W Powstaniu:

Obwód IV Ochota 3 Rejon: placówki lecznicze: szpitalik siedziba: ul. Langiewicza 5

PRZEŻYŁAM …

Grudzień 1943 r. Pierwsze prywatne spotkanie szóstej sekcji sanitarnej II Batalionu Szturmowego Odwet z dowództwem. Urządzamy opłatek w gościnnym domu pani Gajewskiej (mamy Basi), przy ul. Wspólnej. Olbrzymi pokój pełen wielu starych rodzinnych pamiątek. Każda z nich ma swoją historię, wszystkie są świadectwem stabilizacji domu i rodziny. Wydaje się tutaj, że nie przeszła przez Warszawę zawierucha 1939 r., że nie ma wojny. Dom spokojny, cichy, mimo że od czasu do czasu wypełnia go gromada bardzo głośno „spiskujących” dziewcząt.

Dziś z wypiekami na twarzach szykujemy nasz świąteczny stół. Każda zrobiła coś wystrzałowego na uświetnienie tego wyjątkowego dnia. Oczywiście ja, jako najsłabiej przygotowana ze wszystkich dziewcząt do życia pod względem umiejętności kulinarnych, zrobiłam jedynie sałatkę jarzynową z majonezem i doprawiłam specjałami „Strójwąsa” zarekwirowaną u taty większą ilość spirytusu. Jak twierdzi Natalka, wódkę umiałam zrobić dobrą. Już na godzinę przed umówionym czasem spotkania stół, nakryty przedwojenną, pamiętającą dobre czasy zastawą pani Gajewskiej, był gotowy.

Zaczęło się schodzić całe towarzystwo. Punktualnie wkroczył por. Roman, nasz dowódca. Nie darzyliśmy się oboje specjalną sympatią. Mimo słownych starć, ciągłych buntów z mojej strony i bardzo krytycznego nastawienia, uznałam jego wartość, umiejętności dowódcy i zdobył mój szacunek. W każdym razie mimo moich głośno wypowiadanych, czasem nawet złośliwych uwag, wszystkie jego rozkazy starałam się wypełniać, poza siadaniem na pewnej części ciała na podłodze w czasie ćwiczeń.

Spędziliśmy piękny wspólny wieczór. Po podzieleniu się opłatkiem i rozdaniu drobnych upominków wszyscy zasiedli do stołu. Pierwszy toast, jak zwykle w tych czasach, spełniliśmy za wolność. I wtedy popłynęły słowa modlitwy Konrada z „Wyzwolenia” Wyspiańskiego. Zaczęłam drżącym, łamiącym się głosem, który w miarę mówienia nabierał siły. Ostatnie słowa zabrzmiały mocno, były jak wyzwanie:

Daj nam poczucie siły

i Polskę daj nam żywą

by słowa się spełniły

nad ziemią tą szczęśliwą

Niech się królestwo stanie

nie Krzyża lecz zbawienia

O daj nam Jezu Panie

Twą Polskę objawienia.

Wszyscy myśleliśmy chyba w tym czasie o jednym, o konieczności walki, o jakimś wielkim zrywie całego narodu. Widzieliśmy oczami wyobraźni zniszczoną przez nas armię Herrenvolku. Ciszę, jaka zaległa po mojej niezbyt może udolnej, ale na pewno głęboko przeżytej recytacji, przerwała Hanka, nasza sekcyjna: – Ale panie poruczniku, ja chcę koniecznie ze swoimi dziewczętami być w pierwszej linii.

Roman popatrzył na nią swoimi szaroniebieskimi, twardymi oczami i powiedział: – Jak przyjdzie czas, wszyscy będziemy w pierwszej linii, a teraz wypijmy za szczęście nas wszystkich po wojnie i obyśmy następny raz dzielili się opłatkiem w wolnej Polsce. – Przypuszczam, że gdyby nie obecność mamy Basi, rozsądek Romana oraz ograniczony czas, popiłybyśmy się nieprzytomnie, tyle miałyśmy dobrych, godnych wypicia toastów. Pani Gajewska jednak zaintonowała kolędę „Bóg się rodzi”, Basia „Szturmówkę”, Hanka „Marsz Odwetu”. W każdym razie ja byłam już w rauszu, bo śpiewałam ze wszystkimi głośno i bez zahamowań, a głos mam donośny. Na trzeźwo nigdy nie śpiewam, ponieważ nie mam nawet za grosz słuchu. Jakoś wszyscy zupełnie spokojnie znieśli moje fałszowanie. Rozstaliśmy się w doskonałych humorach z zachowaniem przewidzianych w owym czasie środków ostrożności. Gotowe byłyśmy do podjęcia walki w każdej chwili.

I przyszedł ten moment. Godzina W, 1 VIII przed południem musiałam być z ważną wiadomością – zupełnie nie pamiętam jaką – na Tamce u jakichś zakonnic. Wracając kupiłam dwa kilogramy ogórków, myśląc o gaszeniu ewentualnego pragnienia. Wpadłam jak bomba do domu na Koszykową, żeby się szybko zebrać. Oczywiście wszystko zawsze robię w ostatniej chwili, więc miałam w perspektywie jeszcze sporo zajęć. Okazało się jednak, że staruszka ciotka, która opiekowała się nami po śmierci mamy, przygotowała już nasze plecaki, nie zapominając o niczym – nawet o odpowiedniej porcji suchego prowiantu. Odstąpiłam bratu połowę ogórków i wytargowałam od niego starą marynarkę, która miała przewagę nad wszystkimi moimi bluzkami, jaką były kieszenie.

Ciotka zdenerwowana, ze łzami w oczach kręciła się po kuchni, ale nie wypuściła nas z domu, zanim nie zjedliśmy obiadu. Przez cały czas powstania w najbardziej głodnych chwilach pamiętałam tę wspaniałą pieczeń wołową z makaronem i kiszonym ogórkiem. Wydaje mi się, że to był chyba najlepszy obiad w moim życiu, zwłaszcza, że musiał mi starczyć prawie na trzy dni. Chwila pożegnania … Wojtek i ja, radośni, uśmiechnięci, rozgorączkowani. Ciotka głośno płacząca i ojciec, u którego po raz drugi w życiu widziałam łzy w oczach: po śmierci mamy i teraz, przy naszym pożegnaniu. – Wiem, że was nie zatrzymam, mimo że to wszystko nie ma sensu, ale … uważajcie na siebie. – Tymi słowami obdarzył nas na naszą wojnę. Ucałowaliśmy się długo i serdecznie.

Wojtek pobiegł w kierunku Złotej, a ja na Filtrową, skąd przeniosłyśmy zgromadzony poprzednio cały nasz „majątek” sanitarny do pustej willi przy ul. Langiewicza 5. Podstawę naszego zaopatrzenia stanowiły środki opatrunkowe przesyłane w paczkach z Bydgoszczy z jakiejś niemieckiej fabryki czy hurtowni przez p. Malinowską, żonę oficera zawodowego, przyjaciela ojca. Przed godziną 5 byłyśmy gotowe do działania, a właściwie byliśmy, bo był wśród nas jeden mężczyzna pełniący obowiązki lekarza, student chyba IV roku medycyny, Marek, z żoną. Oprócz naszej sekcji było jeszcze kilka dziewcząt, których dotychczas nie znałyśmy. Nie wiedziałyśmy jeszcze, że spędzimy razem zaledwie kilka dni. Były to jednak dni, które głęboko zapadły w naszą pamięć.

W kilkanaście minut po zaczęciu akcji już mamy pierwszych rannych. Biegniemy z noszami wzdłuż ulic Langiewicza, Prokuratorskiej do Wawelskiej, trzeba się nieco cofnąć w lewo. Jesteśmy na linii ostrzału. Pod ogrodzeniem jakiejś willi leży szczupły młody chłopiec z powstańczą opaską na ramieniu. Silnie krwawiący postrzał uda. Sam stara się uciskiem słabnących rąk zatamować krwotok. Zakładam opaskę uciskową. Natalia prowizorycznie opatruje ranę. Musimy się stąd jak najprędzej wydostać. Poprzednia nasza droga jest zła. Daleka i odkryta. Próbujemy przebić się przez ogródki pobliskich willi. Niestety nie znamy zupełnie terenu. Siatki w płotach jeszcze nie przecięte. Wyrasta przed nami przeszkoda, zdawałoby się nie do pokonania – jakiś garaż. Ani Natalka, ani ja nie celowałyśmy nigdy w sporcie, a przecież trzeba wejść jakoś na dach z noszami i, co najważniejsze, zejść z powrotem. Wydaje nam się, że wszystko na nic i nie dojdziemy do punktu. Natalka ma łzy w oczach. Jurek z dezaprobatą popatrzył na nas i wycedził przez zęby: – Ale baby, z takimi to daleko człowiek nie zajedzie.

Mamy jednak ten łut szczęścia. Nawinął nam się pod rękę jakiś chłopak, biegł w stronę Pola Mokotowskiego. Zawołałam za nim: – Zaczekaj chwilę, musisz nam pomóc. – Obejrzał się i bez słowa wrócił: – Tylko szybko właź na dach! – Zdecydowałam się. Przypomniałam sobie dzieciństwo, kiedy jako jedyna dziewczyna w rodzinie byłam skazana na zabawy z chłopakami i zdarzyło mi się czasem wdrapywać na drzewa. Jakoś z pomocą Bożą i młodego powstańca, chwytając się zawiasów i jakiegoś żelastwa mocującego rynnę, weszłam na dach. Na leżąco musiałam złapać uniesione przez pozostałą dwójkę nosze i powoli przesuwając się do tyłu jakoś je wciągnąć. Nie było to łatwe, ale naprawdę chyba cudem cała nasza trójka znalazła się na dachu garażu. Po przeciwnej stronie był ogród naszej willi. Nikt tam jednak na nas nie czekał, a chłopak pobiegł już dalej walczyć. Wzmogła się strzelanina. Pozostawanie na dachu garażu nie tylko nic nie dawało, ale stawało się niebezpieczne. Przeniosłyśmy nosze na przeciwną stronę dachu. Przesunęłyśmy tak, że mniej więcej połową długości opierały się na dachu. Ja przytrzymywałam rączki, żeby się nie zsunęły, a Natalka ze zręcznością, jakiej się po niej nie spodziewałam, zeskoczyła z dachu i szczęśliwie wylądowała na dole. Przykazałyśmy rannemu, żeby się mocno trzymał, a ja zsuwałam dalej nosze aż do momentu, kiedy Nata mogła je wyciągniętymi w górę rękoma chwycić. (Dobrze, że garaż był niski.)

Trzymając wsparte o krawędzie dachu uchwyty noszy, jakoś usiadłam. Nata miała ze swojej strony powoli opuszczać nosze, a ja miałam równie powoli usiłować zsunąć się z dachu. Niestety moje zsuwanie było bardzo szybkie, bo przecież musiałam po prostu zeskoczyć. Noszy z rąk nie wypuściłyśmy, ale niewiele brakowało, żebyśmy naszego rannego dodatkowo poturbowały. Tak zupełnie dokładnie to nie zdawałam sobie sprawy. jak się znalazłam na ziemi. Stwierdziłam tylko, że nosze stoją, Jurek na nich leży, a Nata zgięta w pół trzyma jeszcze uchwyty ze swojej strony. Ja miałam jedynie rozdartą spódnicę i podrapaną trochę niewymowną część ciała. Dalej bez żadnych przygód dotarłyśmy do punktu, gdzie zastałyśmy już kilku lżej rannych, których opatrywały dziewczęta.

W pewnym momencie jeden z chłopców nasłuchując chwilę, krzyknął: –Nie słychać naszego cekaemu, coś się stało. – Nie wiem, czy rzeczywiście nie słyszał, nie rozróżniałam zupełnie strzałów naszych i wrogich. Wybiegłyśmy jednak z Krystyną Jarecką z noszami. Prowadził nas jeden z opatrzonych już chłopców. Ktoś krzyknął po drodze, że Rybka i Koń nie żyją, z Bronką też się coś stało. Za nami wybiegły Natalia, Basia, Zosia i jeszcze jakieś dziewczęta. Brudne, zziajane i setnie zmordowane, z noszami wysuwającymi się z rąk, dotarłyśmy z rannymi do punktu. Nie wiem, który z nich był Rybką, a który Koniem. Pamiętam tylko gruby, ciemny warkocz Bronki potargany, zwisający z noszy i całkowitą bezradność na twarzy Marka. Widać było, że nie wie, co ma zrobić z rannymi. Krystyna, opanowana i spokojna zapytała go: – Zrobić obwodowe? – Tak, tak … zróbcie, co możecie. – Drżącymi jeszcze rękoma odpiłowałam ampułki. Zrobiłyśmy rzeczywiście tylko to, co mogłyśmy. Stan rannych był ciężki. Przyniesiono jeszcze jednego, Janka z postrzałem płuca i Żegotę (Aldka Jakubowskiego) z postrzałem w brzuch. W olbrzymim pokoju zrobiło się nagle ciasno. Nie było na czym kłaść rannych. Ściągnęłyśmy z góry materace, ale wszystkiego było mało. Lżej ranni po założeniu opatrunków wychodzili. Kręciłyśmy się wszystkie jak w ukropie, ciągle ktoś wpadał, to znów dziewczęta wybiegały z noszami lub tylko z torbami. Robiły opatrunki po drodze.

W zaimprowizowanym szpitalu brak było kierownictwa. Marek, dziwnie blady i załamany, siedział w fotelu w pokoju obok, nasza Hania biegała z dziewczętami. Praktycznie z fachowego personelu medycznego pozostały tylko dwie pielęgniarki, Krystyna Jarecka, pielęgniarka dyplomowana, i ja, uczennica szkoły pielęgniarskiej, wprawdzie już po drugiej teorii, ale przecież jeszcze z bardzo małym doświadczeniem. To, że prof. Loth zdążył mnie na początku lipca przyjąć na I rok medycyny na kompletach, niestety nie zwiększyło ani trochę moich umiejętności. Krystyna w sposób zdecydowany wzięła rządy w swoje ręce. Trzeba było natychmiastowej pomocy jakiegoś dobrego, doświadczonego i przede wszystkim panującego nad sytuacją lekarza. Ktoś powiedział, że w willi obok mieszka lekarz. Nie trzeba mi było dwa razy tego powtarzać. Zadzwoniłam do drzwi pana doktora. Nikt nie otwierał. Zaczęłam się dobijać i wreszcie po dłuższej chwili uchyliły się drzwi. Wtargnęłam do holu i poprosiłam pana doktora o pomoc. Za wysoką postacią starszego pana przerażona kobieta i młoda dziewczyna – pewnie żona i córka. Trzymając go kurczowo za rękawy, wołały: – Nie możesz pójść, to niebezpieczne, zabiją cię za to. – Mężczyzna chwilę się wahał. Widać było, jak walczyło w nim poczucie obowiązku zawodowego i chęć pomocy garstce walczących o wolność szaleńców z obawą o życie swoje i najbliższych. Zwyciężył szlachetny człowiek, lekarz i Polak. Zapytał krótko: – Co tam macie? – Dużo ciężko rannych. – Nie o to pytam, chodzi o materiały opatrunkowe, narzędzia, leki. – Tego niestety niewiele. – No cóż, chodźmy, zobaczymy, co się da zrobić.

Zjawienie się poważnego lekarza wlało w nasze serca nadzieję. Wydawało nam się, że na pewno pomoże uratować wszystkich rannych. Nawet Marek ożywił się. Doktor Eberhardt zbadał wszystkich ciężko rannych, wydał zalecenia, dostarczył koniecznych leków. Kilku rannych należało operować. Nie było gdzie tego zrobić i nie było czym, a przede wszystkim nie miał kto. Na chwilę wpadł do nas Roman z Jankiem Jakubowskim (Komarem) i kilkoma innymi chłopcami, rozpromienionymi i podnieconymi pierwszym „zwycięstwem” – zdobyciem willi, w której stacjonowali Niemcy z obrony przeciwlotniczej. Znaleźli trochę broni i amunicji. Podobno znajdzie się tam coś i dla nas. Mają nas zaprowadzić. Do zmroku trwała strzelanina, wpadali i wybiegali chłopcy, a dziewczęta biegały z opatrunkami po terenie całej Kolonii Staszica i kawałku Pola Mokotowskiego. Roman wydał rozkaz spokojnego siedzenia i niełażenia po nocy. Wszyscy porozchodzili się po okolicznych domach. Po Langiewicza jeździł samochód pancerny, słychać było głośne okrzyki niemieckie, strzały i szum deszczu.

Niemcy byli obok, jeździli bezkarnie ulicami, które były niby zajęte przez nas, a my nie mogliśmy się ujawnić, nie mogliśmy ich stąd „wykurzyć”. Na niewielkiej wysepce Kolonii Staszica, w rozrzuconych prywatnych willach ukrywaliśmy się, bezbronni żołnierze armii powstańczej. Dookoła otaczali nas Niemcy, stacjonujący w Szpitalu Wojskowym im. Piłsudskiego, w blokach wojskowych przy Al. Niepodległości (Kraftfahrpark) i od strony 6 Sierpnia, w gmachu województwa przy rogu ulic Filtrowej i Suchej. Od południa wolny skrawek Pola Mokotowskiego, na którym czyhały na nas niemieckie gniazda broni pancernej obrony przeciwlotniczej, a za nimi żołnierze SS ze Stauferkaserne przy Rakowieckiej. Sytuacja zupełnie beznadziejna. Zdawaliśmy sobie z tego sprawę wszyscy.

Byłyśmy przerażone, lodowaty strach ścisnął nam serca. Nie mogłyśmy uwierzyć w klęskę, w to, że nasza wolność to tylko tych kilka godzin minionego dnia, ciężkich, krwawych, ale przecież pełnych nadziei, upojnych chwil. Dlaczego nie mamy amunicji i broni? Dlaczego nie dotarł do nas obiecywany samochód z bronią? Czemu nie mamy punktu sanitarnego, gdzie można by przeprowadzić operację? Podobno taki punkt miał być obok szpitala im. Piłsudskiego, ale przecież tam są Niemcy. Czyżby nasze dowództwo, znając lepiej sytuację niż my, wierzyło, że garstka ludzi otoczona ze wszystkich stron przez wroga może forsować Pole Mokotowskie, pomagając w zdobyciu koszar i jednocześnie w drugim kierunku wywalczyć dla siebie zaplecze szpitalne? Nie umiałyśmy odpowiedzieć na te pytania. Niestety, nie potrafił na nie odpowiedzieć także Roman. Zapytany przeze mnie wręcz, ofuknął, że wreszcie przyszedł czas, żebym przestała filozofować, a wykonywała tylko polecenia zwierzchników. Ich głowy są od myślenia. Odpowiedziałam, podobno niegrzecznie, jak oceniła to Natalia, że widocznie brak tych głów, bo efekty ich myślenia są nie najlepsze. Zawsze chciałam rozumieć, dlaczego coś robię i jakie są powody zarówno sukcesów jak i niepowodzeń, w których biorę udział. A teraz nie rozumiałam niczego. Łudziłam się, że dostaniemy jakimś cudownym sposobem pomoc, że stanie się coś, co zmieni naszą sytuację.

Wieczór zastał nas zmęczone, z głowami nabitymi złymi myślami. Trzeba było jednak jakoś zasnąć. Znalazłyśmy z Natalką „cichy, ciepły kącik” na piętrze willi między ubikacją i łazienką. Zdjęłyśmy w jednym pokoju firankę, przykryłyśmy się tą wspaniałą kołdrą i ułożyłyśmy w wybranym miejscu do snu. Nawet nie zapomniałam zgodnie z zaleceniami ciotki o rozebraniu się i porządnym ułożeniu rzeczy. Przytulone do siebie poczułyśmy się tak bliskie sobie jak nigdy dotychczas. A przecież znałyśmy się już od wielu lat. Razem skończyłyśmy przed wojną gimnazjum w Toruniu, a w czasie wojny liceum handlowe w Warszawie, od początku byłyśmy w tej samej grupie w konspiracji. Nigdy jednak nie byłyśmy tak zupełnie same jak w tej chwili. Zawsze miałyśmy obok siebie bliskich – ona matkę, ja ojca, brata, przyjaciół. A teraz jesteśmy tylko my dwie wśród ludzi, z którymi wiąże nas wojna, wspólna walka. To bardzo wiele, ale tak naprawdę to wszyscy się mało znamy. To tylko my dwie wiemy o sobie wszystko, jesteśmy jak siostry bliźniaczki związane wspólnym losem, myślące tak samo, czujące to samo, połączone teraz ze sobą na dobre i na złe. W mroku pierwszej powstańczej nocy, przy szumie deszczu, wśród niemieckich okrzyków i strzałów zasnęłyśmy obydwie na twardej podłodze, ale otulone tiulami.

Następnego dnia w kilku kolejnych wyprawach, drogami przez pocięte siatki ogrodzeń, uzupełniłyśmy braki w zaopatrzeniu naszego punktu ze „zdobycznej” willi przy Sędziowskiej 3. Były koce, bielizna pościelowa, dziewczęta znalazły żywność, a ja piękne puszki ze sterylnymi opatrunkami, duży sterylizator i trochę leków. Z willi obok przy niemej zgodzie gosposi wzięliśmy materace i pościel. Trochę wygodniej i lepiej ułożyłyśmy rannych i uporządkowałyśmy apteczkę. Kilku chłopców, a wśród nich Komar i Mucha, nie wróciło z następnej wyprawy do willi, gdzie zaskoczyli ich Niemcy. Rybka i Koń zmarli. Wszyscy chodziliśmy zgnębieni. Zamknęłyśmy okiennice na parterze, żeby nieproszone, ciekawskie oczy nie dostrzegły naszych rannych. Zrobiło się duszno. Z daleka dochodziły odgłosy walki, a my musieliśmy siedzieć tutaj i czekać nie wiadomo na co.

Podobno Roman ma nawiązać, czy już nawiązał, łączność ze Śródmieściem. Może dostaniemy stamtąd posiłki, a może uda nam się jakoś połączyć z nimi. Wpadł na chwilę Janek Jakubowski. Odwiedził rannego brata. Swoją pogodną roześmianą twarzą i wiadomościami, że dookoła cała Warszawa walczy, że odnosimy zwycięstwa i Roman na pewno coś zrobi, żeby nas z tej matni wydostać, wlał trochę wiary w nasze serca. W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że jestem diabelnie głodna. Nie jadłam nic od wczorajszego domowego obiadu. Moja wizyta w kuchni, gdzie wczoraj złożyłyśmy wszystkie nasze zapasy, skończyła się fiaskiem: Zosia z jakąś panią ugotowały obiad, ale niestety nic już nie ma. Za późno się zgłosiłam. Okazało się, że nie tylko ja jestem pokrzywdzona. Nie jadła również Natalia. Janka Winiarska wyciągnęła skądś suchara i zajęła nas przez dłuższy czas żuciem. To jednak ktoś mądrze wymyślił. Je się długo, nie za dużo i w końcu człowiek ma dość, bo szczęki się solidnie napracowały. Wieczorem dostałyśmy jakichś gorących „ziółek”. Podobno miała to być kawa zbożowa. Dzisiejszą noc postanowiłyśmy spędzić inaczej. Stwierdziłyśmy, że jednak na podłodze jest za chłodno i wobec tego poświęcając jeszcze jedne firanki ułożyłyśmy się na wielkim małżeńskim łożu, z którego poprzedniego dnia ściągnęłyśmy materace, wyściełając sprężyny jedną firanką a przykrywając się drugą. Pod głową miałyśmy plecak. Spałyśmy do północy doskonale. Zosia z Basią, które zmieniałyśmy na dyżurze przy rannych, nie podzieliły rano naszego zdania.

Trzeci dzień powstania był dniem moich urodzin. Byłam już pełnoletnia. Ileż to wspaniałych zamiarów wiązało się z tym dniem. Na razie jednak miałam złożyć Romanowi meldunek o stanie naszego punktu. Przed tym Janka zaprowadziła Natalię i mnie do spokojnego miejsca w holu I piętra, wyciągnęła niewielką piersiówkę z pomarańczówką i godnie uczciłyśmy moje pełnolecie. Poczułam przyjemny szmerek w głowie, samopoczucie poprawiło mi się bardzo wyraźnie. Beztrosko i odważnie, pełna animuszu pobiegłam wypełnić powierzone mi zadanie. W żołądku czułam rozkoszne ciepło, które powoli obejmowało mnie całą. Znaną już drogą przez ogrody dotarłam do domu przy ul. Prezydenckiej 10. Na moje stukanie w drzwi od strony tarasu nikt początkowo nie odpowiadał. W końcu otworzono. Nie znałam hasła, więc dwóch chłopców z bronią w ręku zaprowadziło mnie do Romana. Krótko zameldowałam, jak wygląda stan naszego „szpitala”, nie pozwalając sobie na żadne uwagi. Twarz Romana jakby poszarzała, oczy zmęczone, zapadnięte, bez zwykłej twardości w spojrzeniu. – No cóż, trzeba przygotować się do pogrzebu. Chłopcy wykopią grób. Jak będziecie gotowi, przyjdziemy. – Musiałam widocznie jakoś dziwnie wyglądać, bo jeszcze zapytał: – A tobie co się stało? – Odpowiedziałam, że nic, tylko dzisiaj mam urodziny, jestem już pełnoletnia, a przy tym cholernie głodna. Któryś z chłopców powiedział, że zaraz mi coś wrzucą na ruszt. Rzeczywiście wrzucili. Odmierzył mi trochę wódki do szklanki.

Wracałam pijana, zupełnie nie ukrywając się. Nawet nie czekałam na odpowiedni moment, żeby przeskoczyć przez Jesionową, o mało nie wpadłam w którymś ogródku do odkrytego dołu z lasowanym wapnem, a przez Prokuratorską przespacerowałam się jak w najpiękniejsze spokojne przedwojenne popołudnie. Po powrocie dziewczęta natychmiast wpakowały mnie do kuchni, nakarmiły i położyłam się na godzinkę na naszym sprężynowym łóżku, na którym Natalka zaścieliła dla wygody złożony na dwoje koc. Po krótkiej drzemce wstałam z niewielkim tylko bólem głowy. Przyszedł już Roman, kilku chłopców, ktoś z sąsiadów. Odbył się pogrzeb Konia i Rybki. Wszyscy mieli ściśnięte gardła, łzy w oczach. Szybko zasypano mogiły.

Następnego dnia od rana niespokojnie. Ktoś nas ostrzegł, że podobno Niemcy dowiedzieli się, że w willi jest szpital powstańczy. Willa przy Langiewicza 3 podpalona. Za chwilę mogą przyjść do nas. Trzeba ewakuować natychmiast wszystkich rannych. Wynosimy ich na noszach przez okno do ogródka. Drzwi i okna willi obok zamknięte na głucho. Nie ma czasu na dobijanie się i pertraktacje. Po przejściu ulicy Prokuratorskiej otworzono drzwi, jakby nas tam oczekiwano. Jest to willa p. Gebertowej, profesorki z gimnazjum Królowej Jadwigi. Odstąpiła dla rannych olbrzymi pokój na parterze. Dla wszystkich przygotowano wygodniejsze miejsca niż dotychczas. Lżej ranni dostali mniejszy, oddzielny pokój. Dziewczęta też zostały rozmieszczone w doskonałych jak na owe czasy warunkach. Gospodarze zostawili dla siebie najskromniejszy kąt. W kuchni gosposia nie licząc się zupełnie z tym, że uszczupla zapasy pani profesor, wzięła berło w swoje ręce i zapewniła nam w pierwszym dniu pobytu fantastyczne jedzenie. Nakarmiła wszystkich.

Niemcy, mimo że nikogo nie zastali w poprzednim miejscu naszego pobytu, podpalili willę. Tym razem jeszcze udało nam się uratować. Straciłam tylko swój plecak. Chłopcy powiedzieli, że czynne są telefony, usiłowałam dodzwonić się do domu. Niestety nic z tego nie wyszło – głucha cisza. Właścicielka domu nie narzucając się, zorganizowała nam jednak dzień tak, że nie miałyśmy zbyt wiele czasu na rozmyślanie. Mieszkanie musiało być sprzątnięte, wszyscy umyci. W kuchni trzeba było pomóc gosposi przygotować jedzenie, zmyć naczynia. Wszystkie miałyśmy zajęcie. Nikt nie był do wyższych celów. Poza dyżurami przy rannych musiałyśmy włączać się w normalne prace domowe.

Następnego dnia przed południem usłyszałyśmy nieznaną nam, ale jakoś swojską i miłą dla ucha i serca mowę – rosyjską. Zajęłyśmy na piętrze miejsca przy oknach pełne nadziei, że to na pewno wojska sowieckie, które przyszły nam z pomocą. Ujrzałyśmy z daleka w jednym z ogródków postacie w niemieckich mundurach. Nie byli to na pewno nasi wybawcy. Wieczorem gosposia powiedziała nam, że do któregoś domu wpadli żołdacy Kamińskiego – zgwałcili kobiety, zabili mężczyzn, którzy nie zdążyli się ukryć. Nie zdołałyśmy się dowiedzieć, czy byli wśród nich nasi chłopcy. Nie wiedziałyśmy jeszcze, gdzie znalazła miejsce nasza Basia. W czasie ewakuacji trafiła do jakiegoś innego domu z rannym Jurkiem Marksem. Bałyśmy się o nią. Wydawało się, że w większej gromadce łatwiej będzie wybrnąć nawet z najtrudniejszych sytuacji, a ona została sama.

6 sierpnia zaczęłyśmy nasz zwykły pracowity dzień. Po utracie plecaka nie miałam się w co przebrać, zrobiłam więc małą przepierkę, Zosia wstawiła kaszę czy ryż na obiad i miałyśmy przystąpić do sprzątania, kiedy usłyszałyśmy strzelaninę, głośne wybuchy granatów i krzyki. Podbiegłam do okna. W tym momencie rozległy się strzały. Z zielonej korony drzewa tuż przy naszej willi wychyliło się i bezwładnie spadło na ziemię martwe ciało Janka Jakubowskiego. Obok niego obejmując pień drzewa, na które nie zdążył się wdrapać, osunął się drugi chłopiec. Chcieli się pewnie ukryć. Ten drugi nie zdążył pójść w ślady Janka i znaleźć ochronę w gęstwinie zielonych gałęzi drzewa. Wskazał jedynie kryjówkę kolegi. Zginęli obaj.

Rozległo się od strony tarasu, dobijanie do drzwi, które prowadziły bezpośrednio do pokoju najciężej rannych. Krystyna zdecydowała się natychmiast otworzyć. Zauważyłam podchodzących do własowców dwu niemieckich oficerów. Zarzuciłam na bieliznę marynarkę i dobiegłam do Krystyny. Stanęła odważnie w otwartych drzwiach. Była zupełnie blada. Powiedziała po polsku: – Proszę nie strzelać, tu są ciężko ranni ludzie cywilni. – Na okrzyk: – Banditen! – wytłumaczyłam po niemiecku, że mamy rannych, wśród których nie ma żadnych bandytów, tylko przypadkowi przechodnie, ludzie cywilni. Przyszło jeszcze kilku Niemców z oddziału broni przeciwlotniczej. Wśród nich znaleźli się Ślązacy. Wytłumaczyli nam, że musimy natychmiast wynieść stąd rannych, ponieważ „Ukraińcy” podpalili willę graniczącą ścianą z nami. Poprosiłyśmy Niemców o pomoc i opiekę. Zgodzili się i poradzili jeszcze, żebyśmy schowały zegarki, jeżeli nie chcemy ich stracić. Swoją maleńką złotą „Cymę” przypięłam pod pachą do marynarki.

Miałyśmy za mało noszy, a i nas było zbyt mało na jednorazowe zabranie wszystkich rannych. Ułożyłyśmy rannych na noszach. Pierwsze wyszły Zosia i Krystyna niosąc Janka, za nimi następne dziewczęta. Aldka Jakubowskiego wzięłyśmy z Natalią na ręce, starając się przenieść tak, aby nie zauważył trupa swego brata. Wyszli z nami trzej lżej ranni chłopcy. Nie uchroniłyśmy ich ani my, ani nawet Niemcy. Nie wyglądali na cywilów. Żadne tłumaczenia nie pomogły. Złapali ich własowcy, przeprowadzili za narożnik willi i natychmiast zastrzelili. Z dymiącymi pistoletami powrócili do nas, nim zdążyłyśmy wejść do domu, który dla rannych zajęli Niemcy. Jeden z nich szarpnął za łańcuszek i zerwał mi z szyi medalik, o którym zupełnie zapomniałam.

Przerażeni gospodarze odstąpili dla rannych pokój na I piętrze. Po ułożeniu Aldka zeszłyśmy z Natalią na dół, żeby podziękować naszym wybawcom, Niemcom. Owych dwu młodych oficerów rozmawiało z nami bardzo miło i kulturalnie. Powiedzieli między innymi, że Niemcy są narodem o starej kulturze wojennej, że nigdy nie pozwalali i nie pozwalają sobie na zabijanie bezbronnych i niewinnych. W pewnym momencie jeden z nich krzyknął „Halt”, uniósł pistolet i z odległości kilku metrów strzelił do kilkunastoletniego chłopca, który usiłował przebiec przez ogród. Pierwszy raz w życiu zobaczyłam zmienioną twarz mordercy w momencie popełniania mordu. Nie zapomniałam jej do dziś. Oficer armii z wiekowymi tradycjami „kultury wojennej” wyskoczył przez otwarte okno, podszedł do chłopca, sprawdził, czy na pewno nie żyje, i z szerokim uśmiechem na wygładzonej już twarzy wrócił spokojnie do nas. Przerażone z Natalią zaniemówiłyśmy. Dostrzegli prawdopodobnie w naszych oczach coś, co kazało im wytłumaczyć się. Dowiedziałyśmy się, że chłopiec na pewno był bandytą, ponieważ po okrzyku „Halt” usiłował uciec.

– Przecież to dziecko – powiedziałam drżącym głosem.

– U was wszyscy walczą z nami, od dziecka do starca – usłyszałyśmy w odpowiedzi.

– Dlaczego wobec tego pomogliście nam? – zapytałam.

– Obroniliśmy was przed bestialstwem Słowian.

Na górze słychać było okrzyki: – Wszyscy bandyci! Wszystkich trzeba pozabijać! Nikt nie może tu zostać żywy – itp. Natalia zwróciła się do „miłych” oficerów i poprosiła: – Pomóżcie więc do końca i wyrzućcie z tego domu wszystkich żołnierzy, żeby nie plamić munduru niemieckiego krwią kobiet i bezbronnych rannych. – Brzmi to w tej chwili, z perspektywy lat, trochę patetycznie, w owym czasie jednak ten patos odniósł pozytywny skutek. Po kilkunastu minutach dom był „oczyszczony”. „Ukraińcy” zapowiedzieli jednak, że złożą nam jeszcze wizytę. Jeden ze Ślązaków dał dobrą radę, żeby dziewczyny zrobiły się na jak najbrzydsze, bo niestety oni nie będą nas mogli nadal chronić.

Zostaliśmy sami swoi. Przeżyliśmy, choć nie wszyscy, jeszcze jeden koszmarny moment, który mógł się skończyć dla wszystkich śmiercią. Byliśmy pełni napięcia, zdenerwowani. Dziewczęta nie wiedziały, co ze sobą zrobić, snułyśmy się po domu z kąta w kąt. Uspokajałyśmy rannych, którzy przeżyli straszne chwile. Cały czas wisiała nad nimi groźba śmierci. Było to dla nich, w poczuciu całkowitej bezradności i bezbronności, chyba jeszcze dotkliwsze i straszniejsze niż dla nas. Nagle usłyszałyśmy z kuchni głos Zosi: „Obiad gotów”. Nic nie mogło odprężyć nas tak szybko i skutecznie jak te dwa słowa. Przywróciły nas one do życia, do zwykłego trybu powstańczego dnia.

Okazało się, że w czasie, kiedy z Natą „zabawiałyśmy” rozmową Niemców, Zosia z gosposią powędrowała z powrotem do willi p. Gebertowej i przyniosła stamtąd nasze wyprane rzeczy, zapasy żywności i trochę ubrań gospodarzy. W ostatnim momencie przypomniała sobie o gotującym się ryżu i wróciła jeszcze raz, wynosząc z palącego się domu olbrzymi garnek kipiącego ryżu. Byłam pełna podziwu dla jej odwagi i przytomności. Ten gorący ryż, który mogliśmy dzięki Zosi zjeść, przywrócił uśmiech na nasze twarze.

W płonącej willi pod nr 13. w piwnicy siedziało kilku czy kilkunastu chłopców. Bałyśmy się, że nie wytrzymają gorąca i wyskoczą, a wtedy na pewno wszyscy zginą. Ogień dogasał, wille były tylko częściowo spalone i nie istniało już niebezpieczeństwo objęcia ogniem piwnic. Któraś z dziewcząt przekradła się do nich, żeby powiedzieć, że żyjemy i błagać o wytrzymanie. Zaniosła im wody i coś do jedzenia. Zbliżał się wieczór. Niektóre dziewczęta przygotowywały się do zapowiedzianej wizyty własowców. Ala i Danka „robiły się na brzydkie”, tzn. związały sobie włosy w dwa sterczące za uszami ogonki, inne stosowały jakieś bliżej mi nieznane zabiegi obrzydzające, a ja pożyczyłam od Natalii zapinany szczelnie pod szyję sweter, bo bluzka moja jeszcze nie wyschła. Przed domem zatrzymał się samochód. Wysiadło z niego kilku żołnierzy armii Kamińskiego. Dowodził nimi młody, przystojny, wysoki mężczyzna, wyróżniający się z gromady swoich żołnierzy przede wszystkim inteligentną twarzą i schludnością w ubiorze. Zawołałam Natalię, która siedziała z rannymi na górze. Wydawało się, że zarówno jej uroda, jak imię i ukraińskie nazwisko, może przychylniej usposobić do nas tę hałastrę. Schodząc na dół zobaczyła oficera i wyrwał jej się po polsku okrzyk: – Jest przynajmniej z tymi żołdakami Niemiec, może się będzie łatwiej dogadać. – Usłyszałyśmy ku naszemu zdumieniu odpowiedź również po polsku: – Tu nie ma żadnych Niemców ani żołdaków. Pokażcie tych swoich rannych cywilów. – Zatkało nas zupełnie. Zaprowadziłyśmy go na górę. Obejrzał wszystkich, powymachiwał pistoletem. Powiedział, że właściwie wszystkich należałoby rozstrzelać, ale on może się jeszcze z tym wstrzymać i kazał wszystkim oprócz rannych zejść na dół. Zebrali domowników łącznie z nami w dwu największych, połączonych rozsuwanymi drzwiami pokojach. Był w całym towarzystwie jeden starszy pan i kilka starszych pań.

Po krótkim wstępie zaczęła się selekcja. Przepuszczono wszystkich przez filtr. Niektóre dziewczęta zatrzymywali, innym, starszym, kazali przechodzić do pokoju po przeciwnej stronie holu. Nie pomagały związane kitki, wykrzywione twarze itp. Gorączkowo myślałam, co zrobić. Oglądałam się szukając Natalii. Nigdzie jej nie dostrzegłam. Nie wiem, czy nie wyszła wcześniej. Zauważyłam, że pozostała już ostatnia starsza pani. Złapałam ją z Ewą pod pretekstem, że nie może chodzić. Pan komendant widząc nas parsknął śmiechem, ale machnął ręką i przepuścił. Wniosłyśmy babcię do zaciemnionego pokoju i posadziłyśmy w fotelu, stojącym na środku. Chciałyśmy gdzieś przycupnąć za jakąś kanapą czy większym fotelem pod ścianą. Nie udało nam się. Wszystkie miejsca były zajęte. Usiadłyśmy więc z Ewą na dywanie po obu stronach fotela. Minuty trwały wieczność. Dochodziły do nas dzikie krzyki żołnierzy z pokoju vis–ŕ–vis i z góry. W pewnym momencie usłyszałyśmy z góry kilka następujących po sobie strzałów. Liczyłam. Jeden, dwa, trzy, cztery … Czyżby zabili rannych? Zupełnie nie mogłam sobie uświadomić, ilu ich leżało. Pięć, sześć osób? Nie wiem. Może zostawili Bronkę i starego dziadka, który został ranny w czasie pracy w ogródku działkowym. A może strzelali tylko dla postrachu.

Podsumowałam swoje krótkie życie. Niczego jeszcze nie osiągnęłam. Co pozostawię po sobie? O Boże, jak nie chcę umierać. Tak bardzo chciałabym zobaczyć ojca, chociaż na chwilę. Modliłam się tak żarliwie jak nigdy wcześniej ani później w życiu. Ewa szepnęła: – Przygotuj się, Krystyna, pewnie za chwilę przyjdą nas wykończyć. – Usłyszałyśmy tupot bosych nóg na schodach. Do pokoju wpadła blada jak płótno Ala: – Schowajcie mnie! Chciał mnie zabić! chciał mnie spalić! – szeptała spazmatycznie. Znalazło się jeszcze jakieś miejsce obok leżącej na kanapie chorej starszej pani, która troskliwie zakryła Alę kołdrą. Zgasiłyśmy światło. Serca w nas zamarły. Siedziałyśmy zupełnie zdrętwiałe, w całkowitym milczeniu. W pokoju było duszno, a mnie, mimo że byłam w swetrze, było zimno, drżałam. Po pewnym czasie, który wydał mi się wiekiem, otworzyły się z trzaskiem drzwi i snop oślepiającego światła latarki poraził nasze oczy. Usłyszałyśmy rechot śmiechu i słowa: – A teper pogulajem dzieuszki. – W otwartych drzwiach stał żołnierz z pistoletem w prawej, a latarką w lewej ręce. Pod pachą przyciskał butelkę. – Nu, dawaj, dawaj – budu strelać. –Popatrzyłam na Ewę. Wstała, zdawać by się mogło, zupełnie spokojnie. Lodowato zimną, mokrą dłonią pociągnęła mnie za sobą i powiedziała: –Musimy iść, bo wszystkich powybijają. – Pijany, cuchnący, brudny, rozczochrany żołdak wprowadził nas do pokoju vis–ŕ–vis.

Widok, jaki ukazał się naszym oczom, był przerażający. W świetle zasłoniętej granatową szmatą żarówki olbrzymi pokój zasnuty mgłą dymu z papierosów, cuchnący kwaśnym zapachem najpodlejszej knajpy. Przy dużym okrągłym stole zobaczyłam trzech czy czterech żołdaków, a obok nich nasze dziewczęta. Jeden z nich obejmował żonę naszego lekarza. Na ciemnej serwecie rozstawione bezładnie butelki z wódką, jakieś dwie czy trzy szklanki i kawałki suchego chleba. Zaproszone zostałyśmy dość silnym pchnięciem do libacji, jaka odbywała się przy stole. W chwili siadania na krześle zobaczyłam leżącego na fotelu naszego lekarza, Marka, z opatrunkiem na twarzy. W czasie ewakuacji uchował się jakoś z życiem, ale któryś z żołnierzy uderzył go kolbą pistoletu w twarz, łamiąc kość nosową. Nawet nie zauważyłam, kiedy to się stało. Teraz leżał blady z przystawionymi do skroni karabinami. Miał się przyglądać zabawie bez możliwości jakiejkolwiek reakcji ze swojej strony.

Usiadłam obok wypomadowanego, gładko uczesanego żołnierza. Wlał mi do wymazanej szklanki wódki i zachęcał do picia. Zdawałam sobie sprawę, że nie mogę odmówić, a jednocześnie nie mogę pić. Udawałam wesołą, dobrze pijącą. Czułam, jak wódka spływa mi na sweter, który stawał się coraz bardziej mokry. Błogosławiony sweter oddał największą przysługę, jaka mi była w danym momencie potrzebna. Doskonała wełna wchłaniała alkohol, pozwalając mi zachować trzeźwość. Pijani żołdacy nie zauważyli nawet, że ich oszukuję. Wypomadowany elegant uporczywie powtarzał, że źle się dzisiaj czuje, bo jeszcze nikogo nie zabił. Koledzy pocieszali go, że jeszcze nic straconego i zadowoleni opowiadali o Wasi, jak go nazywali, historie mrożące krew w żyłach. Dowiedzieliśmy się z nich, że podobno zabił nawet swoich rodziców. Przerażona przesunęłam się kawałek dalej i znalazłam się obok rozczochrańca, który przyprowadził nas do pokoju. Był roześmiany, wesoły, koniecznie chciał, żebyśmy się wszyscy dobrze bawili. Oczywiście uważał, że może nam to zapewnić wypicie jeszcze większej ilości wódki. Dolewał mi więc do szklanki coraz to nowe porcje. Grono bawiących się przy stole zaczęło się zmniejszać. Jeden z żołnierzy wyciągnął swoją towarzyszkę do przyległego pokoju, drugi wyprowadził do holu. Do „sali bankietowej” wkroczył jakiś blondyn z aparatem fotograficznym na piersi. „Mój” rozczochraniec chciał mieć zrobione zdjęcie. Przybyły miał trochę trudności z otworzeniem aparatu, które przy mojej pomocy jakoś pokonał. Spojrzał w wizjer, odsunął się o dwa kroki od stołu, jeszcze raz spojrzał i przystąpił do ustawiania fotografowanych obiektów. Okazało się, że zdjęcie miało być ze mną. Posadzili mnie w fotelu, na poręczy usiadł rozczochraniec, przytulając do mojej głowy swój spocony, brudny policzek. Patrząc na te uroczyste przygotowania do robienia zdjęcia w ciemnym pokoju, prawdopodobnie bez filmu w aparacie, nie mogłam się powstrzymać od wybuchu szczerego śmiechu, śmiałam się jak wariatka. Bawiła mnie groteskowość sytuacji w tych makabrycznych warunkach, w których w każdej chwili mogłyśmy stracić życie. To poważne, a jednocześnie jakieś naiwne pozowanie przez fotoamatora, jego ruchy, spocona czerwona twarz, zlepione włosy i siedzący na poręczy brudny żołnierz przytulony do mnie, wszystko to zaczęło mnie bawić. Przestałam się na chwilę bać.

W tym momencie wszedł do pokoju ich dowódca, spojrzał na mnie i roześmiał się. Pstryk, pstryk – zdjęcie zostało zrobione. Mój towarzysz stwierdził, że już dojrzałam do tego, żeby mógł przeprowadzić swoje dalsze plany i wyprowadził mnie do holu. Z tego, co mówił do mnie, zrozumiałam jedynie, że mamy iść do innej „komnaty”. Tłumaczyłam, że wszystkie zajęte, że musi poczekać. On wracał uparcie do swego, grożąc jednocześnie pistoletem. Cofnęłam się o krok i krzyknęłam: – Panie komendancie! – Otworzyły się drzwi od pokoju i stanął w nich na szeroko rozstawionych nogach, podparty pod boki pan komendant. Wyglądał jak typowy Niemiec. Popatrzył na mnie z ironicznym uśmiechem i zapytał, co się stało. Ze łzami w oczach zaczęłam go prosić, żeby powiedział żołnierzowi, aby mnie zostawił. Chyba ma matkę, siostrę, żonę czy narzeczoną i nie chciałby, żeby któraś z nich wróciła po wojnie taka, jak ja mogę wyjść z tej innej komnaty. Zresztą nie wiem dokładnie, co mówiłam. Podobno było to rozpaczliwe i w swojej rozpaczy przekonywające, jak powiedzieli mi następnego dnia siedzący w pokoju obok gospodarze i koleżanki.

Komendant odesłał żołnierza na górę, a mnie zaprosił z powrotem do pokoju. Stwierdził, że chyba się go nie boję, więc mogę usiąść na jego kolanach. Usiadłam sztywno i uświadomiłam sobie, że zaczynam od początku „zabawę”, tylko z kimś innym. Byłam wykończona. Pomyślałam sobie: „No cóż, przynajmniej jest czysty”. Poczęstował mnie papierosem. Usiłowałam palić, ale natychmiast zauważył, że nie umiem. Zapytał, dlaczego mu nie powiedziałam, że nie palę.

– No, ostatecznie mogę palić, mimo że nigdy nie paliłam, bylebym nic innego nie musiała robić – odpowiedziałam.

– A wódkę piłaś?

– Nie, wylewałam.

– To bardzo dobrze, ja też wódki nie piję. – Dalej potoczyła się rozmowa na temat tego, co robiłam przed powstaniem. Nie mógł zrozumieć, co to jest szkoła pielęgniarska. Powiedziałam, że to takie kursy sanitarne. – Aha, medycyna, rozumiem – powiedział. Tłumaczyłam, że nie, ale uparcie trwał przy swoim, co zresztą było dla mnie bardzo korzystne, bo pozwolił mi usiąść na krześle. Ośmielona jego zachowaniem, zapytałam, czy nie wie, co się dzieje z Natalią, to znaczy tą dziewczyną, która go tak obcesowo powitała na schodach. Popatrzył na mnie i zapytał, dlaczego tak mnie to interesuje. Wyjaśniłam, że jest moją przyjaciółką i chyba zrozumiałe, że się o nią niepokoję.

Uśmiechnął się, wstał, zrobił minę, jakby chciał sobie coś przypomnieć i powiedział, że zamknął ją w łazience, żeby uchronić przed żołnierzami. W tym momencie, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, Natalia stanęła w drzwiach. Dalej rozmawialiśmy o literaturze polskiej, a nasz komendant wykazał zupełnie dobrą jej znajomość. Okazało się, że ponoć studiował dziennikarstwo i zajmował się trochę naszą literaturą. Nata, żeby podnieść mnie w jego oczach, powiedziała, że piszę, że nawet mam wydrukowanych kilka nowel. Było to wierutnym kłamstwem, bo poza własnymi i czasem Wojtka wypracowaniami szkolnymi, nie miałam na sumieniu innych wyczynów literackich.

Pan komendant nabrał do nas szacunku, zwłaszcza po odpowiedzi na pytanie, co byśmy zrobiły dzisiaj mając broń. Stwierdziłyśmy, że tutaj nie użyłybyśmy jej ze względu na bezpieczeństwo innych, zwłaszcza rannych, ale gdybyśmy znalazły odpowiednią okazję, to starałybyśmy się wszystkich jego żołnierzy zabić. Na naszą prośbę uwolnił Marka i odstawił broń w kąt. Sam zdjął swój pas z pistoletem i położył na stole, a żołnierzom zakazał strzelania do kogokolwiek. Miła rozmowa o literaturze przy szklance wody, komplementy dla Natalii, szacunek dla nas – zupełna sielanka. Po jakiejś godzinie pan komendant zarządził zbiórkę i wywiózł swoją gromadę spitych żołdaków. Wieczór obył się bez śmiertelnych ofiar. Kilka dziewcząt przeżyło jednak straszne chwile, których wspomnienie do końca życia będzie wywoływać dreszcz grozy i odrazę. Ranni chłopcy także bardzo głęboko przeżyli swoją bezbronność i bezsilność wobec przemocy.

Następnego dnia już głośno zaczęto mówić o przejściu wszystkich żołnierzy do Śródmieścia. Nocą mają się przeprawić pierwsze grupy. Wiemy, że ciężko ranni muszą zostać, ale kto się ma nimi opiekować, jeszcze nie zdecydowano. Po południu znów łazik zatrzymuje się przed naszym domem. Przyjechał komendant z kierowcą, wczorajszym rozczochrańcem. Oczywiście pan komendant chce się widzieć z Natalią. Ta ciągnie mnie razem ze sobą do pokoju na piętrze, który na tę wizytę udostępnili nam gospodarze. Cały dom wyciszony, nikt nie chce nam przeszkadzać. Komendant elegancko się z nami przywitał, zdjął czapkę, pas z pistoletem i z mapnika wyjął butelkę starego tokaju, jakieś konserwy, chleb. Musiałyśmy spróbować wina– było doskonałe – a on poprosił jedynie o szklankę wody. Tego dnia opowiedział nam o swoim życiu. Wydaje się, że mówił prawdę. Ojciec pracował w ambasadzie sowieckiej w Rzymie, matka była Włoszką. Był jeszcze małym dzieckiem, gdy ojciec został odwołany z powrotem do Związku Sowieckiego, gdzie aresztowano go wraz z żoną. Alosza znalazł się w domu dziecka. Rodziców już nigdy nie zobaczył. Na pytanie Natalii, dlaczego walczy po stronie Niemców i zdradza swoją ojczyznę, uśmiechnął się i skwitował, że nie czuje się ani Rosjaninem, ani Włochem, a woli być z Niemcami. Wie, że i tak pewnie niedługo zginie. Zabiją go Niemcy, jak przestanie być potrzebny albo właśni żołnierze, którzy go nie lubią, bo nie pije i nie rabuje z nimi, a wreszcie mogą go zabić powstańcy. Przecież jest naszym wrogiem.

Jest 9 sierpnia. I znów następne popołudnie i wieczór, które spędzamy razem z Aloszą. Właściwie to go nam żal. Stracił rodziców, nie ma ojczyzny, wśród obcych wrogich mu ludzi i chyba czuje się trochę zagubiony w tej całej zagmatwanej rzeczywistości. Rozmawiamy z nim dość długo i modlimy się, żeby zbyt wcześnie nie wyszedł i nie natknął się na ostatnie grupy wychodzących do Śródmieścia powstańców. W pewnym momencie przerywa rozmowę w środku zdania i zwraca się do nas z przestrogą, że nie będziemy wolni, jak wejdzie tu Armia Czerwona. Jak się okazało, jego słowa były prorocze. W końcu prosi Natalię o rozmowę w cztery oczy. Wychodzą przed dom, a ja waruję pod drzwiami, żeby być w pobliżu i móc zareagować na każdy jej okrzyk. Po kilku minutach Natalia staje w progu i mówi: – Oświadczył mi się. – Właściwie to nawet nie byłam tym zaskoczona, po prostu chłopak zakochał się. Bałam się tylko, że będzie chciał ją z sobą zwyczajnie zabrać. Okazał się jednak przyzwoitym człowiekiem.

Na Langiewicza 9 z ciężko rannymi Roman zostawił Krystynę, Natalię, Zosię, Ewę i mnie. W domu pp. Lorentowiczów została Basia z Jurkiem Marksem. Ostatnie grupy naszego batalionu są już pewnie na Polu Mokotowskim. Całą noc czuwamy, nasłuchujemy, czy nie padają strzały. Modlimy się o szczęśliwe przejście. Boimy się, że mogą nie dojść do Polnej. Mam nadzieję, że już doszli do Śródmieścia. O świcie zasypiam. Dziś pewnie Janka Winiarska będzie u mego taty, zawiadomi go, że żyję, ale musiałam zostać na Kolonii Staszica. Przed południem przyszli do nas Niemcy z willi na Sędziowskiej 3. Zapowiedzieli, że musimy najpóźniej jutro wyjść stąd. Oni się wycofują, a rządy nad całym osiedlem obejmują żołnierze Kamińskiego. Obejrzeli rannych i przy okazji zauważyli też wyszabrowane przeze mnie puszki. Jeden z nich uparcie twierdził, że są to ich puszki, które zginęły, a my również uparcie odpowiadałyśmy, że nasze. Wreszcie wszedł na górę inny żołnierz, chyba sanitariusz, i powiedział stanowczo, że na pewno puszki nie należą do nich, bo mają napis „Steril”, Okazuje się, że dobra wola sanitariusza i plasterki naklejone na puszki uratowały nas. Korzystając następnego dnia z zawieszenia broni poszłyśmy z Natalką z białą serwetką na patyku do szpitala przy szkole pielęgniarskiej, żeby załatwić miejsca dla naszych rannych. Byłyśmy przekonane o konieczności załatwienia sprawy ewakuacji rannych, a jednak czułyśmy się zawstydzone idąc Aleją Niepodległości miarowym krokiem, z białą chorągiewką. Czułyśmy na sobie wzrok Niemców z lewej i naszych z Politechniki z prawej strony ulicy. Nie wiedziałyśmy jeszcze wtedy, że byli to chłopcy z naszego batalionu. Przy zbiegu ul. Koszykowej i Chałubińskiego mieścił się szpital i szkoła pielęgniarska, do której uczęszczałam. Wejście do szkoły od strony Koszykowej było zablokowane. Otoczyli nas żołnierze niemieccy i mimo zastrzeżeń pozwolili na rozmowę ze stabsarztem. Wpuścili mnie przez bramę Ministerstwa Komunikacji i przebitą ścianę do szkolnej jadalni. Dalej nie pozwolono mi wejść, ale po przedstawieniu mojej prośby stabsarzt wezwał z góry dr. Titz-Kosko i dr. Tokarskiego, adiunkta kliniki chirurgicznej. Zaręczyli oni, że naprawdę jestem ich uczennicą i chcę umieścić w szpitalu rannych cywilów, potrzebujących fachowej pomocy, której ja im zapewnić nie umiem. Niemiec nie pozwolił na przeniesienie rannych do szkolnego szpitala, ale wyraził zgodę na umieszczenie ich w Szpitalu Dzieciątka Jezus, jeżeli będą tam miejsca. Na Oczki zaprowadzili nas żołnierze niemieccy. Tam w izbie przyjęć zastałam lekarza kliniki prof. Wojciechowskiego, dr. Łukasika. Obiecał miejsca na chirurgii dla rannych oraz pokój na internie dla nas.

Wróciłyśmy na Kolonię Staszica uszczęśliwione pomyślnym załatwieniem sprawy. W pierwszym „transporcie” znalazł się Żegota (Aldek Jakubowski), Bronka (Bronisława Jaskulak) i Janek (Stach Kołakowski) oraz lekko ranny cywil, starszy pan, który został postrzelony w szyję w czasie pracy na działce na Polu Mokotowskim. Tym razem on niósł naszą „białą chorągiew”. Bardzo zmęczone, ale bez większych przeszkód i kłopotów dotarłyśmy do Szpitala Dzieciątka Jezus. Ja pozostałam w szpitalu, żeby umieścić rannych na odpowiednich oddziałach i przygotować miejsce dla koleżanek. One wróciły po następnych pacjentów. Nie pamiętam, czy chodziły raz czy dwa razy. Podobno te następne przejścia nie były już tak spokojne, bo Niemcy byli zniecierpliwieni i trochę nawet postrzelali.

W szpitalu wzięła nas pod swoją osobistą opiekę instruktorka pielęgniarstwa, oddziałowa z kliniki chorób wewnętrznych, siostra Żelechowska, czyli „Pani Kochana”, jak ją w szkole nazywałyśmy. Mówiła tak do nas, jakby była z naszej pracy na oddziale zadowolona. Jeśli zrobiłyśmy coś nie tak, jak się spodziewała, a więc źle, natychmiast zwracała się do winnej per „Pani szanowna”. To ona z moją niewielką pomocą zorganizowała dożywianie zarówno nas, jak i rannych powstańców.

Natalia i ja dostałyśmy przydział do kliniki laryngologicznej prof. Dobrzańskiego, o ile dobrze pamiętam nazwisko – powstanie zastało go w klinice w czasie usuwania migdałków u jakiegoś młodego człowieka. Profesor odstąpił nam małą salkę, gdzie mogłyśmy spać na wysokich opatrunkowych kozetkach. Pozostałe koleżanki dostały przydziały na inne oddziały, a miejsce do spania w małym pokoju, na tzw. Syberii (tak nazywałyśmy w szkole najbardziej oddaloną od dyżurki salkę chorych na internie – zresztą rzeczywiście bardzo zimną). Po dwóch czy trzech dniach Krystyna Jarecka odeszła ze szpitala do WIG-u i razem ze stacjonującymi tam chłopcami z AK dokądś się razem wycofali. My pozostałyśmy w szpitalu.

W tym czasie nasz szpital jeszcze nie należał do żadnej z walczących stron. W ciągu dnia od strony Oczki pojawiali się ostrożnie Niemcy, a wieczorem i nocą od Al. Jerozolimskich i Nowogrodzkiej nasi chłopcy z WIG-u. Po wycofaniu się powstańców z WIG-u Niemcy przejęli pełną władzę nad szpitalem. 15 VIII pozwolili chętnym opuścić szpital. Podobno wyszło sporo osób, wśród których znalazł się jeden z lekarzy. Część z nich, głównie kobiety, dostały się przed wyjściem z Warszawy na etap przejściowy na „Zieleniaku”. Zrobiło się trochę więcej miejsca. Niemcy rozlokowali swoich żołnierzy w małych grupkach na poszczególnych oddziałach. Na laryngologii też było kilku żołnierzy, którzy dwa razy dziennie wychodzili z innymi na akcję. W tym czasie prowadzili podobno działania w okolicach Chmielnej. Zdarzyło się chyba dwukrotnie, że nie wszyscy wrócili z akcji. Po kilku dniach zabrano ich z oddziału. Któregoś dnia Zosia i Nata wyprawiły się z siostrą Żelechowską za zgodą Niemców do magazynów w podziemnych garażach budynków mieszkalnych między Al. Jerozolimskimi, Chałubińskiego i Nowogrodzką. Przyniosły stamtąd nie byle jakie zapasy, między innymi solone masło, kakao i cukier. Zrobiłyśmy sobie krem. Oczywiście Basia miała rację, mówiąc, że to świństwo, ale my mimo wszystko zjadłyśmy z przyjemnością. Zaniosłyśmy chłopcom. Opinie były podzielone, ale wszyscy spróbowali. Gryf nawet trochę zjadł.

25 sierpnia Niemcy wpuścili na teren szpitala własowców i zarządzili ewakuację. Musiał wyjść cały personel i wszyscy chodzący chorzy. Nasi chłopcy i Bronka zostali. Pożegnałyśmy ich ze łzami w oczach, obiecując, że jeśli tylko będzie taka możliwość, wrócimy. Najdłużej żegnał się z nami i Aldkiem Gryf, tak jakby przeczuwał, że się już nie zobaczymy. Zostawiłyśmy im resztki żywności, jaką miałyśmy. Na ul. Oczki uformowała się ustawiona przez Niemców dość pokaźna kolumna ewakuowanych. Nasza piątka razem z prof. Dobrzańskim, Panią Kochaną i Aldkiem znalazła się prawie w jej końcówce. Nagle w czole kolumny rozległy się krzyki, coś jakby się poruszyło i padły strzały. Podobno zginęła jedna z lekarek, która wyszła z szeregu.

Nikt z naszej grupy nie miał bagażu, poza profesorem, który niósł parasol. Część osób z niższego personelu szpitalnego miała dość znaczne tobołki, które zresztą w miarę posuwania się kolumny w kierunku Dworca Zachodniego stopniowo się zmniejszały. W pewnym momencie w pobliżu Pl. Narutowicza podjechała do nas „buda” i Niemcy zaproponowali, że mogą podwieźć słabszych. Aldek po postrzale w brzuch niezupełnie doszedł do siebie, ja od kilku dni gorączkowałam, więc zdecydowaliśmy się skorzystać z okazji. Gdzieś tam w głębi kołatała się myśl, że mogą nas wywieźć gdzieś, skąd się nie wraca, ale zaryzykowaliśmy. Oprócz nas wsiadło jeszcze kilkanaście starszych osób, ale tych objuczonych bagażem Niemcy nie chcieli zabrać. Dowieźli nas do Dworca Zachodniego i tu czekaliśmy na nasze towarzystwo. Po przyjściu reszty ewakuowanych Niemcy załadowali nami dość szczelnie wagony towarowe i po jakimś czasie ruszyliśmy w podróż w nieznane.

To nieznane to był Pruszków. Pociąg wjechał na jakąś bocznicę, wyładowali nas i zaczęła się segregacja. Jedni na lewo, inni na prawo. Pomagała w tym lekarz weterynarii dr Kiełbasińska. Kazała nam zdjąć czepki i fartuchy i udawać chore. Przy jej pomocy zakwalifikowano nas do grupy, która nie dostała się do obozu w Pruszkowie, a skierowana została do szpitala dla psychicznie chorych w Tworkach. Noc spędziliśmy w salach chorych na jakichś kocach i materacach na podłodze. Wśród osób, które dostały się do Tworek, znalazł się znajomy mego taty, adiunkt kliniki internistycznej prof. Orłowskiego, dr Rydygier. Skoro świt wyprowadził on naszą grupę pięciu dziewcząt i Aldka ze szpitala.

Znalazłyśmy się przed bramą szpitalną i dalej musiałyśmy sobie jakoś same poradzić. Znałam w Pruszkowie rodzinę ojca naszej koleżanki z Torunia. Na szczęście byłam tam z nią kilka razy przed powstaniem i wiedziałam, gdzie mieszkają. Doszliśmy wszyscy do Pruszkowa. Natalia i ja zapukałyśmy do pp. Chojnickich z prośbą o pomoc. Młodszy brat ojca Krysi zajął się nami serdecznie. Załatwił dla nas mieszkanie w jakiejś niewykończonej willi w Leśnej Podkowie, zameldowanie w Pruszkowie z wsteczną datą. Dostałyśmy słomę, kartki na obiady w RGO, trochę żywności, jakąś kołdrę, poduszkę. Spaliśmy wszyscy, tzn. cała szóstka, pokotem na podłodze zasłanej cienką warstwą słomy, na jednej poduszce i pod jedną kołdrą. Aldek od lewej strony jako jedyny mężczyzna, pierwszy jako chory dostał miejsce na kawałku poduszki i przykryty został kawałkiem kołdry. Ja jako gorączkująca leżałam obok, także uprzywilejowana kawałkiem poduszki i kołdry, obok mnie Natalia. Dalszej kolejności nie pamiętam. W każdym razie noc była długa, duszna i ciasna, bo przecież jakiś kawałek kołdry musiał zostać jeszcze dla Natalki. Nasza trójka przewracała się z boku na bok na komendę.

Rano Ewa wypruła zaszyte w spódnicy dolary. Pan Chojnicki je wymienił i Ewa obdzieliła nas pieniędzmi. Po dwóch czy trzech dniach załatwiono nam lepsze lokum w dużej eleganckiej willi z pięknym ogrodem. Aldek spotkał w Leśnej Podkowie swoich rodziców, Ewa męża, a Basia jakichś kuzynów czy koleżankę. Zostałyśmy we trójkę: Nata, Zosia i ja. Obiecałyśmy naszym rannym, że wrócimy i chciałyśmy tej obietnicy dotrzymać. Zosia nawiązała kontakt z dr. Wagnerem, który zorganizował nasz powrót do szpitala w Warszawie. 3 IX wyruszyliśmy z Milanówka zaopatrzeni w przepustkę i dojechaliśmy ponownie do Dworca Zachodniego, skąd samochodem zawieziono nas do szpitala.

Po ewakuacji chorzy praktycznie byli całkowicie pozbawieni opieki. Pozostały jedynie trzy czy cztery najstarsze siostry zakonne, które jakoś uchroniły się przed wypędzeniem, chowając się w domu sióstr Szarytek. Nasza trójka podzieliła się pracą. Zaczęłyśmy pracować w trzech różnych pawilonach i miałyśmy pod opieką po kilkudziesięciu ciężko chorych. Każda z nas przejęła pełną obsługę „swojego” oddziału. Spełniałyśmy funkcję salowych, pielęgniarek i czasami lekarzy. Zamieszkałyśmy w gabinecie dr. Rydygiera.

W końcu sierpnia i na początku września Niemcy oczyszczali z ludności zdobyte dzielnice. Sporo osób wychodzących z Warszawy z różnych powodów „zawadzało” po drodze o szpital i pozostawał tu. Tak trafili jeszcze przed naszym przyjazdem lekarze ze szpitala ewangelickiego: dr Bohdan Bednarski, dr Tadeusz Turski (przed powstaniem pracował na chirurgii u prof. Wojciechowskiego) i student medycyny Roman Chodorowski. Zajęli się oni oddziałami chirurgicznymi. Po kilku kolejnych podróżach do Milanówka i z powrotem pozostał w szpitalu dr Wagner. Na internę przywędrowała lekarka, specjalistka chorób zakaźnych. Powróciła także siostra Żelechowska i znów roztaczała nad nami opiekuńcze skrzydła.

Niestety, nie wszyscy nasi ranni przeżyli okres poewakuacyjny. Gryfa już nie było. Lekarze z Koszykowej operowali go z powodu olbrzymiego tętniaka tętnicy udowej. Nie wytrzymał tego. W pierwszą czy drugą noc po naszym powrocie zmarł Janek. Bronka i Jurek żyli, choć stan ich był bardzo ciężki. Jurek mimo naszych tłumaczeń i argumentów dr. Wagnera nie dał się namówić na amputację nogi. Chciał jeździć na nartach, chodzić po górach, życie bez nogi nie miało dla niego wartości. Podobnie Bronka nie zgadzała się na amputację.

Po upadku Czerniakowa ktoś nas zawiadomił, że można pójść po rannych, którzy leżą opuszczeni, bez opieki w jakiejś szopie. Bez namysłu i dyskusji zdecydowaliśmy natychmiast, że idziemy. Niemcy przydzielili po dwie osoby na nosze. Zosia chyba z dr. Bednarskim, Natalia z dr. Turskim, a ja z Chodorowskim. Ochotnicy do noszenia zgromadzili się przy izbie przyjęć. Było nas kilkanaście osób. Wyróżniała się ładna, może trzydziestoletnia kobieta, ubrana w niebieski mundurek sióstr z domu dziecka Boduena (nie wiem, czy prawidłowo napisałam nazwisko tego kapłana). To ona w swobodnej rozmowie z komendantem szpitala ustalała trasę i wszystkie warunki naszej wyprawy. Nie wiedziałyśmy, kim ona jest, więc nazywałam ją Niebieska Pani. Okazało się, że to dzięki niej mogłyśmy pójść po rannych. Tylko ona z racji pewnej zażyłości z komendantem była w stanie przekonać go o konieczności podjęcia takiej decyzji. Ludzie oceniali ją bardzo różnie.Trzeba jednak przyznać, że swoje dobre układy z Niemcami wykorzystywała w szlachetnych celach.

Na Czerniaków prowadzili nas Niemcy dość okrężną drogą – z Oczki przez Filtry, Kolonię Staszica do Wawelskiej, Al. Niepodległości, Rakowiecką, Puławską, Al. Szucha, przez Szpital Ujazdowski, Górnośląską do Rozbrat. Domy na Kolonii Staszica, w których jeszcze niedawno byłyśmy, stały częściowo wypalone, szare, smutne, ziejące pustką. Na terenie Szpitala Ujazdowskiego swąd spalenizny, kikuty wypalonych pawilonów, na progu jednego z nich zwęglone zwłoki człowieka z wyciągniętą ku niebu zastygłą ręką. Na Górnośląskiej spuchnięte, cuchnące, rozkładające się ciało konia. Przechodzimy rozbitymi schodami w dół i już Rozbrat. Niemcy doprowadzili nas do jakiejś szopy, skąd zabieramy rannych. Wracamy tą samą drogą. Odpoczywamy chwilę w Al. Szucha, tuż przy budynku gestapo. Przy okazji zabieramy ze sobą do pomocy kilku młodych mężczyzn, wygarniętych przez Niemców z okolicznych domów. Wszystkich udało się ulokować w szpitalu.

W dniu 28 listopada Nata z Zosią i dwoma chłopcami, z tych uratowanych w Al. Szucha, wybrali się do ogrodu pomologicznego, żeby uzupełnić nasze „kaszowe menu” ziemniakami, pomidorami i innymi witaminowymi smakołykami. Znaleźli się pod ostrzałem Niemców stacjonujących w szkole chemicznej tuż przy Ministerstwie Komunikacji. Strzelali pociskami „dumdum”. Jeden z nich zabił chłopca i rozerwał się w nodze Natalii. Zosia przyczołgała się do szpitala i pobiegłyśmy z noszami po Natę. Niemcy strzelali, ale jakoś szczęśliwie dotarłyśmy na oddział, gdzie zajęli się Natą dr Bednarski i dr Turski. Oni uratowali jej życie i nogę, choć miała z nią później dużo kłopotów, ale jak obiecał dr Bednarski, tańczyć mogła. W dalszym ciągu pracowałyśmy z Zosią na swoich oddziałach. Zajmowałyśmy się Natalią, Bronką i Jurkiem, a ja szyłam z koców ręcznie, bawełną do cerowania, spódnice, bo robiło się chłodno i nie miałyśmy w co się ubrać.

W dwa czy trzy dni po zranieniu Naty, chyba 30 IX, wyjrzałam przez okno i zauważyłam wjeżdżający przed bramę od ul. Nowogrodzkiej ciężarowy samochód, który szybko przejechał wzdłuż ogrodzenia w kierunku Pl. Starynkiewicza. Na odkrytej platformie stała wyprostowana, chyba siwa, starsza pani, a obok dwaj czy trzej mężczyźni. Podobno byli to delegaci Komendy Głównej AK jadący do kwatery von dem Bacha do Ożarowa. 2 X podpisano kapitulację.

Następnego dnia pobiegłam z Zosią do izby przyjęć, gdzie urzędował komendant szpitala. Chciałyśmy dostać przepustkę do Śródmieścia. Zastałyśmy tam kilkadziesiąt osób otaczających komendanta i domagających się przepustki. Z boku stała Niebieska Pani z uśmiechem na ładnej buzi. Zobaczyła nas, jak weszłyśmy do holu i przerażone patrzyłyśmy na krzyczący tłum. Zdałyśmy sobie sprawę, że nie mamy żadnych szans na otrzymanie przepustki. W pewnym momencie Niebieska Pani znalazła się obok nas i zapytała: – Chcecie przepustkę? – Szybko odpowiedziałyśmy: – Tak! Nasi rodzice są w Śródmieściu. – Kobieta energicznie przecisnęła się przez tłum do komendanta, coś mu powiedziała, zwróciła się do otaczających go ludzi, żeby się odsunęli, zawołała nas, żebyśmy podały nazwiska i tylko my dwie dostałyśmy tego dnia przepustki. Z wdzięcznością wspominam tę nieznaną mi kobietę, bo tylko jej zawdzięczam możliwość spotkania z rodziną i później zabranie ojca do szpitala.

Z Oczki na róg ulic Koszykowej i Chałubińskiego przeleciałyśmy z błyskawiczną szybkością. Przy barykadzie Niemiec sprawdził nasze przepustki zdziwiony, że idziemy tam, skąd ludzie mają wychodzić. Za drugą barykadą stała nasza polska dziewczyna. Zapytałyśmy, czy nie wie, gdzie mogą być powstańcy z Odwetu. Skierowała nas na Noakowskiego. Dotarłyśmy do Romana. Był jeszcze szczuplejszy, miał bardziej szarą twarz z przygaszonym wzrokiem. Odniosłam wrażenie, że był właściwie zdziwiony, że nas widzi. Zdałyśmy mu dokładne sprawozdanie z tego, co się z nami działo od 10 VIII. Uśmiechnął się i powiedział, że nie spodziewał się, że jesteśmy takie zaradne. Spokojnie przyjął wiadomość o śmierci Janka, o śmierci Gryfa. Prosił, żeby nie mówić nikomu. W pokoju obok był brat Gryfa, zupełnie załamany po śmierci rodziców. Umówiłyśmy się, że przed wyjściem do szpitala przyjdziemy jeszcze raz.

Przeszłyśmy przez pełną dołów Koszykową. Zosia pobiegła na Wspólną. Przy zbiegu ulic Koszykowej, Śniadeckich i Marszałkowskiej rozbity dom ze sklepem Braci Pakulskich, na przeciwnym narożniku zrujnowany dom obok Izby Lekarskiej i wreszcie Koszykowa 35, mój dom. W bramie powitał mnie nasz Walenty: – O Boże, to panienka żyje? A my tu wszyscy byliśmy na mszy za pani duszę. – Ano, pewnie dlatego żyję, że się za mnie pomodliliście. – Uściskałam go serdecznie. Zanim doszłam do mieszkania, wszyscy sąsiedzi z suteryn i parteru witali mnie jak zmartwychwstałą. Weszłam na górę. Drzwi otwarte. W domu kręcą się jacyś obcy ludzie i w końcu, w drugim pokoju widzę ojca. Powitaliśmy się bez słów. Zobaczyłam tylko w jego oczach łzy, tak jak przy pożegnaniu. Za chwilę wpadł Wojtek, dziarski jak zwykle, w eleganckich oficerkach. Jutro wychodzi ze swoimi do niewoli. Przyszła z kościoła ciotka. Popłakała się biedna z radości, bo naprawdę myślała, że zginęłam. Posiedzieliśmy we czwórkę, pogadaliśmy, dostałam dobrej, jeszcze przedwojennej, herbaty. Poznałam wszystkich zebranych ze zrujnowanych domów ludzi, którzy znaleźli u nas schronienie. Przyszła Zosia. Jej dom leży w gruzach. Nie wie, co się dzieje z matką. Spotkała tylko mamę Basi. Wracamy jeszcze do Romana. Zabieramy legitymacje AK dla Bronki, Jurka, Natalii i swoje. Roman chce, żeby przenieść jakiegoś rannego oficera do szpitala. Umawiam się, że postaramy się przyjść jutro. Zosia zabrała ze sobą swoich znajomych. Udało nam się wszystkim przejść do szpitala. Mogę więc przypuszczać, że jutro przeprowadzę, podobnie jak Zosia, swego ojca.

Następnego dnia organizuję przeniesienie oficera, o którym mówił Roman i jednocześnie wyprowadzenie kilku mężczyzn jako sanitariuszy – noszowych. Mój ojciec, p. Stefan Bożek, p. Edward Sepczyński i p. Śmiech ubrani w białe fartuchy szczęśliwie wynoszą rannego ze śródmieścia do Szpitala Dzieciątka Jezus. Nikt nas nie zaczepił, nikt o nic nie pytał, nikt nie żądał przepustki. Ciotka nie chciała wyjść do szpitala. Uważała, że jest stara i nikt jej nie zrobi krzywdy ani nie wywiezie do obozu, a ratować trzeba młodszych. Po dwóch czy trzech dniach udało mi się załatwić przepustkę umożliwiającą piesze wyjście z Warszawy kilkunastoosobowej grupy z pominięciem obozów przejściowych. W grupie tej znaleźli się panowie wyprowadzeni przez nas ze Śródmieścia. Obiecałam ojcu, że postaram się jak najszybciej przyjechać do Grójca lub do Mogielnicy, gdzie miał się zatrzymać u znajomych.

Tymczasem do szpitala znoszono coraz więcej starszych, chorych ludzi z całym ich skromnym dobytkiem. Na największej sali na internie, gdzie pracowałam, leżało kilkadziesiąt osób na noszach czy starych materacach. Niektórzy byli zawszeni, ich tobołki z rzeczami „ruszały się”. Trzeba było każdego umyć, co było możliwe tylko dzięki pracownikom z filtrów, którzy jeszcze przed kapitulacją znaleźli się na terenie szpitala. To oni wywiercili studnię artezyjską przed naszym pawilonem i na brak wody już nie narzekaliśmy. Gorzej było z ratowaniem dobytku naszych chorych. Często z żalem, ale musiałam palić ich skromne tobołki, żeby nie doprowadzić do zawszenia wszystkich i dalszych tego konsekwencji. Po przyjściu z dyżuru dosłownie rękoma zgarniałam z fartucha wszy. Miałam warkocze i nawet codzienne wyczesywanie gęstym grzebieniem nie zapobiegło gnidom.

Codziennie wychodziłam z Zosią albo sama i znosiłam najpotrzebniejsze rzeczy z naszego mieszkania. Wciąż posługiwałyśmy się przepustkami z pierwszej wyprawy. Wychodząc z jakimś tobołkiem z domu brałam ze sobą także kilka pudełek żyletek, mydło do golenia i męskie wody kolońskie (w czasie okupacji ojciec prowadził hurtownię farmaceutyczno-kosmetyczną). Dzięki takim prezentom niemieccy żołnierze nie tylko mnie przepuszczali, ale nawet pomagali przy przenoszeniu dobytku do szpitala. Ubranie dla siebie już miałam. Brakowało palt dla Zosi i Natalii. Pomogła mi jedna z chorych, z którą zaczęłam rozmawiać o swoich kłopotach. Okazała się właścicielką sklepu na Kruczej i pozwoliła mi wziąć z piwnicy, gdzie ukryła towar, dwa zimowe palta. Podała mi adres domu, dokładny opis, w której klatce jest piwnica i wręczyła kluczyk od kłódki. W ten sposób zdobyłam dwa nowe płaszcze – granatowy dla Natalki i czarny dla Zosi.

W czasie codziennych wypraw widziałam, jak ludzie przywożeni z obozu w Ożarowie składali na narożnikach Marszałkowskiej maszyny do szycia, do pisania, instrumenty muzyczne i inne wartościowe przedmioty wy noszone z opróżnianych mieszkań. Kiedy wracałam z ostatniej wyprawy, płonęły domy na Piusa XI, Wilczej i Hożej. Miałyśmy już wszystkie palta. Nie musiałam nic więcej przynosić. Teraz zaczęłam myśleć o jakimś transporcie, żeby można było wywieźć Natalkę. Powędrowałam do szpitala wojskowego na 6 Sierpnia, gdzie stacjonowali Niemcy. Umówiłam się z dwoma podoficerami, że zabiorą nas wozem i wywiozą z Warszawy. Niestety, jak przyszłam po nich następnego dnia, okazało się, że już wyjechali.

Próbowałyśmy z Zosią dojść do Dworca Zachodniego, żeby jakoś załatwić transport. Wybrałyśmy się we dwójkę któregoś popołudnia. Szłyśmy Alejami Jerozolimskimi wśród gruzów, pustki wymarłego miasta i wycia pozostawionych w domach psów. To była straszna droga, zbyt trudna, żeby ją przebyć do końca. Kilkaset metrów za Pl. Narutowicza nie wytrzymałyśmy i ze łzami w oczach wróciłyśmy zupełnie bezsilne do szpitala. Pozostało nam tylko oczekiwanie. I stało się. W połowie października przyjechał dr Rydygier i zorganizował ewakuację szpitala. 25 X opuszczaliśmy Warszawę. Tym razem wszyscy pojechaliśmy samochodem na Dworzec Zachodni. Dr Rydygier wraz ze swoim bratem zajęli dla nas miejsca w jednym z wagonów. W pierwszym załadowanym samochodzie przyjechała Zosia i ja. Dr Bednarski i Turski pozostali w szpitalu. Przygotowali do podróży Natalię i wyprawili następnym, nieco luźniejszym autem razem z Romanem Chodorowskim, który wrócił z powrotem do szpitala. Ustawiłyśmy nosze w „naszym” wagonie, same usiadłyśmy na workach z książkami i czekałyśmy na odjazd. Żona jakiegoś kolejarza mieszkająca w pobliżu dworca przyniosła nam trochę klusek kładzionych ze słoninką.

Przywieziono nas do Grodziska, umieszczono na noc w szkole. Stąd z pomocą węgierskich żołnierzy zorganizowałam przewiezienie rannej Natalii i Zosi do szpitala w Skierniewicach, dotąd skierował swoją chorą dr Bednarski. Tam miał się nią zająć dr Jurewicz. Dopiero teraz rozstawałam się z Natą, nie pojechałam z nią. Byłam w rozterce. Obiecałam tacie, że przyjadę prosto z Warszawy do niego, ale chciałam być też z Natą. Byłyśmy razem przez całe powstanie. Ona teraz mnie potrzebowała. Wydawało mi się, że tylko ze mną będzie bezpieczna, że powinnam wszystko zostawić i zawieźć ją do Skierniewic. Ale przecież jechała z Zosią, która się nią chyba zajmie równie serdecznie i dobrze, a może nawet lepiej niż ja. Brat dr. Rydygiera inż. Stanisław Rydygier pomógł mi podjąć decyzję. Powiedział, że mam przede wszystkim obowiązek wobec ojca, a Natalkę zostawiam przecież pod dobrą opieką. Wyprawiłam więc Natę z Zosią, a sama pojechałam wynajętym wozem do Grójca, skąd znajomi zawieźli mnie do Mogielnicy. Wraz ze mną pojechało młode małżeństwo z dzieckiem i dwaj mężczyźni, którzy dołączyli do naszej grupy w czasie przenoszenia rannych z Czerniakowa. Zajęli się nimi znajomi ojca. Umieścili ich gdzieś na wsi. Dobrze ukryli, bo podobno byli Żydami, i pomogli przetrwać do końca wojny. A mnie jednak cały czas męczyły wyrzuty sumienia. Nie wiedziałam, czy Nata szczęśliwie dotarła do Skierniewic, czy wszystko u niej w porządku, czy żyje. Tkwiło to we mnie jak cierń, a tata nie pozwalał mi się nigdzie ruszać poza Mogielnicę. Uspokoiłam się dopiero, jak przyjechała Zosia po styczniowej inwazji. Nata odnalazła mamę, żyje i czuje się lepiej.

Przeżyłyśmy dzięki życzliwości i pomocy ludzi, którzy stanęli na naszej ciernistej powstańczej drodze. Byli wśród nich przyjaciele lub zupełnie obcy, a nawet wrogowie. Obie z Natalią skończyłyśmy medycynę. Jestem specjalistą z zakresu chorób wewnętrznych i organizacji ochrony zdrowia. Pracowałam w Polsce, Libii i zwiedziłam świat jako lekarz okrętowy. Jeszcze w czasie studiów wyszłam za mąż. Mam jednego syna i trójkę wnuków. Mąż mój zginął w wypadku samochodowym w 1976 r.

Życiorys

Krystyna Marta Person-Nejman urodziła się 3.08.1923 w Ciechocinku jako córka Adeli z Sobieckich i Jana Romana Persona. Ojciec brał udział w kampanii 1920 r. Przez wiele lat był prezesem Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” i pracował społecznie w samorządzie jako radny miejski w Ciechocinku i radny wojewódzki w Toruniu. Krystyna Person w 1935 r. ukończyła sześć klas szkoły podstawowej w Ciechocinku, a w 1939 r. cztery klasy Państwowego Gimnazjum im. Królowej Jadwigi w Toruniu.

W 1942 r. zdała „małą” maturę w Państwowym Liceum Handlowym, w 1944 r. ukończyła Liceum Ogólnokształcące na kompletach Gimnazjum i Liceum Ziem Zachodnich w Warszawie. Od stycznia 1943 r. do sierpnia 1944 była uczennicą Państwowej Szkoły Pielęgniarskiej w Warszawie przy ul. Koszykowej. W końcu czerwca 1944 r. została przyjęta na komplety I roku studiów medycznych.

Od 1942 r. należała do II Kompanii Szturmowej „Odwet”, przekształconej w 1943 r. w batalion. W okresie od 1942 r. do sierpnia 1944 r. przeszła podstawowe szkolenie wojskowe i pracowała jako łączniczka. Jednocześnie od 1943 r. do sierpnia 1944 prowadziła szkolenie sanitarne grup dziewcząt z Sodalicji Mariańskiej.

Od 1 sierpnia brała udział w Powstaniu Warszawskim jako sanitariuszka na terenie Kolonii Staszica.

W roku akademickim 1945/46 była studentką I roku biologii na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu. Od 1946 studiowała w Akademii Medycznej w Gdańsku, gdzie w czerwcu 1952 r. otrzymała dyplom lekarza.

Od lipca 1952 r. do marca 1956 r. pracowała w Szpitalu Miejskim i w Poradni Higieny Pracy we Włocławku. W 1955 r. uzyskała I stopień specjalizacji z zakresu chorób wewnętrznych. W marcu 1956. otrzymała stanowisko asystenta w I Klinice Chorób Wewnętrznych w Poznaniu, gdzie w 1959 zdała egzamin i uzyskała specjalizację II stopnia z chorób wewnętrznych. W czerwcu 1959 r. przeniosła się do Łodzi, gdzie początkowo pracowała jako starszy asystent w Szpitalu MSW, a następnie jako kierownik wzorcowej Przychodni Rejonowej Łódź-Polesie, prowadząc jednocześnie pracownię EKG, a od 1962 r. do sierpnia 1964 pracując w Zakładzie Organizacji Ochrony Zdrowia Akademii Medycznej jako wykładowca. W 1964 r., po przeprowadzeniu się do Warszawy, otrzymała pracę starszego inspektora ds. higieny szkolnej w Prezydium Dzielnicowej Rady Narodowej Warszawa Mokotów i konsultanta w zakresie chorób wewnętrznych w Przychodni Obwodowej.

Od 1964 r. jest specjalistą II stopnia z zakresu chorób wewnętrznych od 1959 r., a od 1954 r. z organizacji ochrony zdrowia.

Od 1965 do 1969 roku była wykładowcą w Katedrze Organizacji Ochrony Zdrowia w Studium Doskonalenia Lekarzy i w 1970 r. powołana została do pracy w Wydziale Zdrowia i Opieki Społecznej Warszawa Śródmieście, początkowo jako kierownik Przychodni Obwodowej, a po kilku miesiącach jako kierownik Wydziału Zdrowia. Od lutego 1973 r. do października 1975 pracowała jako kierownik oraz konsultant w zakresie kardiologii w Poliklinice przy Komitecie ds. Radia i Telewizji.

Przez cały okres pracy na stanowiskach administracyjnych pracowała w dodatkowym wymiarze godzin jako internista. Od 1975 r. do 1980 r. była zatrudniona przez Polservice w Trypolisie w Libii jako specjalista chorób wewnętrznych. Od 1981 r. do 1985 r. pracowała jako lekarz okrętowy w Polskich Liniach Oceanicznych, a od 1986 r. do 1994 r. jako lekarz zakładowy w Urzędzie Gospodarki Morskiej i Komitecie Badań Naukowych.

W 1968 r. uzyskała w WHO stopień Master in Social Medicine and Public Health. Ogłosiła kilka prac z zakresu interny i medycyny społecznej.

W 1950 r. wyszła za mąż za Bolesława Tadeusza Nejmana, dr. nauk technicznych, który zginął w wypadku samochodowym w 1976 r. Ma jednego syna Ryszarda Jana.

W 1980 r. przeszła na emeryturę.