W Powstaniu:

Obwód I Śródmieście Południowe ul. Wilcza 29a oraz ul Żurawia 31

Fragment wspomnień o funkcjonowaniu powstańczej służby zdrowia w Śródmieściu-Poludnie.

Cała służba zdrowia powstania warszawskiego to żołnierze-powstańcy, niezależnie od szyldu placówki sanitarnej.

Pod względem fachowym szpitale, jeśli chodzi o kwalifikacje chirurgiczne, stały przeciętnie na poziomie dywizyjnego punktu opatrunkowego (w zrozumieniu taktyki sanitarnej ówczesnego Wojska Polskiego).

Szpitale przy ulicy Hożej, przy ulicy Marszałkowskiej 79, przy ulicy Chmielnej i przy ulicy Jaworzyńskiej reprezentowały poziom dywizyjnego szpitala polowego (w zrozumieniu jak wyżej).

Punkty opatrunkowo-ambulatoryjne stały na poziomie zależnym od kwalifikacji, specjalności i zdolności organizacyjnych lekarza czy lekarzy i personelu pomocniczego oraz ich ilości, lokalu i wyposażenia.

Wiemy, że podział na północną i południową część dzielnicy był spowodowany jedynym, bardzo wąskim i „niezupełnie wygodnym” przejściem przez Aleje Jerozolimskie, ostrzeliwane wzdłuż przez Niemców.

Niemniej obie te części stanowiły administracyjnie jedną.

Niektóre punkty opatrunkowo-ambulatoryjne miały zaplecze po kilka łóżek zarówno w północnej, jak i południowej części Śródmieścia.

Dzielnica dysponowała jednym gabinetem rentgenologicznym przy ulicy Wspólnej.

Jeśli chodzi o pozostałe placówki służby zdrowia, to należy wymienić Składnicę Sanitarną ulica Krucza 29, wszystkie apteki Śródmieścia i wreszcie Intendenturę — magazyn żywnościowy przy ulicy Kruczej.

Praca w placówkach służby zdrowia była nieodpłatna,  a  pomoc  lekarska i pielęgniarska bezpłatna zarówno na miejscu, jak i w domu chorego.

Oprócz wymienionych punktów sanitariatu na terenie dzielnicy działali lekarze prywatni, przyjmując w swoich mieszkaniach chorych i rannych oraz chodząc na wezwanie do pacjentów do domów.

Lekarze prywatni załatwiali pacjentów bezpłatnie, zgodnie z uchwałą podjętą przez nich pierwszego dnia powstania warszawskiego.

Na przykład docent dr med. Jan Roguski przyjmował chorych i rannych w swoim mieszkaniu przy ulicy Żurawiej 28 i wizytował pacjentów na wezwanie zupełnie bezpłatnie.

Pisząc o placówkach służby zdrowia Warszawa-Śródmieście, trzeba szczególną uwagę poświęcić szpitalowi PCK przy ulicy Jaworzyńskiej. Szpital ten należałoby przyjąć za swego rodzaju centrum szpitalne, reprezentujące szereg specjalności. O rozmiarach tej placówki świadczy fakt, że przy ewakuacji, po kapitulacji powstania, ten właśnie szpital sam jeden, zajmujący domy całej niemal ulicy, został określony jako grupa szpitali warszawskich Warszawa I. Był on siedzibą władz Polskiego Czerwonego Krzyża w pewnym okresie i ośrodkiem działania tej organizacji na terenie dzielnicy.

Szefem sanitarnym „cywilnym” dzielnicy Warszawa-Śródmieście był docent dr med. Feliks Przesmycki, urzędujący przy ulicy Kruczej, którego kompetencje rozciągały się na obie części: północną i południową. Docent Przesmycki był szczególnie predysponowany na swoje stanowisko. Bardzo rzeczowy, sprawiedliwy, bezstronny, odważny, ofiarny, umiejący dobierać ludzi, znający się doskonale na organizacji służby zdrowia i epidemiologii, położył kolosalne zasługi dla całości sanitariatu dzielnicy >d początku do końca powstania.

Szpitale i punkty opatrunkowo-ambulatoryjne były zaopatrywane w narzędzia i leki przez Składnicę Sanitarną przy ulicy Kruczej 29, przez Polski Czerwony Krzyż, apteki i z darów prywatnych, później także ze zrzutów lotnictwa radzieckiego i I Armii Wojska Polskiego.

W żywność zaopatrywała placówka służby zdrowia częściowo Intendentura, częściowo PCK, a w dużej mierze szpitale zdobywały żywność la własną rękę, z darów prywatnych i z rozdziału przyniesionego przez ochotników ziarna mielonego we własnym zakresie na kaszę i mąkę. Szpitale wypiekały chleb u siebie.

Finansowe zaopatrzenie zapewniał szpitalom PCK.

Rola Polskiego Czerwonego Krzyża w powstaniu warszawskim była ogromna, a balans działalności tej organizacji, kierowanej przez pułkownika doktora Miszewskiego na terenie naszej dzielnicy wypada wybitnie dodatnio i chwalebnie. Pełnomocnikiem Zarządu Głównego PCK na okręg Warszawski był Aleksander Lewandowski.

 Od połowy sierpnia 1944 roku PCK stara się zapewnić wszystkim placówkom służby zdrowia bezpieczeństwo, biorąc je pod swoją opiekę. Placówki i personel mają zaświadczenia polsko-niemieckie, podpisane przez władze PCK, wzywające władze wojskowe i cywilne do udzielenia pomocy.

Już wtedy bez wątpliwości wiadomy był przyszły los powstania, choć jeszcze się o tym publicznie nie mówiło.

Polski Czerwony Krzyż opiekuje się sanitariatem w całym tego słowa znaczeniu przez cały okres trwania walk i po kapitulacji. Opiekuje się materialnie i moralnie.

Polski Czerwony Krzyż po kapitulacji powstania warszawskiego firmuje ewakuację wszystkich szpitali, rannych, chorych i personelu, a także wszystkich pozostających w mieście w mieszkaniach, po masowej ewakuacji ludności, kalek, starców i chorych. Sprawę tę uzgadnia szczegółowo z władzami niemieckimi, uzyskując również środki transportu.

Organizacji tej łącznie z cywilnymi władzami Służby Zdrowia należy zawdzięczać to, że udało się uratować tyle istnień ludzkich i odtransportować je w bezpieczne miejsca.

Niepodobna teraz przemilczeć, choć wiele o tym napisano i powiedziano, ogromnego poświęcenia i zasług personelu łącznikowego i noszowych. Były to przeważnie młode kobiety i dziewczęta. Rekrutowały się z rozmaitych środowisk, ale wszystkie, nie pomne na swoje młode życie, od-dawały je aż nazbyt często, usiłując ratować rannych nieraz w sytuacjach beznadziejnych, transportując ich swoimi wątłymi siłami do szpitali i punktów opatrunkowych. Należy im się szczególna cześć, pamięć i chwała.

Godzina „W” była mi wiadoma jeszcze przed południem dnia 1 wrześnią 1944 roku. Znajdowaliśmy się wówczas razem z dr Apolonią Karaś–Brzozowską przy ulicy Wilczej 29a i poczyniliśmy przygotowania — na wszelki wypadek — punktu opatrunkowo-ambulatoryjnego na parterze tego domu w gabinecie kosmetycznym. Lokal był odpowiedni, lokalizacja w pobliżu rogu ulicy Wilczej i Marszałkowskiej wydawała się stosowna.

Wieczorem, już po wybuchu powstania, wyraziłem przekonanie, że skoro wyszedłem cało z obrony Warszawy w 1939 roku — to niepodobieństwem jest, abym wyniósł cało głowę z obecnych walk, „bo przecież jakiś porządek musi być! — non bis in idem” (nie może być dwa razy jednakowo).

Zresztą oboje z dr Karaś-Brzozowską nie baliśmy się śmierci. Byliśmy na nią przygotowani, bo od razu zdaliśmy sobie sprawę z sytuacji. Tym bardziej mobilizowało to nas do wypełnienia swojego zawodowego, ludzkiego i patriotycznego obowiązku — opieki lekarskiej nad ofiarami działań wojennych i chorymi.

2 sierpnia 1944 roku od godziny 8 rano Punkt Opatrunkowo-Ambuatoryjny rozpoczął swoją działalność.

Od ulicy Marszałkowskiej bił z działa czołg wzdłuż ulicy Wilczej, oparty o barykadę, której nie był w stanie sforsować.

Objąłem kierownictwo, pracując wspólnie z dr Karaś-Brzozowską przy zaakładaniu opatrunków i niesieniu pomocy lekarskiej nie chirurgicznej v zakresie medycyny ogólnej.

Asystowała nam jako pielęgniarka P. Muszanka, wykazująca dużą zręczność i inicjatywę. Ukończyła kursy sanitarne PCK i była na owe warunki doskonałą siłą pomocniczą fachową w czasie naszej pracy.

Znalazłem się i zamieszkałem w domu przy ulicy Wilczej 29a czasowo. Później, kiedy utworzyły się powstańcze komendy domów, otrzymałem dowód zameldowania z przedwojenną, zapewne przechowywaną pieczęcią.

W ciągu dnia 2 sierpnia 1944 roku czołg niemiecki został unieszkodliwiony. Zapanowała krótkotrwała względna cisza.

W pierwszych dniach powstania dawał się odczuć na terenie dzielnicy entuzjazm patriotyczny. Wyrażał się wywieszeniem flag biało-czerwonych oraz pieśniami patriotycznymi i wojskowymi, dolatującymi z otwartych okien.

2 sierpnia po południu usłyszeliśmy przez otwarte okna dźwięki Poloneza As-dur Chopina. Powiedziano nam, że to gra pianista — Władysław Kędra.

W kamienicy w którymś z mieszkań chyba dwunastoletnia dziewczynka grywała co dzień na fortepianie melodię starego „biedermeierowskiego” walczyka. Melodia ta „chodzi za nami” do dnia dzisiejszego.

3 sierpnia zaostrzyły się działania wojenne. Rozpoczął się regularny obstrzał dzielnicy. Zaczęli działać „gołębiarze” — Niemcy ukryci na dachach z precyzyjną bronią zaopatrzoną w lunetę. Rozpoczęły się bombardowania pociskami zapalająco-wybuchowymi, przez wyrzutnie min, tak rwanymi przez ludność „krowami” względnie „szafami”.

Pracy było dużo. Od rana do wieczora i często – w nocy. Wizytowaliśmy również wielu chorych w ich mieszkaniach na wezwanie. Przy organizowaniu punktu wydzieliliśmy dużą piwnicę, którą przygotowaliśmy i zaopatrzyliśmy, jako ambulatorium podziemne na wypadek konieczności.

Wreszcie udało nam się zdobyć aparat do wytwarzania i dopełniania odmy sztucznej opłucnej. Aparat ten dostała dla naszej placówki dr Karaś-Brzozowska od dr Wizy z Poznania, który urzędował nieopodal.

 Spotkała go przypadkowo i w toku rozmowy dr Wiza zaproponował ofiarowanie wymienionego aparatu, co też zostało prawie zaraz dokonane.

Zaczęliśmy zatem pracować również w naszej specjalności, to jest pulmonologii. Znalazło się dość dużo chorych na gruźlicę płuc, a wśród nich wielu leczonych odmą opłucną i paru odmą brzuszną. Bardzo wielu z nich znalazło się w szeregach walczących; z tego część naszych nie-dawnych jeszcze pacjentów z Sanatorium ZUS w Otwocku. Zgłaszali się również chorzy ze Szpitala Ujazdowskiego. Niejedni z nich — także nasi byli pacjenci, którzy uciekłszy pierwszego dnia powstania, przystąpili do walki z Niemcami. Byli między nimi również jeńcy radzieccy: Azerbejdżanie, Gruzini, a także Kałmucy, wciśnięci przez okupanta w mundury niemieckie, jak „ostlegioniści”, którzy po zachorowaniu na gruźlicę zostali umieszczeni w Szpitalu Ujazdowskim. Wszyscy oni po ucieczce ze Szpitala zasilili szeregi powstańcze.

Współpracowaliśmy z Zakładem Radiologii zlokalizowanym przy ulicy Wspólnej, a może Hożej (nie jestem w stanie dziś sobie przypomnieć), prowadzonym przez podpułkownika dr Zawadowskiego, który okazał nam wiele życzliwości i pomocy. Prześwietlaliśmy chorych przed dopełnieniem odmy oraz dokonywaliśmy prześwietleń diagnostycznych.

Chorych trzeba było prowadzić częściowo przez piwnice, częściowo przez ulice ostrzeliwane wzdłuż i z dachów oraz pociskami artyleryjskimi i miotaczami min — „krowami”, kryjąc się za osłonowe barykady. Nie było to proste.

Punkt ambulatoryjno-opatrunkowy przy ulicy Wilczej 29a działał aż do końca powstania, a my wszyscy pracowaliśmy w nim, z tym, że praca stawała się coraz cięższa.

Zaczęły się szerzyć choroby przewodu pokarmowego, wywołane nieodpowiednią wodą do picia i złym wyżywieniem, przy braku jarzyn i owoców, grypa, nieżyty górnych dróg oddechowych, zapalenia płuc, za-ostrzenia gruźlicy płuc, a równocześnie zwiększył się wyraźnie przepływ rannych, których po udzieleniu pierwszej pomocy kierowaliśmy lub transportowaliśmy dzięki posiadaniu już wtedy noszowych — sanitariuszy ochotników z naszej i przyległych kamienic — do najbliższego szpitala.

Wzmożenie siły ognia miotaczy min i ciężkiej kolejowej artylerii w końcu sierpnia 1944 roku nie pozwalało na wytchnienie. Wezwani do chorego pod określony adres — przybywszy zastawaliśmy na miejscu domu stos gruzów, pod którymi zginęli wszyscy mieszkańcy. Czasem zdarzały się dziwne zbiegi okoliczności. Otóż pewnego razu przy ulicy Wilczej na samym szczycie potwornego kurhanu gruzów zawalonego sześciopiętrowego domu zastaliśmy siedzącego oszołomionego średnich lat mężczyznę. Był przejęty wypadkiem, ale nie doznał żadnych uszkodzeń ciała poza linijną raną cięto-tłuczoną w okolicy kości jarzmowej na twarzy, długości około 5 cm, mało krwawiącą — po stronie prawej. Stwierdzało się uszkodzenie i porażenie nerwu twarzowego prawego. Po opatrzeniu rany wyznał nam, że wieszał wypraną bieliznę na strychu i sam nie wie, jak się znalazł na kopcu gruzów. Skierowaliśmy rannego do szpitala.

W czasie naszej pracy przy ulicy Wilczej 29a braliśmy również udział w akcji przeciwpożarowej (ludzi aktywnych było mało), dyżurując na strychu i gasząc pożary, wywołane przez miotacze min — oczywiście w pierwszych dniach powstania, kiedy jeszcze zdarzały się wolne chwile od pracy w ambulatorium, no i wtedy, kiedy wymagała tego sytuacja alarmowa, a w każdym wypadku jeżeli nie było nic szczególnie nagłego w punkcie sanitarnym.

W takich okazjach dr Apolonia Karaś-Brzozowska okazała niezwykłą odwagę, przytomność umysłu, pogardę śmierci oraz wysoko rozwinięte poczucie obowiązku w bardzo niebezpiecznych sytuacjach. Widzę ją na szczycie domu znikającą wśród kłębów dymu zapalającego pocisku — wołającą o dostarczenie wody, a na wezwanie, żeby zeszła, krzyczącą, że nie ruszy się, dopóki nie ustali lokalizacji pożaru. Pożar oczywiście ugaszono wspólnymi siłami.

Praca lekarska dr Karaś-Brzozowskiej była pełna poświęcenia, sprawna i skuteczne. Chodziliśmy również oboje na konsultacje ftizjatryczne i z aparatem odmowym dla dopełniania odmy opłucnej na „linie bojowe” nieraz aż w okolice ulicy Poznańskiej i na ulicę Poznańską, a także do północnej części dzielnicy na Tamkę, Chmielną itd., gdyż sami „od-mowcy” (wyrażenie gwarowe medyczne) nie mogli dosłownie znaleźć czasu na przyjście do nas.

Były to wyprawy połączone — łagodnie określając — z dużymi trudnościami. Wędrowało się częściowo piwnicami, a częściowo ulicami, i to na długiej przestrzeni, na których ogień karabinowy „gołębiarzy”, odłamki pocisków miotaczy min oraz artyleryjskich, wreszcie same pociski mogły każdej chwili razić przechodnia. Opisy „sielankowego” spokoju Śródmieścia, zawarte we wspomnieniach dwóch osób umieszczonych w dziale pt. Życie codzienne w Powstańczej Warszawie, opracowanym przez Edwarda Serwańskiego, są chyba zbyt optymistyczne. Zapewne autorzy przechodząc z „piekła” Starówki, zwłaszcza, jeśli szli kanałami, trafili na krótkie chwile odprężenia, które w porównaniu z ich poprzednimi przeżyciami stanowiły pewien kontrast. Poza tym ogólne przygotowanie, organizacja i sprawność, opieka nad ludnością i służba zdrowia — wreszcie przygotowanie taktyczne było na wyższym poziomie — jak się zdaje — niż na Starym Mieście — w naszej dzielnicy, i to dołączało się do ogólnego nastroju relacjonujących.

 Dnia 10 sierpnia 1944 roku docent dr Feliks Przesmycki, z którym pozostawałem w stałym kontakcie, polecił mi zorganizowanie i objęcie kierownictwa szpitala przeciwgruźliczego. Jako miejsce wybraliśmy lokal wytwórni kosmetyków w kamienicy przy ulicy Żurawiej 31 oraz przylegające opuszczone lokale, które trzeba było opróżnić, odmalować i wyposażyć.

W dniu 15 sierpnia 1944 roku szpital przeciwgruźliczy przy ulicy Żurawiej 31 został otwarty i przyjęliśmy pierwszego chorego. Był to kałmuk i „ostlegionu” (uciekinier ze Szpitala Ujazdowskiego) z gruźlicą płuc, powikłaną gruźlicą jelit i gruźlicą krtani, w stanie bardzo ciężkim, bez-nadziejnym, preagonalnym, skierowany przez pielęgniarkę ze szpitala PCK przy ulicy Jaworzyńskiej.

Utworzenie szpitala przeciwgruźliczego w dzielnicy Warszawa-Śródmieście było podyktowane stwierdzoną, stosunkowo znaczną ilością chorych na gruźlicę, szukających pomocy lekarskiej i zgłaszających się do szpitali i ambulatoriów dzielnicy

Wtedy chorzy prątkowali tak, że w bezpośrednim preparacie plwociny znajdowało się pod mikroskopem wszystkie pola widzenia usiane prątkami gruźliczymi.

Pięćdziesiąt łóżek, którymi dysponował szpital w pierwszym okresie swego istnienia, zostało obłożonych całkowicie już w pierwszych dniach jego pracy. Dowodziło to w całej pełni celowości jego utworzenia i uruchomienia.

Obsada  osobowa szpitala przeciwgruźliczego przy ulicy  Żurawiej  31 w chwili otwarcia była następująca:

Kierownik i ordynator: dr Michał Białokoz, specjalista chorób płuc

Z-ca kierownika i starszy asystent: dr Apolonia Karaś-Brzozowska, specjalista chorób płuc

Asystenci: abs. med. Jurkowska-Wojciechowska, stud. med. Jerzy Wojciechowski, stud. med. Ryszard Gutman

Kierownik apteki: mgr Raczkowski

Przełożona pielęgniarek: piel. dypl. Maria — nazwiska nie pamiętam

Pielęgniarki: piel. dypl. Halina Gutman, piel. przyuczona Danuta Prze-smycka, 3 pielęgniarki przyuczone, których nazwisk nie pamiętam

Intendent: st. felczer Jurkowski

II  intendent: Adam Przesmycki

Salowe: 3, których nazwisk nie pamiętam

Kucharki: 2, których nazwisk nie pamiętam

Noszowi: 4, których nazwisk nie pamiętam.

Szpital nie posiadał własnej  aparatury  rentgenologicznej.  Korzystaliśmy znowu z  gabinetu radiologicznego podpułkownika  dr  Zawadowkiego, o którym była już mowa, dopóki elektrownia dostarczała prąd.

 Mieliśmy do dyspozycji dwa aparaty odmowę i mikroskop oraz szkiełka i odczynniki do badań plwociny. Mieliśmy również probówki oraz odczynniki do badania jakościowego moczu na białko i cukier. Posiadaliśmy zestawy narzędzi — również zestawy chirurgiczne, które to ostatnie w niedługim czasie bardzo się przydały.

Leczyliśmy gruźlicę płuc, jelit i krtani oraz zimne ropnie według metod uważanych wówczas za najnowsze. Stosowaliśmy odmę leczniczą opłucną i brzuszną, wykonywaliśmy punkcje jamy opłucnej i brzusznej (w przypadkach wodobrzusza na tle zastoinowym) oraz ewakuację płynów surowiczego i ropnego, płukanie jamy opłucnej, znieczulenie nerwu krtaniowego górnego w przypadkach gruźlicy krtani, uniemożliwiającej połykanie z powodu bólu, wreszcie nacięcie, opróżnienie i opatrywanie zimnych ropni. Dokonywaliśmy zakrapiania do krtani środków przeciwzapalnych.

Pragnę zwrócić uwagę na dość ciekawą sprawę: mianowicie mimo prawie stałego zanieczyszczenia powietrza cząstkami kurzu, wywołanego wybuchami pocisków, nie stwierdzaliśmy powikłań w toku stosowania odmy. Nieraz w trakcie dopełnienia powietrza następował wybuch na podwórzu (okna pokoju zabiegowego wychodziły na podwórze). Do pokoju zabiegowego dostawała się mleczno-szara mgła pyłu upośledzająca, a nawet znosząca widoczność. Oczywiście przerywaliśmy dopływ powietrza do chwili „oczyszczenia” atmosfery, ale później zabieg kończyliśmy. Powtarzam: żadnych komplikacji nie było.

Mieliśmy łóżka metalowe, przeważnie typu zbliżonego do szpitalnego. Zaopatrywaliśmy się w leki, sprzęt sanitarny i materiały opatrunkowe w Składnicy Sanitarnej przy ulicy Kruczej 29 i w aptekach.

W żywność zaopatrywała nas Intendentura przy ulicy Kruczej, PCK, a także nasz intendent starał się sam zdobywać żywność dla szpitala bądź za pieniądze przydzielone przez PCK, bądź też sposobami, które opisywałem poprzednio. Zmarłych grzebaliśmy pod płytami chodników i nawierzchni podwórza w głęboko wykopanych dołach — w workach. Trumien nie było i nie można było nigdzie ich dostać.

Dr Karaś-Brzozowska i ja nie przestaliśmy mieszkać przy ulicy Wilczej 29a i niezależnie od pracy w szpitalu pracowaliśmy w opisanym poprzednio punkcie opatrunkowo-ambulatoryjnym aż do kapitulacji, kiedy to przenieśliśmy się na stałe do naszego szpitala.

Musieliśmy podzielić stosownie do potrzeb czas naszej pracy, bo przede wszystkim trzeba było prowadzić szpital, ale tam, przy ulicy Wilczej, również czekali pacjenci na załatwienie i mimo zawalenia robotą chodziliśmy na wezwanie chorych do ich mieszkań.

Ustaliliśmy harmonogram naprzemiennych dyżurów w szpitalu, tak aby jedno z nas trzymało stale rękę na pulsie życia szpitalnego.

Ze szpitala przy ulicy Żurawiej 31 do punktu opatrunkowo-ambulatoryjnego przy ulicy Wilczej 29a trzeba było iść następującą drogą: całą ulicą Żurawią do ulicy Kruczej przechodziło się piwnicami, połączonymi ze sobą wybitymi w murze przejściami, następnie wychodziło się na powierzchnię na ulicy Kruczej. Tam już przejść piwnicznych nie było. Ulicą Kruczą szło się aż do placyku po zniszczonym domu koło ulicy Wilczej, a następnie zstępowało się do piwnic ulicy Wilczej, podobnie połączonych ze sobą jak przy ulicy Żurawiej i wychodziło się na podwórze domu przy ulicy Wilczej 29a.

Odbywając tę drogę nieśliśmy, każde z nas, po wiadrze wody, którą sami nalewaliśmy z pompy przy ulicy Żurawiej 24, bo przy Wilczej była potrzebna i dla ambulatorium, i dla nas do picia.

Rano szliśmy z pustymi wiadrami tą samą drogą w odwrotnym kierunku.

Ulica Krucza i placyk przy ulicy Wilczej pozostawały pod stałym obstrzałem z broni maszynowej, miotaczy min i artylerii ciężkiej i najcięższej. Kiedy wracaliśmy ze szpitala, ulica Krucza wyglądała zupełnie inaczej niż z rana. Nowe olbrzymie zniszczenia, pełno trupów i krwi, a ponadto deszcz odłamków padających dokoła oraz gwizd pocisków z broni ręcznej i maszynowej.

Kiedy rozpoczęło się bombardowanie Śródmieścia ciężkim działem kolejowym, przy nadal trwającym opisanym już obstrzale, odbywanie opisywanej drogi niczym nie przypominało „sielanki”.  A przecież ludzie tamtędy szli i ginęli, bo musieli, i my też musieliśmy iść, obciążeni w dodatku w kierunku ulicy Wilczej wiadrami z jakże cenną wodą.

Przechodząc tamtędy codziennie mieliśmy okazję obserwowania życia podziemnego — tej drugiej „piwnicznej” Warszawy. Były tam zagęszczone koczowiska całych rodzin, prowizoryczne kuchnie, zapasy żywności, egoistycznie magazynowane i strzeżone. Kwitł tam handel przeważnie zamienny, w którym wartość produktów spożywczych wzrastała w postępie geometrycznym w miarę przedłużania się powstania. Na przykład w ostatnich dniach przed kapitulacją opowiadano mi, że za kostkę masła ofiarowano złoty damski zegarek z bransoletką firmy „Schafhausen”.

W piwnicach było pełno zdrowych, młodych i silnych ludzi, którzy nie mieli żadnego zatrudnienia.

Stosunek mieszkańców piwnic do powstania był raczej negatywny. Ludzie ci uważali, że nie oni wywołali powstanie, że koncepcja powstania była w założeniu nonsensem i że cierpią za cudzą głupotę.

Nieaktywność szeregu osób trzeba sobie wytłumaczyć także i tym, że doprawdy nie było dla nich broni, nie było konkretnego zajęcia. Ponadto posunięcia niektórych dowódców pododdziałów AK, polegające na wyłapywaniu i pędzeniu do ataku bezbronnych ludzi („broń sobie zdobędziecie!”) lub też zmuszanie ich do budowania czy poprawiania barykad pod obstrzałem nieprzyjaciela były być może aktem rozpaczy, który uważali za konieczny, ale też były lekkomyślne i wręcz szkodliwe politycznie. Wywoływały lapidarne komentarze suto okraszone karczemną „łaciną”, zjadliwe uwagi i niepopularność.

Jeśli chodzi o przekrój społeczny — to najbardziej po obywatelsku zachowywali się przedstawiciele proletariatu miejskiego. Tu było widać współczucie i serdeczność wobec uciekinierów z innych dzielnic, dzielenie się z nimi skromnymi zapasami żywności, gotowość pomocy w transporcie rannych i chorych, bezinteresowną pracę fizyczną dla dobra społecznego, mimo że powstania nie pochwalali i widzieli ogrom klęski powodowanej przez wrogie im politycznie i społecznie elementy.

Zupełnie inny był wzajemny stosunek inteligencji i „wielkich tego świata” sprzed wojny.

W połowie września w przejściu piwnicznym spotkałem lekarza — byłego dygnitarza. Poznał mnie. Był załamany psychicznie. Narzekał na wszystko i wszystkich i prosił mnie o żywność. Wyznaczyłem mu spotkanie następnego dnia w tym samym miejscu. Przyniosłem to, co sami mieliśmy — duży kawał chleba. Odwrócił się pogardliwie — nie przyjął. Chleb to i ja mam — powiedział — myślałem, że będzie coś lepszego” przeprosiłem go, że niczego innego nie mogę mu dać. Z rozmowy nie dowiedziałem się mimo pytań, czy i gdzie pełni jakiekolwiek funkcje lekarskie. Sądzę, że nie robił nic. W gwarze naziemnej Warszawy ówczesnej należałoby go nazwać „piwniczny cykorianin”.

Były także grupy spekulantów — typy występujące zawsze w takich okazjach. Ludzie ci nie odbiegali swoimi cechami od wszystkich tych, których od wieków opisywała historia i literatura — typowe wszy społeczne.

Byli też ludzie zrezygnowani, przyjmujący beznamiętnie rozgrywające ę zdarzenia, oczekujący niecierpliwie ich końca bez względu na to, jaki będzie ten koniec.

Cały czas oczywiście opisywałem ludzi piwnic i tylko ich charakterystykę przedstawiałem.

Być może wśród inteligencji i arystokracji „piwnicznej” byli ludzie pozytywni, jednak myśmy takich nie spotkali w swoich wędrówkach, przecież nawet konsultowaliśmy chorych w piwnicach nie należących do naszej trasy i dobrze znaliśmy piwnice najbliższych kamienic, choć gdy tam nie chroniliśmy się ani nie mieszkali. Po prostu byliśmy dla nich „domowymi lekarzami” i życie ich było dla nas tak znane, jakby wyłożone na patelni.

 Wracając do dziejów szpitala przy ulicy Żurawiej 31, chciałoby się podkreślić bardzo życzliwy stosunek mieszkańców kamienicy do naszej placówki. Nie raził ich charakter epidemiologiczny szpitala. Wydaje się, że oprócz postawy społecznej byli zadowoleni z faktu posiadania w swoim domu stałej opieki lekarskiej i pielęgniarskiej.

Przecież dyżur szpitala trwał 24 godziny na dobę. Wieczorem i w nocy był lekarz dyżurny, pielęgniarka dyżurna, salowa dyżurna i dwaj noszowi dyżurni. W dzień od rana do wieczora szpital urzędował normalnie, w pełnym składzie osobowym.

Mieszkańcy domu częściowo pousuwali się z przyległych mieszkań do piwnicy dla bezpieczeństwa, a częściowo przenieśli się do innych domów do rodzin ze względów gospodarczych. W ten sposób dali możność poszerzenia się szpitalowi.

Ilość łóżek wzrastała. Musieliśmy utworzyć osobny oddział chirurgiczny ogólny z prowizoryczną salą operacyjną, którego kierownictwo objął przybyły do szpitala dr Wacław Banasiuk. Było to konieczne ze względu na zgłaszających się rannych z pobliskich miejsc obstrzału, ze względu na napływ rannych z ewakuowanych dzielnic, którzy przybywali kanałami w okropnym stanie i na maksymalne obłożenie łóżek w szpitalach w Śródmieściu w tym okresie.

W ten sposób zajęliśmy niemal cały parter i trochę pierwszego piętra. Przybyli nowi lekarze: dr Kamińska, dr Mikołaj Kaszyn, dr Lachowicz, dr Surkont, dr Ozimiński, pielęgniarka dyplomowana Ledzion oraz kilka pielęgniarek, salowych i noszowych, których nazwisk nie pamiętam. Potem przybył bardzo energiczny administrator z córką, która stanęła również do roboty. Nazywał się Gaworowski, imienia nie pamiętam.

W drugiej połowie września szpital liczył około 120 łóżek. Coraz bar-dziej się zwiększała ilość personelu fizycznego. Współpracowałem już wtedy ściśle z Szefem Sanitarnym. Byłem jego „prawą ręką”. • Wędrując od czasu do czasu, zwłaszcza we wrześniu 1944 roku wspólnie z docentem Przesmyckim po dzielnicy w celu wizytowania szpitali, nieraz trafialiśmy na chwile szczególnie już nasilonego obstrzału. Wtedy zatrzymywaliśmy się, aby przeczekać w bramie jakiegoś domu czy za załomem ruiny. Jeden z nas prawie zawsze „usprawiedliwiając” żartem nasze postępowanie powtarzał przysłowie rosyjskie, którego ja po raz pierwszy użyłem na początku naszych wędrówek; „pugannaja warona i kusta baitsa” (straszona wrona boi się nawet krzaka). Śmieliśmy się przy tym. Żartowaliśmy sobie obaj w ten sposób, bo ani docent, ani ja właśnie jakoś nie potrafiliśmy się bać. Ostrożność zachowywaliśmy jedynie w wyjątkowych okolicznościach.

 Duże poczucie humoru i pogodne usposobienie miał Szef Sanitarny. )prócz walorów kierowniczych, o których wspomniałem, był wspaniałym towarzyszem.

Tymczasem nad dzielnicą rozpętało się piekło. Niemcy skierowali bar-Izo duże siły ogniowe. Brakło wody, światła, żywności. Nastroje przynębienia ogarniały coraz to szerzej masy biernych z konieczności mieszkańców.

Przybywali ludzie z innych dzielnic, w dużej części przeważnie chorzy, jłodni, spragnieni, brudni. Zaczęły występować: wszawica i świerzb. Co-

•az częściej notowano zachorowania na krwawą biegunkę. Stwierdzono >przypadki duru brzusznego. Obawiano się duru plamistego. Śmiertelność wśród dzieci wzrosła. Zagęszczenie ludności na terenie Warszawy-Śródmieście doszło do niepokojących rozmiarów.

Były to ostatnie dni powstania.

Sytuacja służby zdrowia na terenie Warszawy-Śródmieścia była bar-łzo ciężka, jak wynika z poprzedniego opisu. Ponadto ciągły napływ rannych, przepełnione szpitale, braki leków, zapasy -materiałów opatrunkowych na wyczerpaniu i przemęczenie personelu dopełniały obrazu naprawdę trudnych warunków naszej pracy. Cała służba zdrowia do ostatniego dnia powstania trwała dzielnie na posterunku począwszy od Szefa służby Zdrowia dzielnicy Śródmieście, a skończywszy na salowej i sanitariuszu.

W tym okresie następujący pracownicy Służby Zdrowia dzielnicy zostali przedstawieni do odznaczeń:

  1. dr Kamińska — Złoty Krzyż Zasługi z Mieczami
  2. dr Apolonia Karaś-Brzozowska — Złoty Krzyż Zasługi z Mieczami
  3.  dr Mikołaj Kaszyn — Krzyż Walecznych
  4. dr Michał Białokoz — Krzyż Walecznych.

Polski Czerwony Krzyż przygotowywał koncepcyjnie plan postępowania po linii służby zdrowia na wypadek kapitulacji powstania.

W ostatnich dniach września wyżywienie w szpitalu składało się : chleba i półpłynnej kaszy jako zupy. Tu wykorzystaliśmy jako żywość posiadane jeszcze ziarno, które mełliśmy na mąkę razową i kaszę. Jak już na początku wspomniałem, chleb piekliśmy sami. Zrzuty żywności, dokonywane przez lotnictwo radzieckie i polskie, oddziały AK zabierały dla siebie.

Maszynopis, oryginał, 1967 IH PAN.

Źródło

Ludność cywilna w Powstaniu Warszawskim PIW 1972 oraz Halina Jędrzejewska  Lekarze Powstania Warszawskiego 1VII – 2 X 1944 wyd. TLW