W Powstaniu:

szpitale: PCK ul. Smolna oraz w budynku PKO

WSPOMNIENIA O DZIAŁALNOŚCI SZPITALA POWSTAŃCZEGO NA ŚWIĘTOKRZYSKIEJ.

Dziwnie przejrzysty, słoneczny, ciepły dzień. Niebo jasnoniebieskie, niezmiernie wysoko, bez chmur. Nawet z mego mieszkania przy ulicy Moniuszki, z poprzecznej oficyny, głębokiej pięciopiętrowej studni, widać, jak wpada przez otwartą bramę słoneczny blask, jasny i cichy.

Jest godzina 3.30 po południu. Zaczynają schodzić się pacjentki. Na razie jest ich dwie. Będę dziś przyjmować wcześniej. Proszę!…

W czasie rozmowy słychać coraz częstsze strzały karabinowe. Czyżby znowu jakieś zamieszki? Co prawda, zdążyliśmy się już przyzwyczaić.

 Mówię do pacjentki:

 — Musi pani zaczekać, aż się trochę uspokoi.

Wchodzi następna z mężem.

Jeszcze nie jestem pewna, choć strzelanina wzmaga się.  Podchodzę do okna i widzę   w   bramie   młodych   ludzi   z   karabinami.

Uwija się między nimi człowiek niedużego wzrostu z biało-czerwoną opaską na ramieniu.

Nie ma wątpliwości… Zaczęło się!…

Pacjentki muszą przesiedzieć u mnie, aż akcja przesunie się dalej, ja zaś pójdę na stanowisko.

Wychodzę na balkonik mego na pierwszym piętrze mieszkania i pytam tego z opaską, czy będę mogła przedostać się na ulicę Smolną. Nieznajomy — sądzę, że był to jakiś oficer — popatrzył na mnie podejrzliwie, po kilku jednak zdaniach widocznie nabrał zaufania. Powiedziałam, że jestem lekarzem i chciałabym dotrzeć do mego szpitala, właśnie na ulicy Smolnej. Przed kilku miesiącami proponowano mi wprawdzie kierownictwo punktu sanitarnego w PKO jako najbliższe mego mieszkania, odmówiłam jednak uważając, że moje właściwe miejsce jest w moim własnym szpitalu. Teraz jednak widzę, że trudno mi będzie tam się dostać. Jest wprawdzie punkt sanitarny na ulicy Świętokrzyskiej pod 27. Może tam się udam… Tylko którędy? Czy jest wybite przejście z mieszkania na pierwszym piętrze?

— A skąd pani wie o tym? — oczy oficera znów spojrzały na mnie badawczo.

— Wiem, że była tam bardzo cienka ściana i mówiło się o ewentualnym przejściu.

— Zgadza się! Jest wybity otwór.

 — Do widzenia! — Chwytam ręczną torbę i biegnę w samym tylko fartuchu.

Zastaję na miejscu niewyrobione ochotniczki-sanitariuszki; wielka więc jest radość, że zjawia się „pogotowie ratunkowe”. Oglądam leki. Brak gazy sterylizowanej i narzędzi.

— Proszę pójść do mnie, przynieść puszkę z materiałem opatrunkowym i sterelizator z narzędziami.

Jest! Przyniósł mąż pacjentki, którą po zbadaniu zostawiłam u siebie. Proszę go, niech się rozgoszczą u mnie tak długo, jak będzie potrzeba. Niech sobie sporządzą posiłek z zapasów w kredensie i nocują. Mój nowy znajomy powiada, że przybyło mi jeszcze troje „lokatorów”: jakiś inżynier, urzędnik i jakaś pani.

— Niech korzystają — mówię — z tego, co jest i jak jest.

Zaczynają napływać pierwsi ranni. Proszę ślicznego chłopca, wysokiego i prostego jak świeca.

Podchorąży „Garbaty” — przedstawia się. Wczoraj miał dopełnioną odmę prawego płuca, dzisiaj nie wiadomo, ile razy biegał w górę i w dół, po wszystkich piętrach zdobytego „drapacza” — Prudentialu. To on zawiesił na jego szczycie biało-czerwoną flagę, zabijając uprzednio trzynastu Niemców, których wyrzucał oknami z góry. Jest niesłychanie podniecony, mówi prędko, chwytając gwałtownie powietrze. Tętno bardzo szybkie. „Położyć się… nie gadać… wziąć bromu z walerianą i kieliszek wina!” Nieustannie go odwiedzają. Gwar, opowiadania… „Wyjazd! Nie męczyć go!”

Przychodzi porucznik. Nie pamiętam jego pseudonimu ani nazwiska. „Garbaty” chce się zerwać, ale zatrzymuje go rozkaz zwierzchnika. Zdaje raport. Oczy błyszczą. Twarz roześmiana. Białe zęby błyskają jak u wilczka.

Teraz odmarsz na odpoczynek do bocznego pokoju.

Wprowadzają drugiego, który siada na krześle i natychmiast zasypia. Pytam, czy jest ranny.

— Nie, tylko ja dziś rano zdawałem maturę i cztery noce nie spałem. Zresztą nie jestem jeszcze przyzwyczajony do takiej roboty.

— Do jakiej? — pytam.

— Do zabijania ludzi.

I znów zasypia w pół słowa.

— Na siennik z nim do bocznego pokoju! Niech się wyśpi z godzinę!

Przynoszą kaprala „Małego”. Duży to on nie jest, ale znów nie z najmniejszych. Gęba okrągła, miła. Wstydzi się, że go unieruchomili już zaraz pierwszego dnia. Przestrzał miękkich części podudzia. Nic groźnego, ale uniemożliwia ruch. Prowadzą porucznika — postrzał głowy, na szczęście powierzchowny.

— Chwileczkę polezę — mówi — i znów skoczę!

Opatrunek na głowie zaznacza się bielą. Trzeba nałożyć coś ciemnego. Cyklistówka.

Po piętnastu minutach zrywa się i ucieka. Wnoszą Staszka — blady jak trup. Postrzał klatki piersiowej, krwotok wewnętrzny. Kładziemy go w oddzielnym pokoiku. Czuwać będzie przy nim sanitariuszka. Tętno słabe, ale po pantoponie poprawia się. I znowu porucznik z przestrzeloną ręką i raną na głowie. Opatrunek.

.— Koniecznie, panie poruczniku, trzeba odpocząć, bo dostanie pan krwotoku!

— Dobrze, byle tylko niedługo. Nie mogę przecież chłopców zostawić samych. — Po pół godzinie ucieka w ciemną noc. Nie był przystojny, miał tylko pełną wyrazu twarz.

— Litwin jestem uparty — powiedział, kiedym mu tłumaczyła, żeby pozostał dłużej. Widzę go, jak z bolesnym uśmiechem poddaje się opatrunkowi. Biała opaska widnieje na czole, trzeba dać ciemne nakrycie, bo czapkę gdzieś zagubił. Podobno jeszcze tej samej nocy został powtórnie ranny. Tym razem śmiertelnie.

W nocy przychodzi rozkaz przenieść się do PKO. Sanitariuszki kładą rannych na nosze i szybko przebiegają ulicę Jasną. Obstrzał od strony Królewskiej. Na końcu biegnę i ja z resztą obsługi.

Każą mi zameldować się u porucznika „Sowy”. Pędzi mała patrolowa i wymachując latarką elektryczną pokazuje mi schody. Idę za nią, nie spostrzegłszy, że przed schodami leży wielka gumowa wycieraczka. Zaczepiam o nią i walę się na ziemię z rozmachem. Zamroczyło mnie trochę, uderzyłam bowiem lewą skronią o brzeg schodów. Nie mogłam się podnieść o własnych siłach, pomogła mi przerażona patrolowa. Ale ja przychodzę do siebie i komenderuję:

— Idziemy, tylko nie tak prędko… Porucznik „Sowa” siedzi w ciemnym pokoju na drugim piętrze. Błysk latarki elektrycznej.

— Ach!… Wróciła pani do nas!…

— Nie wróciłam, tylko przyszłam do pracy!

Serdeczny uścisk dłoni i przemiły uśmiech na okrągłej, nie bardzo urodziwej, ale zacnej twarzy. Byłam z nim później jako intendentem szpitala w nieustannym kontakcie.

Idziemy do komendantki. Stoi przede mną przystojna brunetka o regularnych rysach i czarnych, pełnych wyrazu oczach dr Helena Budkiewiczówna. Prócz niej znajdują się tu stare znajome siostry: Maria i Róża. Znałam je dawniej jako lekarz PKO.

—— Proszę obmyć sobie twarz! — pada nieco suchy rozkaz. Okazuje się, że prócz wielkiego guza i podbitego oka mam jeszcze zakrwawioną twarz od mocno startego na skroni naskórka.

Zjawia się jeszcze jedna młoda lekarka, dr Halina Okolska, rentgenolog. Wyraża mi współczucie z powodu niefortunnego wypadku.

Tak się fatalnie przedstawiłam moim współtowarzyszkom i „władzy” w PKO, gdzie tyle dobrych chwil miałam spędzić wśród ludzi, których pokochałam całym sercem.

Biedny porucznik „Sowa” zginął po niejakim czasie, ale o tym później. Na razie pracy było niewiele. Rannych po opatrunku układaliśmy w wielkiej sali, na kozetkach zniesionych z całego gmachu. PKO miało być je-dynie punktem sanitarnym, ale rozgrywające się wypadki zmusiły do szybkiego uruchomienia szpitala. Początkowo ulokowaliśmy się na parterze, ale na krótko. Trzeba było przenieść się do podziemi ciągnących się pod gmachem.

Było tu nieco ciszej i ranni mniej się denerwowali bombardowaniem i strzelaniną z czołgów, które, choć odpędzane, często podjeżdżały do nas. Podziemia były oświetlone, część ich, te pod głównym gmachem, miały elektryczne wentylatory i kanalizację. Zajęliśmy również część podziemi znajdujących się pod dziedzińcem. W innych schroniła się spora ilość tramwajarzy i ludności cywilnej. Nie wszystkie jednak sale nadawały się do użytku. Były bardzo wilgotne, w niektórych stała nawet woda. Wybraliśmy najsuchsze, ale ponieważ rannych przybywało, trzeba było opróżnić salę z wentylatorami. Była ona obszerna, ciepła i sucha. Przylegała do niej mała salka na kilka łóżek, w której lokowaliśmy rannych oficerów. Obok niej urządziliśmy oddział kobiecy na dziesięć łóżek. Ludność cywilną przeniesiono do innej części podziemi, gdzie mieściło się archiwum.

Dzięki zapobiegliwości pana Jana (porucznika „Sowy”) podziemia PKO zamieniły się w prawdziwy szpital, dobrze zaopatrzony w pościel (materace, kołdry, koce, bielizna) oraz naczynia kuchenne i stołowe. Rannych składaliśmy w wygodnych i czystych łóżkach, co łącznie z troskliwą opieką stwarzało dla naszych bohaterów warunki zupełnie znośne. Salę opatrunkową urządziliśmy przy wejściu do schronu. Nie zapomnieliśmy również o Niemcach, dla których przeznaczono oddzielne miejsce pod dziedzińcem.

Szczególnie ożywiła się nasza praca po przybyciu docenta Zaorskiego oraz doktorów Wójcikiewicza i Niklewskiego — internisty. Podzieliliśmy funkcje. Docent Zaorski, doskonały organizator, nadawał ogólny kierunek. Komendantka, doktor „Justyna” (Helena Budkiewiczówna) mogła, niestety, tylko przygodnie „wpadać” do chorych. Ciążył na niej nawał pracy administracyjnej. Muszę przyznać, że nieraz dziękowałam Bogu, że mnie ominął ten zaszczyt, nie lubię bowiem zarządzać — wolę być zawsze i wszędzie tylko lekarzem.

Urządziliśmy dyżury chirurgiczne, nocne, których mi zresztą nie dawano. W razie potrzeby wzywano docenta albo doktora Tuza jako specjalistów. Dużą pomocą byli dla nas studenci medycyny, a było ich czterech, których, po zlikwidowaniu rozmaitych punktów,  przydzielono do Nazwisk ich nie pamiętam.

Sala opatrunkowa była Obsadzona przez siostry wykwalifikowane, pełne poświęcenia, chętne i miłe — przeważnie pracownice PKO. Na sali operacyjnej były również siostry przygotowane do swych zadań oraz medyczki, na salach chorych — siostry dyplomowane i ochotniczki. Co się tyczy tych ostatnich, nie wszystkie nadawały się do poważnej pracy. Niektóre z nich miały swoich pupilków i dla nich zaniedbywały normalną pielęgniarską pracę. „My jesteśmy z towarzystwa i po to, aby rannym uprzyjemniać czas, karmić, poczytać, porozmawiać… ale myć baseny czy spełniać inne przykre posługi nie nasza rzecz… „niech to robią «pielęgniary»”. Postarałam się o to, aby „pielęgniary” objęły pracę, a panienki z „towarzystwa” zostały pod ich komendą „popychlami”. Oczywiście, nie można uogólniać. Wśród ochotniczek były niesłychanie dzielne i ofiarne dziewczęta. Niektóre z nich, bardzo młode, zaledwie czternasto – czy piętnastoletnie, zadziwiały swym bohaterstwem, postawą pełną zaparcia.

Jak wyglądały praktycznie nasze zajęcia?

Przynoszono rannych najpierw na salę opatrunkową, skąd kierowano ich albo na salę chorych, albo na stół operacyjny. Tam siostra przygotowywała narzędzia, przychodzili lekarze i dokonywali operacji. Zależnie od intensywności walk oraz nalotów przybywało nam nieraz tylu rannych, że trzeba było pracować dzień i noc — 24 godziny na dobę. Przebywając z władzami wojskowymi, które miały swoją siedzibę w PKO w drugim korytarzu podziemi, wiedzieliśmy, kiedy będzie wypad czy to na PAST-ę, nieustannie przez nas zdobywaną, czy na uniwersytet lub na Komendę Policji Państwowej (obok kościoła Sw. Krzyża). Mogliśmy więc przygotować się wcześniej do ciężkiej i żmudnej pracy.

Nie wszyscy moi koledzy byli jednomyślni co do sposobu traktowania Niemców. Straszliwe krzywdy, jakie wyrządzili Polsce, ich nieludzkie i bezlitosne traktowanie naszych jeńców, których mordowali jako „Banditen”, budziły słuszny gniew nawet u tych, którzy z tytułu swego powołania powinni byli jednakowo traktować zarówno swoich, jak i wrogów. Byłam zdania, że nasze zaszczytne godło — Czerwony Krzyż — obowiązuje nas w każdych warunkach niezależnie od tego, kim jest człowiek, któremu udzielamy lekarskiej pomocy.

Niemców mieliśmy później więcej na ulicy Chmielnej, z czasem przybyło ich sporo i do PKO. Niektórzy koledzy mówili: „Nic mnie nie obchodzą, nie będę się nimi zajmować.” Takie postawienie sprawy nie odpowiadało mojemu sumieniu. Wobec tego zajmowałam się Niemcami sama, bez niczyjego polecenia. Potem przyszedł doktor Szczepan Wacek i objął oficjalnie nad nimi opiekę.

 Nie mówiłam jeszcze o organizacji prywatnego życia nas, lekarzy. Z początku nie mieliśmy własnego kąta, tułaliśmy się to tu, to tam. Po paru dniach przydzielono nam salkę. Była to zasługa i zdobycz naszej Komendantki, doktor „Justyny” oraz pana Jana. Na salce tej „koedukacyjnej” ustawiono kilka łóżek. Od panów przedzielał nas skąpy parawan. Część damską zamieszkiwały trzy lekarki i bardzo miła, przystojna aptekarka. Stronę męską zajmowali doktorzy Żarowski, Tuz, Wójcikiewicz. Potem przybyli jeszcze koledzy, między innymi doktor Niklewski. Było więc nas razem dziesięć osób. Część panów spała na kozetkach, bo więcej łóżek by się już nie zmieściło. Pan W. z żoną i aptekarzem ulokowali się w aptece.

Jadaliśmy w ogólnej stołówce, czasem tylko, kiedy zdarzały się „nadzwyczajne dodatki”, na przykład w postaci konserw — przynosił je doktor Niklewski lub docent — pożywialiśmy się u siebie. Mając elektryczny imbryk, sporządzałam po obiedzie czarną kawę przynoszoną przez żonę docenta. Na tę ucztę przychodził docent i często zapraszani przez niego „goście”.

Kuchnia na ogół była niezła, choć prosta i bardzo monotonna. Rano — czarna kawa (zbożowa) z cukrem i chleb z marmoladą, miodem lub nawet z masłem. Na obiad zupa, przeważnie z niedogotowaną fasolą, więc wmawialiśmy w siebie, że jemy migdały. Początkowo zupy te były dobre i pożywne, nawet pływały w nich niteczki mięsa. Wieczorem również otrzymywaliśmy zupę z kawałkiem chleba lub kawę. Stan ten trwał, dopóki nie zbombardowano nam obu kuchen. Później otrzymywaliśmy pożywienie z zewnątrz, co wyglądało nieraz bardzo melancholijnie. Ratowały nas wspomniane już „dodatki nadzwyczajne”, które w różnych postaciach zsyłała nam Opatrzność. Dodać muszę, że mieliśmy niekiedy wino, wcale nawet niezłe. Częstowaliśmy nim naszych gości, na przykład głównego komendanta „Admirała”. Co prawda, on sam przynosił nam najczęściej jakąś butelczynę, my zaś raczyliśmy go kawą z mego zasłużonego imbryka.

Nasza „sala jadalna” mieściła się początkowo na siódmym piętrze. Wskutek bombardowań musieliśmy się przenieść niżej, na drugie piętro podziemi. Było tam wojsko, żandarmeria i jeńcy.

W podziemiach, na końcu korytarza, urządzili nam księża kapelani kapliczkę, gdzie odbywały się nabożeństwa.

Po mszy świętej były zazwyczaj wygłaszane krótkie, ale bardzo piękne i mądre nauki. Szczególnie gorące w tonie i piękne w formie były kazania księdza Stanisława Tworkowskiego. Słuchając jego słów płynących z serca, pełnych entuzjazmu i ożywionych głęboką wiarą, odnosiło się wrażenie, że przemawia jakiś natchniony Skarga. Ksiądz „Jacek”, bo taki był jego pseudonim, cieszył się ogólną sympatią. Drugi kapelan, ksiądz Stefan Piotrowski („Jan”), zawsze równy, spokojny, opanowany, miał bardzo miłą twarz i niezmiernie wdzięczny głos. Zjawiał się zawsze wtedy, gdy sytuacja była ciężka. Zjawiał się niespodziewanie, jak na przykład po wybuchu bomby w ostatnim dniu naszego pobytu w PKO, całą swoją postawą, głosem spokojnym i zdecydowanym opanował sytuację, biorąc niejako władzę nad duszami i nerwami, płynął bowiem z niego wielki spokój i siła. Czasem przychodził Dziekan, ksiądz „Biblia” — Stefan Kowalczyk1. Tego znałam mniej. Był to również kapłan nieustraszony, opanowany i dobry. Kierując duszpasterstwem powstańczej Warszawy, wykazał na tym stanowisku wysokie walory organizacyjne i duchowe. Często późną nocą można go było „podpatrzeć”, jak leżał z rozkrzyżowanymi ramionami przed „Sanctissimum” w małej kapliczce. Wiem, że nie opuścił swej dziekańskiej „parafii” do ostatka i razem z oddziałami AK poszedł po kapitulacji do niewoli.

Z naszymi kapelanami księdzem „Janem” i księdzem „Jackiem” przyjaźniliśmy się wszyscy jak najserdeczniej. W ogóle ten krótki, zaledwie pięciotygodniowy pobyt w PKO zbliżył nas wszystkich niesłychanie do siebie. Wszyscy byliśmy sobie bliscy i drodzy. I dziś jeszcze, gdy się spotkamy, cieszymy się, odczuwając jakieś przedziwne pokrewieństwo, łączące nas ze sobą. Spotkałam na przykład kiedyś docenta Zaorskiego. Niewiele brakowało, żebyśmy rzucili się sobie w ramiona.

Myślę, że zjednoczyła nas wspólna idea i wspólna praca w warunkach najcięższych. A były one rzeczywiście niebezpieczne i trudne. Na naszą placówkę, dobrze znaną Niemcom, sypał się nieustannie grad bomb i pocisków. Kiedyś, po jednym takim nalocie, zebrano kilkadziesiąt bomb zapalających. Dokonywaliśmy najcięższych operacji, podczas kiedy nasze podziemia rozdygotane od wstrząsów wypełniał kurz sypiących się tynków, dławił dym przedostający się przez szczeliny do •wnętrza. Waliły w PKO „szafy”, tłukły miny, rozrywały się pociski z dział kolejowych. Jeden z takich potworów, ważący tysiąc dwieście kilogramów, uderzył obok w „Adrię”. Dziwnym zbiegiem okoliczności nie rozerwał się. Nasi chłopcy użyli jego morderczy materiał do wyrobu ręcznych granatów.

W tych warunkach, kiedy zabrakło nam elektryczności, wody, opatrunków, kiedy upadaliśmy z przemęczenia — rodziła się wzajemna miłość, a praca bezinteresowna i ofiarna, podejmowana solidarnie, bez cienia zawiści czy urażonej ambicji zbliżała nas do siebie, czyniąc z naszego zespołu rodzinę.

Pod koniec, kiedy Komenda Główna przeniosła się do PKO, odbywały się na wielkiej sali gmachu uroczyste nabożeństwa. Na tle marmurów kieleckich urządzono bardzo prosty, ale piękny ołtarz. Umieszczony wysoko, na kaloryferze, widoczny był z każdego miejsca sali i holu. Oprócz nas, miejscowych, przychodziło tam często wojsko, niewiele sobie robiąc z bombardowań i strzelaniny. Zapamiętałam sobie jedno takie nabożeństwo w uroczystość Matki Boskiej Częstochowskiej w dniu 26 sierpnia. Na mszy, celebrowanej przez księdza Tworkowskiego, były obecne oddziały i dowództwo Śródmieścia. Po nabożeństwie ksiądz odwracając się od ołtarza wygłosił płomienne przemówienie. Porównywał oblężoną stolicę do otoczonej niegdyś przez najeźdźców Częstochowy. W czasie kazania nadleciały bombowce i krążąc nad gmachem, tak iż przez szklany sufit widać było ich cienie, obrzuciły nas swym śmiercionośnym ładunkiem. Po pierwszym wybuchu wstrząs był tak silny, że kilkupiętrowa kamienica zakołysała się razem z ludźmi, jak okręt na wzburzonej fali. Przy akompaniamencie warkotu odlatujących bombowców uderzyły poprzez potłuczony szklany strop aż do niebios słowa hymnu, który wówczas uskrzydlał dusze, zagrzewał wiarą i krzepił niezachwianą nadzieją:

Przed Twe ołtarze zanosim błaganie,

Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie!

Dziś, gdy przypominam sobie te chwile, zdaje mi się, że był to jakiś sen. Czas zupełnego oderwania się od trosk codziennego życia i jego maleńkich spraw. Dawne kłopoty, sprawy osobiste, rodzinne, zawodowe gdzieś odeszły, rozpłynęły się jak we mgle, pozostało tylko jedno: walka z wrogiem o zachowanie i wolność Polski. Krwawa praca układania cegiełek pod jej budowę. Praca ta, uciążliwa ponad wszelką miarę, pochłaniała nam czas nieustannym porywem sursum corda — ponad siebie, ponad własny los.

Okres ten był jakimś dziwnym, trochę strasznym „świętem”, które ciągnęło się w nieskończoność długich dni i nocy. Każda praca stawała się modlitwą, bo wszystko, co czyniliśmy, płynęło z ducha poświęcenia i miłości.

Dobrze, że tam się znalazłam. Warunki w PKO przygotowywały mnie do nieuniknionej katastrofy — kapitulacji, która była dla mnie jednym z najcięższych moich przeżyć. Po długich zmaganiach wewnętrznych zrozumiałam jednak, że Warszawa to wprawdzie serce Polski, ale nie ona cała, podobnie, jak my, walczący i ginący na straconych placówkach, nie stanowiliśmy całego narodu. Jeśli przetrwamy — walka nas zahartuje, staniemy się mocniejsi i bardziej przygotowani do odbudowy Ojczyzny jeszcze piękniejszej i potężniejszej, choć dziś krwawiącej na zgliszczach i gruzach.

 Ale wracajmy do naszego codziennego życia w PKO.

Zasadniczo wstajemy o godzinie 7. Myjemy się, gdzie się da i jak się da, po czyni obchód sal, msza święta i śniadanie koło godziny 9. Po śniadaniu opatrunki. Niektóre z nich, jak na przykład oparzenia, trwają nieraz godzinę i dłużej. Trzeba je robić bardzo powoli i ostrożnie, bo wielkie powierzchnie, obnażone z naskórka, są niezmiernie wrażliwe, wiec i opatrunki są bolesne. Stosowaliśmy przeważnie przymoczki z tkaniny po zdjęciu pęcherzy. Był to najprzykrzejszy typ opatrunków, bo i bolesny dla rannego, i cuchnący, a skrzywić się nie można, bo sprawiło by to choremu dużą przykrość. Kończymy opatrunki koło godziny pierwszej i mamy do trzeciej przerwę. Nasz personel musi trochę odpocząć i zjeść obiad, – co nie jest sprawą łatwą nie tylko dlatego, że nie ma co jeść, ale trzeba jeszcze długo stać w kolejce, bo „jadalnia” wszystkich nieraz nie pomieści. Po przerwie reszta opatrunków i operacje, o ile nie trzeba zmieniać porządku i najpierw operować, a dopiero potem robić opatrunki. O 7 wieczorem obchód rannych i nieraz ponowne opatrunki. Między godziną 8 i 9 kolacja i — teoretycznie — odpoczynek. Taki jest porządek dnia w teorii, praktycznie porządek ten zmienia się nieustannie w zależności od nasilenia walk, przesuwania pozycji, nalotów itp. Często praca, jak wspominałam, (trwa całą noc.

Rannych przynoszą lub przyprowadzają młode dziewczęta, przemiłe, ofiarne siostrzyczki, które wyciągają swych kolegów w czasie akcji z pierwszej linii walki, spod barykad, postrzelonych, poszarpanych odłamkami bomb i granatów i często same stają się ofiarami swego powołania. Uważam te dziewczęta za bohaterki. Dużo ich przeszło przez nasze sale, rannych nieraz bardzo ciężko, a wszystkie były ofiarne, ciche, bohaterskie w swym poświęceniu.

Pamiętam jedną z nich, Marysię, która brała udział w ataku na PAST-ę. Wraz z koleżanką rzuciła się na ratunek ciężko rannego żołnierza. Już go miały na noszach, już dobiegały do bramy, niestety — dogoniła ją kula. Marysia dostała ciężki postrzał głowy z przebiciem oka. Teraz i ją wyciągnęły koleżanki spod ognia i przyniosły do PKO. Leżała po operacji na dużej sali. Jasna blondynka o regularnym greckim profilu i kształtnym nosku. Śliczny miała rysunek ust. Zapewne była bardzo ładna. Po usunięcia oka i odłamków kości z mózgu odzyskała przytomność. Próbowała nawet wymawiać pojedyncze wyrazy. Cieszyliśmy się, że po zastosowaniu protezy nie będzie tak bardzo oszpecona. Poprawiała się widocznie. Nagle po kilku dniach straciła znowu przytomność. Zabrała ją śmierć. Biedna Marynka!

Albo Basia — wysoka, zgrabna i ładna szatynka z piwnymi oczami, zawsze uśmiechnięta, z piosenką na ustach. Była w patrolu wewnętrznym szpitala i przenosiła rannych na opatrunki. Zginęła od bomby wraz z kilkoma żołnierzami, którzy w czasie nalotu schronili się do klatki schodowej, a Basia śpiewała im piosenki. Widziałam ją po śmierci, bo żołnierze kochali Basie i koniecznie chcieli ją wydobyć spod gruzów. Nie mogłam poznać tej przemiłej, pełnej uroku dziewczyny. Ciężko im było pogodzić się z jej odejściem. Wszystkie zresztą dziewczęta, współpracujące z nami były miłe i kochane. Ze smutkiem obserwowałam, jak mizerniały w miarę przedłużania się ich ciężkiej i niebezpiecznej pracy.

Opatrywaliśmy i Niemców. Przybywali stopniowo i doszło ich do dwudziestu. Pamiętam jednego z nich: gruby i siwy, ranny ciężko w głowę. Kiedy go przyniesiono, był nieprzytomny i bez pulsu. Leżał tak dwa dni. Wlewało mu się po kilka kropli wody do ust, bo więcej nie przyjmował. Trzeciego dnia poderwał się na nogi i zażądał „kaczki”, po czym znowu stracił przytomność, pił tylko lepiej i więcej. Po kilku dniach tętno mu się poprawiło i mogliśmy go operować, usuwając kilka odłamków kości z mózgu. Przypomniał sobie, jak się nazywa i skąd jest. Wyszedł do obozu jeńców o własnej sile.

Drugiego, Alzatczyka, wyjęli nasi chłopcy z palącego się czołgu z narażeniem własnego życia. Całe jego plecy wyglądały jak jeden olbrzymi pęcherz. Nie miał zupełnie tętna. Przyszedł jednak do siebie i opuścił szpital o własnych siłach. Pamiętam jeszcze osiemnastoletniego Ukraińca. Właściwie był to Kozak z Kubania. Posiekany odłamkami granatu zaklinał się, że nie strzelał do naszych. Świadczyły o tym rzekomo jego rany — miał pokaleczone plecy i tył głowy. Uciekał, bo nie chciał się dostać do niewoli. Zapytaliśmy go, po co poszedł do niemieckiego wojska. „Z głodu” — odpowiedział. W lagrze, gdzie był, Niemcy nie dawali im jeść. Nieszczęśni skazańcy wyjedli trawę aż do korzonków. Niemcy ich skusili. Obiecali im chleb i odzienie. Poszedł…

Dużo było podobnych typów. W gruncie rzeczy biedni ludzie, wplecieni w tragiczne powikłania okrutnej, bezlitosnej wojny. Nie miałam do nich nienawiści. Pokonani i ranni byli dla mnie tylko chorymi, którymi należało się opiekować, jakkolwiek dochodziły nas słuchy o straszliwych zbrodniach, jakich się dopuszczali Ukraińcy na ludności Woli i Ochoty.

Pewnego dnia musiałam pójść pod barykadę stwierdzić zgon jednego z naszych jeńców, który po wyleczeniu rannej nogi został posłany wraz z innymi Niemcami do budowy barykady. Trafiła go bratnia odgałęziona kula w samo serce. Nawet żałowałam go. Opowiadał w szpitalu, że czeka na niego „Mutti”. Prosty chłop ze wsi. Zginął od swoich z ręki „gołębiarza”, którzy i nam czynili duże szkody. Było wówczas jasne popołudnie. Słońce przesłaniała jesienna przezroczysta mgła. Przy zwłokach stali Niemcy ze swym majorem — jeńcem i nasi żołnierze. Przyklękłam przy noszach. Nawet nie krwawił. Powyżej serca widniała maleńka okrągła ranka.

Najciężej mi było wówczas, gdy do podziemi wnoszono transport rannych- Sanitariusze kładli ich na kozetki w sali, na podłogę, gdzie się dało. Z pośpiechem opróżniając nosze biegli po innych. Pracowaliśmy wtedy wszyscy w najtrudniejszych warunkach, przede wszystkim w nieopisanej ciasnocie i zaduchu, kiedy świece nam gasły z braku tlenu. Trudno było przesunąć się wśród rannych, żeby któregokolwiek nie potrącić. Jęczeli wówczas i narzekali, zwłaszcza ci, którzy mieli pokaleczone i postrzelane nogi. Nie dawali się niekiedy dotknąć. Krzyczeli, trzeba było nieraz uspokajać ich surowo. Ciężej ranni byli spokojniejsi. Leżeli zszokowani, bladzi, z trudem oddychając, zwłaszcza po postrzałach klatki piersiowej. Podobnie zachowywali się ciężko ranni w brzuch, czując instynktownie, że właśnie w spokoju i w bezruchu jest ich ratunek. Tych przynoszono bezzwłocznie na salę operacyjną, każda bowiem chwila przedłużającego się oczekiwania zmniejszała nadzieję ocalenia. Śmiertelność przy operacjach brzusznych była wielka, jakkolwiek czyniliśmy wszystko, co było w naszej mocy. Nie pomagało niejednokrotnie ani mozolne zszywanie jelit, ani ich skrupulatny przegląd, czy nie został gdzie nie-dostrzeżony otwór. Cierpieliśmy razem z rannymi. Przeżywaliśmy smutek, gdy pomimo naszych wysiłków operowany umierał, cieszyliśmy się, gdy powracał do zdrowia. Pamiętam, ile mi sprawił radości pewien ranny tego właśnie pokroju, kiedy w sześć tygodni po operacji spotkałam go w szpitalu Dzieciątka Jezus z gojącą się, choć jeszcze ropiejącą na zewnątrz raną. Był bardzo blady i wyczerpany, ale pełen nadziei wyzdrowienia.

Ciężkie również były postrzały czaszki. Ranni, najczęściej nieprzytomni, po operacji poprawiali się, a czasem nawet bardzo szybko odzyskiwali przytomność.

Wstrząsający był wygląd poparzonych na skutek wybuchu min, popularnie nazywanych „krowami”. Pociski te były wypełnione zapalającą substancją. Przyniesiono nam kiedyś aż dwanaście osób poparzonych od jednego wybuchu. Widok okropny. Tułowia, kończyny, twarze zniekształcone, oczy wypalone, skóra czarna jak heban. Przy każdym dotknięciu jęczeli, cierpiąc straszliwie. Nie było ratunku. Po trzech dniach żyło z nich tylko czworo.

Szczególnie wzruszająca była para starszych już małżonków. Oboje byli poparzeni śmiertelnie i oślepieni. Celowo oddzieliliśmy ich od siebie. Ksiądz „Jacek”, który ich spowiadał i przynosił komunię świętą, spełniał rolę łącznika. Opowiadał nam z głębokim przejęciem, że nie widział nigdy tak rzewnej, tak chwytającej za serce małżeńskiej miłości.

Zapamiętałam sobie również spośród poparzonych młodego chłopca nazwiskiem Strawiński. Mimo ciężkich oparzelin powoli wracał do zdrowia. Czekał zawsze na czarną kawę, którą przynosiła dla ciężej rannych pani z prasy. Obdzielałam nią chorych. Mój mały dostawał zawsze choć troszeczkę. Był jedynakiem. Codziennie odwiedzała go matka, przynosząc mu ulubione przysmaki. Chwalił mi się, że zjadł to i owo i już nie grymasi. Zmarł niespodzianie po trzech tygodniach, ale w innym szpitalu, bo nasze PKO było rozbite i ewakuowane.

Biedny chłopczyna. Oddałam go w dobre i fachowe ręce. Nie przetrzymał.

Często bardzo musieliśmy kleić biedne połamane kości naszych chłopców. Gipsy nakładaliśmy na sali opatrunkowej. Była to specjalność kolegi Tuza, który zagadując rannego, uśmiechnięty łagodnie, wygładzał longety, nie longety i postukując w twardą skorupę gipsową, cieszył się, że tak dobrze tężeje.

Mieliśmy również i Rentgena, który nam pomagał odkrywać odłamki i typy złamań. Prowadziła go dr Halina Okolska.

POLEGLI

Nie mówiłam dotąd prawie nic o naszych poległych. W podziemiach pierwszego piętra jeden pokój został przeznaczony na swego rodzaju kaplicę pogrzebową. Nie było w niej ani krzyża, ani żadnych emblematów — pusta wilgotna cela z wentylatorem. Wstawiano tam na noszach zmarłych.

Jeden z pierwszych, a bodaj najpierwszy, był woźny z PKO Kaniewski, który po opanowaniu przez -nas gmachu wszedł na dach, aby zawiesić na siódmym piętrze sztandar. Dostał tam kulę z pobliskiej PAST-y, w której siedzieli Niemcy. Miał jeszcze siłę zejść do górnej sali, gdzie padł bez przytomności. Miał przestrzeloną klatkę piersiową i uszkodzone większe jakieś naczynie, bo bardzo krwawił. Koledzy zbiegli na dół, wzywając lekarza. Poszłam za nimi na górę, z trudem wchodząc na piętra. Stwierdziłam stan beznadziejny. Żołnierze bardzo się rzucali wołając, że rannego trzeba ratować. Znieśliśmy go na salę opatrunkową. Dostał rozczyn fizjologiczny soli, który mu zaaplikowała na własną odpowiedzialność felczerka, pani Maria. Przywróciło mu to na chwilę przytomność, potem ją znów stracił i zmarł przy objawach krwotoku wewnętrznego.

Wkrótce potem sanitariusze przynieśli pięknego osiemnastoletniego chłopca z ciężkim postrzałem brzucha. Leżał w bramie 24 godziny. Stwierdziliśmy objawy ciężkiego zapalenia otrzewnej, suchy język, olbrzymie wzdęcie brzucha i bardzo mało napięte, chwilami zanikające tętno. Żal mi było tego młodziutkiego człowieka o regularnych rysach, czarnych włosach i oczach, ocienionych długimi rzęsami. Spoglądał jak, z trudem chwytając powietrze. Nie mogliśmy nic zrobić, zmarł ; ranem.

Trzeci miał przestrzeloną czaszkę — młody, może dwudziestoletni chłopiec. Czwartym był Niemiec.

Ustawiono rzędem nosze ze zwłokami owiniętymi w prześcieradła. Tego dnia dostałam od jednego z rannych, porucznika „Pałąka”, który dostał kwiaty z racji swojego ślubu, śliczny, różowy goździk. Położyłam go na ręce najmłodszego. Kiedy następnego dnia poszłam do kostnicy, wszyscy zmarli leżeli w trumnach i wszyscy, prócz Niemca, mieli w martwych dłoniach różowe goździki. Ktoś zobaczył moje kwiaty, a ponieważ porucznik swój bukiet oddał siostrom — ozdobiły nimi poległych. Wzruszający to był widok, świeże kwiaty na przedwcześnie ściętych najpiękniejszych kwiatach polskiej młodzieży… Wciąż ich pamiętam, może dlatego, że byli pierwsi. Niestety, później coraz więcej wynosiliśmy ich do naszej kostnicy. Nie podobna wszystkich spamiętać.

Nasi kapelani prowadzili ewidencję poległych. Znaczyli ich, zakładając im na nogi nawleczone na żelaznych kołkach metalowe blaszki z numerami. Wynoszono zwłoki z kostnicy w asyście księdza i chowano na podwórzu PKO lub wzdłuż chodników na ulicy Świętokrzyskiej, skąd wyjęto płyty do barykad. Z czasem powstał tam długi powstańczy cmentarz, ciągnący się wzdłuż prawej strony ulicy, od Marszałkowskiej aż bez mała do ulicy Mazowieckiej. Mogiły, przeważnie wspólne, zdobiły małe drewniane krzyżyki z imionami poległych i datą ich śmierci — najczęściej wypisaną chemicznym ołówkiem.

W pierwszych dniach powstania chowaliśmy naszych bohaterów w trumnach, później, kiedy trumien zabrakło, w prześcieradłach. Z czasem i tych już nie było. Zawinięte w koc czy prześcieradło ciało składano w bieliźnie już to nawet bez bielizny do ‘mogiły poświęconej przez kapłanów.

Ostatnich sześciu poległych w PKO już nie chowano. Zginęli pod gruzami zawalonych pięter. Ksiądz Piotrowski udzielił im tylko w kilka minut po wybuchu bomb absolucji in articulo mortis.

Na zawsze również utrwalił się w mojej pamięci widok krzyżyków na naszych mogiłach. Właściwie cała Warszawa stała się jakimś wielkim wstrząsającym cmentarzyskiem. Gdy ją opuszczałam, a Miasto już nie istniało — jedynym znakiem życia były te krzyże. Na zrytych lejami skwerkach, na podwórkach, wzdłuż spalonych ulic, na gruzach i spośród gruzów wychylały się prymitywne, z deseczek, z kawałków drzewa wystrugane krzyżyki.

A jednak nawet wówczas, na tym straszliwym pobojowisku, na tej „dolinie Józefata”, na której piętrzyły się dymiące wzgórza zawalonych, zdruzgotanych kamienic — te krzyżyki głosiły prawdę życia, którego nawet śmierć nie jest w stanie zniszczyć. Były one jakimś wielkim wołaniem  o  sprawiedliwość Bożą i podtrzymywały nadzieję,  że  Bóg jest czuwa i pospieszy z ratunkiem.

Krzyże!… Krzyże!… Mogiły nieobliczone, niespamiętane, samotne, zbiorowe, a w nich tysiące, setki tysięcy żołnierzy, bohaterów, męczenników, cały mój naród, mężczyźni, kobiety, dzieciątka, nieraz zgasłe przy wyschłych z głodu piersiach nieszczęsnych swych matek.

Sabina Dembowska,

Maszynopis, oryginał, 1961, IH PAN.

  Kapelan Okręgu Warszawskiego AK

 

Dnia 9 lutego rb.( 1962 ) zmarła w Milanówku pod Warszawą med. Sabina Dembowska, wybitny lekarz, senior ginekologów polskich, długoletni ordynator oddziału ginekologicznego w b. Szpitalu Głównym PCK w Warszawie, dyrektor szpitala podczas oblężenia Warszawy w 1939 r., długoletni wykładowca i wychowawca w Szkole Pielęgniarstwa PCK Warszawie, lekarz szpitala AK w PKO w Powstaniu Warszawskim, ordynator szpitala Rejonowego w Milanówku w latach1945-1958.

Dr Sabina Dembowska ur. 3 lipca 1877 po ukończeniu szkoły -średniej studia medyczne rozpoczęła w 1901 r. w Krakowie w warunkach szczególnie ciężkich, gdyż w owym czasie wstęp na wyższe uczelnie dla kobiet był praktycznie uniemożliwiony. Dlatego dyplom lekarski i tytuł doktora medycyny zdobywa po odbyciu stażu ginekologicznego w 1907 r. w Zurichu. Po powrocie do kraju dr Dembowska specjalizuje się u znakomitych lekarzy: prof. Rzętkowskiego i doktora internisty Dunina. Po odbyciu praktyki w szpitalach warszawskich: Wolskim i przy ul. Karowej oraz specjalizacji na oddziale chirurgicznym u doktora Wacława Dobrowolskiego dr Dembowska obejmuje w roku 1921 stanowisko ordynatora oddziału ginekologicznego Szpitala Głównego PCK w Warszawie, pozostając na tym stanowisku bez przerwy aż do zburzenia szpitala przez hitlerowców podczas Powstania Warszawskiego.W Milanówku, gdzie ewakuowała się z Warszawy część personelu szpitalnego, dr Dembowska po przejściach w wielokrotnie burzonych szpitalach AK, zwłaszcza w szpitalu w podziemiach PKO, w którym ofiarnie niosła pomoc rannym, od razu stanęła do pracy, jako ordynator i organizator nowego szpitala. Pracuje w nim mimo podeszłego wieku, aż do roku 1958 tj. do przejścia na emeryturę. Ale i później nie szczędzi młodszym kolegom swych rad i wskazówek, a licznie zgłaszającym się pacjentkom z całego kraju — pomocy lekarskiej.

Znakomity lekarz i dobry, szlachetny człowiek. Te dwie cechy były chyba dominujące w tak bardzo pracowitym, ofiarnym życiu dr Sabiny Dembowskiej. Potrafiła zawsze łączyć wiedzę i rozległą praktykę zawodową z ofiarną pracą społeczną, głównie pod znakiem Polskiego Czerwonego Krzyża, z którym była związana niemal od zarania jego działalności. Kładła podwaliny pod szkolnictwo pielęgniarskie PCK w czasach, gdy ruch pielęgniarski w Polsce stawiał dopiero pierwsze, nieśmiałe kroki

W uznaniu Jej wielkich zasług dla kraju, służby zdrowia i Polskiego Czerwonego Krzyża władze Polski Ludowej, władze wojskowe i Zarząd Główny PCK wyróżniły doktor Dembowska wysokimi odznaczeniami: Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Walecznych, Złotym Krzyżem Zasługi, Złotą Odznaką Honorową PCK I st, Medalem Dziesięciolecia, Złotą Odznaką Jubileuszową 15-lecia PCK.

Dr Sabina Dembowska pozostawiła piękny wzór pracy w służbie zdrowia, w służbie cierpiącego człowieka.

Cześć Jej pamięci.

“Zdrowie” nr 3 (159) 1962 r.

Źródło

Ludność cywilna w Powstaniu Warszawskim PIW 1972 oraz Halina Jędrzejewska  Lekarze Powstania Warszawskiego 1VII – 2 X 1944 wyd. TLW