o tej demonstracji, przyszedł do obozu – co prawda nie wszedł, tylko chodził wokół drutów obozowych – o mało go „szlag nie trafił”. W najwyższym zdenerwowaniu, nie kontrolując siebie, zaczął „dla postrachu” strzelać nad głowami demonstrantek ze swej „piątki”. Zapowiedział w nowym piśmie do płk. L. Strehla, że jeśli „jego” jeńcy nie wykonają wiadomego polecenia, to od dnia następnego wstrzyma dla wszystkich Polaków dostawę żywności. Ponieważ nasze panie nie posłuchały pana komendanta, więc istotnie dostawę żywności wstrzymano. Płk L. Strehl zażądał widzenia się z Lückem, by mu oznajmić, że zostanie o tym nieludzkim postępku zawiadomiony Międzynarodowy Czerwony Krzyż. To widocznie poskutkowało, bo dostawy żywności wznowiono. Ale Lücke, może dla ukarania nas, nie pokazał się od tej pory ani w szpitalu, ani przy drutach. Mieliśmy więc od niego spokój.

Pierwsze paczki otrzymaliśmy 15 XII, więc Wigilia była radośniejsza. Podobnie wypadł Sylwester urządzony w baraku nr 3, w którym funkcję komendanta pełnił Jerzy Wilk, a który był zajmowany przez personel sanitarno-administracyjny. Scenerię karczmy żydowskiej opracowali Jerzy Wilk i Maciej Piechotka. Stroje były różne, od fraków po egzotyczne hinduskie i polskie ludowe, przywiezione dla teatru z Warszawy. Zaproszone panie wystąpiły w sukniach z dekoltami, pantoflach na wysokich obcasach. Znakomity bufet, już z paczek PCK, przygotował Alojzy Świerczewski, warszawski barman. Były pieśni wojskowe, powstańcze, patriotyczne. Życzenia, abyśmy w zdrowiu dożyli wolności. Niezapomniany Sylwester.

Od samego niemal początku rozpoczął działalność chór mieszany pod kierownictwem byłego kapelmistrza marynarki wojennej kpt. Aleksandra Dulina. W krótkim czasie rozwinął działalność chór rewelersów Henryka Szachnowskiego. Również w pierwszych tygodniach zorganizował się teatrzyk i kabaret, którego animatorem był Zdzisław Sutorowski. Występowali w nim: Jadwiga Kondracka-Bayer, Aleksandra Bukowska, Zofia Knapik, Ziemowit Karpiński, Jerzy Komorowski, Eugeniusz Stawierski, Mieczysław Milecki. Teksty pisali Ewa Szumańska, Zdzisław Sutorowski i Ziemowit Karpiński. W okresie Bożego Narodzenia kabaret wystawił jasełka o aktualnej powstaniowej i obozowej treści. Herodem był Hitler, a diabłami esesmani. Oficjalny tekst przedstawienia, zatwierdzony przez oficera Abwehry hauptmanna Stachela, był oczywiście niewinny. Podoficerowie niemieccy, którzy przyszli obejrzeć jasełka, z wypiekami na twarzy oglądali przedstawienie do końca. Lojalnie nie interweniowali i nie donieśli na to, czego byli widzami.

Wieczory poświęcone poezji organizowała znana aktorka Halina Cieszkowska. Kapelanem obozu był ksiądz Albin Jakubczak. Wystrój kaplicy, witraże, a także monstrancja z puszek po konserwach, były dziełem Zofii Wasilewskiej, Jerzego Wilka i Macieja Piechotki. Ksiądz kapelan udzielił w obozie kilku ślubów, ochrzcił jedenaścioro dzieci i odprowadził na wieczny spoczynek wszystkich zmarłych.

Uwaga na Kowalskiego!

Nasza kancelaria szpitalna miała za sąsiadów, przez drewnianą, nie bardzo szczelną ścianę, dyżurkę podoficerów i żołnierzy niemieckich, którzy sprawowali „opiekę” nad naszym obozem. Niemcy rozpoczynali dyżur o 8.00 rano i kończyli o 15.00. Potem wpadali czasem dla dokonania nagłej rewizji lub tylko dodatkowego „przeglądu”. Od 15.00 do 8.00 rano czuwali na wieżach strażnicy z reflektorami i karabinami maszynowymi. Ponieważ ta dzieląca nas ściana przepuszczała głos, postanowiłem to wykorzystać, o czym zameldowałem pułkownikowi Strehlowi i co on zaakceptował – mieliśmy podsłuchiwać Niemców i dowiedzieć się, o czym też oni rozmawiają. Nasi fachowcy od akustyki wykonali mi odpowiedni prosty aparat, który ułatwiał to zadanie.

Pewnego dnia, gdy przyszedł nowy żołnierz, wachtmeister Holz pouczał go o czekających na niego obowiązkach, a następnie rzekł: – W końcu chciałem zwrócić twoją uwagę na tego podoficera, szefa kancelarii, Kowalskiego. To dziwne. Jest kapralem podchorążym, a często jego gońcami są oficerowie. Wprawdzie są to kobiety, ale przecież to jest wbrew jakiemuś przyjętemu porządkowi i dyscyplinie wojskowej. Jak by nie było … – To nie mogło „przejść przez głowę” niemieckiemu żołnierzowi. Istotnie, zdarzało się, że „zawiadomienia obiegiem” roznosiły panie w randze podporucznika, panna Janina Retingerówna, podobno córka członka rządu naszego w Londynie, i panna ppor. Irena Polkowska, córka pani Polkowskiej, która miała opinię omni potens i omni sciens – „wszystko mogącej i wszystko wiedzącej”. Robiły to chętnie, bo nie miały innego zajęcia jako rekonwalescentki ranne w powstaniu. Moim stałym gońcem był Andrzej Nowicki, młodzieniec szesnastoletni, syn mistrza krawieckiego, dbającego starannie o to, by nasze mundury były bez zarzutu, całe i wyprasowane.

Prima Aprilis

Sanitariuszki pod komendą Oleńki Bukowskiej, przez całą noc poprzedzającą 1 IV, przygotowały setki, a może tysiące wielobarwnych kwiatków z włóczki i bibuły i nad ranem przyozdobiły nimi gałązki wierzb przy Alejach Jerozolimskich i Alei Sikorskiego, dwóch głównych alejkach obozu. Niemcy z Lagerkomando przybiegli patrzeć i podziwiać, co też Polakom przyszło do głowy. Na pytanie jednego z nich, kiedy u nich też zakwitną wierzby, Oleńka Bukowska odpowiedziała, że jak Hitler zakwitnie. „Nasi” podoficerowie niemieccy ucinali gałązki i chowali „za pazuchę”, by pokazać w swoich domach kwiatki na wierzbie.

Dyngus

W 1945 wypadł on 1 kwietnia, było więc nowe zamieszanie wywołane powszechnym laniem wody według zasady „każdy każdego”. Lano się całymi kubłami w barakach i poza nimi. Strażnik na wieżyczce obok baraku 3 sądząc, że wybuchł pożar, wezwał straż obozową – Włochów, którzy przyciągnęli pompę. Tych dzielnych strażaków nasi chłopcy obficie zlali wodą z motopompy. Przybyły z odsieczą wachtmeister Holz groził, że będzie strzelać, ale i jego obficie polano wodą, a potem suszono i pojono kawą.

Sprawa bardzo delikatna …

Pewnego razu, może na początku grudnia 1944 r., podoficer Holz, ten z Abwehry, zagadnął mnie: – Panie podchorąży, czy nie wydaje się panu, że ten radiolog dr B. jest bardzo podobny do Żyda … ? – Ja odpaliłem Holzowi: – A wie pan, że jak patrzę na naszego komendanta obozu oberstabsarzta Lückego, to odnoszę to samo wrażenie … . – Na to Holz wyraźnie skonfundowany i pospiesznie: – Panie podchorąży, tej rozmowy nie było! – Oczywiście, zarówno wśród personelu jak i rannych i chorych było wielu biedaków, obywateli polskich żydowskiego pochodzenia, których los oszczędził i udało im się uchować i dostać do naszego szpitala. Prawie wszyscy przed wyjściem z Warszawy dostali stopnie oficerskie, czasem mimo bardzo młodego wieku, aby mogli pójść do oflagów.

Wizyta delegacji Czerwonego Krzyża z Genewy

We wtorek po świętach wielkanocnych odbyła się w szpitalu „wizyta” delegacji Czerwonego Krzyża z Genewy. Doktor Zdzisław Sutorowski, Zofia Knapik i Ziemowit Karpiński, jak na aktorów przystało, byli odpowiednio przebrani i ucharakteryzowani: kapelusze, meloniki, sakpalta, pani – futro. Pokazali się nagle w środku szpitala, prosząc podoficera Niemca, by zawiadomił stabsarzta Hoeffnera, że czekają na niego w kancelarii szpitala. Stabsarzt Hoeffner przyszedł zdyszany, a był dość korpulentny, i sumitował się, że nie był poinformowany o wizycie i że zawiadomi zaraz oberstabsarzta Lückego. Delegacja dała sobie przez dłuższy czas opowiadać o szpitalu, a na ponowne zapewnienie, że oberstabsarzt Lücke zaraz przyjdzie, delegacja oświadczyła, że Lücke nic nowego do sprawy nie wniesie, bo oni są tylko sfingowaną delegacją. Stabsarzt Hoeffner, który niejednokrotnie wykazał się życzliwym stosunkiem do naszego szpitala, uśmiał się tylko i podziwiał kunszt inscenizacji.

Działalność sportowa

Oprócz gimnastyki, uprawianej przez większość pracowników szpitala, rozgrywano mecze siatkówki – siatka wykonana z sienników, o co była awantura ze strony Niemców – a w świetlicy mecze ping-ponga. Do uprawiania lekkiej atletyki nie było warunków i za mało miejsca. Działalność kulturalno-rozrywkowa, chóry, kabaret, recytacje, koncerty i inne wyżej opisane, miały na celu podniesienie ducha. Trzeba podkreślić, że powstańcy nie wychodzili z Warszawy z opuszczonymi głowami. Po przyjeździe do Zeithain zabrali się żwawo do wykonywania obowiązków wynikających z rozkazów pułkownika L. Strehla. I wykonywali to dosłownie i w przenośni śpiewająco. Stabsarzt Hoeffner stwierdził kiedyś w rozmowie ze mną, że nas podziwia, gdyż spodziewał się przegranych, a zobaczył zahartowanych żołnierzy, z głową uniesioną do góry.

Ucieczki

W pierwszej ucieczce w dniu 15 XII 1944 r. brało udział trzech rannych ozdrowieńców: Zbigniew Milczarski, Ryszard Pańczyk i Wacław Tomasik. W następnej, w dniu 20 XII, Andrzej Jakubiec i Kazimierz Matuszewski.

Na szczególne omówienie zasługuje brawurowa ucieczka chorej M. K. z oddziału psychiatrycznego w dniu 20 II 1945 r., która była częściowo udana. Chora ta została ujęta przez żandarmerię w miasteczku Riesa, odległym od obozu o kilkanaście kilometrów. Doprowadzona do komendanta obozu stwierdziła w czasie przesłuchania: – Zauważyłam, że nad ranem, około 5., reflektor zwykle omiatający teren jest nieruchomy od dłuższego czasu. Wyciągnęłam wniosek, że strażnik śpi. Wobec tego, że jak mówią „pod latarnią bywa najciemniej”, przeszłam przez oba płoty pod wieżyczką obok baraku nr 3.

Chorej nie ukarano (strażnika tak !) i zalecono, aby na noc odbierano jej ubranie i podawano luminal. Wkrótce się okazało, że była ona na tyle przebiegła, że „zaoszczędzonym” luminalem poczęstowała sanitariuszkę, podając jej kawę. Gdy ta usnęła, nałożyła jej ubranie i ponownie w ten sam sposób przedostała się przez druty. Tym razem została ujęta jeszcze na terenie obozu.

Psy w obozie jenieckim?

Wychodząc z Warszawy po kapitulacji właściciele psów, kotów i innego żywego inwentarza, z którym dzielili los niszczonego miasta, mieli nie lada problem: co zrobić z ulubionymi zwierzętami, przyjacielami przecież … Małe psy lub koty można było „od biedy” przeszmuglować w plecakach, ale duże psy… Jeżdżąc po 3 X z kolegami w ciężarówkach prowadzonych przez żołnierzy wehrmachtu, zwożąc do pociągu, którym mieliśmy jechać do obozu jenieckiego, tych, co nie zdążyli wyjść z miasta w kolumnach, ludzi często bardzo starych i chorych lub zniedołężniałych, widziałem wiele wałęsających się bezpańskich psów, kotów, fruwające papugi i kanarki.

Nasi lekarze przemycili do pociągu kilkanaście psów. Gorzej było przemycić je do obozu, bo kapitan Abwehry, Stachel, i jego ekipa każdego przepytywali o krótki życiorys, czy nie występuje się pod obcym nazwiskiem itd. i rewidowali bagaże. Okazało się jednak po paru dniach od przybycia do obozu w Zeithain, że wszystkie czworonogi przedostały się przez kontrolę szczęśliwie i w najlepsze zaczęły spacerować po terenie szpitala.

Przez parę tygodni był spokój, ale przecież nie mogło ujść uwagi kontrolujących żołnierzy niemieckich, co się w obozie zwykłego lub raczej niezwykłego dzieje, że bezkarnie spacerują psy. Gdy wiadomość o tej „bezczelności” dotarła do komendanta obozu oberstabsarzta Lückego, ten wydał rozkaz usunięcia psów ze szpitala. Żałosne i smutne było pożegnanie, gdy Niemcy zabierali ukochane zwierzaki. Podpułkownik dr Tadeusz Bętkowski, naczelny chirurg szpitala, miał wspaniałego brunatnego setera, pieszczocha obojga państwa Bętkowskich. Pani Danuta Bętkowska, podobnie jak prawie wszyscy, płakała. Wiadomo było, że psy zostaną gdzieś w lesie zastrzelone. Jakież było zdumienie wszystkich i nieopisana radość państwa Bętkowskich, gdy jeszcze tego samego wieczora seter wrócił i sam, pod drutami, przedostał się do obozu. Jednakże z radości machając tylko ogonem, nie szczekając, jakby wiedział, że w tej sytuacji bezpieczniej jest cicho siedzieć. Jak to się stało, że ten jeden pies wrócił? Czy został ułaskawiony, czy sam uciekł? Czy może uwzględniono, że podpułkownik dr T. Bętkowski jako naczelny chirurg, popularnie zwany „tatą” za dobre serce, choć język czasem – jak przystało na chirurga lat przedwojennych i wojskowych – był bardzo ostry i słowa dosadne … Uczyniono wyjątek? Chyba nie komendant Lücke … Ale seter od tego dnia chował się pod pryczę, gdy tylko poczuł zapach munduru niemieckiego, a węch miał bardzo dobry i chował się już wtedy, gdy żołnierze wchodzili do naszego szpitala. Seter wrócił do Polski z naszym szpitalem w sierpniu 1945 r.

Paczki Czerwonego Krzyża

Pierwszy transport paczek Międzynarodowego Czerwonego Krzyża przyszedł do szpitala 15 XII 1944 r. Każdy jeniec otrzymał paczkę pięciokilogramową, zawierającą konserwy mięsne, masło, mleko skondensowane, czekoladę, biszkopty, kawę i przybory toaletowe. Następnie było jeszcze kilka mniejszych przydziałów, a w połowie marca zamiast obiecanych mundurów przyszedł transport szalików i … kalesonów. Podobno wagony z mundurami uległy rozbiciu w czasie znanych nalotów na Drezno.

Okazało się, że z kalesonów można uszyć zgrabne bluzki, a szaliki były materiałem na spódniczki. Po kilku dniach większość pielęgniarek i sanitariuszek paradowała w mundurkach ŕ la Zeithain 45. Oprócz paczek indywidualnych PCK przysyłało do kuchni ryż, mąkę, konserwy i masło.

Ostrzelanie baraków (w relacji Jerzego Wilka)

Staś (Stanisław Kowalski-Iwankiewicz), poza pełnieniem funkcji szefa kancelarii szpitala, prowadził naukę języka niemieckiego wśród żołnierzy naszego baraku. Tego dnia, 6 III 1945 r., siedział przy stole tuż „za celtą” oddzielającą część oficerską od żołnierskiej. Jego uczniem był tym razem jeden z trzech braci Zdanowskich, który siedział naprzeciw Stasia. Słyszałem wyraźnie pytania i odpowiedzi. Słyszałem, jak Staś polecił Zdanowskiemu odmieniać: – Zostałem postrzelony przez posterunek. – Ten powtórzył odmianę w pierwszej osobie, a gdy zaczął: – Du bist … – padł strzał. Odebrałem go raczej jak uderzenie kijem w dach baraku niż strzał. Ktoś krzyknął, światło zgasło po obu stronach „celty”. Skoczyłem na tamtą stronę, już zapalono świeczki. Staś siedział skurczony uciskając prawą dłonią swe lewe ramię, dość mocno zakrwawione. Zdanowski trzymał przed sobą lewą dłoń, zakrwawioną i pozbawioną paliczka środkowego palca. Rannym udzielono natychmiast pomocy. Staś miał powierzchowną ranę mięśni lewego ramienia. Zdanowski stracił paliczek, następnie pocisk zatrzymał się na jego obojczyku.

W następnym tygodniu, w dniu 12 III, padł ponownie strzał z wieżyczki koło baraku nr 3. Tym razem sanitariuszka w baraku nr 18, Krystyna Nogaj (Zenkteller) została trafiona śmiertelnie wprost w serce. Zginęła w przeddzień swych imienin, tego dnia, w którym jej mąż w obozie jenieckim Mühlberg, oddalonym od naszego obozu o kilkanaście kilometrów zaledwie, myślał o dniu następnym – imienin swej ukochanej i sądził, że teraz w szpitalu jenieckim nic jej nie grozi. Pogrzeb Krystyny Nogaj poprzedziła manifestacja całego obozu. Niemcy nawoływali do zaprzestania manifestacji i grozili strzelaniem do jej uczestników, jeśli nie posłuchają wezwania. Nie odważyli się jednak użyć broni. Była komisja Czerwonego Krzyża z Genewy. Poległą pochowano z honorami wojskowymi.

Aresztowanie przez gestapo

W dniu 14 I 1945 r. gestapo aresztowało pracownika sanitarno-administracyjnego szpitala, starszego sierżanta Feliksa Rutkowskiego, przed wojną zawodowego podoficera Centrum Wyszkolenia Sanitarnego w Warszawie. Był on więziony w Dreźnie, a następnie zwolniony po znanym nalocie aliantów na Drezno i zbombardowaniu więzienia. Gdy Rutkowski zgłosił się, by go przyjęto do szpitala, Lücke oświadczył, że nie ma podstawy do przyjęcia (brak skierowania). Dopiero pomogła interwencja pułkownika L. Strehla.

Szeregowiec Wiktor Kleniewski

W połowie stycznia 1945 r. przyprowadziłem grupę chorych do łaźni mieszczącej się w tzw. przedoboziu. Łaźnia była obsługiwana przez jeńców sowieckich. W pewnym momencie podszedł do mnie młody, wysoki, mocno zabiedzony żołnierz sowiecki i przedstawił się po rosyjsku: – Szeregowiec Wiktor Kleniewski, także Polak. – Na moje pytanie, czy nie zna języka polskiego, odpowiedział, że mówi źle, ale rozumie prawie wszystko. Jego pradziadek był powstańcem, pochodził z Lubelszczyzny i był na Syberii. Jego rodzina mieszka w Tbilisi. Moi koledzy, przysłuchując się tej rozmowie, powiedzieli mi, że Krystian Kleniewski z baraku nr 4 pochodzi z Lubelszczyzny. Następnego dnia obaj Kleniewscy spotkali się w łaźni i wymienili dane o swoich rodzinach. Okazało się, że ich pradziadkowie byli braćmi. Dla odkarmienia Wiktora postanowiliśmy przemycić go do naszego obozu, na co Wiktor uzyskał zgodę sowieckich władz obozowych, a my zgodę pułkownika Strehla. Wiktor został umieszczony w moim baraku nr 3. Przydzielono mu pryczę nade mną, która akurat była wolna. Wiktor, maturzysta z 1940 r., był inteligentnym, oczytanym młodzieńcem. Przez dwa miesiące opowiadał nam o tym, co jego zdaniem było godne przedstawienia o Związku Sowieckim. Niestety, w czasie jednej z nagłych rewizji baraku, Wiktor został odkryty i zidentyfikowany jako jeniec sowiecki. Za ucieczkę otrzymał 14 dni aresztu. Za przetrzymywanie jeńca z innego obozu ja otrzymałem także 14 dni paki. Jednak interwencja pułkownika L. Strehla, poparta paczką amerykańską i kawą oraz papierosami, poskutkowała. Po trzech dniach hauptmann Stachel darował nam karę. Po oswobodzeniu obozu Wiktor został powołany do służby w kompanii ochrony „Gospitala Leontiewa”. Gdy w połowie maja 1945 r. Krystian Kleniewski chciał zabrać Wiktora na zachód, dokąd on się udawał. Wiktor odmówił. Uważał, że powinien wrócić do kraju, gdzie czeka na niego rodzina. Wiktor dobrze wiedział, że Stalin skazał wszystkich jeńców na łagry. Był przekonany, że jako ten, który dostał się do niewoli w wyniku ciężkich ran, będzie być może łagodniej potraktowany.

Przez następne lata często wspominałem Wiktora. W 1972 r. byłem na spotkaniu, które urządzał rektor Uniwersytetu Wrocławskiego dla przebywającej u niego delegacji Związku Kombatantów Sowieckich. W czasie przyjęcia siedziałem obok pułkownika sowieckiego, który przedstawił się jako Władysław Mickiewicz i mówił bardzo dobrze po polsku. Pytałem go, czy jest możliwość odnalezienia Wiktora i nawiązania z nim kontaktu. Pułkownik powiedział mi, że oczywiście taka możliwość istnieje, wszakże trzeba by upewnić się, czy Wiktor jest takim spotkaniem zainteresowany – tutaj pewności nie ma. Ładnie powiedziane – „aluzju poniał”. Koniec.

Seans spirytystyczny

Było to pod koniec marca lub na początku kwietnia 1945 r. Amerykanie dochodzili do okolicy Kreinitz, od naszego obozu około 15 kilometrów do Łaby, i nie mieli zamiaru pójść dalej na wschód. Słychać było czasem odgłos ciężkiej artylerii. Rosjanie jeszcze nie przekroczyli Nysy. Wydawało się, że do obozu „lada dzień” wkroczą alianci. Chór obozowy wprawiał się w śpiewanie hymnów angielskiego i amerykańskiego. Czekaliśmy niecierpliwie … może jutro, może pojutrze wejdą nasi wybawcy z zachodu … W połowie kwietnia ruszył front znad Odry i Nysy. Nie wiedzieliśmy o tym, że w naszym kierunku idzie nasza II armia, którą nad Nysą zatrzymała armia niemiecka Schoernera, zdążająca z Czechosłowacji na odsiecz Berlinowi. Zniecierpliwienie i niepewność potęgowały się. Kto do nas pierwszy przyjdzie – Amerykanie i Anglicy czy Rosjanie?

Obozowi spece od seansów spirytystycznych z pułkownikiem Tadeuszem Kaweckim i kapitanem Lucjanem Kowalewskim postanowili zorganizować seans spirytystyczny i wywołać ducha marszałka Piłsudskiego, po którym spodziewali się „profesjonalnej” odpowiedzi na dręczące pytania naszych strategów (uchowaj Boże takich strategów!). Seans organizował w naszym 3 baraku kapitan Kowalewski. Tuż przed północą, w momencie największego napięcia, gdy wydawało się zainteresowanym seansem, że Marszałek zaczyna mówić, z belki nad stolikiem zleciało kilkanaście menażek. Przerażenie było olbrzymie. Zapalono światło i wówczas, już bez trudu, „po nitce do kłębka”, nietrudno było odnaleźć sprawców – dowcipnisiów, którzy jednym pociągnięciem nitki zbezcześcili taką niezwykłą imprezę. Dowcipnisia, którym okazał się St. Kowalski, przed należną za to bezeceństwo kocówą, wybronili przyjaciele z Jurkiem Wilkiem na czele. A do obozu weszli Rosjanie – mimo że chór nie był przygotowany na ich przyjęcie i Międzynarodówki nie umiał, a pewno i nie chciał śpiewać.

Styczniowa ofensywa na wschodnim froncie

W połowie stycznia 1945 r. ruszyła znad Wisły ofensywa wojsk sowieckich. Po 6 dniach Kalisz był wolny – takie było tempo nacierającego frontu. Przed wojskami niemieckimi posuwały się kolumny uciekających Niemców, osiedleńców w Poznańskiem (Warthegau). Drogi były zatarasowane, podobnie jak we wrześniu 1939 r. Tylko że Niemcom przyszło uciekać w zimie. Kolumny wozów z uciekinierami przechodziły drogą obok obozu. Po wielodniowej ucieczce wyczerpane konie nie były w stanie ciągnąć obarczonych dobytkiem wozów. Obok wozów szły także kobiety i małe dzieci – opatulone, bo zima była nawet w Saksonii wówczas ostra. To byli nasi wrogowie, ale mimo to żal było patrzeć, jak w śnieżycy posuwały się wolno kolumny …

 

Mit Mann und Pferd und Wagen Hat

sie der Herr geschlagen …

przypomniały mi się strofy wiersza opisującego odwrót Napoleona spod Moskwy …

W dniach od 20 do 24 II 1945 r. lotnictwo alianckie w dywanowych nalotach bez przerwy równało z ziemią Drezno, oszczędzane do tej pory. Prócz bomb burzących dużego kalibru i zwykłych bomb zapalających użyto wówczas dużych bomb fosforowych nazwanych przez Niemców „Fosforkanister”, które sprawiły, że asfalt ulic palił się płomieniem uniemożliwiając ucieczkę ludności. Całe miasto płonęło. To było bez przesady morze płomieni widoczne u nas w obozie, oddalonym przecież od Drezna o kilkadziesiąt kilometrów.

Jaka była przyczyna tak zmasowanych nalotów na miasto, które nie odgrywało roli strategicznej? Czy to był odwet? Ale za co? Czy to była demonstracja siły? Gdzie był wówczas Göring, który niedawno przedtem oświadczył butnie, że jeśli lotnictwo wroga osiągnie przewagę nad niemieckim, to on będzie się nazywał Müller? Więc jak, panie Müller? Czy widział pan tak jak my, jak nad Łabą zbierają się eskadry amerykańskie i angielskie i w paradnym niemal szyku, nie zakłócanym przez artylerię przeciwlotniczą, lecą w ilościach 2500-3000 samolotów na Berlin kilka razy dziennie?

Sąsiadami szpitala były obóz żołnierzy z 1939 r. (oddział tbc), szpitale włoski i sowiecki. Kontakty między oddziałami polskim i włoskim były ożywione: oficjalnie wzajemne konsultacje lekarskie, pomoc w paczkach dla naszych chorych na tbc w pierwszym okresie po przyjeździe do obozu – a nieoficjalnie muzycy i śpiewacy włoscy przedostawali się wieczorami, pod drutami, do naszego szpitala i koncertowali w barakach. Z obozem sowieckim także nawiązano kontakty, a na wiadomość, że w ich obozie przebywają także dzieci rodzin lekarskich, przesyłano od nas paczki żywności, także pod drutami.

Uroczysty apel załogi niemieckiej z okazji urodzin Hitlera

 w dniu 20 IV 1945

W południe tego dnia komendant oberstabsarzt Lücke przemawiał do załogi niemieckiej naszego obozu ustawionej w dwuszeregu na głównej alei między obozem włoskim i naszym. Zebranych było dobrze widać i głos Lückego był dobrze słyszany z terenu naszego szpitala. Lücke przemawiał z dużym zaangażowaniem, usiłując wlać nadzieję w serca wątpiących chyba już o zwycięstwie führera żołnierzy. Ze wschodu dochodził już huk armat zbliżającej się Armii Czerwonej, raz po raz odzywała się także artyleria aliantów, których oddziały już od paru tygodni zalegały na lewym brzegu Łaby, oddalonej przecież od obozu o kilka kilometrów, a eskadry alianckie przelatywały kilka razy dziennie, czasem w ilościach od 2 do 3 tysięcy. W tej scenerii Lücke dawał nadzieję … Andrzej Nowicki, mój goniec, bardzo żywy i pomysłowy młodzian, zorganizował grupę kilkunastu rówieśników spośród rannych, z ukrycia, za barakami, wyjących „szatańskim głosem i śmiechem”. Lücke i jego załoga byli jednak nie do poruszenia.

Ruszyli natomiast na zachód w nocy z 21 na 22 IV nazajutrz po tej ostatniej w ich życiu odprawie. Ratuj się, kto może! 21 IV wcześnie rano kilka czołgów sowieckich stanowiących rozpoznanie pokazało się obok obozu. W nocy uszła w pośpiechu załoga niemiecka obozu. Przez cały niemal dzień był względny spokój. Wielu jeńców sowieckich i włoskich wyszło zza drutów i zaczęło plądrować okoliczne wsie w poszukiwaniu żywności. U nas panował ład. Pułkownik Strehl zabronił komukolwiek opuszczać teren szpitala. Suchy prowiant udało się wydostać z magazynu żywnościowego.

Przed wieczorem czołgi rozpoczęły wycofywanie. Nawoływano do opuszczania obozu i udawania się w kierunku Budziszyna. Obóz sowiecki w połowie opustoszał. Nawet część ciężko rannych wychodziła, ale wkrótce zalegała w rowach. Rosjanie obawiali się, że gdy Niemcy wrócą, dokonają masakry. Pułkownik Strehl wydał rozkaz, by nasi lekarze i pielęgniarki objęli opieką szpital sowiecki, bowiem okazało się, że większość lekarzy rosyjskich wyszła z obozu z rannymi.

22 kwietnia nie było w obozie ani Niemców ani Rosjan. W godzinach popołudniowych wjechał nagle do naszego szpitala gazik niemiecki. Z samochodu wyskoczył młody leutnant i natknął się akurat na mnie zdążającego do kancelarii. Spytał mnie, kto tu dowodzi i kazał się prowadzić do pułkownika Strehla, gdy mu powiedziałem, że niemieckiej załogi nie ma. Pułkownikowi Strehlowi butny leutnant oświadczył, że szpital ma trzy godziny na przygotowanie się do wymarszu w kierunku Riesa – na zachód. On reprezentuje armię Schoernera idącą na odsiecz Berlinowi. Tutaj będzie jutro bitwa i teren trzeba opuścić. Po tym oświadczeniu, nie czekając na odpowiedź, leutnant szpital opuścił. Oczywiście rozkaz był niewykonalny. Poza tym istniało niebezpieczeństwo, że Niemcy mogą nas na drodze zmasakrować. Nie ruszyliśmy się z miejsca.

Wcześnie rano 23 IV ukazała się najpierw sowiecka kawaleria na małych konikach, w większości bez siodeł. Jedni w wojskowych pelerynach, inni okryci kocami. Wyglądali jak zjawy. Potem pokazały się czołgi. Wkrótce opanowali cały teren, niebroniony zresztą. Uwolnienie obozu nastąpiło przez I zmotoryzowany pułk kawalerii generała Baranowa. Generał Baranow dziękował pułkownikowi Strehlowi i polskim lekarzom za zaopiekowanie się sowieckim szpitalem w dniach paniki frontowej 21 i 22 IV oraz przedstawił majora lekarza Leontiewa, który ze swoim szpitalem „Gospitalem Leontiewa” obejmował szpitale pojenieckie.

Nasz szpital jeniecki był wolny … ale tylko od Niemców. Przyszli oswobodziciele – ci, z którymi rozstałem się bez pożegnania w 1939 r., uciekając z pociągu, który miał nas zawieźć do Kozielska. Rozstaliśmy się nad Zbruczem a spotkaliśmy się po kilku latach nad Łabą. Zostaliśmy polskim oddziałem „wojennego szpitala Leontiewa – Gospitala Leontiewa”.

Drugiego lub trzeciego dnia po uformowaniu się szpitala w nowych warunkach, odbyło się spotkanie komendy szpitala Leontiewa i naszej komendy z pułkownikiem L. Strehlem na czele. Major Leontiew przedstawił swych współpracowników: politruka i swych zastępców lekarzy i powiedział, jak mamy się do nich zwracać, np. towarzyszu kapitanie itp. Obecna była także sekretarka Leontiewa, której jednak nie przedstawił. Następnie odbyło się „małe przyjęcie z dużą wódką”. Po kolejnych toastach z obu stron ja poprosiłem o głos i spytałem: – No, a jak będziemy się zwracać do sekretarki towarzysza majora? Madame czy towarzyszka? – Sekretarka zapłoniła się po uszy, a nasi Ruscy zaczęli się śmiać. Tak się im to spodobało i zaczęli wołać: – O, madame towariszka, Lena … Cha, cha, cha! …

Pewnego dnia, gdy pracowałem, do naszej kancelarii wszedł pułkownik Strehl, a za nim politruk „gospitala” kapitan Tridubienko. Kapitan był w bryczesach, bez butów, w łapciach i koszuli rozpiętej, bez bluzy i „w stanie”, który mu pozwalał zaledwie utrzymać się na nogach. Mimo to był czujny i zauważył, że nie wstałem na widok pułkownika Strehla i jego oczywiście, co spowodowało, że ryknął do mnie: – Nada wstać, pan pałkownik priszoł! – Tutaj muszę wyjaśnić, że zgodnie z ustaleniami płk. Strehla, po przyjściu rano do kancelarii i zameldowaniu się u niego, nie byłem obowiązany wstawać za każdym razem, gdy pułkownik Strehl wchodził do mego pokoju. Ja odpaliłem: – Ja znaju pana pałkownika … – Politruk zgrzytnął głośno zębami i wyszedł. Pułkownik Strehl odprowadził politruka, a gdy wrócił do kancelarii, rzekł zatroskanym głosem: – Panie podchorąży, tak nie można … niech pan uważa, bo oni w takim przypadku są gotowi zastrzelić – dla nich to drobnostka.

Do majora Leontiewa chodziłem dwa razy w tygodniu z receptariuszem do akceptacji. Pewnego dnia, gdy przyszedłem jak zwykle, po zameldowaniu się podałem receptariusz. Major receptariusz wziął, położył go na biurku … i nic. Następnie przeglądał jakieś papiery, robił notatki, pracował, nie zwracając uwagi na moją obecność, jakbym był powietrzem. Załatwiał wchodzących interesantów i nadal nic. Po pół godzinie chyba takiego czekania pozwoliłem sobie usiąść i czekam. Upłynęła chyba godzina, gdy towarzysz major raczył się odezwać: – Widzę, Kowalski, że umiecie czekać. Od dzisiaj nie będziecie czekać, będziecie załatwiani w pierwszej kolejności. – Istotnie, tak od tego dnia było.

Szpital Leontiewa miał kompanię ochrony, złożoną z byłych jeńców. Kompania raz po raz robiła naloty na sąsiednie wsie. Wypędzała ludność: „ponieważ Wehrwolf się zbliża i będzie bitwa” – a potem spokojnie grabiła gospodarstwa. Pewnego dnia stałem obok wartownika przy głównej bramie szpitala, gdy podeszło kilka osób odświętnie ubranych, jak się okazało Niemców. Przedstawili się wartownikowi, że są delegacją sąsiednich wsi i mają pismo od generała z sąsiedniego miasteczka do majora Leontiewa. Wartownik przeczuwając chyba, że przyszli ze skargą na dokonywane rozboje, załatwił delegację krótko: – Gienierałom zdjeś ja … – podarł pismo i strzelił im nad głowami kilka razy … Delegacja szybko odeszła.

Zwierzenia Miszy

Ordynansem majora Leontiewa był starszy wiekiem żołnierz, szeregowiec. Małego wzrostu, szczupły, z sumiastym wąsem. Po kilku tygodniach, w ciągu których bywałem często w kancelarii majora Leontiewa przynosząc do podpisu receptariusz, spotykałem przed wejściem do kancelarii ordynansa Miszę. W rozmowach ze mną Misza podkreślał, że w jego rodzinie było kilku Polaków, a jego babką była też Polka. Misza pochodził z okolic Smoleńska i mówił nieźle po polsku, choć było w tym dużo rusycyzmów lub słów białoruskich. Kilkakrotnie zapraszałem Miszę do naszego baraku i częstowałem go przydzielanym „spiritem”. Rozmawialiśmy „o wszystkim i o niczym” zwykle. Kiedyś jednak Misza spytał mnie, czy wiem, co to jest Katyń. O Katyniu wiedziałem tyle, ile wówczas można było się dowiedzieć z prasy niemieckiej lub „szmatławca”, czyli kuriera warszawskiego. Powiedziałem więc, że to był obóz polskich oficerów zamordowanych przez Niemców. – O nie – sprostował Misza. – To zrobili nasi – to Stalin … Stalin stracił wielu naszych generałów i nawet marszałków. – Na tym rozmowa nasza się urwała. Non multa sed multum – pomyślałem. (Niewiele, ale jednak wiele!).

Polski Szpital Wojskowy w Zeithain pozostawał tam do sierpnia 1945 współdziałając ze szpitalem Leontiewa. Wiele operacji wykonywali nasi chirurdzy na życzenie oficerów sowieckich. Szczególną współpracę rozwinął chirurg naczelny szpitala podpułkownik Tadeusz Bętkowski, który przez cały czas był konsultantem szpitala Leontiewa.

10 VIII 1945 r. na stacji Jacobsthal, tej samej, na którą przybyliśmy w październiku 1944 r., rozpoczęto ładowanie dobytku szpitalnego, a 12 VIII transport 58 chorych i rannych oraz personel ruszył w stronę Polski. Docelowym miejscem był Toruń. Szpital funkcjonował do końca lutego 1946 r. Chorych i rannych wypisywano stopniowo do domów lub na inne oddziały szpitalne. W drodze do Torunia jechaliśmy przez Poznań, gdzie zarządzono kilkunastogodzinną przerwę w podróży. Wykorzystałem to i udałem się do dziekanatu wydziału lekarskiego, by dowiedzieć się, jakie mam szanse na przyjęcie. Przyjął mnie dziekan, prof. Kurkiewicz, który wysłuchał najpierw mego życiorysu, a następnie zaproponował mi warunkowe przyjęcie na drugi rok. Musiałem dać odpowiedź do 1 IX. W Toruniu dostaliśmy dwa domy przy ulicy Mostowej i zaczęliśmy urządzać szpital. Zajęło to nam kilka dni. 25 VIII zameldowałem pułkownikowi Strehlowi, że pragnę jechać do Kalisza, by przygotować się do studiów.

Życiorys

Urodzony 24 XI 1920 r. w Kaliszu. Gimnazjum humanistyczne im. Adama Asnyka ukończył w 1937 r., a liceum humanistyczne im. Tadeusza Kościuszki w 1939 r. W sierpniu 1939 r. rozpoczął służbę wojskową w Szkole Podchorążych Sanitarnych Zawodowych w Warszawie. Brał udział w wojnie obronnej 1939 r. w 104. Szpitalu Polowym jako sanitariusz podchorąży. Uciekł z transportu sowieckiego, a potem z niemieckiego. Był drwalem w Osinach od stycznia 1940 r. i w tym czasie organizatorem grupy ZWZ „Osiniacy”. Od sierpnia 1940 r. do marca 1944 r. pracował w różnych firmach budowlanych w Kaliskiem jako pisarz. W marcu 1944 r. uciekł do Warszawy przed aresztowaniem przez gestapo. W powstaniu brał udział jako łącznościowiec w zgrupowaniu „Krybara”, następnie „Sławbora”. Wraz z drużyną budował linię telefoniczną ze Śródmieścia na Mokotów kanałam, pod pozycjami niemieckimi. Po kapitulacji zgłosił się do szefa sanitarnego AK płk. dr. Leona Strehla i został szefem sekretariatu Polskiego Szpitala Wojskowego w Zeithain (szpital jeniecki Stalag IVB Zeithain – Saksonia). Po wyzwoleniu przez Armię Czerwoną szpital został oddziałem polskim „Gospitala Leontiewa”. W sierpniu 1945 r. wrócił ze szpitalem do kraju, do Torunia. Studia lekarskie na Akademii Medycznej we Wrocławiu ukończył w 1950 r. W czasie studiów był jednym z organizatorów Akademickiego Związku Sportowego, w tym wioślarstwa, we Wrocławiu. Zrealizował odbudowę wysadzonej w powietrze w czasie oblężenia Wrocławia przystani wioślarskiej AZS. Od 1950 r. do 1991 r. był pracownikiem kliniki otolaryngologicznej AM we Wrocławiu. Doktorat uzyskał w 1961 r., habilitację w 1963. Docentem etatowym został w 1965 r., profesorem nadzwyczajnym w 1970 r., zwyczajnym w 1977. W latach 1975-1991 był kierownikiem kliniki otolaryngologicznej. W latach 1969–1972 był prorektorem ds. nauki i rektorem od 1972 do 1978 r. Był organizatorem wydawnictwa naukowego „Prace naukowe AM we Wrocławiu” (1967) i jego redaktorem naczelnym przez 24 lata. Jako rektor patronował opracowaniu planów budowy Nowej Akademii Medycznej na Krzykach. W czasie jego dwóch kadencji rektorskich wyraźnie ożywiła się działalność naukowa i dydaktyczno-wychowawcza, nastąpił wzrost kadry naukowej, a dzięki współpracy z zakładami przemysłowymi Dolnego Śląska wzrost kredytów na aparaturę naukową i poprawę bazy zakładów i klinik.

Jest autorem 358 prac naukowych i publicystycznych, w tym podręczników wznawianych kilkakrotnie, monografii, 41 filmów naukowych, 11 wniosków racjonalizatorskich, w tym wraz z prof. E. Wnuczakiem pierwszego polskiego prototypu mikroskopu operacyjnego. Jest pionierem mikrochirurgii ucha i krtani oraz autorem pierwszego polskiego podręcznika chirurgii ucha (1970), a także autorem rozdziału w pierwszej polskiej „Audiologii Klinicznej” Teofili Bystrzanowskiej (1968, wyd. także w j. rosyjskim dla ZSRS). Był promotorem 25 doktoratów z otolaryngologii i neurochirurgii, opiekunem 4 habilitacji. Wyszkolił ponad 40 specjalistów z otolaryngologii. Jest członkiem honorowym licznych towarzystw naukowych krajowych i zagranicznych. W 1981 otrzymał doktorat honoris causa Akademii Medycznej w Dreźnie. Posiada wiele odznaczeń wojskowych i cywilnych, w tym: Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski, Krzyż Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Militari, Krzyż Walecznych i Odznakę Budowniczego Wrocławia.

Źródło

Pamiętnik Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego – Powstanie Warszawskie i medycyna, wydanie II, Warszawa 2003 r. oraz Pamiętniki lekarzy Warszawa 2004