W Powstaniu:

szpital Karola i Marii, szpital Wolski

Wspomnienia z Powstania Warszawskiego

Ulice Warszawy miały niecodzienny wygląd. Niemców ani śladu, ożywiony ruch dorożek i riksz wiozących młodych ludzi, przeważnie w oficerkach, chodniki również były pełne niedwuznacznie wyglądających konspiratorów. Dotarliśmy bez incydentów na Żytnią. Tam uzyskałem adres Radosława, który miał kwaterę na Okopowej. W pobliżu, w fabryce Kamlera, miał miejsce postoju gen. Bór-Komorowski. Radosław zarządził odprawę, w której wzięło udział około 30 osób. Nastąpił przydział zadań bojowych, po czym rozeszliśmy się. Punktualnie o 17. godzina “W”. Rozległ się grzechot broni maszynowej, oddziały przystąpiły do akcji. Gdy ściemniło się, poszedłem powtórnie do Radosława. Zaproponował mi funkcję swego adiutanta. Podziękowałem mu i oświadczyłem, że będę bardziej potrzebny jako lekarz. Skierował mnie do Szpitala Karola i Marii wraz z sanitariuszkami KN. Zgrupowanie Radosława opierało się głównie na oddziałach Kedywu. W jego skład wchodziły bataliony “Zośka”, “Parasol”, “Miotła”, “Czata”. Były to oddziały wyborowe, prawdziwy kwiat młodzieży konspiracyjnej. W Szpitalu Karola i Marii wpadłem od rana w wir zajęć. To samo dotyczyło Teresy (pseudonim Maja – moja żona) i innych sanitariuszek. Do szpitala stale napływali ranni, niektórzy w stanie agonalnym. Głównym chirurgiem był dr Hroboni, niezwykle utalentowany lekarz. Wkrótce stałem się jego asystentem w operacjach. Na samodzielne operowanie nie mogłem się zdobyć, gdyż moja znajomość chirurgii ograniczała się do stażu w Szpitalu św. Rocha.hagmajer2 Ale i tak miałem pełne ręce roboty, asystując do operacji, pracując na sali opatrunkowej, prowadząc chorych. Z niepokojem nasłuchiwaliśmy odgłosów dział dochodzących z prawego brzegu Wisły. Pamiętam, że odpoczywaliśmy z dr. Hrobonim w przerwie miedzy operacjami. Była to noc z 3 na 4 sierpnia. Artylerii radzieckiej prawie nie było słychać. Dr Hroboni zwrócił się do mnie z krzywym uśmiechem: “No cóż, panie konspirator, zdaje się, że nie uzgodniono daty wybuchu powstania z Armią Czerwoną?”. “Jeśli tak, to jest to zbrodnia” – odpowiedziałem. 4 sierpnia rozpoczęło się przebijanie ul. Wolską dywizji Herman Goering. Obok niej znajdowała się brygada Kamińskiego, rosyjskiego watażki, który dowodził Kałmukami, Uzbekami, Tadżykami i Ukraińcami. Gdy stało się jasne, że przebicie jest faktem, posłałem łączniczkę do mjra Skiby, który był szefem służby zdrowia zgrupowania Radosława, z prośbą o natychmiastowe zorganizowanie ewakuacji szpitala do śródmieścia. Niestety, nie było żadnej odpowiedzi.

W sobotę, 5 sierpnia, zaczęła się rzeź Woli i sąsiedniego Szpitala św. Łazarza. Masowo mordowano ludność cywilną, nie oszczędzając szpitala. Przez cały dzień i noc słychać było terkot broni maszynowej, wystrzały z karabinów, jęki mordowanych ludzi. Po południu Radosław przysłał do mnie łącznika mającego mnie doprowadzić do zgrupowania. Zebrałem sanitariuszki i łączniczki KN- u, komunikując im swoją decyzję pozostania z rannymi, im zaś zostawiłem swobodę decydowania o swoim losie. Kolejno pytałem, czy idą z łącznikiem. Ostatecznie zostają ze mną Maja, Urszula, Antylopa, Violetta, reszta dołączyła do zgrupowania. Sytuacja powoli się stabilizowała. Na szczęście, założono w szpitalu punkt opatrunkowy niemiecki, co pociągnęło za sobą pozbycie się Kałmuków. Jednak byliśmy ograniczeni w ruchach, gdyż Niemcy nie pozwalali na opuszczenie szpitala. Zresztą nie było to bezpieczne. Z okna widziałem wielokrotnie zatrzymywanych cywilów, którym polecano udanie się na pobliskie kartoflisko i strzelano w głowę. Padali zwiotczali na ziemię. Dr Woźniewski okazał się człowiekiem opatrznościowym. Zorganizował opiekę nad chorymi i rannymi, zajął się zaopatrzeniem szpitala w żywność i wodę. Znał doskonale niemiecki, więc wykłócił się z żołnierzami, gdy szabrowali szpital. Warszawa walczyła pod ostrzałem artyleryjskim i w czasie ciągłych nalotów. Rozpoczęły się sporadyczne loty alianckie. Nocą zbliżały się do płonącego miasta, dokonując zrzutów. Niestety, znaczny odsetek samolotów trafiano ogniem artylerii przeciwlotniczej. 17 sierpnia Niemcy zwinęli punkt sanitarny, przenosząc się bliżej linii frontu. Objąłem wtedy zaimprowizowane ambulatorium. Wreszcie, w końcu sierpnia, nastąpił ten długo oczekiwany akt ze strony niemieckiej. Skończyły się rozstrzeliwania, kościół św. Wojciecha stał się punktem, do którego podążały masy ludzi ewakuowanych z poszczególnych dzielnic Warszawy. Dr Woźniewski kilkakrotnie chodził do kościoła, za każdym razem udawało mu się wydobyć kilku, a nawet kilkunastu żołnierzy AK. Exodus warszawiaków trwał nadal. Wzmagał się ostrzał artyleryjski i naloty sowieckie, wreszcie, w połowie września, nastąpiło zajęcie Pragi przez Armię Czerwoną. Mieliśmy nadzieję, że ofensywa pójdzie dalej, ale skończyło się tylko na tym. 18 września przeżyliśmy nalot 100 fortec amerykańskich. Zostały przywitane ostrym ogniem dział przeciwlotniczych, który z powodu znacznej wysokości nie przyniósł szkód Amerykanom. W pewnym momencie rozwinęło się kilkaset spadochronów. Nie wiedzieliśmy, czy to desant, czy tylko zrzuty. Ostrzał jeszcze się wzmógł. Po dłuższej chwili było już jasne, że to zrzuty. Część Niemcy zestrzelili, większa ilość pojemników spadla na tereny zajęte przez wojsko niemieckie, tylko kilkanaście wylądowało na terenie polskim. Jeszcze jedno rozczarowanie! Tymczasem Niemcy przystąpili do planowego niszczenia pozostałych na Woli obiektów. Miotaczami płomieni podpalali domy, ulica po ulicy. Jeśli pożar wygasał, rozpoczynali akcję na nowo. W ten sposób likwidowali resztki ocalałego miasta. To samo robili z innymi dzielnicami, opuszczonymi przez mieszkańców. Przybył Szpital Maltański, Szpital św. Rocha z dr. Wiechno. Przywitaliśmy się radośnie, gdyż Wojtek słyszał, że zginęliśmy. Coraz częściej mówiło się o ewakuacji szpitala. Mijał dzień za dniem i nic się nie działo, poza tłumami warszawiaków opuszczającymi miasto. Kiedyś wśród wychodzących spotkałem Zofię Kossak. Na pytanie, czy czegoś nie potrzebuje, machnęła tylko ręką, kompletnie przybita tragedią powstania. Niemcy dostarczyli z honorami, niesioną na siatce od łóżka, Marię Rodziewiczównę. Miała 100 lat i dopominała się kwaszonej kapusty. Niestety, nie mogłem zaspokoić jej życzenia. W końcu września Teresa zobaczyła jadącego na furce Miecza Kurzynę. Z okrzykiem “mein Bruder, mein Bruder!” wyciągnęła go z transportu. Miecz był wymizerowany i ranny w nogę. Nie mógł uwierzyć, że żyjemy, gdyż Ojciec Paweł odprawił za nas Mszę Świętą, gdy miała miejsce rzeź rannych w Szpitalu Karola i Marii. Dr Woźniewski zatrudnił go w charakterze scheismeistra, my zajęliśmy się wyrobieniem mu kenkarty na prawdziwe nazwisko. Spotkanie z Mieczem, poza radością, pogrążyło nas w głębokim smutku. Dowiedzieliśmy się o śmierci Tadeusza Kurzyny, Zdzisława Piaseckiego, brata Bolesława. W czasie przenoszenia meldunku do Radosława zginęła Halina Piasecka, żona Bolesława, przeszyta serią z karabinu maszynowego. W szpitalu powstańczym przy ul. Długiej, 2 września, poległa Nina Wyleżyńska wraz z kilkoma koleżankami. Miała stopień podporucznika i była odznaczona Krzyżem Walecznych. Była to już druga osoba z rodzeństwa Teresy (Mai), która zginęła. Jej brat, Ludomir Wyleżyński, zginął pod koniec lipca w partyzantce na skraju Puszczy Rudnickiej i Ruskiej. Czytając “Nowy wspaniały świat” Huxleya, zginął Włodzimierz Pietrzak, ranny odłamkami granatu w głowę. Spełniło się moje ponure proroctwo, że lepszy jest jego mózg w czaszce niż na ścianie, gdy usiłowałem mu wytłumaczyć, by nie brał udziału w powstaniu. W czasie pożaru Szpitala Jana Bożego spaliła się jego żona Irena. Polegli Gajcy i Stroiński i wielu, wielu innych, wśród nich dowódca “Miotły” mjr “Niebora” (Franciszek Mazurkiewicz). Pozostała po nich pamięć przelanej krwi, a przecież stanowili tylko cząstkę poległych, których tysiące zginęły na barykadach Warszawy. Mówi się, że zginął kwiat inteligencji polskiej i w istocie tak było. Miną lata, zanim luka pozostała po nich zostanie wypełniona. Hekatomba krwi, o której mówił gen. Okulicki, została spełniona, Warszawa wraz z niewymiernymi stratami w kulturze – zniszczona. Świat milczał i nie był wstrząśnięty tragedią powstania. Armia Czerwona stała na linii Wisły z bronią u nogi. “Witamy ciebie, czerwona zarazo”, jak pisał nieznany autor – powstaniec, który stracił już wszelką nadzieję. Powstanie dogasało. 2 października został podpisany akt kapitulacji Warszawy. Wszyscy akowcy mieli opuścić miasto, zdając broń, i jechać do stalagów i oflagów. Ludność miała również zostać ewakuowana. Następnego dnia postanowiliśmy udać się do Śródmieścia. Wyruszyliśmy rano, ja w towarzystwie kilku sanitariuszek, wśród nich oczywiście była Teresa. Koło kościoła na Chłodnej zatrzymał nas uzbrojony gestapowiec. “Dokąd pan prowadzi te kobiety?” – zapytał czystą polszczyzną. “Do Śródmieścia, po zaopatrzenie Szpitala Wolskiego” – odpowiedziałem. Gestapowiec długo się namyślał, wreszcie pozwolił dziewczętom iść dalej, a mnie kazał wracać do szpitala. Teresa przeżyła chwile grozy, gdyż była pewna, że esesman po zawróceniu zastrzeli mnie. Przybyla dr Misiewicz, wicedyrektor Instytutu Gruźlicy. Ponieważ rozmowy o ewakuacji szpitala posuwały się, szybko doszliśmy do porozumienia. Nadszedł dzień 10 października. Pożegnaliśmy się z dr. Woźniewskim bardzo serdecznie, jeszcze raz wyrażając podziw dla jego postawy w czasie 2 miesięcy działalności szpitala. Przecież to przede wszystkim dzięki jego staraniom około 500 chorych przetrwało te czasy pełne grozy. Udaliśmy się na Dworzec Zachodni, gdzie był już podstawiony pociąg złożony z wagonów towarowych. Załadowaliśmy chorych i sprzęt i po kilku godzinach oczekiwania pociąg wreszcie ruszył. Rano, w niedzielę 6 sierpnia, wpadło do szpitala trzech esesmanów. Przebiegli przez szpital, wołając, że wszyscy ranni i personel to bandyci i że zostaną wkrótce rozstrzelani. Na sali leżał rtm. Lossow, ranny i z zapaleniem płuc. Byliśmy z nim zaprzyjaźnieni. Zawołał nas do swego łóżka i powiedział: “Ja już swoje przeżyłem, ale wy, tacy młodzi, świeżo po ślubie, żal mi was niezmiernie”. Tymczasem nic się nie działo, więc z dr. Kmicikiewiczem postanowiliśmy się ogolić, by porządnie wyglądać, gdy staniemy przed Bogiem. Ogoleni, przystąpiliśmy do codziennych zajęć. W nocy przywieziono nam żołnierza w ataku wyrostka robaczkowego. Postanowiliśmy go operować. Umyliśmy się do operacji, Teresa (Maja) przywiozła na wózku chorego. W tym momencie szpital zaroił się od Kałmuków. Jeden z nich wpadł na salę operacyjną. Zobaczył chorego i wrzasnął: “Ty bandit!”. “Jestem żołnierz polski, nie bandit” – rzekł akowiec, siadając na wózku. W tym momencie Kałmuk złożył się z karabinu i go zastrzelił. Na salach chorych rozpętało się piekło. Kałmucy strzelali do rannych niemogących chodzić, innych zmuszano do wyjścia. Błogosławiłem w duchu Antylopę, która zdobyła dla mnie cywilne ubranie, przeznaczone dla jakiegoś zmarłego. Spodnie przykryły kompromitujące mnie oficerki, panterkę wcisnąłem gdzieś w kąt, założyłem fartuch i uzbroiłem się w stetoskop. Schowałem do kieszeni zegarek i obrączkę, po czym zaczęliśmy wynosić dzieci. Uformował się pochód, na czele były niesione dzieci, potem ciągnęli ranni i personel lekarski wraz z pielęgniarkami i sanitariuszkami. Coraz to przybiegał do mnie Kałmuk lub Ukrainiec z pytaniem: “Ty wracz?”, żądając “czasy”. Wreszcie dobrnęliśmy do rogu Górczewskiej i Młynarskiej. Sceneria była niesamowita. Wokół płonęły domy, czyniąc atmosferę gorącego dnia nie do wytrzymania, liczne trupy pomordowanych zalegały okolicę. Zatrzymaliśmy się. Rannym kazano pozostać. Wtedy ostatni raz rozmawiałem z rotmistrzem Lossowem, który prosił mnie o zapięcie marynarki, bo chciał godnie wystąpić wobec Niemców. Popędzono nas dalej. Personel lekarski i pielęgniarski ustawiono pod jakimś murem, naprzeciwko rozstawiono ckm. Teresa przytuliła się do mnie i powiedziała: “Tak skończyło się nasze szczęście”. Oficer niemiecki zażądał, aby wystąpił dyrektor szpitala. Dr Kmicikiewicz, który władał biegle niemieckim, powiedział, że dyrektor pozostał na terenie Szpitala Karola i Marii. Wtedy oficer zaczął krzyczeć, że albo dyrektor się ujawni, albo wszyscy będą rozstrzelani. Kmicikiewicz wystąpił z szeregu. Oficer wezwał najbliższego Kałmuka i kazał mu strzelić do doktora. Padł strzał, Kmicikiewicz zwalił się na ziemię. W tym czasie nadjechał na motocyklu jakiś stabsarzt. Zwrócił się do prowadzącego egzekucję i oświadczył, że Szpital Wolski jest pozbawiony lekarzy i pielęgniarek i zarządził marsz w kierunku szpitala. Gdy ruszyliśmy, usłyszeliśmy strzały z broni maszynowej. To rozwalono pozostawionych rannych żołnierzy AK. Szliśmy dalej, zrozpaczeni ich śmiercią i śmiercią dr. Kmicikiewicza, który poświęcił się dla nas i za nas. Wieczne odpoczywanie racz Mu dać Panie! Wreszcie dotarliśmy do Szpitala Wolskiego. Ledwo wnieśliśmy rannych i dzieci, przyszedł rozkaz, by wszystkich rannych odstawić z powrotem do Szpitala Karola i Marii. Kilku rannych nie posłuchało rozkazu i gdzieś się zadekowało. Pielęgniarki i salowe rozpoczęły drogę powrotną. Pojawił się dr Woźniewski. Wymęczony, nieśpiący od dwóch dni, przyjął nas serdecznie. Okazało się, że jakaś folksdojczka zażyczyła sobie jego opieki i w ten sposób pozostał w szpitalu. Był sam, toteż z ulgą przyjął nas – lekarzy i pielęgniarki. Zaprowadził mnie do gabinetu dyrektora – jeszcze były niezatarte ślady trzech mózgów na ścianie. Własowcy na polecenie Niemców zastrzelili dyrektora Piaseckiego, prof. Zeylanda i kapelana, ks. Ciecierskiego. Następnego dnia przybyli dr Bogdanowicz i personel Szpitala Karola i Marii wraz z dziećmi. Okazało się, że ranni zostali rozstrzelani na dziedzińcu szpitala. Niemal jednocześnie otrzymaliśmy wiadomość, iż grupa wyprowadzona 5 sierpnia ze Szpitala Wolskiego, po przejściu ponad kilometra, została zatrzymana i rozstrzelana z broni maszynowej. Był wśród tych ludzi dr Sokołowski, znakomity chirurg i prof. Grzybowski, również chirurg.

Jerzy Hagmajer

Urywki ze wspomnień z Powstania Warszawskiego, nigdzie dotychczas niepublikowane, przekazane redakcji “Pulsu” przez dr n. med. Elżbietę Hagmajer, córkę dr. Jerzego Hagmajera.

Źródło

Halina Jędrzejewska  Lekarze Powstania Warszawskiego 1VII – 2 X 1944 wyd. TLW,;„Puls” : cz. I – 7/8/2009 s. 16,17; cz. II – 9.2009 s. 34,35m materiały nadesłane przez syna - Pana Andrzeja Hagmajera