W Powstaniu:

Od 1 sierpnia 1944 roku sanitariuszka patrolu sanitarnego dowódcy bat. "Miotła" kpt. "Niebory" - Władysława Franciszka Mazurkiewicza - w zgrupowaniu "Radosław". Od 12 sierpnia, po śmierci kpt. "Niebory" - w plutonie "Jerzyki" włączonym do "Czaty 49". Od 3 września w plutonie "Jerzyki" w bat. "Miotła" odtworzonym na ul. Książęcej jako kompania "Miotła". Szlak bojowy: Wola, Stare Miasto, Czerniaków, Książęca.

WSPOMNIENIA Z POWSTANIA WARSZAWSKIEGO

Pierwsze godziny

Kilka dni przed godziną W zapytano mnie w organizacji (Konfederacji Narodu), jaki chciałabym mieć przydział w powstaniu – łączniczki czy sanitariuszki. Byłam wprawdzie w konspiracji łączniczką, ale przeszłam również dobre przeszkolenie sanitarne jeszcze w 1940 czy 1941 r. w drużynie harcerskiej (3. Czerwonej WDH). Zdecydowałam się od razu. W powstaniu chciałabym być sanitariuszką. Wkrótce zostałam zawiadomiona, że do powstania mam przydział do Kedywu jako sanitariuszka w patrolu sanitarnym dyspozycyjnym dowódcy batalionu Miotła kpt. Niebory (Franciszka Mazurkiewicza). Było nas pięć. O tym przekonałam się w ostatnich dniach lipca, gdy zostałyśmy skoszarowane w mieszkaniu Marysi Millerówny (Czarnej Marysi) przy ul. Żurawiej.

Patrol sanitarny dyspozycyjny dowódcy bat. Miotła w godzinie W stanowiły: Wanda Kurzyna-Seredyńska (Wanda), Halina Dudzikówna-Jędrzejewska (Sławka), Zofia Grafczyńska-Muszka (Zosia), Marysia Millerówna (Czarna Marysia), NN (Paulina). Niestety, 29 czy 30 VII ostre pogotowie zostało odwołane i wróciłam do domu. W ustalonej sieci alarmowej byłam w kolejności ostatnia. 1 VIII o godz. 13.00 czy 14.00 przyszedł do mnie do domu chłopiec, zaprzyjaźniony ze mną żołnierz oddziału Mieczyków. Powiedział: „Godzina W dziś godz. 17.00”. Przyszedł, żeby się pożegnać. Byłam szczęśliwa, ale jednocześnie niezwykle zdenerwowana, że dotąd nie dotarła do mnie sieć alarmowa i przerażona, że mogę nie dostać w porę informacji o miejscu zbiórki. Wybiegłam z domu i przesiadając się z tramwaju do tramwaju, dostałam się na ul. Żurawią. Marysię, która w sieci alarmowej była przedostatnia, zastałam w drzwiach. Powiedziała: „Godzina W dzisiaj, godz. 16.50, ul. Wolność 16.” Powiedziałyśmy sobie „Do zobaczenia” – i ja pobiegłam z powrotem do domu.

Dotarłam z trudem, część drogi biegłam, kawałek podjechałam tramwajem, a od placu przy Politechnice Warszawskiej do rogu Filtrowej i Raszyńskiej przewiózł mnie na ramie swego roweru jakiś nieznajomy chłopiec, który także bardzo się spieszył i prawdopodobnie miał wyznaczone miejsce zbiórki na Ochocie, blisko mego domu. Mieszkałam na rogu Wawelskiej i Uniwersyteckiej. Wpadłam do domu, pocałowałam rodziców mówiąc, że powstanie za chwilę się zaczyna. Złapałam swoją torbę sanitarną i pobiegłam. Jechałam tramwajem Okopową, kiedy zaczęła się strzelanina. Motorniczy zatrzymał tramwaj i wszystkich nas wypuścił. Gdy wbiegłam w ul. Wolność, strzelanina była już bardzo wyraźna. Nagle stanęłam. Środkiem ulicy szedł wysoki, bardzo przystojny młody mężczyzna w jasnej bluzie, bryczesach i długich oficerskich butach. Na rękawie miał opaskę biało-czerwoną, a przed sobą trzymał stena. Spokojnym głosem mówił do mieszkańców, którzy zaniepokojeni strzałami wychodzili na ulicę i stali przed bramami swoich domów: – Proszę państwa, proszę cofnąć się do bram, proszę nie wychodzić na ulicę. Tu za chwilę będzie gorąco.

Tym pierwszym powstańcem, którego zobaczyłam był, jak się potem okazało, Bartek (Witold Paszkowski) z naszego batalionu. Wkrótce wszystkie pięć znalazłyśmy się w bramie domu przy kapitanie Niebora (na ul. Wolność lub może na Nowolipkach). Do pierwszego rannego wyskoczyła Wanda i została na środku jezdni ścięta serią ckm. Następnej sanitariuszce kpt. Niebora nie pozwolił już wybiec po tego rannego. Ckm niemiecki miał jezdnię w swoim zasięgu. Wkrótce potem patrol nasz opuściła Paulina. My trzy stałyśmy koło dowódcy. Czułam się bezpieczna słysząc, jak spokojnie i stanowczo wydaje rozkazy. Mało słów, trochę gestów, wszystko wyważone. Kpt. Niebora ubrany był jak cywil – w jasnym płaszczu, tzw. prochowcu, przepasany paskiem, w pumpach i cyklistówce na głowie.

Któregoś z pierwszych dni powstania, może to był 1 VIII, nie wiem, kpt. Niebora posłał mnie z meldunkiem do płk. Radosława (Jan Mazurkiewicz), dowódcy zgrupowania. Mój dowódca powiedział mi, w jakim kierunku mam iść, ostrzegł mnie, z której strony jest ostrzał i że mogę natknąć się na Niemców. Bałam się, że mogę nie dojść, nie znałam zupełnie tej dzielnicy, czułam się zagubiona. Nagle w pewnym momencie, na kilkanaście metrów przed sobą zobaczyłam mężczyzn. Niektórzy w mundurach niemieckich, a jeden był osłonięty niemiecką peleryną polową albo może płachtą ochronną. Zamarłam ze strachu, byłam pewna, że weszłam na placówkę niemiecką. Ale za chwilę usłyszałam polski język, zobaczyłam biało-czerwoną opaskę i odetchnęłam. Jeden z mężczyzn chciał, żebym przekazała jemu meldunek od kpt. Niebory, ale uparłam się, mówiąc, że mam rozkaz przekazać go bezpośrednio płk. Radosławowi. I tak wtedy po raz pierwszy zobaczyłam dowódcę zgrupowania. Po przekazaniu meldunku biegłam znajomą już drogą i byłam bardzo dumna, gdy po powrocie pochwalił mnie Niebora.

Z pierwszych godzin powstania pamiętam również sytuację, w jakiej znalazł się przez jakiś czas szpital polowy batalionu, mieszczący się przy ul. Wolność. Nie potrafię powiedzieć, z jakiego powodu tam się znalazłam, a był to jeszcze dzień, jeszcze było jasno, gdy nagle usłyszałam głos: „Uwaga, czołgi” i zobaczyłam młodego mężczyznę z małym przystrzyżonym wąsem zbiegającego po schodach i wydającego rozkazy: „Butelki z benzyną na górę! KM w drzwi!” Tym dowódcą osłony szpitala był, jak się potem okazało, por. Algajer (Stefan Śledziewski).

„Alkazar”

4 sierpnia w godzinach wczesnych popołudniowych kpt. Niebora otrzymał meldunek, że na placówce na ul. Kaczej w tzw. Alkazarze, który obsadzał oddział por. Szczęsnego (Michała Panasika), po nieudanym szturmie na placówki niemieckie, na przedpolu znajdują się ranni żołnierze oddziału i sanitariuszki, które poszły po rannych. Kpt. Niebora posłał nas dwie, Zosię (Zofię Grafczyńską) i mnie. Dotarłyśmy do „Alkazaru”, zameldowałyśmy się dowódcy oddziału por. Szczęsnemu i w tym momencie usłyszałyśmy: „Czego wy tu gówniary szukacie?” To pytanie postawił zastępca dowódcy ppor. Igor (Jerzy Zabłocki) i zaraz dodał, że nie możemy iść po rannych, bo nie ma żadnych szans dotarcia do nich, dopóki jest jasno i że my obie także tam na przedpolu zostaniemy. Szczęsny powiedział jednak, że jesteśmy sanitariuszkami i do nas należy decyzja, czy iść po rannych, czy nie.

Więc poszłyśmy, a ściślej mówiąc, czołgałyśmy się na brzuchach, najpierw tuż przy sągach drzewa, które nas nieco chroniły, potem trochę chroniły nas cegły ułożone w kilka warstw, ale później była już tylko trawa. Pełzałyśmy wolniutko na brzuchach, nad głowami trzymałyśmy torby sanitarne. Wydawało nam się, że one osłonią nam głowy. Ostrzał był gęsty. Miałam uczucie, że pociski przechodzą mi między włosami, a Niemcy widzą i słyszą każdy ruch naszych ciał. W pewnym momencie – było chyba jeszcze kilkanaście metrów do rannych – usłyszałyśmy dziewczęcy głos: „Ciszej tam, do cholery, nie ruszajcie się”. Jak się później okazało, był to głos sanitariuszki Baśki, która ranna w pośladek leżała na przedpolu. Przestałyśmy pełznąć do przodu i po jakimś czasie Niemcy przestali do nas strzelać. Prawdopodobnie uważali, że nas wreszcie trafili. Leżałyśmy tak do zmroku. Wieczorem oddział por. Szczęsnego rozpoczął ostrzeliwanie placówki niemieckiej bardzo intensywnie, m. in. dlatego, aby móc wynieść zabitych i rannych i umożliwić nam wycofanie. Wtedy również my obie wydostałyśmy się z przedpola.

Do dziś nie rozumiem, jak to się stało, że na tej odkrytej przestrzeni między placówką polską a niemiecką, w biały dzień, nie trafiono nas mimo wielogodzinnego ostrzeliwania.

Śmierć Mściwoja

12 VIII w kilka godzin po opuszczeniu Stawek ruszyliśmy do przeciwnatarcia. Chłopcy szeroko rozrzuconą tyralierą szli przez gruzy w kierunku szkoły na Stawkach. Ostrzał był silny. Teren pokrywał ogień niemieckich karabinów maszynowych. Szczególnie groźny był jednak dla nas ogień granatników i moździerzy. Biegłam za chłopcami przez gruzy przypadając co chwila do ziemi. Dobiegaliśmy już do celu, gdy nagle usłyszałam głos: „Sanitariuszka, sanitariuszka!” Gdy dotarłam do miejsca, gdzie leżał ranny, okazało się, że jest to Mściwoj (Tadeusz Arak), nasz erkaemista. Rzut oka wystarczył, żeby stwierdzić, że jest ciężko ranny. Na rozległą ranę na grzbiecie założyłam opatrunek. Ściągnęliśmy go z pola ostrzału i do szpitala nieśli go na kocu koledzy z oddziału: Szatan (Jerzy Staworzyński), Wszebor (Tadeusz Jędrzejewski), Sęk (Leszek Jakółowski), Wesoły (Kazimierz Milczarek).

Już mniej więcej w połowie drogi między szkołą a murem getta padły dwa pociski z moździerzy. Pierwszy trafił w stertę gruzów i nie przyniósł nam żadnej szkody, następny jednak był celny, odłamki raniły niesionego na noszach Mściwoja. Ciężko ranny został Szatan i Sęk, lżejsze rany odnieśli Wszebor i Wesoły. Nie potrafię powiedzieć, kto zajął się rannymi kolegami niosącymi Mściwoja. Znalazłam kilku cywilnych mężczyzn, którzy zgodzili się przetransportować Mściwoja do szpitala Jana Bożego. Po chwili Niemcy wznowili ostrzał. Cywile postawili nosze i powiedzieli, że nie pójdą ani kroku dalej. Byłam zdeterminowana. Mściwoj musiał znaleźć się w szpitalu. Wyciągnęłam zza paska „hiszpana” – podarował mi go parę godzin wcześniej zastępca dowódcy plutonu Igor (Jerzy Zabłocki) – i zagroziłam, że będę strzelać. Groźba poskutkowała. Dotarliśmy do szpitala Jana Bożego. I tu następna przeszkoda. Dziesiątki rannych, leżących pokotem, oczekiwało na pomoc lekarzy. Trudno było przejść z noszami. Postawiliśmy Mściwoja w najbliższym wolnym kącie. Przepychałam się z trudem do sali operacyjnej czy opatrunkowej i dosłownie ubłagałam jakiegoś lekarza, aby natychmiast zajął się Mściwojem. Byłam zrozpaczona. Z takim trudem donieśliśmy go do szpitala i okazuje się, że on traci tu jakąkolwiek szansę, bo zanim doczeka się pomocy, umrze. Moje argumenty musiały być przekonywające, ponieważ lekarz wydał polecenie przeniesienia Mściwoja natychmiast na salę operacyjną. Stałam pod drzwiami i czekałam. W pewnym momencie drzwi się otworzyły i lekarz dał mi znak ręką, żebym weszła. Mściwoj umierał, był przytomny. Szepnął: „Pozdrów kolegów” i jeszcze dodał: „Pomścijcie mnie”. Wyszłam z sali i zaczęłam płakać.

Podchorąży Mściwoj (Tadeusz Arak), żołnierz konspiracji od 1940 r., partyzant w oddziale por. Tomka (Ostoi-Gajewskiego), uczestnik akcji dywersyjnych w Warszawie, odznaczony dwukrotnie Krzyżem Walecznych, pośmiertnie Orderem Virtuti Militari.

Obrona „Jana Bożego”

25 sierpnia 1944 r. wcześnie rano wyszliśmy z naszej kwatery przy ul. Franciszkańskiej na Starym Mieście obsadzić placówkę w rejonie szpitala Jana Bożego. Dziewięcioosobowa grupa, w której znalazłam się i ja pod dowództwem plutonowego podchorążego Ludwika (Ludwika Śmigielskiego), obsadziła budynek na rogu Bonifraterskiej i Sapieżyńskiej. Ledwie weszliśmy do budynku, zanim zdążyliśmy zająć pozycje, pojawili się Niemcy. Pokryli nas ogniem i co gorsza w polu ich ostrzału znalazło się wejście do budynku, w którym broniliśmy się. A Niemcy byli blisko, w budynku naprzeciwko, po drugiej stronie podwórka. Byli także w budynku po lewej stronie, stykającym się narożnikiem z naszą placówką.

W pewnym momencie Wacuś (Wacek Kaczorowski), który miał stanowisko przy oknie, wysunął nieznacznie głowę spoza osłony z worków. Dostał postrzał w czoło. Koledzy wynieśli Wacka na korytarz, walka trwała dalej. Mijały godziny, Niemcy nie odważyli się na podjęcie decydującego szturmu. Wymiana ognia trwała nieustannie. Ludwik w pewnym momencie poszedł na pierwsze piętro obładowany granatami. Za chwilę słychać było wybuchy i niemieckie krzyki. Tchórz (Zbigniew Chwaszczewski), Wszebor (Tadeusz Jędrzejewski) i Junosza (Edward Sobolewski) poszli do drugiego skrzydła budynku z zapalającymi butelkami na czołg, który podsunął się pod okno. Niemcy chcieli nas wykurzyć za wszelką cenę. Zdobycie tego budynku oznaczało otwarcie drogi na Stare Miasto.

Po południu zaczęło brakować amunicji, nie było już granatów, a Niemcy ciągle atakowali. Wtedy Tchórz zgłosił się na ochotnika, że spróbuje pójść po amunicję. Nie wierzyliśmy, że to się uda. Wejście do budynku było pod nieustannym ostrzałem niemieckim. Udało mu się jednak przeskoczyć, ale wracając obładowany amunicją i granatami przycupnął przy narożniku budynku i czekał, aż przycichnie ogień. Do tego narożnika przylegała przybudówka portiera. Ludwik zdecydował, że odbierzemy amunicję z dachu przybudówki i chciał wyjść przez okno na dach. Ale Ludwik był potężnym mężczyzną i łatwym celem dla Niemców, a ja byłam mała, drobna. Wdrapałam się przez okno na dach tej przybudówki, położyłam się na brzuchu, zsunęłam się maksymalnie w dół i tak odbierałam granaty od Tchórza. No i udało się. Nikt nie został przy tym draśnięty. Broniliśmy się do wieczora. Późnym wieczorem, a może w nocy przyszła na wsparcie grupa miotaczy płomieni. I wtedy Niemcy przycichli. Utrzymaliśmy tę placówkę zgodnie z rozkazem przez 24 godziny do rana, dopóki nie zjawił się inny pluton na zmianę. W momencie gdy opuszczaliśmy budynek pojedynczo, skokami, jeden z naszych kolegów zbytnio się wyprostował. Tak zginął Tadek-fryzjer. Jego nazwiska nie znamy.

Z naszej dziewięcioosobowej grupki zginęło dwóch kolegów – cena, którą zapłaciliśmy za opóźnienie wejścia Niemców na Starówkę. W skład dziewięcioosobowej grupy, która utrzymała placówkę przez 24 godziny, wchodzili: plut. podchor. Ludwik (Ludwik Śmigielski), podchor. Wszebor (Tadeusz Jędrzejewski), podchor. Jantar (Tadeusz Podgórski), podchor. Junosza (Edward Sobolewski), podchor. Tchórz (Zbigniew Chwaszczewski), podchor. Wacuś (Wacław Kaczorowski), kapral Tadek-fryzjer (NN), podchor. Lis (Antoni Wojtyniak), sanitariuszka Sławka (Halina Dudzikówna-Jędrzejewska).

Życiorys

Urodzona 19 X 1926 r. w Warszawie. Ukończyła gimnazjum im. Juliusza Słowackiego w Warszawie, a maturę uzyskała na tajnych kompletach tuż przed wybuchem Powstania Warszawskiego, w lipcu 1944 r. Pracę konspiracyjną rozpoczęła w lipcu 1940 r. w 3. Czerwonej Warszawskiej Drużynie Harcerek. W marcu 1942 r. przeszła do Konfederacji Narodu, włączonej w 1942 r. do Armii Krajowej, gdzie pełniła funkcję łączniczki pod pseudonimem „Sławka”.

Do Powstania Warszawskiego została przydzielona do Kedywu jako sanitariuszka patrolu sanitarnego oddanego do dyspozycji kpt. „Niebory” (Franciszka Mazurkiewicza), dowódcy batalionu „Miotła” w zgrupowaniu „Radosław”. Po śmierci „Niebory” została przydzielona do oddziału por. „Szczęsnego” (Michała Panasika). Brała udział we wszystkich walkach oddziału na Woli, Starym Mieście, Czerniakowie i Książęcej. Została odznaczona dwukrotnie Krzyżem Walecznych.

Po Powstaniu Warszawskim została wywieziona do obozu jenieckiego w Niemczech (Stalag XB Sandbostel, nr obozowy 224292), a następnie przeniesiona do obozu jenieckiego kobiet żołnierzy Armii Krajowej w Oberlangen. Po uwolnieniu obozu została przewieziona z grupą dziewcząt do Holandii, a następnie do Wielkiej Brytanii i skierowana do Pomocniczej Służby Kobiet w Polskich Siłach Lotniczych (WAAF).

W lipcu 1946 r. wróciła do kraju. Jesienią 1946 r. rozpoczęła studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Poznańskiego. W 1947 r. wyszła za mąż za Tadeusza Jędrzejewskiego i przeniosła się do Warszawy, gdzie kontynuowała studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego. W lutym 1952 r. uzyskała dyplom lekarza i w maju 1952 r. rozpoczęła pracę w klinice ortopedycznej, w której pracowała bez przerwy do chwili przejścia na emeryturę. Specjalizację II stopnia w zakresie chirurgii urazowej i ortopedii uzyskała w 1958 r. W 1966 r. obroniła pracę doktorską. Na emeryturę przeszła w 1987 r. Pracę zawodową w niepełnym wymiarze kontynuowała jako specjalista w Lecznicy Spółdzielni Inwalidów „Inspol” do lipca 2000 r.

Po październiku 1956 r. włączyła się aktywnie do pracy społecznej w środowisku batalionu powstańczego AK „Miotła”. Przez wiele lat była przewodniczącą komisji socjalnej tego środowiska. Jako specjalista konsultowała społecznie również członków Związku Inwalidów Wojennych. W czerwcu 1981 r. została wybrana do Prezydium Zarządu Wojewódzkiego ZBOWiD, a następnie przez trzy kadencje pełniła funkcję wiceprezesa Zarządu Wojewódzkiego do spraw socjalnych. W listopadzie 1994 r. została wybrana do Zarządu Głównego Związku Powstańców Warszawskich, w którym powierzono jej funkcję wiceprezesa. Funkcję tę pełni trzecią kadencję. Zajmuje się sprawami socjalnymi i ochrony zdrowia kombatantów.

Za pracę społeczną została odznaczona kolejno Krzyżem Kawalerskim, Oficerskim i Komandorskim Orderem Odrodzenia Polski oraz wyróżniona Złotą Odznaką za Zasługi dla Warszawy. W styczniu 1996 r. została powołana przez szefa Urzędu do spraw kombatantów ministra Adama Dobrońskiego do pracy w zespole konsultacyjno-doradczym do spraw szczególnej opieki zdrowotnej i socjalnej nad kombatantami. W pracach tego zespołu uczestniczy do chwili obecnej.

Źródło

Pamiętnik Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego – Powstanie Warszawskie i medycyna, wydanie II, Warszawa 2003 r. oraz Mur Pamięci Muzeum Powstania Warszawskiego,a także materiały przesłane osobiście przez Panią Halinę Dudzik-Jędrzejewską