W Powstaniu:

Obwód I Śródmieście Południe pl Dąbrowskiego 2/4 , ul. Jasna PKO i ul. Wilcza

Relacja o przeżyciach w rejonie placu Dąbrowskiego, ulicy Jasnej i Wilczej.

Pod koniec lipca 1944 roku — zostałam przydzielona jako łączniczka „doktor Joanny”,1 lekarki stomatologii, mieszkającej na ulicy Wilczej. Znałam ją tak mało — poza kilkakrotnymi spotkaniami w ten ostatni tydzień przed powstaniem, i to tylko dla przekazania pewnych danych i adresu, pod który muszę trafić, spędziłam z nią całe pięć dni powstania. Wydaje się to niemożliwe — tak wycinkowe spotkanie człowieka, którego nazwisko z trudem wygrzebuje się z zakamarków pamięci, o którym wiedziało się tak mało, a jego twarz, z wysoko do góry podpiętymi jasnymi włosami ciągle jeszcze jak żywa stoi mi przed oczyma. Miała cztero- czy pięcioletniego synka, którego na okres powstania oddała do swojej siostry. Wiem, że jeszcze przed swoją śmiercią otrzymała wiadomość, że synek jej żyje i że ciągle wybiera się pomagać w budowaniu barykad.

Po próbnym i odwołanym alarmie — 28 lipca — nie bardzo wierzyłam wychodząc z domu l sierpnia 1944 roku, że ten dzień będzie naprawdę pierwszym dniem powstania. Pamiętam, że było ciepło, bardzo ciepło — czułam to w swoich grubych skarpetkach i sportowych butach, które choć dalekie były od blasku długich butów, widzianych tego dnia co krok na ulicach Warszawy, ale z których byłam i tak niebywale dumna.

Spieszyłam się bardzo. O godzinie 14 miałam być u dr „Joanny” na ulicy Wilczej — tam zastałam wiadomość: „Zgłosisz się natychmiast plac Dąbrowskiego 2—4 u Komendantki «Rakiety»”. Brama przy placu Dąbrowskiego była zamknięta, poruszyłam niecierpliwie klamką — ciężkie drzwi otworzyły się, a to, co ujrzałam — wprawiło mnie w zupełne zdumienie — kilku mężczyzn z bronią w ręku, w beretach i opaskach biało-czerwonych na ramionach, z wyraźnie widocznymi literami AK. Ze zdumienia otrząsnął mnie ostry i surowy głos pytający: „Do kogo!” Komendantka „Rakieta” była wysoką, potężną kobietą. Naturalnie zameldowałam się źle i usłyszałam kilka ostrych słów pod adresem mojej drużyny, że nie nauczyli mnie nawet porządnie meldować się. Cóż, prawidłowe meldowanie się — byłam tak przejęta, wzruszona, a równocześnie przerażona tym, że znalazłam się z dala od mojej drużyny, wśród zupełnie nieznanych ludzi.

O 17 z minutami usłyszałam pierwsze strzały gdzieś od ulicy Mazowieckiej. A więc zaczęło się. Chyba czułam wtedy tylko radość — wy-dawało mi się, że to rozpoczęła się przygoda, „harcerska gra”, w której los, dobry los pozwolił mi być nie tylko widzem.

Pięknie wyglądał w te pierwsze dni powstania nasz mały szpital w porównaniu z tym, co przez dalsze tygodnie powstania miałam zobaczyć. Na pierwszym i drugim piętrze w mieszkaniach prywatnych wstawiono łóżka pokryte białą pościelą. Łóżka stały ciasno, jedno przy drugim, tak że trudno było się wśród nich poruszać. Przy wejściu do bramy w tak zwanej stróżówce punkt sanitarny. W nim to po kilku dniach oglądałam pierwszy raz w życiu „zabieg operacyjny”, amputacja ramienia u młodego dwudziestoletniego chłopca. Zabieg operacyjny na noszach, a obok na pozostałym skrawku podłogi na klęczące lekarz operujący. Znieczulenie — to zastrzyk z narkotykiem. Narzędzia chirurgiczne — to prosty zestaw do pierwszej pomocy. Pod koniec zabiegu ranny stracił przytomność. Z jaką ulgą przyjęliśmy ten moment. Tu, w szpitaliku znalazłam „moją” „doktor Joannę”. Było mi raźniej, kiedy krzątałam się z nią i dwoma lekarzami wśród rannych. A tych przybywało coraz więcej…

Tak niemożliwe, niesprawiedliwe i okrutne wydawało mi się wtedy, że z broni maszynowej pikującego bezkarnie samolotu niemieckiego — bez jednego słowa, raniony w klatkę piersiową, zginął ten młody lekarz w chwili, gdy pochylał się nad jednym z rannych żołnierzy. Nie znałam jego nazwiska, nie pamiętam jego pseudonimu — pamiętam twarz, gdy znosili go na parter. „Wielka przygoda” trwała — nie było we mnie jeszcze lęku — było zdumienie:  czyżby harcerska gra mogła być tak okrutna?

Likwidowaliśmy szpital — ciągłe naloty i brak zabezpieczenia rannych zmusiło do przeniesienia ich tam, gdzie istniały odpowiednie podziemia, gruba żelbetonowa osłona, schrony — do gmachu PKO. Przenosiny odbywały się szybko, w nerwowym pośpiechu i niepokoju. To „doktor Joanna” pomagała, piliła, niepokoiła się — czyżby coś przeczuwała — jeśli tak, dlaczego nie ratowała siebie? „Doktor Joanna” przyjęła meldunek, że ostatni chory został przeniesiony do PKO. Ostatni chory i ostatni przez „doktor Joannę” przyjęty meldunek. Z pikującego samolotu spadła bomba prosto w bramę i schron, spadła obcinając jak ostrzem noża krawędź domu, gdzie byłyśmy wszystkie. Pozostała część domu nienaruszona — poza szybami, które sypały się ze wszystkich pięter. Wyszłyśmy trzy — podobno ja pierwsza — z pełnego ubrania, jakie miałam na sobie, zostałam jedynie w koszuli wiszącej na ramiączkach i rozprutej wzdłuż całej długości. Dziwiłam się wtedy, że ramiączka, które są na pewno najsłabsze, nie zerwały się. O dziwnych rzeczach myśli się w takich chwilach.

Wśród wszystkich porozrywanych ciał ludzkich, wynoszonych po zakończeniu nalotu na podwórze — znalazłyśmy zupełnie nagą, ze znanym mi grymasem niezadowolenia na twarzy — „doktor Joannę”. W okolicy potylicy malutka struga krwi. To było jedyne obrażenie jej ciała. Ktoś zdjął z szyi medalik i obrączkę z ręki, aby przekazać synowi. Synowi, który miał sześć lat. Pochowaliśmy ją obok, na podwórzu domu, gdzie była tak zwana Kawiarnia Aktorek. Wtedy zrozumiałam, że to nie harcerska gra, nie wielka przygoda. Przyszedł lęk. Chyba przestałam być wtedy dzieckiem.

Po wojnie na cmentarzu wojskowym na Powązkach szukałam grobu z napisem „pseudonim dr Joanna”. Nie znalazłam… było mi bardzo smutno, że nie znalazłam.

Następny etap — to gmach PKO na rogu ulicy Jasnej i Świętokrzyskiej. Mocny, solidny gmach — głębokie dwupiętrowe pod ziemią schrony. Pomimo szoku psychicznego po przysypaniu na placu Dąbrowskiego, objawiającego się przede wszystkim panicznym lękiem przed piwnicą i zamkniętą przestrzenią — poczułam się po kilku dniach tu spędzonych pewnie i bezpiecznie. Początkowo nasze kwatery mieściły się na piętrze, w podziemiach — szpital, jednak po pierwszych doświadczeniach z tak zwanymi „wyjącymi krowami”, które padły w gmachu Prudentialu, prze-niesiono nas do schronów.

Zostałam przydzielona jako łączniczka majorowi „Bartoszowi” , który, jak obecnie mogę to osądzić, był najprawdopodobniej szefem służby zdrowia tego rejonu Śródmieścia. Stacjonował tam, gdzie 5 sierpnia przeżyłam te straszne chwile, a mianowicie na placu Dąbrowskiego 2/4. Przychodziłam tam codziennie rano po wątłym, na prędce zjadanym śniadaniu w PKO i z każdym dniem rosnącym pragnieniem kawałka chleba. Piszę o tym dlatego, żeby podkreślić, że rzeczy powszednie i nieważne — jak wydawało się nam wtedy — mogą urosnąć do chorobliwych rozmiarów, piszę o tym, aby nawet w tych zwykłych rzeczach odsłonić nasze bolączki i zwykłe ludzkie pragnienia. Pomijam dni głodu, kiedy kostka lub dwie cukru musiały starczyć za pokarm całego dnia (było i tak), myślę o tych zwykłych dniach, kiedy siadając do miski zupy lub kaszy „plujki” z łyżką marmolady (to był luksus) natrętnie marzyło się, o jakże marzyło, o chlebie i kartoflu. Marzenie to było tak silne, że do dziś dnia bardzo wysoko stawiam sobie to „zwykłe” pożywienie, siadając przy stole w moim domu.

Od majora „Bartosza” otrzymywałam codziennie kilkanaście papierków pisanych maszyną na przebitkowym papierze — w celu roznoszenia do poszczególnych punktów sanitarnych tego rejonu Śródmieścia. O ile mogę sobie przypomnieć, rejon ten sięgał od ulicy Marszałkowskiej, Alei Jerozolimskich do ulicy Kredytowej, w kierunku zaś wschodnim do ulicy Dobrej na Powiślu. Nie do wszystkich punktów łatwo było dotrzeć, do wielu trzeba było docierać przez przebite przejścia piwnicami lub podkopami — przez ulice, które były pod obstrzałem. Pamiętam szczególnie dobrze taki punkt na ulicy Dobrej, gdzie trzeba było najwięcej trudu i lęku przeżyć, zanim się doszło szczęśliwie. Wracałam późno do PKO zmęczona, nieludzko głodna i brudna, aby następnego dnia przeżywać od nowa swoją marszrutę.

15 sierpnia w gmachu PKO w wielkiej sali na parterze odbyła się uroczysta msza święta — pamiętam tak dobrze ołtarz, a nad nim ogromny z wypalonej czarnej ramy okiennej — krzyż. Po mszy świętej odśpiewano Boże, coś Polskę… i z jakąś wielką nadzieją rozchodziliśmy się na nasze kwatery.

20 sierpnia — wielki, niezapomniany dzień w PKO — po wielu nie-udanych atakach — zdobycie PAST-y, gmachu, który bronił się zaciekle, z którego dniem i nocą strzelano do każdego bez wyjątku.

Ale po kilku dniach radości — przyszły najcięższe chwile: nieustające przez czterdzieści godzin bombardowania ulic Jasnej, Czackiego, Świętokrzyskiej. Nieomal wszystkie domy płonęły. PKO długo pozostawało nietknięte, ale w końcu i ten dom zaczął się palić. Ratowaliśmy wszyscy, podając z rąk do rąk kubły piasku i wody. Druga bomba wpadła przez otwór windy do schronu — nie pomogły mocne żelazobetonowe stropy, pokrywające głębokie podziemia.

 Z 5 na 6 września opuściliśmy gmach PKO, aby poprzez Aleje Jerozolimskie nocą przez kilka godzin, wolno, kilkunastometrową kolejką ludzi, w absolutnym milczeniu — dostać się na drugą stronę Alei. Po ostatnich dniach bezustannego bombardowania, po bezsennych nocach i dniach, bez jedzenia od wielu, wielu godzin, zamiast palących się jasnym płomieniem domów, zamiast jęku rannych, trupów na ulicy i walących się ścian — zobaczyłam miasto, gdzie ulicami normalnie poruszali się ludzie, gdzie stały normalne domy, gdzie panowała pozorna cisza. Tak, to była oaza — można było się umyć, najeść, położyć się i spać.

I tak zaczął się drugi etap powstańczego życia…

Oddział nasz stacjonował — w tej dzielnicy Śródmieścia na ulicy Mokotowskiej, o ile dobrze pamiętani, pod numerem 48. Obok o kilka domów na rogu ulicy Wilczej po przeniesieniu z gmachu Głuchoniemych stacjonowała moja „Zielona Jedynka”. Pamiętam pierwsze spotkanie: Jaka to była radość, choć zżyłam się już z tymi ludźmi, z którymi spędzałam najgorsze chwile — zobaczenie całej prawie mojej „Zielonej Jedynki” było cudowne. Żadnej w kręgu nie zabrakło. Co prawda, moja zastępowa, Jola, leżała w szpitalu przy kapliczce na ulicy Wilczej, troskliwie przez siostry zakonne pielęgnowana, z pęknięciem podstawy czaszki, ale i ją pozwolono mi zobaczyć, porozmawiać przez kilka minut. Dziewczęta poratowały mnie z miejsca w moich rozlicznych biedach; „zorganizowały” mi suchy prowiant w postaci cukru w kostce, którym wypchały wszystkie moje kieszenie, wynalazły spokojny kącik, gdzie mogłam część powstańczego kurzu i brudu po kilkudniowej tułaczce zmyć ze swego no — nazwijmy elegancko — nie najczystszego ciała, a w końcu usłyszawszy, że teraz jestem prawie szczęśliwa, zapytały, w czym mogłyby mi jeszcze pomóc.

Pracę teraz miałam znacznie spokojniejszą, obsadzałyśmy dyżury w punkcie sanitarnym przy tunelu, którym przekraczało się Aleje Jerozolimskie. Pełniłyśmy dyżury ośmiogodzinne, a potem szesnaście godzin wolnego.

Z okresu tego najbardziej utkwiły mi w pamięci dwa momenty. Jeden, kiedy idąc na dyżur nocny, ulicą Mokotowską, nagle nad głową usłyszałam warkot samolotu: leciał bardzo nisko, było zupełnie ciemno, a ja zaczęłam biec, czując, że za chwilę zacznie się strzelanina; kiedy tak biegłam do bramy najbliższej kamienicy, poczułam nagle podmuch, upadłam, coś ciężkiego stuknęło o ziemię — bałam się otworzyć oczy czekając wybuchu. Były to sekundy, a ja pewna byłam, że to już koniec, ale trwała zupełna cisza, na ulicy nikogo, warkot samolotu cichł w oddali, rozejrzałam się trwożnie i zobaczyłam o trzy metry od siebie leżący na ziemi duży ciemny kształt. Przerażenie ściskało mnie za gardło, byłam pewna, że to bomba, która za chwilę wybuchnie, usłyszałam czyjeś kroki i głosy rozmawiających ludzi, zaczęłam nieprzytomnie, bezmyślnie i ostrzegawczo krzyczeć: „Ostrożnie, bomba” — efekt był odwrotny, niż się spodziewałam: kilka osób biegło w moją stronę myśląc pewnie, że zwariowałam, pokazałam ręką leżące na jezdni „to”, co kształtem przypominało wielką bombę. Ktoś podszedł bliżej, a do mnie dotarł spokojny głos: „Patrzcie, to zrzut!” Próbując się opanować podniosłam się i zbliżyłam do czarnego kształtu, który napędził mi tyle strachu — był to worek z kaszą jaglaną zrzucony prawdopodobnie przez rosyjski kukuruźnik. Śmiałam się długo i serdecznie, początkowo trochę histerycznie, dziękując losowi, że nie pozwolił mi zginąć pod stukilowym workiem kaszy. Można powiedzieć, że tego rodzaju rozstanie z życiem w okresie powstania nie należałoby do najromantyczniejszych.

Drugi moment, utrwalony w mej pamięci, daleki jest od domieszki humoru, który towarzyszył wyżej opisanej przygodzie. Były już ostatnie dni września, kapitulacja Mokotowa i transporty wycofujących się stamtąd powstańców. W Alejach Ujazdowskich u wylotu ulicy Wilczej był właz, którym wyszła z kanałów po czterodniowym błądzeniu jedna dość liczna grupa żołnierzy. Byli w strasznym stanie, błądząc kanałami ulegli zatruciu gazami, wychodzili, nie mogąc otworzyć obrzękłych powiek znad obficie łzawiących oczu. To były jednak najlżejsze przypadki, większość wychodziła zupełnie wykończona, mdlejąc przy zetknięciu się ze świeżym powietrzem, jeszcze inni krzyczący, czepiający się wszystkich dookoła, z ciężką psychozą. Sprawiało to potworne wrażenie; jakaś gromada na pół obłąkanych ludzi cuchnących nieczystościami kanałów, ludzi, których żadnym sposobem nie można było uspokoić, nawet tłumaczeniem, że doszli szczęśliwie na polską stronę. Niewiele z naszych słów docierało do tych przerażających swoim wyglądem i zachowaniem uchodźców. Myślę, że nikt z nas obecnych w tamtym momencie nigdy nie będzie w stanie wymazać z pamięci tego obrazu.

Powstanie chyliło się ku upadkowi. Nie wiedziałyśmy nic pewnego, nie przyjmowałyśmy psychicznie takiego właśnie końca, nie mówiłyśmy między sobą o tym, ale wyczuwało się to jak nieuchronną groźbę wiszącą nad nami. I tak nadszedł dzień kapitulacji…

W ostatnich tygodniach powstania nawiązałam kontakt z moją siostrą, przypadkiem odszukaną, której oddział znajdował się na ulicy Złotej na tyłach Dworca Głównego. Z chwilą kiedy Warszawę ogarnęła zupełna cisza i równocześnie z nią oficjalnie ogłoszono kapitulację, wyruszyłam do mojej siostry, poruszając się już zupełnie swobodnie środkiem Alei Jerozolimskich, ulicy zamarłej przez dwa miesiące. Wyruszyłam, i byśmy razem postanowiły, co dalej robić. Wiedziałyśmy obie jedno, że skoro cała nasza rodzina w liczbie czterech osób znajduje się rozsypana po świecie nie wiadomo gdzie (ojciec poza granicami kraju — matka w dzielnicy zajętej drugiego dnia powstania przez Niemców), to my obie, skoro raz odnalazłyśmy się w tym huraganie, nie możemy się już rozłączyć.

Następnego dnia uzyskałam zgodę mojej komendantki na opuszczenie Warszawy z oddziałem mojej siostry, którego to oddziału dowódca nie stawiał również żadnych przeszkód. Pożegnałam więc wychodzącą moją „Zieloną Jedynkę” i swój I pluton WSK i wyruszyłam z całym moim dobytkiem w postaci niezbyt wypełnionego chlebaka na ulicę Złotą do oddziału siostry. Na drugi dzień mieliśmy opuszczać Warszawę. Wieczorem dowódca siostry został wezwany na odprawę i po powrocie zakomunikował całemu oddziałowi rzecz dla mnie straszną, że ma rozkaz, aby wszystkie osoby w oddziale nie mające ukończonych osiemnastu lat wyszły z ludnością cywilną, ponadto wszyscy inni z oddziału mogą również opuścić Warszawę w ten sam sposób. Motywowano to faktem, że droga wymarszu to trasa ponad osiemnaście kilometrów, zupełnie nie wiadomo, co z nami zrobią, w związku z czym najmłodszych trzeba przed tym uchronić. To było dla mnie straszne — mojego oddziału i drużyny już nie było w Warszawie, a ja miałam teraz zniszczyć legitymację, zdjąć opaskę biało-czerwoną z nadrukiem AK i jako ludność cywilna opuścić miasto, rozdzielić się z siostrą! Jakie to było okropne przeżycie dla mnie, a co dopiero mówić o mojej siostrze, która dobrowolnie dla mnie — jako tej młodszej, zdecydowała się na pozostanie ze mną. Po podjętej przez nią decyzji spędziłyśmy bezsennie wspólną przepłakaną noc… najgorszą, najtragiczniejszą ze wszystkich powstańczych nocy. Rano pożegnałyśmy oddział, a same przyłączyłyśmy się do jakiejś grupy ludności cywilnej opuszczającej miasto.

Dalsze koleje to obóz przejściowy w Ursusie i transport w wagonach kolejowych na roboty nie wiadomo gdzie i którędy. Jechałyśmy dwa dni i dwie noce, po drodze dwukrotnie nieudana próba ucieczki, aż wreszcie ostatnia noc gdzieś między Koluszkami a Częstochową. Wyprowadzono nas pod silną eskortą z pociągu i prowadzono wzdłuż torów kilka kilometrów, gdzie stał inny pociąg z wagonami osobowymi, z których dwa przeznaczono dla naszego transportu. Okazało się, że odcinek torów, który mijaliśmy, był jakoby zaminowany i stąd uzasadnienie dla naszego nocnego „spaceru”. O świcie nasz pociąg stanął pod semaforem w Częstochowie i tu podjęłyśmy trzecią, ostateczną i wreszcie udaną próbę ucieczki. Odbyło się to w jakiś niezrozumiały, cudowny wręcz sposób. Zostawiłyśmy nasze chlebaki w wagonie, otworzyłyśmy drzwi — obok na stopniach dwóch sąsiadujących wagonów stali wartownicy rozmawiający ze sobą, wysiadłyśmy idąc wolnym krokiem z nasypu kolejowego. Czekałyśmy na strzały, siłą woli starając się nie przyspieszać kroku. Nie zdawałyśmy sobie chyba w tej chwili sprawy z naszego szaleństwa. Strzały nie padły…

Po ulicach Częstochowy, miasta, które dla nas było miastem naszego uwolnienia, miastem naszej ucieczki, chodziły groźne patrole żandarmerii niemieckiej. Znowu trzeba było je mijać z zaciśniętymi zębami i pięściami i milczeć. Czyżby ostatnie przeżycia w powstańczej Warszawie były snem?…

Po kilku dniach tułaczki odnalazłyśmy naszą matkę, która żyła, matkę, która jak wiele innych matek przeżyła koszmar niepokoju, męki oczekiwania na te, które stanowiły treść jej życia. Czekała oddalona o trzydzieści kilometrów od płonącej Warszawy, wychodząc codziennie wieczorem na drogę, aby oglądać łunę nad walczącym miastem, gdzie były jej córki, o których nie wiedziała nic.

Dziś po latach wiem jedno — wiele widziałam czynów w czasie po-wstania, które określa się bohaterstwem, dla mnie postawa czekających matek, takich jak moja — jest najwyższą formą bohaterstwa i dzielności, przed Nimi chylić należy czoło.

1  Maria Jadwiga Piekarska

Oryginał, maszynopis, grudzień 1966, IH PAN.

Źródło

Ludność cywilna w Powstaniu Warszawskim PIW 1973