W Powstaniu:

ul. Widok 7; szpital ul. Chmielna 28 hotel "Terminus" od 1 sierpnia do 3 października.

Z pamiętnika pielęgniarki

2/3 SIERPNIA 1944 ROKU

Dziwne  jest zawsze uśpione o świcie miasto, wszystkie jego odgłosy w ciszy, kroki zapóźnionych przechodniów, stukanie otwieranych bram, szum mioteł na chodnikach, a potem ż daleka odgłos nadjeżdżającego tramwaju, jakiś rosnący w górę, jakby grający w narastającą szybkość. Wszystko to jak wizja stanęło mi w uszach i mózgu. Kiedy znów zadźwięczą te same odgłosy w Warszawie?.. Inne dźwięki budziły moje ukochane miasto w ten poranek 3 sierpnia 1944 roku. Teraz słyszałam jakieś kocie skradanie się i ciche rojenie się czuwających ludzi, a gdzieś z daleka oddzielne strzały, a ‘jeszcze gdzieś głuche dudnienie …Są odgłosy, których nie zapomina się nigdy, mimo że obraz się zaciera …

Przedostałam się między podwórzami, wylądowałam na Chmielnej, spokojnie przeszłam przez ulicę i weszłam do hallu hotelu “Terminus”, od tej .chwili szpitala powstańczego.

Flagi na bramach dostojnie i uroczyście spływały, oświetlone pięknie wschodzącym słońcem. Byłam w Wolnej Polsce na 63 dni.

Hotel “Terminus”, Chmielna 28, był starą, czteropiętrową budą· Jako hotel był to zakład trzeciorzędny, o fatalnej opinii pokoi wynajmowanych na godziny. W chwili obejmowania przez nas nie było tam żadnych lokatorów. Urządzony był bardzo prymitywnie, ale w każdym razie było pod dostatkiem łóżek, pościeli, dwie łazienki i mała kuchnia. Zdecydowałyśmy uruchomić na razie 60 łóżek; dla łatwiejszej obsługi wszystkie sale chorych mieścić się miały na pierwszym i drugim piętrze. Tam także, w największym najjaśniejszym pokoju, miała być sala operacyjna, obok pokój opatrunkowy i przygotowawczy.

Roboty jest dużo, układam program dyżurów i pracy na Sali operacyjnej. Dr Josek (Janina Krzyżanowska) dr Głowacki (Tadeusz Dzik) zestawiają pogruchotaną nogę i zakładają gips. Pierwszy nasz ranny nazywa się inż. Czesław Badowski -cywil.

Biją się w dalszym ciągu o „Żywiec” na rogu Marszałkowskiej Alei. Nasi wycofali się do restauracji „Bachus” na rogu Widok, przy Marszałkowskiej, ciągle atakują „ Pastę” i walczą o pocztę główną. Chmielną przechodzi jakiś oddział, ubrany jak na maskaradę, część ma hełmy oraz broń, reszta jak się da, obsadzają bramę Chmielna 32 róg Marszałkowskiej. Dowodzi nimi porucznik  „Gustaw”, o którym mówi się „nasz”. Nad wieczorem pierwszy nalot, samoloty krążą, przelatują nad nami i lecą dalej, po kilku minutach detonacje w okolicach placu Napoleona.

            Jest prawie ciemno, kiedy przynoszą nam ciężko rannego. Na noszach leży kształt doszczętnie przykryty wapnem i gruzem. Z prawej zmiażdżonej nogi ciurkiem cieknie krew. Pomiędzy hełmem a twarzą pełno gruzu. Przygotowania do natychmiastowej operacji. W czasie, kiedy lekarze się myją, a Anita (Anna Perini) gotuje narzędzia, Marynka i ja usiłujemy rozebrać i umyć chłopca, który jest nieprzytomny. Ja tnę na nim resztki łachów, Marynka doprowadza do porządku twarz, która jest właściwie jedną raną. W ustach, w nozdrzach, w uszach pełno gruzu, który trzeba usunąć, żeby można było podać narkozę. Najgorzej jest z oczami – powieki zupełnie poranione, a pod powiekami też gruz. Chłopak odzyskuje przy tej toalecie przytomność i zaczyna jęczeć i krztusić się. Marynka cierpliwie obmywa twarz i oczy, które się nie otwierają. Po rozcięciu ubrania pokazują się jeszcze głębokie rany na piersiach i rękach. Przenosimy go we trzy i kładziemy na stole operacyjnym. Dr Josek daje narkozę, Anita asystuje, ja trzymam przeznaczoną do amputacji nogę w bucie. Noga do kolana jest zrobiona na marmoladę. Sprawnie ,idzie amputacja. Robi mi się mdło i siłą woli panuję nad sobą, aby się nie przewrócić. Wreszcie ostatni zgrzyt piłą o kość – mam zamknięte oczy i czuję tylko, jak mi noga zostaje w ręku ( … )

Operowany chłopiec nazywał się Adaś Kraiński. Był z oddziału sztabowego płk. ..Montera”, który kwaterował tego dnia w hotelu „Victoria”, przy ul. Jasnej. Placówka ta była bombardowana tego popołudnia z samolotu i częściowo zniszczona

W chwilę: po Adasiu przynieśli spod „Żywca” znów ciężko rannego. Chłopiec około lat 16, ładny. Ma postrzał brzucha. Nazywa się Rysio. Jest już po zastrzyku z morfiny, leży cicho i czeka swojej kolejki, jak się skończy z Adasiem. Chwila odprężenia dla lekarzy w czasie szykowania narzędzi i znów ciężka operacja.

Są to specjalnie trudne chwile dla personelu ci pierwsi ranni: potem narastała na nerwach skorupa I nie przeżywało się już tak boleśnie i Intensywnie. Po prostu odruch obrony – Inaczej by człowiek zwariował.

Na opatrunkowej kilku lekko rannych. z którymi radzi sobie Elżbieta l dr Irena (Irena Cywińska),

Jest około 11-tej wieczór. Zajadłe jazgotanie koło „Żywca”. który w dzień odbijają Niemcy, w nocy przepędzają ich nasi i tak w kółko. Łącznik spod „Żywca” żąda patrolu sanitarnego. Beata Idzie na całą noc z dwiema parami noszy i pełnym patrolem. Oby nie były’ potrzebne…

Mały Rysio przeniesiony już na salę operacyjną; rozbierają go, dr Josek głaszcze go po głowie i całuje w czoło. Chłopiec oświadcza: „ja się nie boję”. Lekarze zaczynają się myć, będzie asystować dr Josek. Dr Irena daje narkozę. Jak na taką poważną Iaparatorntę, diablo słaby zestaw, Dobrze. że Anita jest tak wysoko kwalifikowana, spokojna i opanowana. Drzwi sali operacyjnej zamykają się. staję przy wejściu na korytarz i pilnuję. Ma być bezwzględna cisza. Opieram się o ścianę i modlę się.

Przyszła na nocny dyżur Irena – zostawiam ją przy Rysiu. Sama obchodzę szpital. Wszystko zasypia. Na ulicy prawie cicho. Szpital zasypia t wojna też …

5 SIERPNIA

Rysio umarł nad ranem, pierwszy w szpitalu … co za dojmujący ból! Boże, w ogóle co za dzień …Całą noc trwała ostra strzelanina. Znów kołomyjka o “Żywiec” i o przejście przez Aleje, to znów gdzieś na naszych tyłach, na Marszałkowskiej. Całą noc – opatrunki i znów dwa bardzo ciężkie postrzały, jeden – strzaskane przedramię, ranny nazywał się Kosieradzki, jest z zawodu konduktorem na EKD.

Przyniesiono go bez koszuli, ale za to w służbowej czapce. Pamiętam go, ponieważ długo pozostawał w naszym szpitalu, był niezwykle pogodny i niekłopotliwy’ i bardzo nam pomocny w utrzymywaniu równowagi wśród rannych w dniach grozy.

………………………………………………………………………………………………………..

Drugi – rana podudzia i znów strzaskana kość. Od rana znoszą rannych z ataku na Pastę, który się niestety nie powiódł. Przyszedł wówczas również ranny kpt. „Żmudzin” (Bolesław Kontrym), który ze swoim oddziałem przeprowadzał atak na Pastę·

Rana jego nie jest groźna, choć mu na jakiś czas unieruchomi rękę. Przy opatrunku rozmawiamy. Chcę się dowiedzieć, jak stoją nasze sprawy. Wygląda, że nie nadzwyczajnie… Zgrupowanie “Radosława” wycofuje się z Woli w kierunku Starówki z dużymi stratami. W skład tego zgrupowania wchodzi batalion Zośka” i Czata 49″ a tam walczą nasi chłopcy. ( … ): “Żmudzin”, opatrzony i napojony prawdziwą herbatą. żegna się z nami. Na opatrunki będzie chodził do PKO, tam mu bliżej. Kwateruje gdzieś w pobliżu Gazowni na Kredytowej.

Przynoszą ciężko rannego Niemca. Żandarm – nazywa się . Jeschke. Mówi po polsku ł stara się w nas naturalnie wmówić, że jest Polakiem zmobilizowanym przymusowo do niemieckiego wojska. Jest potwornie przerażony. Pochodzi z tego oddziału. który wdarł się tej nocy na naszych tyłach na Marszałkowskiej 118 i wymordował 20 kobiet i dzieci.. Dom został odbity przez powstańców. ale niestety za późno. Wzięto tam dwóch Niemców, z których jeden ranny – właśnie Jeschke i sześciu Ukraińców. Wstręt, jaki nas ogarnął. jest nie do opisania… W końcu jednak zostaje on opatrzony I odesłany do PKO. Nie jesteśmy szczęśliwie oddziałem egzekucyjnym..

W szpitalu ciągle operują – Aleje krwawią… Około południa zaczyna się obstrzał ciężkimi pociskami. Chałupa zadygotała,. szyby z brzękiem posypały się, z sufitów poleciał tynk. Potem następny i następny wybuch. Na ulicy zakotłowało się i pociemniało od dymu i huku. Narożnik Chmielnej i Marszałkowskiej gdzie mieścił się skład apteczny Czekaja. został zniesiony. To zaledwie cztery domy od nas. Ostrzelano Widok i znów nieszczęsny “Żywiec”, który mimo to utrzymał się w naszych rękach Operacje trzeba ‘było przerwać, za bardzo sypią się tynki. Obiad i trochę wiadomości przyniesiono nam z Widok. Gołębiarze na Widok są zlikwidowani, dom zdobyty, wzięli kilkunastu jeńców, kosztowało to jednak śmierć porucznika  „Araba”. Ulica Widok jest już oczyszczona, jednak ciągle ostrzeliwana w związku z „Żywcem”. Nasi mocno osadzili się u „Bachusa”, przejście na ulicę Chmielną jest poprzebijane między podwórzami, górą aż do bramy naprzeciwko szpitala, dla łatwiejszego transportu rannych. Przekop przez Aleje kują przez .dom Widok 7.

„Okularnlk” znosi puste konewki i garnki oraz brudne fartuchy, serwety operacyjne i koszule do prania, których nie mamy niestety za wiele i idzie z patrolem na Widok po obiad, Na kolację pójdziemy same, podzielone na dwie partie. Jedzenie przyniesie się tylko .dla chorych.

W pokoiku za łazienką, ubrany w czystą koszulę, leży Rysio. Pogrzebem zajmuje się zacna i nieoceniona pani Marla Szrajer, zwana przez nas „Mama” Szrajer – .mieszkanka domu naprzeciwko odtąd jakby członek naszego zespołu. Zawsze pomocna w kłopotliwych i udręczających sprawach. a nade wszystko przez wzięcie na siebie obowiązku grzebania zmarłych. Aleksander. stary portier hotelowy kleci dla Rysia trumnę. Na podwórzu pod drzewem  „Funio” z „Dudem” kopią pierwszy grób.

……………………………………………………………………………………………….

W pobliżu nas miasto pali się w kilku miejscach – w Alejach, na Złotej. Przelatują nad nami sztukasy i gdzieś niedaleko słychać detonacje zrzucanych bomb. Nas to szczęśliwie omija.

Po południu przynoszą jedną z odbitych kobiet, pędzonych przez Niemców przed czołgiem na Krakowskim Przedmieściu. Nie jest ciężko ranna, tylko potwornie zszokowana. Rzuca się, zrywa, ma oszalałe oczy i krzyczy ciągle rozdzierającym głosem:.. „gdzie Zosia, Zosia”. Dostaje wszystkie możliwe środki uspokajające i luminal. „Pestka” siedzi przy niej i wmawia w nią, że Zosia jest  w PKO cała i bezpieczna. Kobieta patrzy na nią i po chwili zaczyna z powrotem …

Pogrzeb Rysia odbył się nad wieczorem. 7e wszystkimi honorami szpitalnym. Trumm: na prześcieradłach zaniosły siostry, kapelan odprawił modły, poświęcił ziemię koło śmietnika, potem same zasypałyśmy mogiłę, aż wyrósł mały pagórek… pierwszy pagórek …

5 WRZEŚNIA

Piekło trwa od świtu. Strzelają tak okropnie, że często nie słychać, co się mówi. Sztukasy latają bez przerwy, ma się wrażenie, że w ogóle nie schodzą na ziemię. Chałupa się trzęsie i kołysze. Pali się naokoło, na placu Napoleona, na Jasnej, na Złotej. Tylko u nas jeszcze nie. Godziny się wloką niemiłosiernie. Nic się nie robi poza koniecznymi czynnościami.

Nie odzywamy się do siebie i nie staramy się nic udawać. Po prostu jesteśmy razem z chorymi i czekamy. Świst sztukasów wierci mózg, to chyba najpotworniejsze, lepsze już pociski…Co chwila słychać szelest osuwających się gruzów. Nawet rannych nie przynoszą, nie można przejść. I tak godzina za godziną,

Około 14 trochę się przyciszyło i w klika minut hall zapełnił się ciężko rannymi. Przynoszą ich już nie na noszach tylko na kocach, trzymając za cztery rogi, prosto z barykady, często bez pierwszego opatrunku. Krew wycieka na podłogę…jest ich wielu, bardzo wielu. Miotamy się między nimi… kilku kona. O 15 znów zaczyna się jakiś oszalały, okropny obstrzał i znów naloty … ciągle i ciągle. nie wiemy, czy to co 15 minut. czy co pół godziny. Jesteśmy ogłuszone i półprzytomne Chwilami wydaje się, że to nie da się wytrzymać.

Około 17 wpadł łącznik z rozkazem natychmiastowego udania się do BKO z jak największą ilością ludzi i noszami. PKO zostało zbombardowane i pali się ..ranni w podziemiach częściowo odcięci.

Wychodzimy w osiem z dwiema parami noszy, prowadzi dr Josek. Na ulicę wyjść nie można, ale już poprzebijane są przejścia pomiędzy piwnicami. Wydostajemy się na Złotą, którą trzeba przeskoczyć, potem trzeba wydostać się na Szpitalną i jakoś dobrnąć do Jasnej. Skwer u zbiegu tych ulic skotłowany, po cmentarzu, który tam był, nie zostało śladu… Pali się wszędzie. Naokoło domy porozwalane, trudno zorientować się, jaka to ulica. Skaczemy i biegniemy każda na swoją rękę i przez doszczętnie zniszczoną Jasną dobiegamy do PKO. Strzelają ciągle…świszcze, trzaska, ale robi się wszystko jedno. Odczuwam, że o wiele łatwiej, o wiele lżej jest być bezpośrednio w jakiejś akcji i mieć niebo nad sobą niż siedzieć w budynku, który nie ma nawet jednej dziury.

PKO pali się, ogień bucha wszystkimi oknami, kiedy wpadamy w główne wejście. Ludzie gorączkowo krzątają się pomiędzy płomieniami, palą się już wewnętrzne drewniane urządzenia.

Większość rannych jest już wyniesiona, nas kierują do bocznego wejścia od Jasnej; ta część jest zupełnie oddzielona zbombardowaną ścianą. Schodzimy po ciemnych schodach, nie wiadomo gdzie skręcić, nos świdruje ostry zapach amoniaku i eteru.

To balony z tymi chemikaliami rozbiły się i· rozlały po podłodze. – Kto ma latarkę? słychać głos dr Josek. – Ja -odpowiada Beata. Oświetlamy niewielkie pomieszczenie, w którym leżą ranni cicho i spokojnie, bardziej podobni do umarłych niż do żywych ludzi. Jest niesamowicie, zimno i śmierdzi, gryzie w oczy, pod nogami mokro. Szybkimi, zwinnymi ruchami przekładamy rannych na nosze i wynosimy na ulicę. Prócz nas pracują jeszcze jakieś inne ekipy.

Jest już ciemno, kiedy wynosimy ostatnich. Wspaniały ogień palącego się gmachu oświetla uwijające się, umorusane od sadzy i dymu cienie. Jest jak w piekle. Nie wiem, kto kierował akcją rozlokowania rannych i gdzie ich wynoszono.

Niemcy dobrze zorientowani, po zniszczeniu właściwych obiektów, zaprzestali ognia i na Chmielną wracałyśmy prawie bezpiecznie. Po drodze zobaczyłyśmy, że nie tylko PKO i mieszczący się tam między innymi szpital został zniszczony. Dom na Szpitalnej, w którym mieścił się szpital Maltański, przestał istnieć.

Był już zupełny wieczór, kiedy byłyśmy na miejscu w naszym szpitalu, gdzie zastajemy nowy rozkaz natychmiastowej ewakuacji wszystkich rannych przez Aleje do Śródmieścia -Południe, wobec spodziewanego natarcia. Przymykam na chwilę oczy .. bo trudno mi sobie wyobrazić, jak to technicznie zrobić; jest tylko cztery pary noszy. Kto ich przeniesie?

Trzeba wynieść przynajmniej 30 ludzi. 15 można ubrać i jakoś, opierając na pielęgniarkach przeciągnąć. Reszta musi zostać. W głowie mam zamęt…

Ale na wojnie nie ma rzeczy niemożliwych I dr Josek zaczyna organizować wyprawę. Przygotowania trwają do późna i kiedy wreszcie ruszamy, jest noc.

Chmielna cała w barykadach l trzeba ich przenosić przez przejścia podwórkami. Wejście do tunelu przez Aleje jest wyznaczone przez bramę Bracka 23. Mijamy ustawioną trzema rzędami kolejkę ludzi, oczekujących na przejście. Po dniu dzikiego bombardowania, wszystko co żyje ucieka z północy; są zresztą już przeważnie bezdomni.

Na Brackiej kłąb oszalałych ludzi usiłuje dostać się do ·bramy. Na prawo pali się Szpitalna i cały plac Napoleona: Płomienie zlewają się i tworzą wielką czerwoną, gorejącą ścianę. Jest widno jak w dzień.

Wychodząc, włożyłam przezornie na siebie biały, brudny fartuch i czepek na włosy. Roztrącam z furią pięściami skłębioną ciżbę i docieram do szamocącego się i wrzeszczącego podchorążego, stojącego przy zamkniętej bramie. Wrzeszczą zresztą wszyscy. Zrozpaczony podchorąży wyjmuje rewolwer i krzyczy, że jak się nie uspokoją zacznie strzelać. Jest potwornie! Jakaś dzika, nieokiełznana panika. Wrzeszczę też ile siły, że musi przepuścić rannych. Biały fartuch, stała przepustka i moja legitymacja robią swoje. Tłum powstrzymywany rewolwerem przepuszcza rannych, brama się uchyla i dwóch żołnierzy staje w pogotowiu, żeby fala ludzka nie runęła i nie stratowała wszystkich. Staję obok jednego z żołnierzy i odgradzam moich rannych od tłumu. Po kolei przepuszczam najpierw wlokących się o własnych siłach, potem nosze. Prowadzi ten ponury konwój jak zawsze niezawodna Beata. Brama się zamyka – dalej musi sobie poradzić sama. Muszą jeszcze obrócić dwa razy a ja ich wyprawić.

Wracając nie mogę oderwać oczu od morza płomieni. Groza i wspaniałość tego widoku jest tak wielka, tak nieogarniona, że nigdy, nigdy nie będę mogła tego zapomnieć.

Tygodnik „Stolica”  1960 nr 33

Ewakuacja1

Szpital (przy ulicy Chmielnej 28 – przyp. red) wygląda okropnie. Powybijane, nieme okna, rozgardiasz i brud opuszczonego domu, rozwalona brama, przez którą widać wielki dół śmietnika, obok cmentarz, samotny i opuszczony, na chodniku pagórek wielkiej mogiły… Nie odzywamy się do siebie. Patrzą na te mury, w których został ogromny kawał życia. Za nic nie weszłabym tam z powrotem. W kątach czai się cała okropność tych dwóch miesięcy…

Czas dłuży się. Wreszcie słychać warkot silnika i zza rozebranej barykady zakołysała się na wykrotach sanitarka. Jest tylko jedna, żołnierz przy kierownicy mówi: „Das ist die letzte” i popędza nas: „Schnell!” Transport ma zaraz odejść. Robi się zamęt, ładujemy szybko rannych. Wszystkie nie zabierzemy się. Wysyłamy „Anitę”, żeby dopilnowała przysłania wozu po nas. Odjeżdżają… Zostajemy w pięć…

Pusto jest przeraźliwie, snują się dymy. To Niemcy podpalają domy na Złotej. Jesteśmy takie malutkie w swoich szarych kitelkach, skulone na skrzynce, na środku jezdni, w opuszczonym, koszmarnym mieście. Same, samiutkie. Resztki kompanii por. „Wojtka”, pozostawionej dla ochrony szpitali, odeszły w południe. (…) Groza… Coś zupełnie odmiennego niż strach zalewa mózg i obawiam się, że zacznę histerycznie wyć. Czas mija. Godzina, dwie, nie wiem. Dr Krzyżanowska decyduje, że idziemy. Widocznie transport odszedł. (…) Ano trudno, trzeba na Pruszków. Zarzucamy na plecy nasze worki. W tym momencie warkot silnika i u wylotu pokazuje się maska samochodu. Wyskakuje „Anita”, szybko wrzuca nasze worki i ponagla. Transport zaraz odchodzi, ledwie wyprosiła, żeby wysłali po nas. Wskakuję do szoferki, samochód rusza, kołysze się na barykadzie, którą mijam ostatni raz… Na zakręcie Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich widzę w oddali, w gęstniejącym mroku, wieże mostu Poniatowskiego… Wszystko jest szare. Przymykam oczy. Chcę coś myśleć, coś czuć (…) i jakoś usprawiedliwić. Teraz nie mogę. Nie żegnam się nawet z moim miastem… Niemiec przy kierownicy zabawia mnie towarzyską rozmowa. Z jego bełkotu rozróżniam tylko słowo „kaputt”. Nie mam nawet ochoty dać mu w mordą. Wszystko się we mnie wypaliło. Jakiś kres .

1 Tytuł pochodzi od redakcji

Najnowsze dzieje Polski. Warszawa 1963, t. VII, s. 152.(cyt .za Stanisław Kopf : „Sto dni Warszawy” wyd, Książka i wiedza Warszawa 1977

Źródło

Tygodnik „Stolica” 1960 nr 33 oraz Najnowsze dzieje Polski. Warszawa 1963, t. VII, s. 152.(cyt .za Stanisław Kopf : „Sto dni Warszawy” wyd, Książka i wiedza Warszawa 1977