W Powstaniu:

Żurawia 4a i 6

Fragmenty dziennika.

1   sierpnia   1944   —  wtorek

Dzisiaj o godzinie czwartej po południu zaczęło się powstanie w Warszawie. Stało się to tak nagle, że nikt się niczego nie spodziewał, naturalnie oprócz wtajemniczonych.

Jeszcze rano chodziłam po sprawunki, niczego co prawda kupić nie mogłam; chodziło mi o warzywa, chleb itp. praktyczne rzeczy, a kupiłam rozrost, złotko, herbatę w kostkach i inne „ersatze” wojenne. Chciała koniecznie rozmienić 500 zł, które mi Jadzia w ostatnich dniach przysłała, ale mowy o tym nie było; nikt nie przyjmował „górali”, nawet Bank Gospodarstwa Krajowego, a przed Bankiem Emisyjnym stał zadarty ogonek. Zosia Leuwowa, moja lokatorka, pojechała tramwajem do Służewca po kupno ziemniaków, a ja siedziałam w domu.

(…)

3   sierpnia  —  czwartek

Walka wre na całego. Niemcy jeżdżą czołgami po Alejach Jerozolimskich i strzelają do domów. Rzucają rodzaj miotaczy ognia, które m mentalnie wzniecają pożar w mieszkaniach. Chciałabym przejść na Żurawią 13, gdzie jest kuchnia RGO i gdzie mam przydział przy gotowaniu zup dla żołnierzy. Składałam przysięgę i cieszyłam się, że i w tej wojnie przydam się naszym chłopcom. Tymczasem nie wypuszczają nikogo z bramy. Przechodzą tylko ci z opaskami, żołnierze i sanitariuszki. W naszym domu (ul. Żurawia 6 – przyp.red) jest urządzony punkt opatrunkowy, w którym są opatrywani lżej ranni, dla ciężko rannych urządzony jest pod nr 4a Żurawia szpital z czterema lekarzami chirurgami. Rannych przenoszą z Nowogrodzkiej nr 5 przez wybite drzwi na nasze podwórze, a stąd piwnicami do domu nr 4a. Panie gotują obiady dla obrońców naszych, a prócz tego ofiarowały koce i prześcieradła oraz poduszki dla rannych.

4   sierpnia  —  piątek

(…)Wydano rozkaz, aby między bramą Żurawia 6 (tj. naszą) a Żurawią 9 naprzeciw wybudować rodzaj tunelu, aby ludzie mogli bezpiecznie przejść ulicę na drugą stronę. Przez całe popołudnie panie, dzieci, panowie nosili w kubełkach ziemię wykopywaną z ogródka na naszym drugim podwórku. Ziemię tę wsypywano do worków i wieczorem z worków tych i płyt chodnikowych zrobiono dwie ściany. (…)

6  sierpnia — niedziela

Po południu była smutna uroczystość. Sanitariuszki przyniosły na noszach zabitego przez bomby niemieckie młodego 20 lat chłopaka. Nazywał się Witold Szadkowski. Pochowaliśmy go w klombie na środku podwórza. Ze składek mieszkańców kupiono trumnę, wykopano grób i leży biedny bohater spokojnie. Ksiądz pokropił wodą święconą ciało i grób i odmówił modlitwę, którąśmy wszyscy powtarzali.

7   sierpnia — poniedziałek

Dzisiaj z rana poszłam do szpitalika, który jest na Żurawiej pod nr 4a. Przechodzi się piwnicą pod naszą oficyną. Szpitalik w prywatnym mieszkaniu na parterze dziesięć łóżek i nie wiem, ile na pierwszym piętrze. Zaniosłam im trochę prawdziwej kawy i cukru oraz parę bandaży. Spytałam, co im potrzeba, i po południu poszłam drugi raz razem z Zosią. Zaniosłyśmy miednicę, tackę, dwie łyżki, dwie łyżeczki, cztery kubki, mleko skondensowane (dostałam od Julka w czasie choroby), puszkę sardynek (z Portugalii) i trochę książek. Dziś wypiorę stare prześcieradło i też zaniosę. Było ich dziesięciu, sami młodzi, jak dzieciaki, jeden tylko stary o siwych włosach pan. Porozmawiałam trochę i obiecałam znowu przyjść.

(…)

8   sierpnia — wtorek

Wyprałam wczoraj prześcieradło i ręczniczek i poniosłam dzisiaj do szpitalika. Nie mogłam sama zejść, bo dla łatwiejszego noszenia rannych na noszach wykopali w pewnym miejscu jamę. Musiałam prosić jakiegoś pana o pomoc, to samo z powrotem.

(…)

9   sierpnia — środa

Z rana wykopali znowu mogiłę w naszym ogródku. Padło dwu młodych chłopaków, których obserwowałam w czasie niedzielnej mszy liczni chłopcy, o twarzach jak wyrzeźbionych, o greckim profilu z zaciętym wyrazem na twarzy, jakby zdecydowanym na wszystko. Dziś już h nie ma, taki żal! Poszłam znowu na Żurawią 13. Choć to dwa domy ł nas, trzeba przejść schylonym między ubezpieczonym z obu stron płytami i workami z ziemią przejściem naprzeciw pod nr 9, a tam przez dwa podwórka i ciemne kręte korytarze w piwnicach do nr 13. W kuchni nie ma co robić. Nie mają prowiantu, gotują jeden kocioł z zupą, po który przychodzą chłopcy w opaskach z kubełkami i zabierają tę zupę. Więc wróciłam ze smutkiem do domu. Tyle sobie obiecywałam z tej pracy, a tu nic. Zdaje mi się, że to źle było zorganizowane.

 (…)

12   sierpnia — sobota

Wczoraj Ewa mówiła mi, że dobra jej znajoma Beata Kurowska jest sanitariuszką w szpitaliku pod nr 4a Żurawia — że jest tak zapracowana-że nawet umyć się czasu nie ma, ani bielizny na zmianę, bo tak jak stała, została odcięta od domu. Ewa jej poradziła, aby przyszła do mnie l umyć. Ale nie przyszła. Więc dzisiaj ja tam poszłam. W piwnicach światło i wyrównano przejście, więc wcale wygodnie. Beata jest śliczną młodziutką dziewczyną, okazuje się, że jest mężatką. Przyjdzie jutro do mnie na ablucje. Tymczasem rozglądałam się z panią doktor — młodziutka osoba i od jutra co dzień tam będę przychodziła na zmywanie czyń i szycie. Trzeba reperować bieliznę ofiarowywaną przez ludzi. Rada jestem, że się na coś przydam. Przygotowałam dla Beaty czyste majteczki i koszulę, a dla siebie uprałam starą koszulę. Pozostało w ogóle tyko dwie, i to już stare, a jedna nowa elegancka jest w walizce w piwnicy. Była Ewa i Wanda Pillichowa — koleżanki.

(…)

14   sierpnia — poniedziałek

Poszłam do szpitalika, naprawiłam poszewkę i pomyłam kilka kubków.

(…)

15   sierpnia — wtorek

Poszłam znowu do szpitalika, ale niestety dowiedziałam się, że zabroniono zatrudniać osoby nie należące do personelu stałego. Bardzo się zmartwiłam. Nie udaje mi się stanowczo z tą pracą.

(…)

8   września  —  piątek

Dzisiaj moje imieniny. Boże, jakie smutne. Spłakałam się, gdy Zosia iLeon składali mi życzenia.

Delegat Rządu kazał rozwiesić ogłoszenie, że w porozumieniu z władzami wojskowymi niemieckimi dozwala się wyjść z miasta kobietom, dzieciom, starcom i chorym dzisiaj między 12 a 2. Niemcy postawili warunek, że wszyscy pójdą do obozu do Pruszkowa, a tam oddzieli się kobiety do lat 45 do robót fortyfikacyjnych. A co wtedy będzie z dziećmi tych matek, które pójdą do roboty? O 8 z rana, w chwili, kiedy sobie słodziłam kawę, rozległ się szalony huk, zrobiło się ciemno zupełnie, szyby powypadały. To trafiło od razu w parę sąsiednich domów Żurawia 4a i 8. U mnie wypadły dwie szyby frontowe i dwie wewnętrzne między moim pokojem i kuchnią. Zbiegliśmy wszyscy do piwnic i tak przesiedzieliśmy do 12, kiedy to miał być exodus kobiet, dzieci i chorych. Zosia przyniosła zupę z RGO i kiedyśmy ją zjedli, o godzinie 3 nastąpił nowy wybuch, tym razem pociski artyleryjskie trafiły w Żuawią 4 i 9. I znowu piwnica do zmroku. Uciszyło się, więc zrobiłam kluski z mąki pszenno-razowej, a u sąsiadek z pierwszego piętra (wszytko bezdomni i pogorzelcy, a mieszkanie po yolksdeutschach, którzy uciekli) ugotowano mi fasolę. Była wyborna, choć tylko na wodzie i soli. Nocowałam na pierwszym piętrze, właśnie u tych bezdomnych, które panie przytuliły. Spałyśmy we dwie razem na jednym materacu na ziemi, a razem w jednym pokoju identycznie dużym jak mój, spało nas osób 11. O godzinie 12 w nocy nowy huk. Zerwaliśmy się i zaczęliśmy się ubierać, ale się uspokoiło. Tym razem trafiło w nr 9 na Żurawiej. Dużo osób rannych. Są i zabici.

(…)

16- września  —  sobota

Dzisiaj był sądny dzień. Od rana samoloty niemieckie waliły wokół as. Znowu trafiony dom Żurawia 4a i po raz trzeci Żurawia 9. Huk był tak okropny, ciemności takie, że nic widać nie było. W naszym domu powylatywały szyby, ramy okienne, połamane balkony, byłam jak raz w piwnicy, to w korytarzu rzucało nas jak piłką, świst, przeciągi, światła zgasły, a kurz w połączeniu z jakimś gazem od bomb dusił formalnie. To samo powtórzyło się znowu po południu. Byłam na schodach, zbiegałam, jak mogłam, szybko, ale jak tu z moją nogą prędko biegać. Wiatr zerwał mi chusteczkę jedwabną z głowy i zginęła. Cały dzień siedzimy w piwnicy, bez wody, bez umycia się, w oczekiwaniu, czy na nasz dom nie przyjdzie kolej. Najgorsze to być zasypanym żywcem gruzami. Rzekomo walą nawet z grubej „Berty”. Wtedy i piwnice  zdruzgotane.

(…)

17   września  —   niedziela

Byłam przed godziną w szpitaliku. Ten na Żurawiej 4a przewieziony po części na Mokotowską, a część na Nowogrodzką 7. Więc piwnicami i podwórkami doszłam tam. Boże, co za nędza. Na podłodze, na noszach leżą ranni żołnierze i cywile, mężczyźni i kobiety. Brudno i ciasno. Przyniosłam poduszeczkę, o którą zaraz poprosił ranny chłopak. Spał na deskach go-łych w paltocie, więc poduszkę swoją (bez poszewki) przesunął sobie na boki zbolałe, a głowę złożył na mojej poduszeczce. Uśmiechnął się i pocałował mnie w rękę. Prócz tego dałam butelkę wina rumuńskiego z przedwojennych czasów, kwasku cytrynowego, trochę waty i talku. Na froncie zachodnim linia Zygfryda przerwana w wielu miejscach. Hitler szaleje, kazał uwięzić 30 tysięcy rodaków nieprawomyślnych

(…).

26   września  —  wtorek

Dziś Leon mnie przeraził, bo powiedział, że od żony słyszał, jakoby Bolek nasz najdroższy zabity na Żurawiej pod nr 4a. Nie chcę w to wierzyć, ale płaczę. 13 był u mnie, a te bomby kruszące były 16 i trafiły w Żurawią 4a i po raz trzeci w Żurawią 9. Co by on tam robił pod numerem czwartym. Zosia poczciwa pobiegła do komendanta domu tego i zapytała o zabitych. Między tymi, co wydobyto, to Pawłowicza nie ma, jest jeszcze dwu mężczyzn nie wydobytych i jedna kobieta, ale o tym Leonowa by nie mogła wiedzieć, kto to taki. Jakoby mówił jej Byliński o tym. Ja nie wierzę w to i modlę się gorąco o jego życie. Wszak to nie tylko mój ukochany wnuk, ale więcej go kocham niż wielu moich siostrzeńców i bratanków.

(…)

28   września  —  czwartek

Dzisiaj z rana przyszła Krysia Madeyska, kuzynka Maty. Aż się spłakałam, że ktoś o mnie pamięta. Ma ona ciężką pracę. Co noc chodzi kanałami z Kruczej na Mokotów i przeprowadza lżej rannych, którzy iść mogą, bo w kanałach woda śmierdząca czasem do kolan dochodzi. Wczoraj mieli takie miejsce właśnie, że trzy kwadranse szli w wodzie do kolan. A potem, gdy na Kruczej asystowała przy operacji ręki, padły pociski i zawaliło się trzecie piętro, a oni byli na pierwszym. Zasypało rannego, szczęściem, że Krysi udało się w ostatniej chwili przykryć ranę jękiem gazy i waty. To dzielna dziewczyna i bardzo ją polubiłam, przypomina mi Matę, której odżałować nie mogę.

(…)

2   października   —  poniedziałek

Dzisiaj wyszłam o 2 z Januszową z domu. Szłyśmy ulicą Żurawią zasypaną gruzami, ze zbombardowanych i spalonych domów, potem Kruczą do Koszy-rej, stamtąd na Śniadeckich. Wąż nieskończony ludzi ciągnął się z tobołkami, plecakami i walizkami. Małe dzieci wieziono w wózkach, chorych i rannych niesiono na noszach, słabych prowadzono pod rękę. Ten :  exodus  polski  chyba  porównać  można  było   z  wyjściem  Żydów Egiptu. O zmroku doszliśmy do szpitala Marszałka Piłsudskiego. Ja dalej iść nie mogłam.  Tam stał  czołg,  zapewne uszkodzony,  postawiony poprzek ulicy, to była granica, tu już Niemcy stali z drugiej strony i podawali rękę słabszym i starszym osobom. Przed szpitalem stały krzesła, łóżka, nosze, kręcił się doktor i sanitariuszki. Zosia podeszła, prosząc, aby pozwolił doktor nam tu odpocząć i doczekać furmanki. Na moją osobę się zgodził, ale jej kazał natychmiast iść dalej piechotą. I tu zrobiłyśmy wielkie głupstwo. Byłyśmy tak zmęczone, zbolałe, oszołomione, żeśmy się na wszystko zgodziły. Trzeba było Januszowej udać kulawą, przycupnąć gdzieś w ciemnościach i byłybyśmy razem. Doktor zaraz poszedł do szpitala i nikt by nic nie zauważył. (…)

Mnie po dwugodzinnym siedzeniu przed szpitalem pod ulewnym deszczem zabrał wóz wraz z innymi kobietami na ulicę Chałubińskiego do dawnej polskiej szkoły sanitarnej i tam spędziłam noc siedząc na krzesełku.

Maszynopis, oryginał, sierpień — październik 1944, IH PAN.

Źródło

Ludność cywilna w Powstaniu Warszawskim PIW 1973