W Powstaniu:

"Obwód I Śródmieście Południe. Placówki lecznicze: szpitalik siedziba: ul. Lwowska 13, w Lecznicy „Sano""

WSPOMNIENIA Z POWSTANIA WARSZAWSKIEGO

Mam napisać relację z czasu Powstania Warszawskiego, o tym, co widziałam, w czym uczestniczyłam, co pamiętam. Przede wszystkim jestem wdzięczna losowi, że tak właśnie mną pokierował w tym krótkim przecież, ale bardzo ważnym i niezapomnianym okresie mojego życia.

Najpierw jednak muszę opowiedzieć, kim jestem.

Nie jestem warszawianką; pochodzę z dziada-pradziada z Wielkopolski. Urodziłam się 23 VII 1918 roku w Posadowie powiat Nowy Tomyśl, województwo poznańskie, a więc w wówczas jeszcze istniejącym zaborze pruskim, pod panowaniem cesarza Wilhelma II.

Ojcem moim był Stanisław Szyper, ziemianin, uczestnik Powstania Wielkopolskiego, matką Antonina z domu Wiatrolik. Egzamin dojrzałości w gimnazjum im. Gen. Zamoyskiej w Poznaniu zdałam w maju 1936 roku. W czerwcu 1939 roku ukończyłam trzeci rok studiów na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Poznańskiego.

Potem cudowne lato, ostatnie beztroskie wakacje, choć pomruków zbliżającej się nawałnicy nie można było nie słyszeć. 1 września wybuchła wojna. Nie czas tutaj i miejsce na opisywanie tego, co przeżyliśmy w pierwszych miesiącach wojny. Najpierw przetoczyła się przez nasz dom fala uciekinierów – krewnych i znajomych znad granicy niemieckiej, dążących na wschód, byle za Wisłę. 1 września pierwsze bombardowanie stacji kolejowej i cukrowni w pobliskiej Środzie. Lekarze ze szpitala zostali powołani do wojska, na miejscu był tylko kolega student z V roku i ja. Jeszcze 3 września schronił się u nas w parku duży oddział kawalerii z Poznania. Kwaterowali przez dzień i noc. Ojciec mój nie chciał opuszczać domu, jednak pod presją rodziny ugiął się, zwłaszcza że wszystkie majątki dookoła były już opuszczone przez właścicieli. 5 września wyjechaliśmy z bliższą i dalszą rodziną w kierunku Warszawy. 14 września byliśmy pod Kutnem i stamtąd zawrócili nas Niemcy. Perypetie tej eskapady to też materiał na dłuższe opracowanie. Po powrocie rządy niemieckie w majątku, aresztowania i rozstrzeliwania inteligencji, ziemian, polowanie na powstańców wielkopolskich.

8 grudnia 1939 roku zostałam przez okupanta niemieckiego wysiedlona wraz z rodziną z majątku Jarosławiec, powiat Środa Wielkopolska do osady Sobienie-Jeziory powiat Garwolin. Rodzinę naszą przygarnął pan Drewitz, właściciel majątku Całowanie, który pełnił również funkcję wójta Gminy Sobienie-Jeziory. Człowiek szlachetny, patriota, uwięziony w 1941 na Pawiaku i rozstrzelany.

Już w styczniu 1940 roku przez zamarzniętą Wisłę przeszłam z Ostrówka do Góry Kalwarii i stamtąd kolejką grójecką dojechałam do Warszawy. Nie pamiętam, kto mi powiedział, że w Szpitalu Dzieciątka Jezus pracuje nasz profesor anatomii prawidłowej z Poznania prof. Stefan Różycki. Chciałam się zorientować, czy są jakieś możliwości dalszej nauki. W szpitalu dowiedziałam się, że profesor przyjmuje w Poradni Skórno-Wenerologicznej. Nie wiedziałam, że jest również specjalistą w tej dziedzinie. Usiadłam skromnie w kącie zatłoczonej poczekalni i czekałam, aż wszyscy pacjenci będą przyjęci. Weszłam wreszcie do gabinetu, profesor popatrzył na mnie i zapytał: – A tobie, dziecko, co się przytrafiło? – Odpowiedziałam: – Nic mi się nie przytrafiło, tylko chciałabym dalej studiować. – Ach, to ty jesteś z Poznania, a po którym roku? – Po trzecim – mówię. Profesor pokiwał głową i powiedział: – Dla tak młodych roczników niczego jeszcze nie mamy, teraz zajmujemy się przede wszystkim studentami V roku i absolwentami. Może później stworzy się coś i dla was. – Wróciłam więc do Całowania, zajęłam się nauczaniem dzieci wysiedlonych, a od lata 1940 roku pracowałam w Urzędzie Gminy Sobienie-Jeziory.

W końcu 1940 roku dowiedziałam się od moich ciotek wysiedlonych z Inowrocławia do Radzynia Podlaskiego, że w Międzyrzecu Podlaskim dyrektorem szpitala jest profesor Ludwik Skubiszewski, anatomopatolog z Uniwersytetu Poznańskiego, na którego wykłady i sekcje uczęszczałam będąc na trzecim roku. Pojechałam więc do Międzyrzeca i od stycznia 1941 roku zaczęłam pracować jako lekarz-asystent na wszystkich oddziałach Szpitala Miejskiego (przed wojną Żydowskiego) w Międzyrzecu Podlaskim, szczególnie jednak na oddziale chirurgicznym, którego ordynatorem była lwowianka dr Irena Czernecka; wówczas w mniejszych, np. powiatowych szpitalach chirurg musiał również wykonywać wszystkie zabiegi z ginekologii i położnictwa. Dużo widziałam, nauczyłam się i przeżyłam w Międzyrzecu, mieście zamieszkałym przed wojną w ponad 90% przez Żydów. Widziałam różne akcje przeciw nim, aresztowania, rozstrzeliwania Żydów zwożonych z całej Europy m.in. do Międzyrzeca, również likwidację getta w lecie 1942 roku. Uratowanie przez nas cudem kilku rodzin żydowskich to nawet nie kropla w morzu tej strasznej tragedii. Przeżyłam też epidemię duru plamistego na przełomie 1941/42 roku, kiedy szpital od strychu po piwnicę obłożony był chorymi na dur.

Kiedy w sierpniu 1943 roku dowiedziałam się (dopiero!) o możliwości kontynuowania nauki, przeniosłam się do Warszawy i po rozmowie z profesorem Adamem Wrzoskiem i sekretarką panią Jankowską zapisałam się na Wydział Lekarski Tajnego Uniwersytetu Ziem Zachodnich. Zapisałam się również do Szkoły doc. Zaorskiego, aby posiadać legitymację usprawiedliwiającą mój pobyt w Warszawie. Tutaj też zostałam wprowadzona do służby sanitarnej Armii Krajowej przez koleżankę Ewę Podgórską-Przybyszewską, studentkę medycyny. Przysięgę składałyśmy późną jesienią 1943 roku na Starym Mieście, zdaje się, na ulicy Miodowej. Przysięgę odbierał porucznik Krusz, nasz bezpośredni dowódca. Mój pseudonim od tego momentu Kruszek. Ponieważ miałam za sobą kilkuletnią pracę w szpitalu, prowadziłam dla sanitariuszek w mieszkaniach prywatnych naukę udzielania pierwszej pomocy. Na wypadek akcji bojowej miałam przydział wraz z koleżanką Ewą Podgórską-Przybyszewską do punktu sanitarnego na Pradze, ul. Grochowska 98.

W chwili wybuchu powstania mieszkałam przy ulicy Marszałkowskiej nr 60, u pani Romy Sochackiej, która była komendantką łączniczek na część Śródmieścia, o czym zresztą nie wiedziałam. 1 sierpnia 1944 roku, kiedy zorientowałam się, że dziś może zacząć się powstanie, w myśl rozkazu oczekiwałam łącznika z wezwaniem. Kiedy do godzin południowych nikt nie przyszedł, chciałam bez wezwania udać się na Pragę, zwłaszcza że przejście przez Most Poniatowskiego było już trudne. Komendantka łączniczek pani Sochacka, która dopiero wtedy się ujawniła, nie pozwoliła mi pójść twierdząc, że łącznik na pewno przyjdzie. Tuż przed godziną 17 usłyszałam pierwsze strzały – łącznik do mnie nie dotarł.

Wobec tego że zostałam odcięta od miejsca swego przydziału, a miałam środki opatrunkowe, surowicę przeciwtężcową i trochę leków, zorganizowałam punkt pierwszej pomocy w bramie domu, w którym mieszkałam, ul. Marszałkowska 60, w lokalu cukierni „Lody Włoskie”. Opatrywałam tam zgłaszających się rannych. Ciężej rannych odsyłałam do działającego w pobliżu szpitala przy ul. Wilczej. Pamiętam też, że nocą z l na 2 sierpnia budowaliśmy barykadę w poprzek ulicy Marszałkowskiej, kilkanaście metrów od mojego punktu opatrunkowego. Po kilku dniach, chyba 7 lub 8 sierpnia, przybiegła do mnie koleżanka Jadwiga Mazurowska (obecnie lekarz internista we Wrocławiu), zatrudniona wówczas w szpitalu polowym przy ul. Mokotowskiej 55, i powiedziała, żebym szybko zgłosiła się w szpitalu wojskowym „Sano” na ulicy Lwowskiej 13, gdyż tam pilnie potrzebują pielęgniarki operacyjnej i instrumentariuszki. Kiedy tam przyszłam późnym popołudniem, zastałam taki obraz: na podwórzu przed pałacykiem, w którym działał szpital „Sano”, na noszach leżało kilku rannych. Kręciły się wokół nich osoby w białych fartuchach i jacyś mężczyźni. Rannych wnoszono do budynku. Weszłam więc razem z nimi i zapytałam starszą pielęgniarkę, czy mogłabym rozmawiać z naczelnym chirurgiem. Odpowiedziała mi, że lekarze są na płonących dachach najbliższych domów i gaszą pożar. Okazało się, że mieszkali właśnie w tych domach. Dowiedziałam się, że funkcję pielęgniarki operacyjnej pełni p. Stefania, położna (nazwiska nie pamiętam, chyba nigdy nie znałam), która koniecznie chce odejść. Mieszka w okolicy ul. Siennej i tam pozostawiła kilkunastoletniego syna, o którym nie ma wiadomości. Wkrótce lekarze wrócili. Prof. Stefanowski (wówczas docent) sprawdził moje wiadomości i umiejętności, p. Stefania pokazała mi salę operacyjną, narzędzia, leki, sterylizację. Najbardziej bałam się właśnie sterylizacji, gdyż nie wiedziałam, jakie mają urządzenia. Na szczęście zobaczyłam taki sam dość prymitywny autoklaw, jaki znałam z Międzyrzeca. P. Stefania uszczęśliwiona poszła do domu, a ja zostałam na jej miejscu, rozpoczynając pracę jako siostra operacyjna i instrumentariuszka.

Szpital polowy przy ul. Lwowskiej 13 został stworzony na bazie prywatnej kliniki ginekologiczno-położniczej „Sano” prowadzonej w czasie okupacji przez dwóch lekarzy ginekologów, dr. Kordyńskiego i dr. Jaźwińskiego. Córka jednego z nich, p. Zofia Jaźwińska pełniła obowiązki intendentki dla szpitala powstańczego. W „Sano” przez cały czas powstania pracowali lekarze: prof. Marian Stefanowski (wówczas docent), wybitny chirurg w zakresie chirurgii miękkiej, prof. Wiktor Dega (wówczas docent), światowej sławy specjalista w ortopedii i chirurgii kostnej, prof. Andrzej Biernacki, internista, dr Zbigniew Lewicki, ordynator urologii ze Szpitala Przemienienia Pańskiego, dr Eugeniusz Zachwiej, młody wówczas lekarz – obecnie docent ginekolog. Na zabiegi z zakresu okulistyki przychodziła dr. Helena Sobieska. Wojskowym komendantem szpitala był dr Edward Barcz, od końca sierpnia dr Tchórzewski.

Sadzę, że szpital przy Lwowskiej 13 był jednym z najlepiej przygotowanych do roli, jaką przyszło mu spełniać. Funkcjonował jako szpital już przed powstaniem, miał salę operacyjną, narzędzia, sterylizację na przyzwoitym poziomie, a przede wszystkim znakomitych specjalistów w specjalnościach najbardziej w warunkach bojowych potrzebnych.

Pracy było ogromnie dużo, ranni napływali ciągle. „Sano” było położone blisko Politechniki, a o ten gmach stale toczyły się walki. Dosłownie naprzeciw „Sano” był gmach Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej, gdzie również działał szpital stworzony dla kwaterującego tam batalionu Golski, odpierającego ataki na okolice Politechniki. Mieliśmy wielu rannych z tych walk. Dotąd jestem w kontakcie korespondencyjnym z żołnierzami Golskiego. Z innych szpitali polowych i punktów sanitarnych przysyłano do nas najcięższe przypadki, wymagające najbardziej skomplikowanych operacji. Sala operacyjna pracowała więc prawie bez przerwy. Musiałam bardzo się spieszyć, żeby zdążyć ze sterylizacją bielizny operacyjnej i narzędzi, z przygotowaniem do kolejnych zabiegów. Bywało, że trzeba było stać przy stole operacyjnym przez wiele godzin; zmieniali się operujący lekarze, a my, tzn. ja i ktoś z pomagających osób, pracowaliśmy bez przerwy. Pomagały mi dzielnie sanitariuszka Ewa Wiśniewska i jej siostra Maria Wiśniewska, młodziutka wówczas harcerka, łączniczka Parasola, która przyszła do nas po upadku Starówki. Obecnie dr Maria Wiśniewska jest koordynatorem „Wielkiej Ilustrowanej Encyklopedii Powstania Warszawskiego”. Pamiętam też sanitariuszkę Halinę Jarmińską, która wpadała czasem z Architektury i pielęgniarkę Halinkę z Ostrowca Świętokrzyskiego (nazwiska nie pamiętam).

W pierwszych tygodniach powstania wyniki operacyjne były bardzo dobre, co dziś wydaje mi się wręcz niewiarygodne. Nie było przecież leków teraz powszechnie znanych i stosowanych, nie było antybiotyków, które teraz są nieodzowne. Ważna była czystość, sterylność i doskonała technika operacyjna.

W tym pierwszym okresie, kiedy pracowaliśmy jeszcze w ludzkich warunkach, bywały chwile wytchnienia, zwłaszcza późnym wieczorem. Pamiętam jeden taki wieczór. Po skończonej pracy, około północy, siedzieliśmy w pokoju lekarskim, prof. Biernacki opowiadał o swoich przeżyciach w Afryce – zajmował się medycyną tropikalną. Kiedy skończył, w chwili ciszy, która zapadła nagle, odezwał się znowu: – Czy zdajecie sobie sprawę, że właśnie teraz jesteśmy wolni, tak bardzo wolni, jak nie byliśmy od pięciu lat i długo nie będziemy, jeśli powstanie upadnie? – Prorocze to były słowa.

Pamiętam też, że wielokrotnie przychodził do nas Mieczysław Fogg, który kwaterował w Architekturze i śpiewał naszym rannym.

W pokoju, który zajmowałam z Ewą Wiśniewską i p. Zosią Jaźwińską, często nocowała prof. Irena Dubiska, światowej sławy skrzypaczka. Chodziła zawsze okryta łowicką zapaską, pod którą chroniła swoje cenne skrzypce. Jej piękna gra koiła cierpienia naszych rannych.

Od początku mieliśmy bardzo dużo rannych z postrzałami brzucha, klatki piersiowej, kończyn, głowy. Operacje jamy brzusznej, części miękkich przeprowadzał prof. Stefanowski, kostne prof. Dega, często zdarzające się postrzały czaszki operował nasz urolog dr Lewicki z dr. Zachwiejem. Do postrzałów czaszki dochodziło najczęściej podczas przebiegania pod osłoną barykady. Po prostu za mało nachylano głowę, a snajperzy niemieccy tylko na to czekali. Częste były zwłaszcza postrzały tzw. styczne. Pamiętam, że na początku powstania operowaliśmy z powodu stycznego postrzału czaszki łączniczkę p. Hertz, po kilku tygodniach wróciła z takim samym postrzałem. Przypominam sobie powiedzenia dr. Lewickiego i dr. Zachwieja, kiedy przynoszono rannego z postrzałem czaszki: – Dwóch wspaniałych Cushingów przystępuje do kolejnej trepanacji. – Przy postrzałach jamy brzusznej bywało po kilkanaście dziur w jelitach. Prof. Stefanowski po zaopatrzeniu widocznych największych uszkodzeń narządów jamy brzusznej, mawiał: – A teraz jedziemy od Bauhina do Treitza – i wiadomo było, że operacja zbliża się do końca, skoro kontroluje jelita.

Mieliśmy pacjentów tak bardzo okaleczonych, że trudno było zrozumieć, iż jeszcze walczą o życie. Pamiętam człowieka w średnim wieku, któremu trzeba było amputować obie ręce do ramion i obie nogi w górnej części ud. Pozostał tylko tułów i głowa. Pacjent przeżył.

Pamiętam kobietę przyniesioną do nas ze strasznie rozszarpanym kroczem. Wyglądało to, jakby szrapnel rozerwał jej tę część ciała. Operowali ją prof. Stefanowski i dr Lewicki, asystował dr Zachwiej. A jednak niewiele dało się zrobić. Był to ostatni zabieg tego wieczoru, nie zabieraliśmy jej już z sali operacyjnej, umierała. Błagała, żeby nie zostawiać jej samej. Siedziałam przy niej, podawałam co kilka godzin morfinę i trzymałam za rękę długo w noc, aż umarła. Powiedziała mi, że jest położną, wracała od porodu.

Przyniesiono kiedyś ciężko rannego w brzuch bardzo młodego niemieckiego żołnierza. Miał taki zwierzęcy strach w oczach. Zapytał, kiedy kładliśmy go na stół operacyjny, czy dostanie narkozę – bał się widocznie operacji bez znieczulenia. Znałam trochę język niemiecki, więc powiedziałam: – Dostaniesz narkozę. – Uspokoił się, a kiedy obudził się po operacji, prosił, żeby napisać do jego matki. Napisałam zaraz po wyjściu z Warszawy – chłopiec zmarł nazajutrz po operacji.

Pamiętam ranną poetkę Wandę Bacewicz, siostrę żony prof. Biernackiego – Grażyny. Operował ją prof. Dega i uchronił przed kalectwem. Dr Sobieska przyprowadziła pod koniec sierpnia swego wuja p. Franciszka Woźniaka, z rozszarpaną i zmiażdżoną dłonią i nadgarstkiem. Niestety nie było sposobu ratować, prof. Dega musiał dłoń amputować. Pan Woźniak był kupcem, wysiedlonym, miał wielki magazyn tekstylny na Rynku Starego Miasta w Poznaniu. Zapamiętałam, jak doradzał mojej matce, jaki jedwab wybrać na suknię balową dla mnie na pierwszy bal w 1936 roku.

Teraz mała dygresja. Mam koleżankę z ławy szkolnej i wspólnych studiów, serdeczną przyjaciółkę Stefę Zamorską (obecnie dr Stefania Zamorska-Czerniejewska, ginekolog w Żarach koło Żagania). W grudniu 1939 roku wysiedlono ją z rodziną z Poznania do Częstochowy. Kiedy w 1943 roku znalazłam się w Warszawie, namówiłam ją, żeby przyjechała do Warszawy uczyć się dalej. Przyjechała w lutym 1944 r. i zamieszkała przy ul. Siennej. Sprowadzając przyjaciółkę do Warszawy przyrzekłam jej matce, że Stefa będzie bezpieczna. Straciłam z nią kontakt, kiedy wybuchło powstanie i bardzo niepokoiłam się jej losem. Odnalazł mnie w „Sano” kolega nasz z Poznania Jaś Kosmowski (dr Jan Kosmowski – rentgenolog, od wielu lat w USA) i obiecał pójść na Sienną. Rzeczywiście po paru godzinach przyprowadził Stefę. Kamień spadł mi z serca. Dowiedziałam się, że Stefa pracuje w punkcie opatrunkowym przy ulicy Siennej 59, którym kieruje dr Henryk Beck. To nasze spotkanie odbyło się około połowy sierpnia. 2 września św. Stefana, dzień imienin Stefy, postanowiłam pójść do niej. Prof. Stefanowski zwolnił mnie na parę godzin i przykazał przyjść po powrocie i opowiedzieć, jaka jest sytuacja po północnej stronie Alei Jerozolimskich. Kolega Kosmowski przyszedł po mnie i po południu poszliśmy. Jak zwykle piwnicami domów do Marszałkowskiej, potem wykopem przez Aleje Jerozolimskie i dalej Marszałkowską skacząc od bramy do bramy. Tego dnia, słonecznego i ciepłego, były nieustanne naloty – bombardowanie i ostrzeliwanie z broni pokładowej. Uderzały też często „krowy” powodujące ogromne zniszczenia. Byliśmy już na wysokości ulicy Siennej, kiedy usłyszeliśmy charakterystyczny zgrzyt nakręcanej „krowy”. Jaś krzyknął: – Pod ścianę! – i nastąpił wybuch. Pocisk trafił blisko, posypały się tynki, cegły, kiedy pył opadł, zobaczyliśmy, że jesteśmy czarni. Po chwili następny zgrzyt i wybuch. Tym razem pocisk trafił w kamienicę narożną po parzystej stronie Marszałkowskiej i Siennej. Kiedy chmury gruzu i pyłu opadły, zobaczyliśmy sterczącą spod sterty gruzu ludzką rękę z poruszającymi się palcami i zachowanym tętnem. Odrzucaliśmy szybko cegły, gruz, od czasu do czasu nawołując pomocy. Dookoła nie było żywego ducha. Po dłuższej chwili z ul. Siennej nadbiegło dwóch mężczyzn z noszami. Wydobyliśmy ciężko rannego człowieka i na noszach zanieśliśmy do najbliższego punktu opatrunkowego – tam gdzie pracowali pp. Beckowie i Stefa. Przyniesiony przez nas ranny okazał się lekarzem z pobliskiej placówki sanitarnej. Nie udało się go uratować. A Stefa nie poznała nas, tak byliśmy brudni.

Zniszczenia po północnej stronie Alei Jerozolimskich były znacznie większe niż po południowej. Nasza wędrówka tego dnia odbywała się w nieustannym ostrzale i wybuchach bomb i pocisków zapalających. Mijaliśmy liczne pożary, a Jaś powtarzał co chwilę: – Inferno, inferno. – Przypomniałam mu to inferno, kiedy spotkaliśmy się po dwudziestu latach. A tamtego drugiego września pobyliśmy ze Stefą, dr. Henrykiem i dr Różą Beck kilka godzin. Gdy zapadł wieczór, postaraliśmy się o hasło (obowiązywała godzina policyjna) na drogę powrotną. Rzeczywiście patrole powstańcze legitymowały nas kilka razy. Kiedy około północy wróciłam do „Sano”, wszyscy oczekiwali na wiadomości z Północnego Śródmieścia. Nie były pocieszające. Zauważyłam, że zwłaszcza prof. Stefanowski posmutniał w czasie mojej relacji.

Najgorsze przyszło, kiedy odcięto nam prąd i wodę. A trzeba było przecież sterylizować bieliznę operacyjną i narzędzia. Po wodę nocami stał kto mógł w kolejce do studni głębinowej na podwórzu Architektury. Niestety snajperzy niemieccy skutecznie likwidowali kolejkę. Szybko wyniki operacyjne popsuły się. Już nie przebierano się do każdej operacji, zmieniano tylko rękawiczki. Zaczęło brakować gazy, bandaży; zamiast bandaży używało się papieru toaletowego.

Na początku września bomba zrzucona z samolotu eksplodowała na terenie bazaru „Koszyki”, znajdującego się tuż za murem ogrodu „Sano”. Operacja trwała, brzuch rannego był otwarty. Od siły wybuchu popękały szyby w oknie sali operacyjnej i szkło, a częściowo i ramy okienne poleciały na stół operacyjny, rannego i na nas. Przenieśliśmy salę operacyjną do kuchni na parterze prawej oficyny, w kuchni lewej oficyny prof. Dega miał gipsownię.

Warunki operowania były bardzo złe. Oświetlało się stół z narzędziami i pole operacyjne karbidówkami. Było ciemno, duszno, strasznie. Najgorzej znosił fatalne warunki operowania prof. Stefanowski. Nie zapomnę jednej operacji z tego okresu. Przyniesiono ranną pacjentkę, która dostała się do Śródmieścia kanałami. Do ciężkiej rany nogi przyłączyła się zgorzel gazowa, która mimo podawania surowicy przeciwko zgorzeli posuwała się bardzo szybko, przekraczała już kolano. Operowali prof. Dega i prof. Stefanowski. Trzeba było wyłuszczyć nogę w stawie biodrowym. Okazało się, że ta pacjentka była pielęgniarką, żoną lekarza – osoba młoda, postawna, wysoka. Pamiętam jej piękną głowę w koronie jasnych warkoczy. Nie pomogła tak bardzo okaleczająca operacja – ranna zmarła po dwóch dniach.

Pamiętam wiele operacji, kiedy dr Sobieska musiała wyłuszczać zmiażdżone i poszarpane gałki oczne. Pacjenci już nie leżeli w salach pałacyku „Sano” – przenieśliśmy ich do piwnic, żeby uchronić przed ostrzałem i skutkami bombardowania. Warunki sanitarne w piwnicach bardzo złe, możliwości zachowania higieny żadne.

Aprowizacja? Właściwie głodowaliśmy przez cały czas powstania. Nie pamiętam, żeby było coś do jedzenia poza kaszą „plujką” i sztucznym miodem. Raz czy dwa trochę koniny, którą podarowała nam Architektura. Pamiętam też taką noc, a było to jeszcze w okresie, kiedy operowaliśmy na sali operacyjnej pierwszego piętra „Sano” – kazano nam szybko ewakuować się, bo nasiliły się walki o Politechnikę i sądzono, że Niemcy mogą wejść do nas. Chorych przenoszono do szpitala przy ul. Koszykowej, a my, tzn. Ewa Wiśniewska i ja, przeniosłyśmy tam, nawracając wielokrotnie, wyposażenie sali operacyjnej, narzędzia, materiał opatrunkowy. Kiedy skończyłyśmy przenoszenie, pomieszczenia na Koszykowej tak były zapchane, że nawet usiąść nie było gdzie. Zmęczone potwornie, w pozycji pół stojącej, pół siedzącej, doczekałyśmy do rana. Na szczęście atak niemiecki został odparty i rano wróciliśmy do „Sano”.

Żywo zachował się w mojej pamięci dzień 18 września, kiedy to przed południem nadleciało mnóstwo samolotów alianckich i niebo zaroiło się spadochronami. Myśleliśmy, że to desant. Właśnie w gipsowni zakładaliśmy z prof. Degą gips na uszkodzony kręgosłup. Prof. Dega powiedział: – Niech pani zakłada opaski, a ja wyskoczę popatrzeć, potem się zmienimy. – I tak na zmianę zakładaliśmy ten gips w radosnym podnieceniu. Niestety były to tylko zasobniki na spadochronach, które i tak przeważnie trafiły w ręce wroga.

Nadzieja słabła, walczący coraz bardziej zmęczeni, głodni, łuny i dymy pożarów otaczały nas coraz ciaśniej. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że powstanie dogasa. Aż nadszedł ten najsmutniejszy dzień – kapitulacja.

Ranni przestali napływać, pozostały opatrunki, załatwianie chirurgicznych powikłań i przygotowywanie pacjentów do ewakuacji. Zwykła szpitalna praca. Lekarze zaczęli odchodzić. Każdy chciał się ewakuować ze swoim macierzystym szpitalem. Najciężej przeżyłam odejście prof. Degi, którego bardzo ceniłam za jego spokój, wielką odwagę, ofiarność i dobroć. Kiedy profesor przychodził codziennie przed południem do swoich operowanych rannych, od progu wołał: – Panno Krysiu! – Jeśli tylko nie stałam przy operacji, biegłam z tacą z opatrunkami i zmienialiśmy rannym opatrunki. Prof. Dega odchodził do Szpitala Karola i Marii, w którym pracował przez całą okupację. Martwił się, dokąd ma wyjechać ze swoim szpitalem. Wiedziałam, że część mojej rodziny znajduje się w Sulejowie koło Piotrkowa Trybunalskiego, słyszałam, że są tam lasy i spokój. Powiedziałam profesorowi, żeby pomyślał o Piotrkowie.

Z „Sano” najpierw ewakuowano rannych wojskowych, pozostałymi rannymi opiekowały się pielęgniarki, które napływały z likwidowanych punktów sanitarnych i kilku lekarzy, którzy też z tych punktów przychodzili. 3 października na podwórzu przed pałacykiem spotkałam doc. Roguskiego, który pytał o sytuację szpitala, plany ewakuacji. Być może chciał opuścić Warszawę z naszymi pacjentami, ale jednak odszedł do innego szpitala. Nie chciałam iść do obozu jenieckiego ani do obozu w Pruszkowie. Dr Tchórzewski polecił nam unikać tych obozów, jeśli tylko będzie można. Chciałam odnaleźć najbliższą rodzinę, z którą przed powstaniem straciłam kontakt. Kiedy więc 5 października nadarzyła się okazja, z pielęgniarką Halinką z Ostrowca Świętokrzyskiego opuściłyśmy Warszawę.

Kiedy piszę te wspomnienia, ciągle napływają obrazy tamtych dni, ale przecież nie można pisać w nieskończoność, bo powstałaby książka.

Na początku napisałam, że jestem wdzięczna Opatrzności, że tak pokierowała moimi losami. Otóż sądzę, że byłam w czasie powstania tam, gdzie mogłam być najbardziej przydatna. Gdybym dotarła do wyznaczonego na Pradze punktu, zapewne nie przydałabym się na wiele.

A potem? Rodzinę odnalazłam we wsi Zalesie pod Skierniewicami. Właściciele majątku przygarnęli sporą gromadkę uchodźców z Warszawy. W pobliżu w baraku pod strażą Niemców kwaterowali Włosi wcieleni do armii niemieckiej. Przychodzili do dworu po prowiant, chorowali i skarżyli się na różne dolegliwości. Byli to przeważnie bardzo młodzi ludzie. Dokuczały im czyraki, ropnie, choroby skórne spowodowane brudem i zimnem. Pomagałam im w miarę możliwości. Przychodzili również chorzy ze wsi, m.in. osiemnastoletni chłopak podpierający się kulą. Chorował od kilkunastu miesięcy na gruźlicę kości i szpiku prawej goleni. Noga obrzęknięta, liczne przetoki ropne. Poprosiłam gospodarzy o furmankę i pojechałam z chłopcem do szpitala w Skierniewicach. Kiedy siedzieliśmy w poczekalni, czekając na przyjęcie, zwrócił moją uwagę siedzący obok mężczyzna z pochyloną głową, w głęboko nasuniętej na czoło czapce. Coś znajomego było w tej barczystej postaci. W pewnym momencie odwrócił głowę i poznałam go. Mówię cicho: – A co pan tutaj robi, panie docencie? – Był to bowiem doc. Aleksander Zakrzewski, którego poznałam w klinice laryngologicznej, kiedy mieliśmy tam zajęcia przed egzaminem u prof. Dobrzańskiego. Usłyszałam równie cichą odpowiedź: – Wojowałem w Puszczy Kampinoskiej i oberwałem odłamkiem w twarz. – Rzeczywiście nos i policzek zakrywał opatrunek.

Kiedy z moim pacjentem dotarliśmy do chirurga, usłyszeliśmy, że noga nadaje się wyłącznie do amputacji. Chłopak słyszeć o tym nie chciał, więc wróciliśmy do Zalesia. Od ciotki z Piotrkowa dowiedziałam się, że przyjechał tam doc. Dega ze swoim szpitalem. Nie namyślając się długo, zabrałam zdjęcie rtg nogi chłopaka i pojechałam do Piotrkowa. A było to już w połowie grudnia 1944 roku. Kiedy dotarłam do Piotrkowa, dzień chylił się ku zachodowi. Wiedziałam, że ciotka zamieszkała za miastem w drewnianym domku na skraju lasu. Dochodząc do tego miejsca spostrzegłam człowieka przecinającego piłą kloc drewna – sylwetka bardzo znajoma. Podeszłam bliżej, chwyciłam rączkę piły z drugiej strony i mówię: – Może pomogę, panie docencie? – Był to bowiem doc. Dega. Obok w wózku dziecięcym spał mały Michałek, syn docenta, urodzony tuż przed powstaniem. Docent zdumiał się: – I pani znalazła się tutaj? – Przyjechałam do pana po radę – mówię.– A skąd pani wiedziała, że tutaj jesteśmy? – Od ciotki mojej Wiktorii Szyper, która mieszka chyba w tym domu. – To ciotka pani? Właśnie wczoraj ratowałem panią Wiktorię. Spadła z krzesła i złamała dwa żebra. Mieszkamy również w tym domu. – Zauważyłam, że docent ma na nogach jakieś domowe chodaki, a przecież było dużo śniegu i mróz. Docent popatrzył na swoje nogi i mówi: – Miałem podarowane od pacjenta piękne i wygodne oficerki, ale trzeba było podbić obcasy, więc zaniosłem do szewca. W nocy szewca okradli zabierając oczywiście moje buty. – Docent Dega z małżonką i dwiema starszymi córkami–nastolatkami i małym Michałkiem mieszkał w połowie drewnianego domku, w drugiej połowie moja ciotka z dwiema również wysiedlonymi paniami. Dzieliliśmy się wiadomościami, wspominaliśmy wspólne przeżycia siedząc razem do późnej nocy. Nazajutrz docent zabrał mnie do swojego szpitala mieszczącego się w pobliskim Włodzimierzowie, w czystych drewnianych barakach. Spotkałam w szpitalu dr Aleksandrę Kurowską, starszą o dwie klasy moją koleżankę z gimnazjum.

Docent Dega obejrzał zdjęcia rtg pacjenta, które przywiozłam i obiecał zająć się chłopcem, jeśli go przywieziemy. Pożegnaliśmy się serdecznie, nie sądziłam, że aż na czterdzieści lat. Ale to już inna historia.

Boże Narodzenie 1944 roku, Nowy Rok 1945 roku, w Zalesiu doczekaliśmy wkroczenia Armii Radzieckiej. W marcu wróciliśmy do Wielkopolski, niestety nie wpuszczono nas już do domu. Majątek został upaństwowiony – powstał kombinat PGR.

Niebawem wrócił z obozu jenieckiego, Oflag II C Woldenberg, mój narzeczony i kolega Edward Tomczyk. Straciliśmy tyle lat – wkrótce więc pobraliśmy się.

W kwietniu 1945 roku zapisałam się na Wydział Lekarski Uniwersytetu Poznańskiego, by kończyć studia. W grudniu 1945 roku otrzymałam dyplom lekarza. Rozpoczęłam pracę w Szpitalu Miejskim w Toruniu. W marcu 1947 roku przeniosłam się z mężem i córką do Świdnicy w województwie wrocławskim, gdzie mąż mój został ordynatorem oddziału chirurgicznego Szpitala sióstr Elżbietanek. Pracowałam w szpitalu do 31 XII 1950 roku, a następnie w Przychodni Obwodowej w Świdnicy. W 1961 roku przenieśliśmy się do Lidzbarka Welskiego. W tutejszym Szpitalu Miejskim pracowałam do przejścia na emeryturę w 1978 roku, następnie w Przychodni Rejonowej w wymiarze 1/2 etatu. Od 1998 roku, po wprowadzeniu reformy w Służbie Zdrowia, pracuję jeszcze w niewielkim wymiarze godzin w Poradni Chirurgicznej. Trudno mi rozstać się z zawodem. Na początku lat sześćdziesiątych uzyskałam specjalizację II stopnia z medycyny ogólnej, choć marzyłam o okulistyce, jednak nie było warunków.

Mam troje dzieci: córkę Ewę – prawnika, ur. 1946 r., syna Andrzeja – chirurga, ur. 1950 r. i syna Piotra, ur. 1957 r., również chirurga.

Mąż mój zmarł w czerwcu 1989 r.

Przetoczyło się życie, dobiega końca czas pokolenia Kolumbów, ludzi trochę starszych i trochę młodszych od nich.

Odchodzą w mrok zapomnienia, oby niezupełnie i nie na zawsze, bo dobrze zasłużyli się swojej Ojczyźnie.

Krystyna Tomczyk

Źródło

Pamiętnik Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego – Powstanie Warszawskie i medycyna, wydanie II, Warszawa 2003 r.