W Powstaniu:

WSK Śródmieście-Południe

WOLNOŚĆ WŚRÓD WALK. WSPOMNIENIA Z POWSTANIA WARSZAWSKIEGO

 Nadchodzi koniec lipca 1944 r. Od wschodu nadciąga front. Ulicami Warszawy ewakuują się pospiesznie różne instytucje niemieckie cywilne i paramilitarne załadowane przeróżnym sprzętem. Uchodzą w kierunku zachodnim. We wtorek 1 VIII, zaraz po przyjeździe do Ujazdowa, zgłaszam się do pani Marii Michnikowskiej, która kieruje mnie do Instytutu Głuchoniemych przy Pl. Trzech Krzyży. Tam od wskazanej mi osoby dostaję przydział: Wspólna 61 m. 2, godz. 15. Wracam do Podkowy Leśnej, biorę swój szarozielony płaszcz, torbę sanitarną i trochę osobistych drobiazgów na te cztery, pięć dni powstania, jak się wówczas mówiło.

Na Wspólnej 61 w parterowym mieszkaniu państwa Ziembińskich zbiera się grupa Wojskowej Służby Kobiet (WSK). Kapitan Ziembiński Jastrzębiec jest szefem grupy Wojskowej Służby Ochrony Powstania (WSOP). Jego żona należy do WSK. O umówionej godzinie nadchodzą: lek. dentysta Stefania Maciszewska (Stenia), Halina Chrapowicka (Halina I), Halina Komorowska (Izola), studentka medycyny Maria Kobuszewska (Marysia) i Halina II, której nazwiska nie pamiętam. Naszą komendantką jest Wanda Lubecka (Misia), czterdziestokilkuletnia osoba, w oficerskim trenczu. Człowiek prawy i nam życzliwy. Przychodzi lek. med. Zosia Bratkowska (Barbara). Dokonuje zaprzysiężenia. Mija godzina 17. Przez podwórze przebiega grupka uzbrojonych młodych ludzi z biało-czerwonymi opaskami na rękawach. A więc zaczęło się. Nakładamy nasze opaski. Na czerwonym tle otoku czarne litery WSK, na białym – mały czerwony krzyż. Nazajutrz Misia przynosi nam legitymacje Armii Krajowej, drukowane na jasnoróżowym kartonie.

Granica dzielnicy powstańczej biegnie nieparzystą stroną Wspólnej, dalej Emilii Plater, Noakowskiego, Polną. W rękach niemieckich jest gmach Poczty na rogu Poznańskiej i Nowogrodzkiej, Ogród Pomologiczny (w czworoboku Chałubińskiego, Nowogrodzkiej, Emilii Plater i Wspólnej), budynek Ministerstwa Komunikacji i Politechnika. Ulicami chodzić nie sposób. Błyskawicznie tworzy się labirynt przejść podziemnych z podwórza w podwórze przez wybijane otwory w ścianach stykających się piwnic. Powstaje gęsta sieć napisów – kierunkowskazów na murach podwórek, klatkach schodowych i w korytarzach piwnicznych. Wysoki gmach Poczty przy Nowogrodzkiej zieje kulami w ulice powstańcze. Powstaje sieć barykad obronnych u wylotów strefy powstańczej oraz sieć barykad komunikacyjnych chroniących przed ostrzałem. Jedna od Hożej 62, gdzie mieści się dowództwo odcinka, do Hożej 45, dalej przez podwórza do głównego punktu opatrunkowego na Poznańskiej 11. Druga barykada od Poznańskiej 11 do Poznańskiej 12. Trzecia od Hożej 41 do Poznańskiej 17, gdzie na parterze była apteka „Pod Aniołem”, a na piętrze prof. Witold Zawadowski miał swój prywatny gabinet rentgena służący wszystkim punktom opatrunkowym. Głównym punktem opatrunkowym kierował dr Edward Drescher (Bogusz). Jego zespół to dr Gustaw Nowotny (Wiktor), dr Tadeusz Nowakowski i kilkoro studentów medycyny, z których najbardziej pomocna była Zosia Smolińska. M. p. szefa sanitarnego naszej dzielnicy, majora dr. Wacława Kaflińskiego (Jur), mieściło się przy Hożej w lokalu zakładu gimnastycznego Szelestowskiego.

Pierwsze dni upływają w nastroju zachłystywania się wolnością. W oknach podwórek rozbrzmiewa muzyka z radioodbiorników i komunikaty radia londyńskiego. Ujawniają się także ludzie. Do naszego punktu zgłasza się starsza pani z prośbą o zmianę opatrunku jej siostrzeńcowi. Biorę torbę sanitarną. W domu Wspólna 65 leży młody chłopak z przestrzałem uda. Rana z okresu przedpowstaniowego. O szczegóły nie pytam. Ustalam następny termin zmiany opatrunku. Zgłasza się także mężczyzna w wieku trzydziestu kilku lat – smukły, wysoki, ciemne krótko ostrzyżone włosy, pociągła, inteligentna twarz. Jest lekarzem. Przyłącza go do siebie grupa Jastrzębca. Przybysz także oddycha z ulgą, że może wyjść na światło dnia.

Jest z pochodzenia Żydem. Jako oficer rezerwy brał udział w wojnie 1939 r. W początku okupacji został aresztowany i przewieziony na Pawiak. Tam rozpoznano w nim Żyda i skazano na śmierć. Z grupą innych więźniów został wywieziony w ruiny w pobliżu getta i rozstrzelany. Po strzale upadł, stracił władzę we wszystkich kończynach, lecz na krótko zachował świadomość. Gdy Niemiec dobijający rannych kopnął go, sparaliżowany więzień przetoczył się jak martwy i to go uratowało. Potem omdlał. Gdy się ocknął, była noc. Leżał w tym samym miejscu wśród trupów. Quadriplegia minęła, mógł się poruszać. Z trudem doczołgał się do getta. Zaopiekowano się nim. Rana przestrzałowa szybko wygoiła się, potem na furmance pod śmieciami wydostał się z getta i znalazł schronienie w jednym z domów przy Wspólnej. Spokojny i kulturalny miał kapitalne poczucie humoru z domieszką cynizmu. Wydawało się, że jest całkowicie pozbawiony lęku, jakby tamto emocjonalne przeżycie własnej śmierci wypaliło w nim instynkt samozachowawczy. Opowiadając nam o tym pokazał obie blizny po strzale – jedna na karku tuż pod potylicą, druga na podniebieniu. Obie położone były niebocznie od płaszczyzny pośrodkowej ciała. Kula przeszła przypuszczalnie tuż obok rdzenia, nie uszkadzając go. Nie przeżył powstania. W trzecim tygodniu powstania belka płonącego domu spadła mu na głowę, gdy biegł ratować rodzinne obrazy Ziembińskich.

Ataki niemieckie nasilają się. Od strony Ogrodu Pomologicznego czołg wali ustawicznie w narożnik Wspólnej i Emilii Plater. W końcu dom wali się w gruzy i to otwiera drogę do placówek powstańczych. Ewakuuje się szpital sióstr zakonnych przy ul. Emilii Plater, z chorymi i sąsiednia klinika położnicza pod nazwą „Macierzyństwo” wraz z matkami tulącymi swoje noworodki. Pomagają im powstańcy. Przyjmuje wszystkich punkt opatrunkowy doktora Bogusza oraz drugi szpital zorganizowany przez doktora Bąka w dawnym gmachu ambasady sowieckiej przy ul. Poznańskiej 15. W obszernej sali gimnastycznej zakładu Szelestowskiego powstaje filia głównego punktu opatrunkowego. Lekarską opiekę nad nią obejmują Bogusz i Wiktor, a zespół sanitariuszek tworzy nasza grupa. Kwaterę mieszkalną przydziela nam komendant OPL w domu Hoża 41 w oficynie na trzecim piętrze. Dowództwo odcinka przenosi się z Hożej 62 na teren zakładów mleczarskich przy ul. Hożej 51 (zwanych przez nas „Jajczarnią”). Tam wkrótce powstaje wytwórnia, a także wyrzutnia granatników. Wieczorami po skończonej pracy i bieganinie wymykamy się z Marysią do „Jajczarni”, gdzie w dużej, mrocznej hali stoi kilkulampowy odbiornik. Razem z załogą „Jajczarni” słuchamy komunikatów radiowych z nadzieją, że wreszcie z tej czy z tamtej strony ruszy jakaś pomoc dla powstania. Ale dobrych wiadomości wciąż nie ma. Wracając przekopami i pod barykadą na Poznańskiej zastanawiamy się, jak pocieszyć nasze towarzyszki. Przychodzą nam tak absurdalne pomysły, że wpadając na kwaterę zataczamy się od śmiechu.

Z północnej strony Alei Jerozolimskich dociera Hala Reszke (moja studentka ze Szkoły Zaorskiego). Odnajduje mnie i już zostaje z nami. Mówię na nią Mędrek, bo ona lubi tego krasnoludka. Z Halą po zapadnięciu zmroku robimy dłuższe wypady dla relaksu. W „Jajczarni” podają nam co wieczór aktualne hasło i odzew. (W powstaniu też obowiązuje godzina policyjna. Swobodę poruszania się ma tylko załoga. Stąd konieczność znajomości hasła.) Wędrujemy po całej dzielnicy. Gdy padła Starówka, pewnej nocy w jednej z bram na Kruczej natykamy się na kondukt cieni. Osmolone twarze, osmolone, mokre ubrania, chwiejny krok. Kilkanaście postaci idzie gęsiego za przewodnikiem. Za nimi nasi ze Śródmieścia dźwigają na noszach trzech najciężej poparzonych od moździerza. Powstańcy ze Starówki. Dopiero co wyszli z kanałów. Wstrząsający widok.

Parokrotnie odwiedzam także płk. dr. Leona Strehla, który po przeprowadzeniu do Śródmieścia Szpitala Maltańskiego przeniósł m. p. szefostwa sanitarnego Komendy Głównej AK na ul. Śniadeckich 17, filię dawnego Szpitala Okręgowego. Pod Wilczą i Piękną prowadzi przejście tunelami. Za to Koszykowa nie ma ani tunelu, ani barykady. Przebiega się ją skokiem obok gmachu Wydziału Architektury, gdyż każdy ruch na tej ulicy wywołuje pistoletową serię z Politechniki. Na Śniadeckich całą dobę urzęduje sztab sanitarny, lecz noce są spokojniejsze. Tam słuchamy wiadomości o sytuacji w innych dzielnicach miasta. Obok zwycięstw, jak zdobycie małej PAST-y przy Pięknej, a później brawurowego ataku na Cedergren przy Zielnej oraz innych lokalnych sukcesów, ogólnie coraz bardziej rysuje się obraz samotnie walczącego miasta – upadek Woli, Starówki, kurczenie się linii powstańczych, pożary, zniszczenia, ogrom strat w ludziach. Pomocy militarnej z zewnątrz wciąż nie ma. Rośnie w nas gorycz. Zwykle około 1–2 godziny po północy wracamy z Halą tą samą drogą. Przy ustawicznym napięciu nerwów kilka krótkich godzin snu zupełnie nam wystarcza.

Któregoś sierpniowego popołudnia szukałam por. Mariana Sylwestra, Był to niemłody już oficer, jednooki, z twarzą pociętą bliznami. W pierwszych dniach powstania przez kilka godzin ratowałyśmy go na punkcie przy Wspólnej ze stanu skrajnego wyczerpania po dwóch dniach spędzonych na wysuniętej placówce bez jedzenia, bez snu. Potem spotykaliśmy się wielokrotnie, najczęściej mijając się w biegu. W czasie okupacji szkolił podchorążych. Zżył się z nimi. Był ich dowódcą. Teraz głęboko i boleśnie przeżywał rosnące straty wśród swoich chłopców.

Przekopami piwnicznymi wbiegłam na tylne podwórze posesji Poznańska 12, a następnie do dużej sali – świetlicy powstańczej. Tam można go było spotkać. Nie zastałam go jednak. Dziewczęta i chłopcy gawędzili siedząc na krzesłach, parapetach okien lub podłodze. W głębi na jednostopniowym podwyższeniu stał fortepian. Zza otwartych okien dolatywał warkot samolotów, dalekie detonacje bomb i dużo bliższe granatników, szczekot urywanych serii z broni maszynowej. W pewnej chwili smukły młody człowiek w ciemnym kombinezonie podszedł do fortepianu, siadł na taborecie, uniósł wieko klawiatury. Zagrzmiała „Rewolucyjna” drapieżna i gniewna. Wypełniła salę i niosła się przez otwarte okna spleciona z otaczającą nas kanonadą. Zamilkła sala. Spod palców grającego biegła pieśń zbuntowana, groźna, czysta, piękna. Stała się dla mnie symbolem powstania. Rudoblond czupryna, mocno zarysowana żuchwa. Głęboko osadzone oczy patrzały śmiało i ostro. Miał pseudonim Łukasz. Przyprowadzono go z linii obronnych z postrzałem barku i klatki piersiowej do filii głównego punktu opatrunkowego. Rana była poważna, lecz niegroźna dla życia. Gdy nazajutrz przyszli go odwiedzić towarzysze broni, sanitariuszki struchlały. Było ich kilku, ciężki krok, gęby ponure jak u bandziorów ekstraklasy. Odtąd odwiedzali go codziennie. Obstępowali łóżko w nabożnym skupieniu (choć słowo „nabożny” było diametralnym przeciwieństwem ich zewnętrznego wyglądu). Patrzyli w oczy Łukasza z uwielbieniem jak gromada tresowanych, wiernych wilczurów. Przyciszonymi głosami pytali go o zdrowie. Na rękawach mieli powstańcze opaski.

– Kim są ci dziwni ludzie? – spytała Stenia chłopców z naszego odcinka.

– Tamci pod oknem? – odpowiedzieli. – To banda Łukasza. Gdy wybuchło powstanie, zgłosili się do nas. Powiedzieli, że chcą prać szkopów. Rekrutują się z pewnością z jakiegoś światka przestępczego, więc nie przyjęliśmy ich do AK, lecz zrobiono z nich podporządkowany nam wydzielony oddział powstańczy. Oni sami nazwali się „bandą Łukasza”. Dano im broń i opaski. Łukasz jest ich dowódcą, ba – wyrocznią. Słuchają go ślepo. Są przy tym zdumiewająco bojowi i nieustraszeni. W największy ostrzał lecą jak w taniec. Mają tylko, cholera, jedną paskudną wadę, której nie można wykorzenić. Gdy przez umeblowane mieszkania pędzą na linię, do ataku, to nawet i wtedy różne drobne przedmioty lepią się draniom do rąk błyskawicznie. Nie wie żaden, czy za chwilę nie padnie, a mimo to stary nawyk ich nie opuszcza. Nie sposób upilnować.

– Trafili się wam Kiemlicze – roześmiałam się.

Zakład Szelestowskiego był obszerny, miał w zapleczu kuchnię i łazienkę, ale duże okna wysokiego parteru wychodziły na Poznańską, którędy szedł ustawiczny ostrzał z Poczty i w każdej chwili mogły padać pociski granatników. Poza możliwością powtórnego zranienia był to dla naszych rannych czynnik dodatkowego stresu. Weszłam w porozumienie z panem Karlińskim, komendantem bloku Hoża 41. Okazało się, że w prawej oficynie domu Hoża 39 jest głęboka suterena, a w niej prywatna hurtownia apteczna. Właściciel przed powstaniem wyjechał z Warszawy. Lokal ma kilka izb, małe okienka wychodzą na pierwsze i tylne podwórze Hożej 39, podłogi drewniane, ściany olejno malowane, a medykamenty są w płaskich szafach ściennych. Gdy poszliśmy obejrzeć te pomieszczenia, zastaliśmy tam świeżo roztasowaną jednostkę WSOP. Jedni w niedbałych pozycjach siedzieli na krzesłach, dwaj leżeli na łóżkach z nogami założonymi na poręcze. Przedstawiliśmy sprawę. Zdawałoby się oczywiste, że rannym potrzebny jest bezpieczny i czysty schron, a ludzie zdrowi łatwiej przeniosą się gdzie indziej, lecz oni byli innego zdania. – Po drugiej stronie są wolne piwnice. Możecie je zająć – pysknął jeden z leżących na łóżku z rękami założonymi pod głowę, który najbardziej ze wszystkich się mądrzył. Od kilku dni chodziłam z dreszczami i gorączką, ale teraz zatrzęsło mną z irytacji. – Rannych? W brud i na węglu? To panowie możecie się tam ułożyć. I w jeszcze bardziej bezceremonialnych pozach niż teraz – warknęłam z furią. Zakręciłam się na pięcie. Przekopami, dziurami w murach i tunelem pod Marszałkowską z wylotem na ulicę ks. Skorupki pobiegłam do komendy miejscowej WSOP przy Wilczej. Dowódcy, porucznikowi Lechowi, poskarżyłam się na jego podwładnych. Barczysty mężczyzna z siwą gęstą czupryną skinął głową. – Dobrze. Dziękuję. Zaraz wyślę gońca, żeby się wynieśli.

W drodze powrotnej w jednym z podwórek napotkałam Helenę Czyżewską, fizykoterapeutkę Szpitala Okręgowego, potem Ujazdowskiego. Pokazała mi czerwoną, obrzmiałą rękę. Dostała różycy świńskiej, a nigdzie nie mogła uzyskać surowicy. Gdy wróciłam na Hożą 39, okazało się, że łącznik por. Lecha już mnie wyprzedził. Niedawni butni rozmówcy potulnie pakowali klamoty, ale gdyby wzrok ich mógł zabijać, pewno bym tam padła trupem. Po ich wyjściu razem ze Stenią i panem Karlińskim, odpowiedzialnym za pozostawione mienie lokatorów, zrobiliśmy przegląd szaf. Część medykamentów bezpośredniego użytku została, ale na potrzeby szpitalika całą resztę w dużych, wiklinowych koszach przejęła na naszą prośbę apteka „Pod Aniołem”. Tam od kierownika apteki uzyskałam surowicę przeciwróżycową i tego samego popołudnia zaniosłam ją pani Czyżewskiej.

Ale na pomoc w przenoszeniu szpitala nie miałam już sił. Temperatura skoczyła mi do 39° z kreskami. Nazajutrz rano miałam już 40,5°. Doplątał się bronchit i ostre zapalenie jelit. Leżałam w naszym m. p. na III piętrze Hoża 41 pod opieką dr. Bogusza. Środków farmakologicznych nie brakowało. Gorzej było z odpowiednim dla mnie wtedy wyżywieniem w naszej od początku wygłodzonej dzielnicy. Gdy ostry stan minął, Bogusz umieścił mnie na czas rekonwalescencji u sióstr Franciszkanek przy Hożej 53, które na swojej posesji miały ogród warzywny i drób. Na pożywnej, lekkostrawnej diecie doszłam do sił i mogłam wrócić do pracy. Nasz szpitalik przy Hożej 39 rozwinął już pełną działalność. Goił jeszcze swoje rany Łukasz, ale i przybyło wielu nowych rannych.

Na początku września przyszła do mnie Misia. Prosiła o rozmowę na osobności. – Ktoś musi przenieść meldunki do Milanówka, ktoś kto zna teren. – Ba, teren znam jak własną kieszeń. Dwa lata temu Niemcy wyrzucili nas z mieszkania przy ul. Służewskiej, włączonej do tzw. dzielnicy niemieckiej. Wynajęliśmy wtedy lokal u pp. Dzierżyńskich, rodziców koleżanki mojej siostry w Podkowie Zachodniej i od tamtej pory codziennie dojeżdżałam do Warszawy kolejką EKD. Ale jak się wyrwać stąd poza niemiecki pierścień okrążenia? Misia rozważa kilka ewentualności. W końcu proponuje: – Pojutrze, 8 IX ma wyjść część ludności cywilnej z Warszawy. Z nią wydostaniesz się na zewnątrz. A potem na los szczęścia i własnym sprytem wyrwiesz się, gdzie trzeba.

– A powrót? – pytam.

– Nie ma rozkazu. Najważniejsze dotrzeć tam.

Nazajutrz przed wieczorem odbieram trzy małe zwitki papieru. Nie znam ich treści, ale orientuję się, jaka jest okupacyjna ranga Milanówka. Misia informuje mnie o lokalizacji adresatów. Żegna serdecznym, długim uściskiem. Jak Skrzetuski ze Zbaraża – przelatuje mi przez głowę. Moje obuwie to biało-granatowe, lekkie mokasyny. Pod futrówkę prawego wsuwam meldunki. Pod stopą lewego umieszczam metalowego orzełka Obroży. Opaskę WSK zostawiam Hali na przechowanie. Nazajutrz rankiem Hala odprowadza mnie do wylotowej barykady na Śniadeckich. Furażerkę i skórzany pas mam wetknięte w głębokie, kryte kieszenie płaszcza. Wyglądam jak stuprocentowy cywil. –Trzymaj się, Mędrek – mówię. – Wrócę do was. – Wchodzę w kolumnę ludzi idących Nowowiejską ku Ochocie, dalej Filtrową. Poranne chmury rozchodzą się. Błyska słońce. Wstaje pogodny, jesienny dzień 8 IX. Moja szczęśliwa data. Czy będzie nią i tym razem?

Na Szczęśliwickiej kończy się zwarta zabudowa, zaczynają się parterowe domki w ogródkach wśród pól. Rozważam warianty i technikę odskoku, choć na razie nie wchodzi to w grę. Jestem jeszcze wewnątrz pierścienia okrążenia. Brutalnych scen nie widzę, lecz gęsta eskorta kieruje ludzi do Dworca Zachodniego. Jeszcze w sierpniu docierały pogłoski, że Niemcy zorganizowali dla warszawiaków jakiś obóz w Pruszkowie. Jaki jego charakter? Nie wiem. Na ile strzeżony? Też nie wiem. Mało mnie to wtedy interesowało. Eskorta, w dalszym ciągu gęsta, kieruje ludzi na peronie do podstawionego długiego składu odkrytych wagonów towarowych. Pociąg rusza. Do diabła! Żegnaj, Skrzetuski, witaj, Podbipięto, wieziony jak baran w strzeżonym wagonie.

Mimo to rozsłoneczniony krajobraz i powiew ciepłego powietrza napełnia równocześnie taką otuchą, że contra spem spero. Może zelżeje w końcu ta eskorta, może nadarzy się korzystniejszy do odskoku układ terenu i zadrzewienia? Jedno wiem, że urwę się przy pierwszej okazji. Pociąg mija Włochy, Ursus, Piastów. Przed Pruszkowem zwalnia i staje nie dojeżdżając stacji. Równolegle do toru biegnie długi mur. U jego narożnika otwarte skrzydła żelaznej bramy, a w niej … Och, Boże. Czy mi się śni? Grupa młodych kobiet w białych fartuchach. Znajome twarze, w tym także z Podkowy. Polski sanitariat! Tu, w tym obozie!

Wyskakuję z wagonu. Teraz już wiem, że małe zwitki ukryte pod stopą dotrą do celu, bo jeśli nawet ja tu ugrzęznę, znajdę kogoś, kto je dostarczy. Wchodząc w bramę spostrzegam wśród Polek dawną koleżankę z gimnazjum Wandę Fisz, która woła do mnie: – Hanka, uważaj, Maryla jest na obozie. – W moment później dojrzałam ją. Stała na pryzmie żużlu, górująca nad przepływającym tłumem, w białym fartuchu, wyprostowana, śliczna, smukła, cała przemieniona we wzrok. Podbiegłam. Objęłyśmy się mocnym uściskiem. Oczy we łzach. Jakże inny w naszych marzeniach miał być finał tego zrywu. Ujęła mnie pod rękę i poprowadziła na dwójkę (halę nr 2). Załatwiła szybko wpisanie mnie na listę chorych do szpitala z rozpoznaniem gruźlicy płuc (a ja płuca miałam jak dzwon, ale w tej sytuacji mogli mi wpisać nawet kiłę, też bym nie protestowała). Myślałam tylko: – Och, jakże szczęśliwa jest data 8 IX. – Potem zaprowadziła mnie do kuchni dla personelu na obiad. Niech się schowają wszystkie bankiety świata, bo to był kapuśniak z młodej kapusty po wielu tygodniach głodowania. A godzinę później, tuż za furką wiozącą chorych do szpitala, wyszłam i ja, pseudo-gruźlik. Przy wartowni Maryla okazała listę chorych, wśród których wpisana byłam i ja. Furka pojechała do szpitala, a my kolejką EKD do domu.

Gdy wysiadłyśmy w Podkowie Leśnej Zachodniej, po drodze zatrzymałam się przy kępie krzaków. Z jednej kieszeni wyciągnęłam swój pas wojskowy, opasałam nim płaszcz. Z drugiej – furażerka powędrowała na czoło, z przypiętym orzełkiem Obroży wyjętym z lewego sandałka. Maryla pierwsza wchodzi do pokoju, gdzie mama, po wydaniu obiadu „podopiecznym”, tj. znajomym uprzednio wyciągniętym przez Marylę z obozu i przekazanym w opiekuńcze ręce naszej matki, przysiadła dla krótkiego odpoczynku. – Mamuś – mówi Maryla – zgadnij – kogo ci dziś prowadzę. – Gdy staję w drzwiach, reakcję mamy trudno opisać. Przez wiele tygodni z Podkowy widać było rosnącą łunę pożarów nad miastem i dalekie odgłosy bomb i trwała realna obawa, że młodszej córki już nigdy nie ujrzy. A tu raptem jest żywa i cała. Najpierw niedowierzanie, a potem radość i bezmierna ulga. Utonęłam w jej uścisku odwzajemniając gorąco.

Nazajutrz kolejką EKD pojechałam do Milanówka. Towarzyszyła mi mama, która czuła potrzebę ciągłego przebywania ze mną. Trzy wskazane przez Misię adresy znajdowały się w dość oddalonych od siebie punktach: jeden w pobliżu Grudowa, dwa pozostałe po północnej stronie torów kolei żelaznej, również w znacznej odległości od siebie. Towarzystwo starszej, eleganckiej pani było korzystnym kamuflażem dla kurierskiej misji. Po powrocie do domu moja funkcja, z którą przybyłam, była zakończona. Nie miałam jednak zamiaru tkwić bezczynnie. Maryla codziennie jeździła do Pruszkowa i wracała późno.

W kilka dni po wybuchu powstania Niemcy zorganizowali dla wypędzanej ludności z zajmowanych dzielnic Warszawy obóz przejściowy w Pruszkowie, tzw. Dulag 121, mieszczący się na obszarze warsztatów naprawczych taboru kolejowego. Na wiadomość o organizującym się tam polskim sanitariacie dla niesienia pomocy tysiącom bezdomnych warszawiaków, Maryla wraz z Kazimierą Drescherową (żoną Bogusza) oraz lekarką dentystką Ireną Klukowską, zgłosiły się do pomocy. Wszystkie trzy mieszkały w Podkowie. Maryla rozpoczęła tę pracę 9 VIII i prowadziła nieprzerwanie do końca powstania. Swoich dwoje dzieci, siedmioletniego Jacka i czteroletnią Martynkę, zostawiła pod opieką naszej mamy. Uratowała w tym czasie setki ludzi przed wywiezieniem do Rzeszy przeprowadzając ich bądź na tzw. jedynkę (halę nr 1), skąd ludność wywożono pociągami na teren Generalnego Gubernatorstwa pod opiekę RGO, bądź na tzw. dwójkę (halę nr 2), gdzie mieściła się izba chorych i urzędowała niemiecka komisja lekarska. Stąd transportowano ludzi furmankami do szpitali w rejonie podwarszawskim. W słynnym wagonie urzędowała gestapowska komenda obozu. Tam można było w drodze wyjątku uzyskać przepustkę z pieczątką gestapo i podpisem ss-oberscharführera Worra dla uwolnienia członka najbliższej rodziny. Maryla wykorzystywała tę okoliczność, jak się tylko dało. Niewiele brakowało, a przypłaciłaby życiem tę brawurową grę. Jeden z gestapowców zapamiętał w końcu jej twarz. Gdy mijała się z nim wybiegając po schodkach z zielonego wagonu, warknął, że jeśli jeszcze ją tu raz zobaczy, zastrzeli jak psa.

Po pewnym czasie wróciwszy do niezłej kondycji fizycznej włączyłam się do pracy w Pruszkowie. Pojechałyśmy z Marylą, obie w białych fartuchach. Maryla zgłosiła mnie p. Kiełbasińskiej udającej lekarza, która weszła w dobrą i pomocną dla polskiego personelu komitywę z Niemcami. Otrzymałam bescheinigung z fotografią i pieczątką oraz podpisem komendanta obozu Worra. Grono personelu polskiego, mimo że dość liczne, wydawało się kroplą w morzu wobec liczby napływającej ludności. Kiedyś w tym młynie roboty spotykam w południe Marylę. Spieszymy w dwie różne strony. Podaje mi kartkę papieru. – Masz tu przepustkę z zielonego wozu. Wykorzystaną, ale może uda ci się wyciągnąć jeszcze kogoś. – Kartka 10 na 10 cm, pieczątka gestapo i podpis Worra. Data z tego dnia i trzy nazwiska: starszego mężczyzny i dwóch kobiet w średnim wieku. Staję z boku sunącej ławicy ludzkiej i szukam kandydatów do mojej przepustki. Dostrzegam profesora Kazimierza Jabłczyńskiego kierownika Katedry Chemii Nieorganicznej UW, jego córkę i gosposię. Płeć i wiek pasują jak ulał. Wciągam ich do najbliższej latryny i podaję im ich czasowe personalia. W Podkowie jest wnuczka profesora. Idę z nimi na dwójkę i przekazuję w opiekuńcze ręce Zuli Drescherowej, pełniącej rolę tłumacza przy komisji lekarskiej. Jeszcze tego dnia znaleźli się w Podkowie.

Przepustkę zatrzymałam. Jutro już nie będzie aktualna. Zaświtał mi pomysł dużo lepszy od biegania do zielonego wozu i perspektywy „zastrzelenia jak psa”. Wcześniej wróciłam do domu. Zasiadłam do roboty. Arkusze białego papieru pocięłam na kartki 10 na 10. Przy pomocy czarnej kalki bez trudu skopiowałam podpis Worra. Do wykonania pieczątki dobrałam monetę odpowiedniej wielkości, a fioletowy kolor z przedwojennego kompletu kredek Majewskiego. Stylizowanego orła niemieckiego i napis Dulag 121 wykonałam ręcznie. Po paru godzinach miałam plik przepustek „z zielonego wozu”. Na pierwszy rzut oka nie różniły się od oryginału. Teraz mogę wyprowadzać kogo chcę, zwłaszcza ludzi młodych, najbardziej zagrożonych. W nosie mam komendę obozu. Nazajutrz Maryla zachwycona jest moim dziełem. Nic dziwnego. Ona była zawsze prostolinijna a ja – przebiegła. Pomijam tu szereg naszych działań i epizodów w Pruszkowie. Opisałam je w książce „Powszednie dni – niepowszednich lat”.

Pragnę na zakończenie dodać dwa nasze wspólne z nią wypady do Warszawy już po kapitulacji, lecz jeszcze przed wyjściem formacji wojskowych i szpitali, kiedy był zakaz niemiecki wchodzenia do Warszawy pod groźbą kuli w łeb. Ponieważ jednak ona groziła wszędzie, także w Pruszkowie, więc i wrażliwość na nią była stępiona. Właśnie miało wychodzić z miasta Śródmieście, tj. ludność cywilna. Maryla odnajduje mnie w Pruszkowie. Proponuje wypad do Warszawy. W Śródmieściu jest jej szwagierka z dziećmi i teściowie, którzy nie wiedzą, że ona działa w Dulagu i mogą jej tu nie odnaleźć. Zgadzam się. W Śródmieściu jest moja grupa WSK. W Tworkach wsiadłyśmy do służbowego wozu EKD, zwanego „rezerwą”, którym dowożono z Grodziska termosy z posiłkiem dla załogi dyżurującej w budynku u skrzyżowania kolei radomskiej z torami EKD. Dla patriotycznie zaangażowanych ekadowców biały personel był wówczas na specjalnych prawach. W ten sposób już od Szczęśliwic ruszyłyśmy pieszo. W białych fartuchach, z zaświadczeniami z Dulagu 121 przecięłyśmy Aleję Krakowską i doszłyśmy do Alei Żwirki i Wigury. Dzień pogodny. Pustka wokół kompletna. Obszar między Ochotą a Okęciem był cały czas w rękach niemieckich.

Jesteśmy na niedozwolonym terenie. Nagle za nami z ul. Rakowieckiej wyjechała zza miejskich ogrodów podwoda konna z kilkoma żołnierzami. Napięcie wzrosło. Wehrmacht czy żandarmi? Wyminą czy zatrzymają? Niemieckie Schwestern mają inny strój. Pomyłka wykluczona. Jedyna szansa to pewność siebie. Idąc w tej zaplanowanej pewności z głową uniesioną, przestałam patrzeć pod nogi. Podwoda skręciła już w Aleję Żwirki i Wigury i za chwilę zrówna się z nami. Nagle czuję, że zaczepiam nogami o przeklęty drut niemieckiej poczty polowej, przeciągnięty tuż nad ziemią, i jak długa walę się na chodnik. Maryla pomaga mi się podnieść. Oba kolana mam starte do krwi. Robię pierwszy, kuśtykający krok, ona pochylona ogląda te otarcia. Jest coś tak pospolicie jawnego w tej niezdarności, że mijający nas właśnie żołnierze kiwają współczująco głowami i coś tam żartobliwie przygadują. Ja też kiwam do nich, z twarzą skrzywioną przez ból, a gdy wózek się oddalił, mówię: – Wiesz, całkiem niegłupi był ten drut. W samą porę się wywaliłam.

Dochodząc do Wawelskiej napotykamy tłum ludzi kierowanych do Dworca Zachodniego. Wnikamy w środek tłumu i posuwamy się pod prąd, w stronę Śródmieścia. Stwierdzamy, że jest to doskonały sposób, nieuchwytny dla eskortujących poboczem żandarmów, dotarcia do centrum miasta. Wkrótce jesteśmy u celu. W głównym punkcie opatrunkowym Poznańska 11 jest Edward Drescher. Zamierza z rannymi iść do niewoli, co nastąpi za kilka dni. Skarży się, że chleba im brak. – Dobrze – mówimy – będzie chleb za dwa dni, jak załatwimy dzisiejsze sprawy. – Tu rozdzielamy się z Marylą. Ona idzie na poszukiwanie krewnych, ja – na Hożą 39 do grupy WSK. Zastaję tam Misię, Marysię Kobuszewską, Stenię, Zofię Ziembińską, Halinę Komorowską (Izolę) i obie Haliny I i II, oraz Halę Reszke. Witają mnie zdumionym okrzykiem: – Hanka, ty tu? Skąd się wzięłaś? – Przyszłam po was – odpowiadam. Trafiam właśnie na naradę. Mówię o sytuacji w Pruszkowie. Podaję alternatywę: rejon podwarszawski lub wyjazd na kraj. Marysia ma w Warszawie rodziców, młodszą siostrę i małego brata. Ziembińska i Komorowska też. Każda ma dziewięcioletnią córeczkę. Druga ewentualność im odpowiada. Marysię, jako najbardziej energiczną w tym gronie, informuję, że przy hali rozdzielczej, do której się dostaną, jest boks dla etranżerów, do którego niech przejdą wewnętrznym przejściem i czekają na mnie, bo ja najpierw urywam się z Halą Reszke, jako najmłodszą, najbardziej narażoną. Ustalam plan: spakować ręczny bagaż i spać. A jutro o 5 rano zbiórka na placu przed Politechniką. Z Halą idziemy na Śniadeckich 18 do mieszkania teściów. Wiemy już, że dom ocalał i oni też. Maryla już tam jest. Ona również swoją grupę umówiła na 5 w tym samym miejscu. Żona teścia daje Hali jakiś biały fartuch, a Maryla swoją nocną przepustkę z Pruszkowa, żeby jakoś ucharakteryzować ją na osobę z personelu sanitarnego z obozu.

Rankiem po wczorajszym marszu i źle przespanej nocy bolą nas mięśnie, trzęsą dreszcze i palą powieki. U teściów nie ma nic do jedzenia i brak wody. Na placu przed Politechniką rozdzielamy się. Maryli grupa to troje starszych ludzi, dwie młode kobiety i czwórka dzieci od 1 roku do 6 lat. Ja z moją grupą idę szybciej. Wstaje dzień słoneczny, ciepły, choć to już początek października. Zbliżamy się do Dworca Zachodniego. Podstawiają pociąg. Ładujemy się do odkrytego wagonu towarowego. Pociąg rusza, mija Włochy i zbliżając się do Ursusa zwalnia. Truchleję. Jeśli nas tu wyładują, moje papiery nieważne, jesteśmy zdane na łaskę losu. Tymczasem moje podopieczne całą ufność złożywszy we mnie delektują się pędem powietrza i światem Bożym nie oglądanym od dwóch miesięcy. A ja stoję w kącie wagonu stopiona z rytmem kół. Zwalnia … Zwalnia, mijamy dawny PZInż – przyspiesza. Oddycham z ulgą.

W Pruszkowie po wyskoczeniu z wagonu podchodzę do żandarma strażującego między ostatnim wagonem a 14 bramą. Pokazujemy zaświadczenia pruszkowskie. Informuję go, że do sklepiku naprzeciw torów odnosimy tłumoczek Hali, aby mieć wolne ręce przy wyładunku nowego transportu ludzi. Udało się. Przechodzimy przez tory i znikamy za opłotkami polnej drogi wiodącej do stacji EKD w Tworkach. W Podkowie przekazuję Halę w matczyne ręce, połykam obiad, chwytam zapasowy fartuch i wracam do Pruszkowa. Grupę WSK zastaję w hali rozdzielczej, przechodzimy do boksu dla etranżerów wewnętrznymi drzwiami. Boks ma także osobne wyjście na teren ogrodzenia. Ustalam, że będę każdą prowadzić pojedynczo, w białym fartuchu, jako towarzyszącą mi osobę z polskiego personelu sanitarnego. Twarze ich są zielonoblade, w oczach tli się jeszcze dramat przeżytych dni. Proszę, aby mijając żandarma w furcie ogrodzenia, starały się spokojnie i w sposób pewny minąć go, jako osoby z polskiego personelu sanitarnego. Najpierw przeprowadzam Marysię Kobuszewską, potem Stenię. Wracam po Zofię Ziembińską i Halinę Komorowską. Ich córeczki prowadzimy rzekomo na „dwójkę” do lekarza. Poprzednie i pozostałe – wszystkie prowadzę do hali nr 1. Tylko Misię prowadzę na „dwójkę”, gdyż w Podkowie Wschodniej ma znajomych i u nich będzie mogła zamieszkać.

Gdy tak kursuję wahadłowo między halą rozdzielczą a „jedynką”, kojarzy mi się to z kocicą przenoszącą swoje kocięta. Dnie są krótkie, wcześnie zapada zmrok. Wkrótce całą grupę mam już przeprowadzoną. Pozostają tylko rodzice i rodzeństwo Marysi – jedni i drudzy w wieku raczej nieprodukcyjnym według norm okupanta. Jakąś ochroną dla nich jest także boks dla cudzoziemców. Umawiam się, że przeprowadzę ich jutro z rana. Dziś już walę się z nóg. Zabieram z „dwójki” Misię i jako moją matkę przeprowadzam przez wartownię z przepustką własnej roboty. Przyjeżdżamy do Podkowy tuż przed godziną policyjną. W domu tłoczno jak na jarmarku. Maryla przyprowadziła już całą swoją dziesiątkę. W czterech niedużych pokojach gnieździ się teraz 26 osób, gdyż są jeszcze „podopieczni” wcześniej przyprowadzeni przez Marylę, gdy powstanie trwało. Mama bierze mnie za rękę: – Chodź, coś ci pokażę, tylko cichutko. – W sypialnym pokoju siostry na meblowym łóżku śpi rządkiem w poprzek ułożona szóstka dzieci: sześcioletnia Małgosia i trzyletnia Manola Kościszewskie, pięcioletnia Asia Pilitowska i jej rówieśniczka Zosia Gabrysiak, Martynka i Jacek. Jacek jest najdłuższy, ma dostawiony w nogach taboret. Obok w koszykowym dawnym łóżeczku Martynki, ściągniętym ze strychu, śpi roczny Krzyś Pilitowski. W podobnej sardynkowej sytuacji spędza tę noc i noce następne reszta osób.

Nazajutrz skoro świt jadę do Pruszkowa finalizować swoją „kocią robotę”. Państwa Kobuszewskich prowadzę jako swoich rodziców. Przepustki własnej roboty zdają egzamin. Potem rodzeństwo Marysi, jako rzekomo chorych, przeprowadzam niby to na komisję lekarską. Wkrótce wszyscy są w komnacie na „jedynce”. Odnajdujemy się z Marylą, bo przecież dziś mamy dostarczyć na Poznańską 11 obiecany chleb, na który tam nasi pilnie czekają. W plecaku mamy kilka świeżutkich bochenków chleba. Wsiadamy do kolejki. Dojeżdżamy do Opacza. Idziemy dalej wzdłuż torów, polną drogą. Jest słoneczne popołudnie. W Salomei mija nas konna podwoda. Zatrzymuje się. Żołnierze zapraszającym gestem proponują podwiezienie nas. Ładujemy się szybko. Siadamy w tyle wozu i okrutnie chce się nam śmiać. My nielegalnie szwarcujemy się do Warszawy, pod groźbą kuli w łeb, a tymczasem sam wehrmacht – psiakość – oszczędza nasze nogi i podwozi do miasta. Przy Alei Krakowskiej drogi rozchodzą się. Dziękujemy za podwiezienie, zeskakujemy z wozu. Podwoda skręca na Okęcie, a my kierujemy się ku miastu. Aleją Krakowską od Ochoty płynie tłum ludności cywilnej. Jest to końcowy dzień ewakuacji.

Znów idziemy pod prąd, ale natrafiamy w pewnym miejscu na posterunek żandarmerii, strzegący wejścia do Warszawy. Przy ulicy stoi nieduży, pojedynczy dom. Kilka kroków przed nami, na skraju chodnika wyrasta okrągły słup ogłoszeniowy. Zatrzymuje nas żandarm. Jak zwykle jesteśmy w białych fartuchach. Maryla niesie plecak, ja mój szarozielony płaszcz przewieszony na ręku. Tłumaczę, że część chorych gdzieś nam tam – pokazuję w stronę miasta – ugrzęzła. Musimy wrócić, żeby im pomóc. – Nie wolno – ucina żandarm. Na chorych każe nam czekać tu i nie ruszać się z miejsca. Diabli nadali. Stoimy zatem i czekamy, ale nie na żadnych „chorych”, tylko na jakiś pomysł. Od Okęcia nadjeżdża ciężarówka. Żandarm wychodzi na środek jezdni, zatrzymuje wóz i przegląda papiery. Zwraca je kierowcy i przepuszcza auto. – Jest na niego sposób – mówi szeptem Maryla. – Przy następnym samochodzie skoczymy za ten słup. – Tymczasem stoimy nieruchomo i potulnie. Niedługo nawet czekamy na tę kolejną okazję. Gdy żandarm idzie ku jezdni, błyskawicznie znajdujemy się po drugiej stronie słupa ogłoszeniowego. Puszczam siostrę przodem, na ramiona narzucam płaszcz i szeroko rozstawiam łokcie, aby gdy żandarm się obejrzy, nie dostrzegł śladu białych fartuchów. Z obu stron mijają nas ludzie. Środkiem kolumny pod prąd szybko zanurzamy się w tłumie.

Niedaleko Wawelskiej kończy się korowód ludzi opuszczających Warszawę. Przed nami puste ulice. Bocznymi uliczkami Kolonii Staszica dochodzimy do Nowowiejskiej. Przez gmachem Szpitala Okręgowego, zajętym od 1940 r. przez wehrmacht, sanitariusze i pielęgniarki ładują na ciężarówki sprzęt szpitalny. Na nas nie zwracają uwagi. Z placu przed Politechniką skręcamy Lwowską ku Poznańskiej. Zostawiamy chleb dla szpitalika i żegnamy się z Drescherem. Kierujemy się na Śniadeckich 17 do siedziby szefostwa sanitarnego AK. Po drodze widzimy, jak Niemcy przy Wilczej i Pięknej podpalają ocalałe domy. Na Śniadeckich odwiedzamy płk. dr. Leona Strehla. Pułkownik martwi się o los żony i córki. Wie, że razem ze Szpitalem Ujazdowskim przedostały się na Sadybę, lecz słyszał także, że pijani lotnicy niemieccy pastwili się nad miejscową ludnością. Sam w tych dniach jedzie do niewoli z rannymi powstańcami. Uspokajam go, że ostatniej niedzieli widziałam je obie w kościele w Podkowie. Jest uradowany wiadomością. W Podkowie Głównej mieszka rodzina jego żony. Podaje nam adres i przekazuje swój żołd, który jemu nie będzie potrzebny, a żonie i córce może się bardzo przydać. Żegnamy się i wyruszamy z Marylą w drogę powrotną. Słońce zaszło. Zapada szybki zmierzch. Teraz dopiero opustoszałe miasto wygląda przerażająco. Martwota kompletna.

Gdy wychodzimy na Grójecką, jest prawie ciemno. Ruinę miasta podkreślają jeszcze migotliwe języki ognia dogasających tu i ówdzie belek w głębi domostw. Przebiega pod murem zostawiony na łasce losu pies. Gdzie indziej przemyka spłoszony bezdomny kot. Wygląd Ochoty kojarzy się nam z cyklem Grottgerowskich obrazów „Wojna”. Na posterunku żandarmerii, tego koło słupa ogłoszeniowego, ale załoga już inna, okazujemy zaświadczenia z Pruszkowa i mówię po niemiecku, że spieszymy na dyżur nocny do obozu. To oczywiście zupełnie nie tłumaczy naszej obecności w Warszawie. Żandarm w świetle latarki ogląda dokumenty. Widać pieczątka i podpis Worra robią swoje, bo nas przepuszcza. Drogą przez Szczęśliwice i wiadukt kolejki EKD zbiegamy do skrzyżowania torów. W budce ekadowców nikogo już o tej porze nie ma, ale po drugiej stronie toru kolei radomskiej w baraku bahnschutzów pali się światło i blask z okna oświetla tor EKD, wzdłuż którego prowadzi nasza trasa. Jeśli dojrzą nas przez okno, mogą zatrzymać i znów tłumacz się człowiecze, nigdy nie wiadomo, z jakim skutkiem. Och, ten ustawiczny taniec na linie!

Wpada nam pomysł, który powinien chwycić. Obchodzimy barak, wbiegamy po schodkach, stukamy do drzwi. – Bitte – odpowiada głos z wewnątrz. Wchodzimy śmiało do środka. Wokół stołu przy oknie, właśnie przy oknie siedzi trzech umundurowanych strażników.

– Guten Abend – mówię dziarsko – Entschuldigen Sie. Können wir etwas Wasser trinken?

– Bitte sehr – mężczyźni wskazują kubek zawieszony na łańcuszku nad zlewem. Napełniając kubek odwracam się do nich tyłem, żeby nie widzieli, że to tylko pozór, że przez ściśnięte z emocji gardło łyk wody przepycha się jak jajo na twardo łykane w całości. Podaję kubek Maryli zasłaniając ją sobą i widzę, że ona ma te same trudności. Starannie płuczemy kubeczek, zawieszamy na miejscu.

– Danke Ihnen – zwracam się do gospodarzy – Auf wiedersehen – i wychodzimy.

Teraz już ze spokojem możemy przedefilować w smudze światła na torach. Mijamy Raków, Salomeę i zdążamy na ostatnią kolejkę w Opaczu. W Podkowie Głównej odnajdujemy według adresu panią Strehlową. Przekazujemy pieniądze i wiadomość o pułkowniku. Jest wzruszona do łez. Ona też nie miała wieści o mężu, a tu nagle relacja z rozmowy z nim zaledwie sprzed kilku godzin i ta pociecha, że on jadąc do niewoli otrzymał aktualne informacje o nich.

Gdy znów znajdujemy się same przemierzając w ciemności torami ostatni odcinek dzielący nas od domu, uparcie powraca w myślach widok spiętrzonych barykad, zwałów gruzu, wypalonych domów, bez śladów życia, pustych ulic, w których cmentarnej ciszy słychać tylko odgłos naszych kroków. I nagle przypominają się nam nasze sny. Wiosną tego roku w jednym czasie Maryli przyśniło się wymarłe jakieś wielkie miasto, mnie – gwałtowne jak ulewa naloty na Warszawę, po których zostało pustkowie ruin, bez śladu człowieka, z górującą nad tą martwotą jakąś skrzywioną latarnią. Makabryczne sny przyszły, minęły. Rzecz poszła w zapomnienie. To nie były reminiscencje rozmów, gdyż one w tamtym czasie tchnęły pewnym optymizmem. Do zabobonnej wiary w sny nasz stosunek był zawsze negatywny, lecz jak wytłumaczyć u dwóch osób równocześnie wizję, która na kilka miesięcy wyprzedziła rzeczywistość?

Maryla zastanawia się, jak wyjaśnić naukowo stany psychiczne określane mianem „przeczucie”. Mnie, oczytanej w książkach Stanisława Majewskiego, przychodzi na myśl, czy nie zaszło tu zjawisko bioradiokomunikacji. Skoro każdy żywy organizm wytwarza pole elektromagnetyczne, być może jakaś nocna narada, podczas której planowano lub przewidywano zniszczenie Warszawy, zadziałała jako „nadajnik”, a my przy wyłączonej świadomości stałyśmy się przypadkowymi „odbiornikami”. W korowych ośrodkach wzroku powstał, nieco inny u każdej, ale adekwatny do sygnału obraz totalnej zagłady. Kto wie, może złożona przyczyna takich zjawisk zależy od określonych parametrów fal elektromagnetycznych poszczególnych ludzi. A odległość nie odgrywa tu roli. Ta zmiana tematu przynosi nam obu odprężenie. – W każdym razie żaden wróżbita złamanego grosza u mnie nie zarobi – śmieję się otwierając furtkę przed domem. Nazajutrz po południu razem z Jackiem odprowadzamy Misię do jej znajomych w Podkowie Wschodniej. W miejscach ciemniejszych, gęściej zadrzewionych Jacek oświetla drogę latarką. Misia mówi o nim ciepło: – Mój mały świetlik.

Powstanie wybuchnąć musiało z dwóch powodów. Pierwszy to ten, by nie sądzono, że tylko armii sowieckiej zawdzięczamy wyzwolenie stolicy, lecz by wiedziano, że Polacy sami też występują zbrojnie przeciwko niemieckiemu okupantowi. Drugi powód, który się z reguły pomija, to ogłoszenie niemieckie z końca lipca wzywające 100 tysięcy mężczyzn na roboty, czyli wszystkich w przedziale wieku zdolnych do walki, co tym samym pozbawiłoby Warszawę możliwości zbrojnego wystąpienia. Gdy wybuchło powstanie, wojska sowieckie stały z bronią u nogi na wschodnim przedpolu Pragi, mając już swój rząd lubelski i nie mając zamiaru pomagać Armii Krajowej podległej rządowi londyńskiemu. Na nas runęła armia niemiecka. Polacy mieli tylko broń ręczną, trochę granatników przeciwko niemieckiej artylerii, moździerzom, lotnictwu i działu kolejowemu, którego pocisk zamieniał w gruzy kilkupiętrowe domy.

– Walkę prowadzi się dotąd, dopóki są racje polityczne i szanse militarne. Dla przykładu: obrona Westerplatte trwała 7 dni. Mjr Sucharski uwzględniając oba powyższe warunki, nie wydawał na zatratę swoich żołnierzy. Warszawa w 1939 r. skapitulowała po trzech tygodniach. Miasto tworzyło wtedy zwarty teren, otoczony pierścieniem wyszkolonego wojska, z artylerią polową i przeciwlotniczą. Spełnione były oba warunki, lecz brak światła, żywności i wody skłonił rozumne dowództwo do kapitulacji. Powstanie Warszawskie powinno było trwać nie dłużej jak dwa tygodnie. Tymczasem gen. Tadeusz Bór-Komorowski popełnił karygodny błąd ciągnąc walkę przez dwa miesiące. Tym samym bez żadnych szans na zwycięstwo spowodował śmierć wielu tysięcy ofiar, w tym wartościowego elementu pełnych patriotyzmu ludzi – i tych walczących, i ludności cywilnej. Umożliwił Niemcom totalne zniszczenie stolicy i jej skarbów kultury (bibliotek, archiwów, zabytków). Taka ślepota dowódcy powstania sprawia, że ocena gen. Bora- -Komorowskiego, nie tylko moja, jest całkowicie negatywna.

– Nie widzę żadnego powodu do apoteozy Powstania Warszawskiego. Nie widzę go zwłaszcza w sytuacji, gdy warszawiacy pomijają, wręcz ignorują rocznice Powstania Wielkopolskiego z 1918 r., jedynego z polskich zrywów uwieńczonego pełnym zwycięstwem – i to w czasie krótszym – 53 dni – niż tragiczne Powstanie Warszawskie, po 63 dniach zakończone zagładą miasta.

Jestem rodowitą warszawianką, w 1939 r. byłam na froncie północnym, a w Powstaniu Warszawskim też wiele działałam. Lata okupacji upłynęły mi w szpitalach wojskowych: do 1940 r. w okręgowym nr 1, potem w Szpitalu Ujazdowskim oraz na tajnym nauczaniu medycyny (wykłady dla kompletów tajnego UW i UZZ).

Życiorys

c urodziła się w 1916 r. w Warszawie. Po uzyskaniu matury ukończyła w 1936 r. roczny kurs dla Sióstr Pogotowia Sanitarnego PCK. W 1936 r. rozpoczęła studia lekarskie na UW, a w 1938 r. – pracę dydaktyczno-naukową w Zakładzie Anatomii Prawidłowej u prof. E. Lotha.

Brała udział w wojnie 1939 r. w służbie zdrowia Armii „Modlin”, a następnie w obronie Warszawy. W czasie okupacji kontynuowała studia lekarskie w Szkole doc. J. Zaorskiego.

W czasie Powstania Warszawskiego służyła w WSK Śródmieście-Południe. W sierpniu 1945 r. uzyskała absolutorium na Wydziale Lekarskim UW. Pracowała w Zakładzie Anatomii Prawidłowej (1946–1949), a następnie w Instytucie Reumatologii w Warszawie, a od 1950 r. – w Zakładzie Anatomii Czynnościowej, którym kierowała do 1986 r., to jest do emerytury.

Hanna Odrowąż-Szukiewicz uzyskała doktorat w 1951 r., habilitację w 1955 r., a tytuł profesora w 1963 r. Autorka 135 prac i publikacji.

Za swoją działalność uzyskała liczne nagrody i odznaczenia, między innymi Złoty Krzyż Zasługi, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski i in.

Zmarła 11.03.2003.

Źródło

Pamiętnik Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego – Powstanie Warszawskie i medycyna, wydanie II, Warszawa 2003 r.