W Powstaniu:

Obwód III Wola z Lesznem, placówki lecznicze: szpital św. Łazarza, siedziba: róg ul. Leszno, Wolska przy ul. Karolkowejod 1 sierpnia do 5 sierpnia

Zeznania Marii Wandy Suryn z 26 V1946 r. przed Warszawską Komisją Badania Zbrodni Niemieckich o zbrodniach popełnionych przez hitlerowców na terenie szpitala Św. Łazarza przy ulicy Wolskiej.

PROTOKÓŁ PRZESŁUCHANIA ŚWIADKA

Warszawa, 6 V 1946 r. Sędzia Okręgowy Śledczy II Rejonu Sądu Okręgowego w Warszawie, Halina Wereńko, delegowana do Komisji Badania Zbrodni Niemieckich, przesłuchała niżej wymienionego w charakterze świadka.

Po uprzedzeniu świadka o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznanie oraz o znaczeniu przysięgi Sędzia odebrał od niego przysięgę na zasadzie art. 109 kpk., po czym świadek zeznał, co następuje:

W dniu 1 sierpnia 1944 roku o godzinie 15 przybyłam do szpital Św. Łazarza przy ulicy Wolskiej róg Karolkowej w Warszawie do mojejl siostry Konstancji chorej na ropień w płucu. Chciałam zabrać siostrę do domu, jednakże wobec wybuchu powstania sama pozostałam w szpitalu.

Noc z 2 na 3 sierpnia wszyscy spędziliśmy w schronach. Oddziały niemieckie usiłowały sforsować barykadę przy ulicy Młynarskiej, wprowadzając do ataku czołgi. Walki toczyły się także na ulicach, tak że szpital był pod ostrzałem. Lotnictwo niemieckie atakowało cele blisko szpitala. Przebywałam razem z siostrą w schronie budynku „A”, położonego od strony ulicy Wolskiej. Schron zapełnił się ludnością cywilną, uciekającą w otwartą bramę szpitala od ulicy Karolkowej. Ludzie ci opowiadali, iż żołnierze niemieccy pędzili ich przed czołgami. Z bezładnych i pełnych przerażenia opowieści nie mogłam zorientować się, na jakim odcinku użyto czołgi.  Do schronu przychodzili powstańcy, by odpocząć, napić się wody, opatrzyć rany. Z terenu szpitala akcja powstańcza nie była prowadzona. Słyszałam, jak komendant powstańców tego odcinka (nazwiska ani pseudonimu nie znam) mówił, iż należy zachować eksterytorialność szpitala. Z domu przy ulicy Karolkowej obok szpitala powstańcy strzelali do Niemców. W schronie budynku „A”, gdzie przebywałam, były trzy sale. W pierwszej zebrano ciężko chorych, w drugiej przeważnie chorych wenerycznie, których w tym budynku grupowano, w trzeciej, gdzie się mieściła kotłownia, grupowała się ludność cywilna. Było tam wielu pracowników szpitala z rodzinami, mieszkających w małych domkach na terenie szpitala, którzy tu się schronili. W schronie było sześćset do siedmiuset osób, w tym dwie trzecie ludności cywilnej. Rannych u nas nie było, kierowano ich do budynku, położonego przy ulicy Leszno. Lekarza w naszym schronie nie było. Czasem tylko przychodziły sanitariuszki na dyżury. Przeważnie więc zdrowi z ludności cywilnej obsługiwali chorych. W dniu 5 sierpnia 1944 roku walki się wzmogły. Były ciężkie bombardowania z samolotów oraz silny ostrzał. Powstańcy przebiegali przez budynek odchodząc i powracali na ulicę Wolską. Około godziny czternaste zauważyliśmy czołgi niemieckie na ulicy Wolskiej, a także słyszeliśmy krzyki, wrzawę, nawoływania się po niemiecku.

Około godziny 16 do drzwi szpitala od strony ulicy Wolskiej zaczęto się dobijać. Podeszła do drzwi salowa z oddziału wenerycznego (nazwisk nie znam) znająca dobrze język niemiecki (pochodziła z poznańskiego). Stojąc pod drzwiami wołała, iż tu jest szpital i są tu tylko ciężko chorzy Z drugiej strony po niemiecku kazano otworzyć drzwi, a zaraz gdy uchyliła drzwi, sypnęła się seria kuł i salowa wróciła do nas i po opatrunku zmarła. Drzwi zamknęły się automatycznie. A gdy ponownie się dobijano, poszedł otworzyć drzwi chory wenerycznie policjant z Białegostoku w mundurze. Zdążyliśmy opatrzyć salową i policjanta, gdy wpadło na salę nr 1, gdzie leżeli ciężko chorzy, dwu czy trzech żołnierzy niemieckich, jak sądzę, z obsługi czołgów, ubranych w peleryny nieprzemakalne. Nic nie mówili, tylko zaczęli coś manipulować przy rurach gazowych. W schronie paliło się światło, a jednocześnie rozszedł się silny zapach gazu. Komendant OPL naszego budynku wyłączył gaz. Zaraz po wyjściu żołnierzy niemieckich kilka osób z ludności cywilnej uciekło w kierunku ulicy Leszno, między innymi mąż posługacz, żona chora na płuca (nazwiska nie znam). Zebraliśmy lżej rannych, chcąc także uciekać, lecz już ucieczka stała się niemożliwa. Został ustawiony w jakimś miejscu na ulicy Karolkowej karabin maszynowy i strzelano do każdego, kto się wychylił z naszego pawilonu. Zajrzałam do pierwszej sali i zobaczyłam, że są tam już żołnierze niemieccy. Paliło się światło. Panowała straszna cisza. Chorzy (same ciężkie wypadki) mieli twarze koloru ziemistego. Żołnierze rzucali granaty wielkości jajka. Z chwilą rzucenia granatu rozlegały się jęki rozrywanych. Widziałam, że granaty rzucało trzech żołnierzy, z jakiej formacji, nie umiem określić. Byli w nieprzemakalnych płaszczach, na szyjach mieli wianki z granatów. Nie było już możliwości ucieczki. Ludność cywilna stłoczyła się w sali drugiej i kotłowni. Pomiędzy salą pierwszą a drugą żołnierze niemieccy ustawili barykadę z ławek i zatrzymali się, mając „rozpylacze” skierowane na nas. Żołnierz wywołał z naszej grupy chorego (lżejszy wypadek) i na migi pokazał mu złoty łańcuszek z medalikiem, dając do zrozumienia, iż żąda takich rzeczy. Chory więc chodził pomiędzy nami, zbierając biżuterię, nad nim stał żołnierz z rewolwerem w ręku zabierając stopniowo złote rzeczy. Gdy żołnierze ponapełniali kieszenie, jeden z nich dał znak ręką, iż już więcej nie trzeba. W zewnętrznym rogu drugiej sali stały matki z drobnymi dziećmi i chora zakonnica. Do tej grupy najprzód żołnierze zaczęli rzucać granaty. Widziałam, jak małe dziecko podpełzło do pierwszego z żołnierzy rzucających granaty i zaczęło go całować po butach, a także jak żołnierz odrzucił to dziecko. Dzieci strasznie krzyczały. Pomimo iż stałam w kotłowni, trafił mnie odłamek granatu. Nie czekając, jak żołnierze wejdą do kotłowni, razem z siostrą i sześcioma osobami (nazwisk nie znam) uciekłyśmy wyjściem, które ostrzeliwano od ulicy Karolkowej. Biegłyśmy po zwłokach osób, które przed nami usiłowały ratować się tą drogą. Udało nam się przebiec do sąsiedniego rozbitego bombą budynku, a stąd przez dziurę w murze do sąsiedniej posesji. Ogródkami koło parkanu szpitala, czołgając się i biegnąc, doszliśmy do ulicy Leszno, gdzie spotkałyśmy powstańców. Ci, widząc chorych w chałatach szpitalnych i boso (bo tak większość z nas uciekała), przeprowadzili nas do drugiego domu za szpitalem im. Karola i Marii. Zrobiono mi opatrunek. Przyłączyli się do nas pielęgniarz z żoną, którzy wcześniej uciekli, i ksiądz (nazwiska nie znam). Ksiądz z łączniczką AK przeprowadzili nas pod ostrzałem niemieckim przez getto na ulicę Chłodną do remizy straży ogniowej stąd na ulicę Grzybowską. Na tym terenie, zajętym przez powstańców rozeszliśmy się. Z opowiadań wiem, że w pawilonie „E” szpitala Św. Łazarza żołnierze niemieccy wymordowali kobiety chore wenerycznie i siostry samarytanki. Mordy miały miejsce także w pawilonie „K”. Ural wała się stąd naczelna pielęgniarka Kotkowska Maria, zamieszkała obecnie w Ostrowcu Kieleckim. Spośród zamordowanych w schronie pawilonu „A” pamiętam tylko chorą Kowalską. Innych nazwisk nie znam. W lutym 1945 roku udałam się do schronu w pawilonie „A”, chcąc odnaleźć tam pozostawioną walizkę z biżuterią. Zwłoki były ze schronu uprzątnięte. Przed schronem od strony podwórza leżały niedopalone szczątki, jakby zmiecione na kupę.

Na tym protokół zamknięto i odczytano.

(—) (Maria Suryn)

(p.o. Sędzia Halina Wereńko)

Maszynopis, kopia, AGKBZH, 857z, k. 31—33.

Źródło

Ludność cywilna w Powstaniu Warszawskim PIW 1973