W Powstaniu:

Obwód I Śródmieście Powiśle, placówki lecznicze: punkt ratowniczo-sanitarny siedziba: ul. ks. Siemca 2 - Gęsta 1 w „Szarym Domu” ss Urszulanek1 sierpnia do 4 września

s. Franciszka Popiel

KILKA OBRAZKÓW Z ŻYCIA SZAREGO DOMU

  (Warszawa, ul. Siemca, obecnie – ul. Wiślana 2)

 1 VIII – 4 IX 1944 (fragmenty)

 

  

  1. 1.    Nasz patrol

 1 sierpnia 1944 r. – godzina czwarta po południu. Tak jak co dzień rozbrzmiewa w murach naszego domu dzwonek wzywający siostry i domowników na rozpoczęcie trzygodzinnej adoracji Najśw. Sakramentu. Ksiądz Tadeusz Burzyński, chwilowy zastępca ks. Ziei, wystawia Pana Jezusa w monstrancji. Śpiewamy O salutaris. Wtem pada kilka bliskich, karabinowych strzałów. Przy furcie zaniepokojenie. Co to jest? Po chwili nowa seria. Strzały bliższe i dalsze, wybuchy granatów. Zaniepokojenie wzrasta. Niektórzy, nieorientujący się w sytuacji, dziwią się, mówią o manewrach… A jednak sprawa jest jasna. Chwila, od tak dawna przez wielu wyczekiwana, widać nadeszła. Dziś, 1 sierpnia 1944, rozpoczęliśmy powstanie.

(…)Już robota się zaczyna. Przed chwilą wpadł młody człowiek, ranny w nogę. Trzeba przygotowywać punkt opatrunkowy. Tymczasem mamy do dyspozycji salkę jadalną i przedszkole. Gdy się sytuacja trochę wyjaśni, urządzimy punkt w części lokatorskiej, w pokojach po Niemkach. W tej chwili nosimy materace i łóżka do przedszkola. Siostra doktor (Wojno) obejmuje naczelną komendę.

Godzina szesnasta. Podana zostaje wiadomość: na ulicy Gęstej leży ranny, trzeba go przynieść. Czy patrol sanitarny gotów? Tak, jest gotów. Cztery siostry (s. Chodkowska, s. Deymer, s. Bagińska i s. Frankowska) z noszami, s. Płaska jako patrolowa. Wychodzą sznurkiem, jedna za drugą, każda ma torbę sanitarną przewieszoną przez ramię. Siostra Deymer chwyta za nosze i swoim, zawsze trochę tanecznym krokiem, wybiega za nimi. Siostra Płaska zamyka pochód. Schowane za murem przyglądamy się im jeszcze z daleka. Idą prosto, jak świece, odważnie i zda się beztrosko.

W tym samym czasie ktoś daje znać księdzu Tadeuszowi, że jest ranny na ulicy.

– Gdzie?

– Na Gęstej.

– Dobrze. Wziął z zakrystii Oleje św. i tak, jak stał, w komży i białej stule, w której przed chwilą był przy ołtarzu, wyszedł za siostrami trzymając w ręku otwarty brewiarz.

Raptem, tuż, tuż za nimi wybucha granat. Dym, huk, chowamy się na chwilę za ścianę. Wyglądamy na nowo. Ani sióstr, ani księdza nie widać. Musieli się widocznie skryć do bramy. Wytężamy wzrok. Na próżno. Czyżby tak długo czekali? Wtem od strony ul. Ks. Siemca dolatuje rozpaczliwy krzyk kobiecy:

– Ratujcie, ksiądz ranny leży na sąsiednim podwórku!

– Drugi patrol sanitarny gotów? – I ten gotów. Tym razem z noszami wychodzą harcerki. Po chwili wracają wolno dźwigając na noszach naszego ks. Tadeusza. Biała komża broczy krwią, twarz bielusieńka nie do poznania, okryta kroplistym potem. Kładziemy go na stole na salce. Siostra doktor zbadała ranę. Kulka uderzyła w plecy, przeszła przez aortę. Nadziei nie ma żadnej. A jednak trzeba robić, co się da. Siostra doktor wstrzykuje dożylnie glukozę. Ale księdzu o co innego chodzi.

– Spowiedź.

Ksiądz kan. Biernacki oddaje mu swoją kapłańską usługę, po czym przynosi Pana Jezusa. Ksiądz Tadeusz modli się nieustannie:

– Jezu, kocham Cię, Jezu, adoruję Cię.

W pewnej chwili uświadomił sobie, że nie całkiem jeszcze spokojnie odejść może.

– Jeszcze osiem Mszy św. miałem odprawić. Otrzymałem ofiary. Już nie będę mógł. Niech inny ksiądz odprawi.

Ostatniego Namaszczenia nie może ksiądz kanonik udzielić, bo nigdzie nie możemy znaleźć Olejów św. Później dopiero znaleziono je na podwórku, na którym padł ks. Tadeusz. Kulka, która go przestrzeliła, utkwiła w wacie, pozostawiając na niej krwawe ślady. Naczyńko to zostało oddane do Kurii Polowej.

Teraz już puls bije coraz słabiej, wolniej; modlące się wargi przestają się poruszać. Siostry, które licznie zgromadziły się wokoło, poklękały i zaczęły głośno odmawiać modlitwy za konających. W czasie tych modlitw nasz bohaterski ksiądz Tadeusz spokojnie, pokornie i cicho… zobaczył Boga.

2. Na punkcie opatrunkowym

 W nocy, z pierwszego na drugiego sierpnia, straszliwie długiej i prawdziwie koszmarnej, otrzymujemy pierwszą wiadomość, w którą wierzyć się nie chce. Podobno cztery siostry z naszego patrolu zostały zabite, a piąta, ciężko ranna, leży w jakimś mieszkaniu przy ul. Browarnej. Boże, to chyba nie może być prawdą! A jednak siostry nie wracają i Matki naszej też nie ma. I pomyśleć, że to pierwszy dzień, początek, a co dalej będzie?

Jedynym ratunkiem to kaplica i praca. Pracy mamy nawał. Poza rannymi, których jest zawsze u nas kilku, moc przychodzi tylko na opatrunki. Przede wszystkim wszyscy „oczni”. Zwiedzieli się, kto jest naczelnym lekarzem naszego punktu, i coraz liczniej napływają. Wysyłam co rano raport do Grupy „Krybar”[1], meldując ilu mamy rannych. Siostra doktor podzieliła dyżury. W szpitaliku pracują: s. Falewicz, s. Popiel, s. Kuleszanka, s. Tomaszewska[2] i s. Eufemia[3]. Poza tym wraz z nami pracuje dzielnie nasz patrol harcerski.

Siostra doktor musztruje nas nie na żarty i ciągle od początku, niewyczerpana w cierpliwości. Dniem i nocą służy niezmordowanie. Wiele razy budziłam siostrę doktor w nocy, gdy był poważniejszy wypadek.

– Zaraz, już idę, kochanie.

Nigdy nie otrzymałam innej odpowiedzi.

W ostatnim dniu, gdy bomby uderzały i rozwalały sąsiednie domy, a nas w schronie, gdzie dwa dni przed końcem przeniesiono punkt opatrunkowy, wprost dusiło od kurzawy ze ścian – praca przy rannych nie ustawała. Rannych było coraz więcej. Nie wiadomo, kogo pierwszego opatrywać! A robota coraz bardziej utrudniona. Wody i światła już nie ma. Pracujemy przy świeczkach, używając do bardziej precyzyjnej roboty lampki elektrycznej, tzw. bateryjki. W pewnym momencie podmuch bomby gasi świece. Wydaje się jakby coś na głowie usiadło. Zapach prochu i pył cegły zaczyna coraz bardziej dusić. Trzymam w rękach straszliwie porozrywaną nogę jakiejś sanitariuszki, a w głębi serca polecam duszę Bogu, myśląc, że lada chwila będzie koniec. Silny, energiczny głos siostry doktor przyprowadził mnie momentalnie do przytomności.

– Nie gapić się, zapalić światło, podać rivanol.

I znowu praca idzie dalej.

Rivanol, steril, lignina, bandaże, uścisnąć, trzymać, kłaść, rozbierać… Pracowało się już całkowicie spokojnie, nie wpadając w „kontemplację”, bo czyż się człowiek nie modlił, gdy miał ciągle przed sobą cierpiącego, skatowanego Pana Jezusa, któremu mógł przyjść w tych Jego członkach bolejących z pomocą?

3. Nasza „Baśka”

 Nabożeństwo wieczorne dobiega końca. W kaplicy, jak zawsze, tłoczno. Siostra Alojza[4] pilnuje tylko, by nikt nie klęczał zbyt blisko okna. Śpiewamy Tantum ergo, gdy wtem huk straszny szarpnął powietrzem i sercami. Szyby lecą. W kaplicy robi się szaro od wapiennego kurzu. Po chwili dwa nowe wybuchy. To wszystko granaty. W kaplicy wśród ludzi lekki popłoch. Śpiewamy coraz głośniej. Nikt już nie myśli o gregoriańskim ściszaniu końcówek. Ksiądz kanonik Biernacki przesunął z lekka klęcznik ku ścianie i trwa na swym kapłańskim posterunku. Lecz obowiązek woła. Trzeba zobaczyć, czy ktoś nie jest ranny. Po drodze dają znać, że jeden z granatów zabił na podwórku małą Krysię [Żmijewską]. Głowa całkowicie strzaskana, tak że i opatrzyć nie ma co. Siostra Owczarzak, która w momencie wybuchu była również na podwórzu, cudem Bożym tylko leciuchno została draśnięta.

Do schronu wniesiono w tej chwili kogoś na noszach. Głowa całkowicie zawinięta bandażami, ale po szarej, skrwawionej sukience i naszywkach widać, że to nie zwykły „cywil”. Koleżanki otaczające ją oznajmiają, że to „Baśka”[5], ich najdzielniejsza sanitariuszka.

– Jaka rana?

Nie wiedzą. Cała twarz krwią zalana. Siostra doktor daje polecenie rozwinięcia. Im dalej, tym więcej krwi. W końcu odchylenie krwawego opatrunku. Jedno spojrzenie siostry doktor i rozporządzenie:

– Zawinąć z powrotem. Tu nie będziemy nic ruszać. Niech siostra na górze przygotuje wszystko do operacji. Będziemy szyć.

W szpitaliku uprzątnięto już potłuczone szyby, pozmiatano i pościerano kurz. Siostra doktor zabiera się do roboty. Operacja trwała 20 minut. Szycie na żywego i to jakie szycie! Oko wyrwane, szczęka naruszona, długi szew ciągnie się od czoła przez oko aż do policzka. „Baśka” leży nieruchoma, ale całkowicie przytomna. Ani jednego jęku. Raz tylko zapytała:

– Pani doktor, długo jeszcze tego szycia?

– Zaraz, kochanie. I rzeczywiście operacja szła bardzo składnie. Palce siostry doktor związały ostatni szew, teraz tylko opatrunek i rozmowa. Siostra doktor wzruszona anielską cierpliwością Baśki, nie może się powstrzymać od wyrażenia serdecznego uznania.

– Czyż mogło być inaczej – mówi wolniutko zmęczona sanitariuszka – przecież jestem z AK. Ale coś ją niepokoi.

– Siostro doktor, czy ja będę miała oko?

Siostra doktor patrzy na mnie z takim bólem. Przecież tam z oka ani śladu!

– Zobaczymy, kochanie. W każdym razie tym drugim będzie pani dobrze widziała.

Ale to Baśce nie wystarcza.

– Niech siostra doktor powie wszystko wyraźnie, ja nie będę płakać, na pewno.

Ona nie będzie płakać, ale siostra doktor ma łzy w oczach.

– Moje kochanie drogie, tego oka już nie uratujemy.

– To nic. Trudno. Nie ja jedna. Wola Boża.

Tak, wola Boża. To było wszystko. Żadnego jęku, żadnego wyrzekania. Przenosimy ją na łóżko do pokoju obok. Ja zostaję przy niej, bo siostra doktor poleca czuwać. Leży cichutko, osłabiona bólem, upływem krwi i ostatnimi wrażeniami. Mówić jej trudno. Puls słabnie. Zapytuję, czy nie chciałaby się wyspowiadać i przyjąć Komunię św., zwłaszcza że ks. Pisarski[6] zajrzał przed chwilą do szpitalika, pytając, czy ktoś nie potrzebuje jego posługi. „Baśka” chętnie się zgadza. Po spowiedzi towarzyszę księdzu, który idzie do kaplicy po Pana Jezusa. Jest dwunasta w nocy. Idziemy powoli, bo trzeba uważać, by kogoś po drodze nie rozdeptać. Na korytarzach, salce, nawet przed kaplicą ludzie pomęczeni śpią pokotem. Małym, niebieskim światełkiem elektrycznej lampki oświetlam tabernakulum, by ksiądz mógł choć cośkolwiek dojrzeć, i wracamy cicho tą samą drogą. Obok pomęczonych, rozespanych, słabych ludzi idzie Bóg żywy… Przypomina mi się w tej chwili getsemański Ogrójec. Tam też uczniowie spali, bo oczy ich były obciążone.

„Baśka” tylko małą cząstkę Hostii mogła przyjąć, bo w ustach rany straszne, połykać trudno. Modli się po cichu, a potem leży bez ruchu. Wtem zwraca się do mnie, mówiąc:

– Siostro, jaki Bóg dobry. Mógł mi zabrać nogę albo rękę, a On mi zabrał tylko oko. A po chwili:

– I zresztą, to też dla mojego dobra. Może mając dwoje oczu miałabym więcej pokus, byłabym gorsza, a tak odjął mi Pan Jezus te trudności. Jaki On dobry!

Taka była nasza „Baśka”.

 

4. Powrót Matki

 Dzień przechodził za dniem. Każdy ciągnął się i dłużył, każdy ciążył jakimś dziwnie przygniatającym ciężarem. Praca szła, ale jakoś tak beznadziejnie męczyła. Przy każdym spotkaniu zawsze to samo pytanie:

– Gdzie może być nasza Matka (Generalnej)? Co się z nią dzieje? I co ją tu u nas czeka, skoro przyjdzie?

Co do patrolu naszych sióstr już nie mamy żadnych złudzeń. Cztery są u Boga, s. Płaska, przeniesiona do nas, walczy jeszcze ciągle ze śmiercią. Ksiądz Burzyński[7] już pochowany… Mijały dni, a Matki naszej nie ma.

Pewnego dnia trochę jaśniej zrobiło się w Szarym Domu. Młody podchorąży Krzysztof zjawił się u siostry doktor (wiadomo, z okiem). Drugim jednak widział na tyle, że gdy pierwszy ból minął, uśmiechnął się zadowolony.

– Takie same siostry przyszły mi z pierwszą pomocą, tam, na Oboźnej, gdzie mnie ten przeklęty odłamek trafił.

Oczywiście, zasypałyśmy go pytaniami: Gdzie? Kiedy? Jak siostry wyglądały?

Słuchając jego relacji nie miałyśmy już wątpliwości – te dwie siostry to nie kto inny, jak nasza Matka i s. Górska. I pomyśleć, że są tak blisko, a nie mogą tu dotrzeć. Dopytujemy na wszystkie strony, czy nie można się tam żadną miarą dostać. Istotnie, nie można. Jedyną możliwą drogę tarasuje straszny „tygrys” lub inna „pantera”, tak że o przejściu mowy nie ma.

W dzień potem, gdy się już ściemniało, coś, jakby iskra elektryczna, przeszło przez wszystkie piętra naszego domu.

– Matka jest po przeciwnej stronie ulicy Dobrej, można ją widzieć, czeka wraz z s. Górską na stosowną chwilę, aby przebiec ulicę!

I niedługo nasza Matka tam czekała. Już po chwili w domu radość nieopisana.

– Matka nasza przyszła. Już jest z nami! (…)

Ostatniego dnia naszego pobytu na Gęstej, gdy już wojsko od nas odeszło, pozabierano rannych i już było całkowicie jasne, że lada chwila wkroczą do nas „Szwaby”, zebrała nas Matka wszystkie na dole, w spiżarni. W kilku słowach zorientowała nas w obecnej sytuacji, zaznaczając, że sama ze wszystkimi profeskami zostaje w domu. Postulantkom i kandydatkom zostawiła całkowitą swobodę wycofania się w głąb miasta – za naszym wojskiem. Siostry mają się natychmiast zabrać do porządkowania domu, aby nas nie zastano w brudzie i rozgardiaszu. Mamy też pamiętać o adorowaniu Pana Jezusa przeniesionego z kaplicy do piwnicy. Stanie się tylko to, co On Jeden zechce, nic więcej.

Czujemy się wszystkie wzruszone, szczęśliwe i tak bardzo złączone ze sobą i zjednoczone w Jezusowym Sercu. Postulantki i kandydatki zostają z nami, jak jeden mąż. Wszystkim nieomal wesoło na duszy. Rozbiegamy się do swych prac, aby za chwil kilka, długim szeregiem, obstawionym przez niemieckich żołnierzy, wychodzić pod przymusem z naszego domu. Matka stoi przy furcie spokojna, pogodna, i – jak zawsze, tak i w tej chwili – pilnuje porządku.

POPIEL Chościak-Popiel] Antonina Maria, m. M. Franciszka od Dzieciątka Jezus, ur. 19 VI 1916 w Wójczy (par. Biechów), pow. Busko Zdrój, woj. kieleckie, Urszulanka Serca Jezusa Konającego, wst. 1 VI 1937 w Warszawie, zm. 16 VIII 1963 w szpitalu we Wrześni.

Córka Michała Stanisława Ignacego i Jadwigi z Mańkowskich. Pochodziła z rodziny ziemiańskiej, znanej z religijności i powiązań z najznakomitszymi polskimi rodami. Z rodziny tej wyszło wielu księży i osób zakonnych, wśród nich abp warszawski Wincenty Teofil Chościak-Popiel (1825-1912). Miała 5 rodzeństwa. Najstarszy brat Jan został jezuitą, młodsza siostra Maria – również urszulanką SJK (s. Teresa). Po ukończeniu w 1934 Gimnazjum Zgromadzenia Najśw. Serca Jezusowego w Zbylitowskiej Górze odbyła roczne studia katechetyczno-społeczne w Brukseli (Belgia). Za pośrednictwem ks. Konstantego Michalskiego poznała Matkę Urszulę Ledóchowską, Założycielkę Urszulanek SJK i na kilka miesięcy wyjechała do Rzymu, gdzie przebywała pod jej opieką. Matka Założycielka widocznie wyczuwała w niej powołanie zakonne, gdyż wprowadzała ją osobiście w duchowość Zgromadzenia i zapoznawała z Konstytucjami. Do Zgromadzenia została przyjęta w wieku 21 lat. Po miesięcznym pobycie w Pniewach została skierowana do pracy w gospodarstwie rolnym, ofiarowanym Zgromadzeniu przez rodzeństwo Skirmunttów w Mołodowie na Polesiu. Po zajęciu przez Armię Czerwoną terenów wschodnich siostry musiały opuścić Mołodów. Znalazła się na czele grupy sióstr, próbujących przedostać się do Warszawy. W domu warszawskim i ożarowskim przebywała od 7 XI 1939 do 4 IX 1944. Studiowała na tajnych kompletach Sekcji Społeczno-Oświatowej Wydziału Pedagogicznego Wolnej Wszechnicy w Warszawie. Po przedstawieniu pracy egzaminacyjnej Praca społeczna siostry parafialnej, uznanej za celującą, i po zdaniu egzaminu uzyskała 4 VII 1944 świadectwo ukończenia 2-letniego kursu. Wykładała w tajnym liceum pedagogicznym, prowadzonym przez Zgromadzenie. W czasie powstania warszawskiego pracowała w punkcie sanitarnym dla powstańców, zorganizowanym w Szarym Domu (nazwa domu na Gęstej, ob. Wiślanej) pod kierunkiem s. dr Edwardy Wojno. Przez cały okres okupacji brała udział w polskiej akcji podziemnej Wojskowej Służby Kobiet w randze podporucznika. Odznaczona została Złotym Krzyżem Zasługi z Mieczami (1944), Krzyżem AK (Londyn 1972) i czterokrotnie Medalem Wojska (1948). Po powstaniu warszawskim została wraz z siostrami wysiedlona z Warszawy. Przebywała w Milanówku, opiekując się chorymi, wywiezionymi ze stolicy. 15 X 1944 wyjechała do Kielc. Od 29 V 1948 przebywała w Pniewach. Była asystentką przełożonej domu, a w 1950-1954, po upaństwowieniu pniewskiego gospodarstwa rolnego, podjęła wraz z dużą grupą sióstr pracę w PGR-ze. Na kapitule generalnej w 1953 została wybrana IV asystentką generalną, a w 1954 podjęła ponadto funkcję przełożonej domu i centrum pniewskiego. Po śmierci przełożonej generalnej, m. Brygidy Rodziewicz, 11 XII 1955 została wybrana przełożoną generalną W 1960 została przewodniczącą Konsulty Przełożonych Wyższych Żeńskich Zgromadzeń Zakonnych w Polsce. Jej działalność na tych stanowiskach zbiegła się z wielkimi wydarzeniami w życiu Kościoła powszechnego i polskiego. Był to intensywny okres przygotowań do Soboru Watykańskiego II i związanego z nim ruchu accomodata renovatio, a w Polsce czas przygotowania do Millennium – okres Wielkiej Nowenny. Sprawy te zajęły wiele miejsca w jej działalności. Zresztą, Kościół i Zgromadzenie nie były niej rzeczywistościami alternatywnymi. Zgromadzenie – w myśl wskazań Matki Założycielki – chciała widzieć w sercu Kościoła. Pragnęła uczynić je jak najbardziej pożytecznym dla Kościoła i dostosować do potrzeb współczesnego świata. Interesowała się nowymi prądami w Kościele. Poznawała z bliska różne nowe formy życia zakonnego i życia religijnego w ogóle, których wiele wówczas zrodziło się w krajach Europy Zachodniej. Chodziło jej o to, by w najwłaściwszy i najbardziej korzystny dla Kościoła sposób realizować niezmienne i stałe wartości życia zakonnego. Swymi projektami i doświadczeniami dzieliła się z innymi zgromadzeniami. Dużo pracowała na terenie międzyzakonnym. Kierowała Zgromadzeniem w czasach, gdy sytuacja polityczno-społeczna wymagała wielu przeobrażeń w dotychczasowym stylu życia i pracy sióstr. Podejmowała szybko decyzje i nie bała się zmian, nie cofała się przed trudnościami. Życie zakonne pojmowała jako całkowitą ofiarę z siebie w służbie Bogu i braciom. Sama była wzorową zakonnicą. Była wymagająca w stosunku do siebie i umiała żądać ofiary od innych. Jako przełożona generalna, przebywała w domach Zgromadzenia we Włoszech i Francji (1957, 1959-1960). Uczestniczyła w pierwszej ekshumacji ciała Matki Założycielki i w uroczystym przeniesieniu ciała do kaplicy domu generalnego w Rzymie. Przetransponowała na grunt polski prawie nieznany jeszcze wówczas w kraju rodzaj pieśni i piosenek, rozpowszechnionych później jako Ewangelia w piosence. Przywoziła płyty z nagraniami utworów ks. J. Gélineau, o. Duvala, Cocagnaca czy Soeur Sourire. Tłumaczyła ich teksty na jęz. polski, a melodie przekazywała zarówno siostrom, jak i klerykom w seminariach za pomocą adaptera bądź magnetofonu. Mimo pogarszającego się słuchu chętnie sama włączała się w śpiew, zwłaszcza gregoriański, i osobiście prowadziła chór w domu macierzystym. Tłumaczyła teksty Michela Quoista, które były drukowane w „Przewodniku Katolickim” (Panie, dlaczego przykazałeś mi kochać, 1958 nr 17; W niedzielny wieczór, 1958 nr 25; Mam czas… 1958 nr 26; Spojrzenie, 1958 nr 28; Synu, błagam cię – nie śpij! 1958 nr 33; Chciałbym się wspiąć bardzo wysoko, 1958 nr 42; Kocham dzieci, 1959 nr 2; Ale on!… Ale ona!… 1961 nr 31). Tajemnicą i podstawą jej bogatej i płomiennej działalności było zjednoczenie z Bogiem. Hasło jej życia – franciszkowe Bóg mój i wszystko moje – nie pozostało w sferze teorii. Obdarowana ludzkimi i nadprzyrodzonymi przymiotami umysłu i serca, była osobą pokorną, miłującą ubóstwo i prostotę, a przede wszystkim w jakiś szczególny sposób zatopioną w Bogu. Była człowiekiem modlitwy i czynu. Była inicjatorką ogłoszenia Maryi Królową Zakonów (11 XI 1961) oraz nawiedzania domów zakonnych przez obraz Matki Bożej Częstochowskiej (1962). Uwrażliwienie na problemy społeczne, umiłowanie Kościoła i Polski oraz postawa życiowa zjednywały jej serca zarówno sióstr, jak i duchowieństwa, a także dalszego otoczenia. Była w pełni sił twórczych, gdy nagła śmierć zabrała ją w 47 roku życia. Jadąc samochodem z Poznania do Warszawy (pozwolenie na prowadzenie auta miała od 1959), uległa wypadkowi w Węgierkach k. Wrześni. Zawieziona do szpitala, zmarła po 3 godzinach, zaopatrzona sakramentami św. Razem z nią zginęła jej asystentka s. Urszula Kuleszanka. Pogrzeb odbył się 21 VIII 1963 w Pniewach przy udziale 7 biskupów, 116 kapłanów, 120 sióstr zakonnych z 30 zgromadzeń oraz członków rodzin obu tragicznie zmarłych. Żal był powszechny, powszechnie też wyrażano opinię o jej świętości. Kard. Stefan Wyszyński, Prymas Polski, napisał: Zachowała w sercu naszym głęboką wdzięczność. W połowie życia upomniał się o Nią dla Siebie Najwyższy Pan i Dawca życia… Miał do tego prawo, bo urzeczywistniła w sobie ideał, któremu służyła ta wierna Sługa Zgromadzenia Serca Jezusa Konającego. Jak Jej Mistrz – Droga, Prawda i Życie – odeszła wśród drogi. Spoczywa na cmentarzu urszulańskim w Pniewach.

Była autorką referatów w: „Caritas Christi”, Biuletyn charytatywny diec. w Kielcach, Teczka nr 974 (mps); Osobowość i cechy charakterystyczne współczesnej mistrzyni nowicjatu, Warszawa 1958, oraz artykułów: Jezusowe Dudki, „Posłaniec św. Urszuli” 1946 nr 2; Kilka obrazków z życia Szarego Domu, 1 VIII – 4 IX 1944, w: Szary Dom w Warszawie, seria: Ocalić od zapomnienia, Warszawa 1998, jak również wspomnień o Matce Założycielce: Program, w: Miłość krzyża się nie lęka…, Warszawa 1991; Matuchna a Pius X (mps). Listy i okólniki do Zgromadzenia wydane zostały w zbiorze: Listy do Sióstr 1955-1963. Wybór, seria: Ocalić od zapomnienia, Warszawa 2004.

¨ Baraniak A. abp, Służebnice Pańskie, „Przewodnik Katolicki” 1963 nr 38. Dąbrowski B. bp, List w związku z 10 rocznicą śmierci m. Franciszki Popiel, „Szary Posłaniec” 1973 nr 27. Górska A. m., Matka Franciszka Popiel, „Gość Niedzielny” 1964 nr 32. Górska A. m., Słowo wstępne do numeru poświęconego m. Franciszce Popiel, „Szary Posłaniec” 1964 nr 3. Górska A. m., „Przyjaźń z człowiekiem największym darem nieba dla ziemi” – wspomnienie o Matce Franciszce Popiel, „Szary Posłaniec” 1988 nr 51. Górska U. s., Orsolina del S. Cuore di Gesù Ag., Superiora generale e presidente dell’U.S.M.I. polacca: M. Francesca Popiel, „Rivista delle Religiose” 1964 nr 8-9. Kadencja M. Franciszki Popiel, przeł. gen. w latach 1955-1963, w: Zgromadzenie Sióstr Urszulanek SJK. Szkic historyczny – stan aktualny 1920-1980, Poznań 1981. Kielce 1945-1947 (mps). La morte della Madre Popiel, „L’Osservatore Romano” 1963 nr 2. M. U. Ledóchowska, Kronika Zgromadzenia Sióstr Urszulanek SJK, Warszawa 1992. Matka Franciszka Popiel, „Przewodnik Katolicki” 1963 nr 38. Popiel Fr. m., Listy i okólniki do Zgromadzenia, 1955-1963 [Warszawa 1964, mps]. Molin J.B. Fr., Amitié franco-polonaise, „Chronique des frères missionnaires et des soeurs des campagnes” 1964 nr 67. Piaszyk M., ursz. SJK, Zakony żeńskie w Polsce międzywojennej, Lublin 1978. Popiel Fr. m., Nauki i opowiadania, Warszawa 1965 (mps), Popiel Fr. m., Życiem całym świecić, wyznawać miłość. Listy do Zgromadzenia, Warszawa 1988. Rostworowski Piotr OSB, Była rzeczywiście jakąś łaską Bożą, „Szary Posłaniec” 1964 nr 3. Sobczak B. s., Ostatnia droga m. Franciszki Popiel (wspomnienie napisane po 25 latach), „Szary Posłaniec” 1988 nr 51. Sułowska T. s., Matka Franciszka Popiel USJK, „Przewodnik Katolicki” 1993 nr 36. W hołdzie naszym zmarłym. Listy kondolencyjne (mps). Willa Z. ks., Na szerokiej drodze, „Szary Posłaniec” 1964 nr 3. Zawsze w prawdzie: Matka Franciszka Popiel, Urszulanka SJK, 1916-1963, zebrała i opracowała s. Teresa Sułowska, ursz. SJK, Warszawa 1991. [Zdybicka J. s.,] Matka Franciszka Popiel, „Tygodnik Powszechny” 1963 nr 38.


[1] Zgrupowanie AK „Krybar”, walczące na Powiślu, którego dowódcą był kpt. Cyprian Odorkiewicz pseud. Krybar (1901–1966). Zgrupowanie podejmowało m. in. próbę zdobycia silnie umocnionego rejonu Uniwersytetu Warszawskiego.
[2] Irena Tomaszewska, imię zakonne Franciszka, wyst. w 1950 r.
[3] Anna Tomscha (1905–1985), w Zgromadzeniu s. Eufemia.
[4] Leokadia Wachowska (1902–199), w Zgromadzeniu s. Alojza.
[5] „Baśka” – brak danych.
[6] ks. Kazimierz Pisarski, salezjanin.
[7] ks. Tadeusz Burzyński (1914–1944), kapłan diec. łódzkiej; był studentem UW i kapelanem sióstr urszulanek SJK.
Źródło

materiał nadesłany przez m. Jolantę Olech USJK oraz Bożena Urbanek Pielęgniarki i sanitariuszki w Powstaniu Warszawskim w 1944r. Warszawa 1988. PWN