W Powstaniu:

Obwód I Śródmieście Starówka w oddziałach bojowych: w Zgrupowaniu "Róg", w batalionie „Wigry". 1 sierpnia 1944 stawiła się na koncentracji plutonu sanitarno-łącznościowego przy ul. Kilińskiego 1. Od 2 do 6 sierpnia pełniła służbę sanitariuszki w szpitalu na ul. Mariańskiej 1. 7 sierpnia po powrocie na Stare Miasto otrzymała przydział jako sanitariuszka do 2 plutonu Kompanii Szturmowej Batalionu „Wigry”.

 

Fragmenty z pamiętnika sanitariuszki „Pająk”

z drugiego plutonu kompanii szturmowej batalionu

„Wigry”

obejmujące okres Powstania Warszawskiego na Starym Mieście

od 1.VIII.1944 r. do 2.IX.1944 r.

Warszawa, 20. XII.1969 r.

Opracowano nа podstawie notatek robionych

w listopadzie i grudniu 1944 r.

1.VII I.1944r.

O koncentracji oddziałów powstańczych dowiaduję się o godz. 11-еj w południe od Zbyszka Smidowicza, który właśnie udaje się na swój punkt do Śródmieścia. Żegnamy się z mieszanym uczuciem: niepokoju i wiary, ż e się jednak jeszcze zobaczymy /w tydzień potem 8-go sierpnia Zbyszek ginie w ataku na Pastę/.

O godzinie 14-ej stawiam się, jak codziennie na punkcie kolportażu u p. Hanki po tajną prasę i korespondencję. Stamtąd mam już blisko do Danki Schiele na Noakowskiego. Danka jest członkiem tej samej organizacji harcerskiej, co ja. W czasie okupacji przechodziłyśmy obie szkolenie sanitarne i bojowe w ramach batalionu „Wigry”.

Danka jest poinformowana o naszym punkcie koncentrac ji. Podaje adres: Stare Miasto, ul. Kilińskiego 1, mieszkanie prof. Hempla, godz. 17.

Od Danki wychodzę o godz. 15-ej. Niewiele mam czasu. Muszę dotrzeć do mojej przyjaciółki Wandy Manczarskiej na Leszno, gdzie pozostawiłam ekwipunek: plecak oraz apteczkę.

Komunikacja tego dnia jest „parszywa”. Tramwaje chodzą nieregularnie, są przepełnione.

Wandę zastaję w jej mieszkaniu. Ona również wychodzi na swój punkt, ale do Śródmieścia. Ojciec Wandy prof. Manczarski pilnuje, abyśmy zjadły cośkolwiek przed wyjściem, ale nie mamy na to czasu. Żegnamy się w pośpiechu. Jeszcze na schodach dochodzi nas jego głos, gdy przestrzega: „tylko nie słuchajcie głupich rozkazów”.

Na ul. Żelaznej rozchodzą się nasze drogi. Jeszcze jedno pożegnanie, żal, niepokój, maskowany uśmiechem „ – Wańdziu, -Basiu, a więc do zobaczenia”.

Ja gonię pieszo w kierunku Starówki, Wanda łapie jakiś tramwaj do Śródmieścia.

Na Kilińskiego docieram na kwadrans przed 17-ą. W mieszkaniu zastaję sporą grupę chłopców i dziewcząt. Słychać dalekie strzały.

Strzelanina trwa do świtu.

 

2.VIII.1944r.

Nad ranem oznajmiają nam, że akcja powstania nie powiodła się. Chłopcy będą przedzierać się w zwartej grupie do puszczy Kampinoskiej przez Wolę, a dziewczęta, udając zagubionych „cywili” mają rozejść się do rodzin.

Opuszczamy naszą kwaterę na Kilińskiego małymi grupkami, zostawiając na miejscu powstańczy ekwipunek. O godzinie 6-ej rano wychodzę razem z Janką i Isią. Kierujemy się w stronę pl. Napoleona, gdzie mieszka moja ciotka. Nasze domy rodzinne pozostały po drugiej stronie Wisły na Saskiej Kępie i Grochowie. Idziemy Podwalem, potem względnie cichą, wąziutką uliczką Kozią. Po drodze prawie nie spotykamy ludzi. Na rogu Koziej i Trębackiej natykamy się na duży czołg niemiecki. Janka tłumaczy po niemiecku, że powstanie zastało nas przypadkiem na ulicy, a chciałyśmy dostać się do naszej rodziny na pl. Napoleona. Niemcy na widok trzech młodych dziewcząt, rzucają niewybrednymi dowcipami. Nie puszczają nas przez Krakowskie Przedmieście, twierdząc, że tam jest obstrzał i kierują w stronę pl. Saskiego. Plac Saski roi się od wojska i żandarmów. Pełno tu czołgów, samochodów, dział. Najbliższa droga na pl. Napoleona prowadzi przez ulicę Mazowiecką, a więc przez to skupisko wojska. Początkowo „walimy” prosto na nich, ale przychodzi chwila zastanowienia: „czy aby rozsądnie tak leźć prosto w paszczę lwa?”. Brakuje nam odwagi, zawracamy, więc spokojnie i skręcamy w stronę pl. Teatralnego. Pod arkadami budynku trupy kilku mężczyzn w cywilnych ubraniach.

Na Senatorskiej w okolicy kościoła św. Antoniego znów czołg niemiecki. Ta sama gadka z Niemcami, co poprzednio; udajemy zaskoczone przez wypadki osoby cywilne. Tym łatwiej to nam przychodzi, iż rzeczywiście obok nas zjawiają się jakieś

kobiety z dziećmi, starsi mężczyźni. Kierują nas na pl. Bankowy nie dając zresztą żadnej eskorty. Próbujemy przejść ul. Żabią do Królewskiej. Słyszymy świst kul karabinowych. Musieli Niemcy nas zauważyć z Ogrodu Saskiego. Chronimy się do najbliższej bramy. Potem przez podwórka do mów i oficyn dostajemy się na plac

Żelaznej Bramy, a stamtąd przez hale targowe i Ciepłą docieramy na ul. Twardą. Niestety przejście przez ul. Marszałkowską jest absolutnie niemożliwe. Bardzo silny obstrzał, czołgi nie dopuszczają nikogo do tej arterii. Zawracamy. Zostajemy skierowane na punkt opatrunkowy, mieszczący się przy ul. Mariańskiej 11 w prywatnym mieszkaniu p. Wandy.

 

3. VIII.

Rano wysyłają nas we dwie z Isią,  jako patrol sanitarny w okolice pl. Grzybowskiego. Spodziewają się rannych z oblężenia Pasty na Zielnej. Trzeba uważać, gdyż Twarda ostrzeliwana jest przez „gołębiarzy”. Docieramy na przeciwko kościoła Wszystkich Świętych. Dalej nie puszczają. Nie mamy przydziału do żadnego oddziału powstańczego, nie może my się niczym wylegitymować, nie posiadamy nawet o pasek powstańczych. Tkwimy gdzieś w bramie do południa. Trwa straszna ulewa. Wracamy na punkt przemoknięte do nitki. Tutaj dostajemy konkretną robotę. Trzeba przetransportować kilku chorych do szpitala. Zgłasza się również do nas jakiś oficer AL, prosząc o opiekę nad żoną, będącą w ciąży, która dostała krwotoku. Sprawa umieszczenia jej w jakimkolwiek szpitalu jest niezmiernie kłopotliwa. Wszędzie tłumaczą się brakiem specjalistów i odsyłają od Annasza do Kajfasza.

Jesteśmy z Janką u kresu sił fizycznych i psychicznych. Zrobiłyśmy z chorą na noszach szmat drogi, wreszcie właściwie poinformowane trafiamy do prywatnego, urządzonego z szykanami gabinetu lekarza ginekologa na ul. Śliskiej 53.

Z ulgą zostawiamy mu pacjentkę, dając znać o tym jej mężowi. Po południu wysyłają nas z dużymi worami, koszami po żywność, pościel i materiały opatrunkowe dla noworganizowanego szpitala ZUS na ul. Mariańskiej. Chodzimy od podwórka do podwórka, wzywając ludność cywilną do składania darów. Obracamy kilkakrotnie, ludzie są nadzwyczaj ofiarni, nie żałują niczego.

Przed wieczorem przeżywamy pierwszy nalot. Bomby padają w okolicy Siennej, Złotej, a więc stosunkowo niedaleko nas. Spustoszenie ogromne.

 

4.VIII.

Zgłaszamy się do pracy w szpitalu. Isia i ja dostajemy pod opiekę każda jeden pokój z czterema rannymi. Janka pracuje jako rejestratorka chorych i rannych, których ciągle przybywa. Kierownictwo szpitala wymaga zachowania nienagannego porządku i czystości. Codziennie myjemy chorych, karmimy, podajemy lekarstwa, asystujemy przy opatrunkach, zmywamy podłogę w naszych salach. Jesteśmy obie pielęgniarkami amatorkami przyuczonymi, co prawda do tej misji na konspiracyjnych kursach, tym niemniej nasza praca w szpitalu, nasz stosunek do chorego nie ma nic wspólnego z zawodową rutyną. Zbyt głęboko przeżywamy czyjś ból, przejmujemy się każdym najdrobniejszym żądaniem, o ile to może w jakiś sposób ulżyć cierpieniu.

Jeden z moich podopiecznych to młody mężczyzna świeżo po amputacji ręki, ma wysoką gorączkę. Drugi z przestrzeloną, opuchniętą szczęką. Trzeba go karmić rurką. Trzeci ciężko poparzony od bomby fosforowej. Bardzo cierpi. Po dniu naszej służby w szpitalu, który trwa nieprzerwanie od godz. 7-ej rano do 8-ej wieczorem, jesteśmy zupełnie wykończone.

 

5.VIII.

Normalna służba w szpitalu. Spotykam rannego Witolda Marczewskiego, kolegę sprzed wojny. Opiekuje się nim Isia. Witold nie ma dla niej słów uznania. W ciągu dnia nękają nas samoloty. Uwzięli się na naszą dzielnicę. Bomby padają stosunkowo blisko. Lecą szyby z okien. Odsuwamy lóżka w głąb pokoi. W przeciwieństwie do większości personelu nie schodzimy z Isią do schronu. Trwamy przy naszych rannych, których nie można nawet sprowadzić na dół. Choć budynek trzęsie się od wybuchów, pocieszamy ich, że to dalekiе bombardowanie i nic im nie grozi.

 

6 . VIII

Praca w szpitalu. Przed południem spotykam Wandę Krysiewicz. Przyszła odwiedzić rannego kolegę. Ma przydział, jako sanitariuszka do jednego z oddziałów powstańczych w Śródmieściu. Nam trzem bardziej odpowiada służb a w oddziale niż w szpitalu; do niej przygotowywano nas w czasie konspiracyjnego szkolenia. Poza tym mamy trochę żalu do dowództwa, że nas wykiwano rozpuszczając do domów. Przecież walka trwa dalej, nie ma mowy o jakiejś klęsce, a tym bardziej o upadku powstania. Na ulicy widzi się oddziały bojowe, który m towarzyszą dziewczęta – sanitariuszki i łączniczki. Zazdrościmy im zaszczytnej służby.

Wanda proponuje nam przydział do swojego oddziału. Przystajemy na to z ochotą. Umawiamy się z nią nazajutrz na 12-tą w południe. Do tego czasu zobowiązujemy się przedostać na Stare Miasto po nasz ekwipunek sanitarny – apteczki i plecaki i powrócić do Śródmieścia.

Po południu wychodzę na ul. Złotą do rodziny jednego z moich rannych po żywność dla niego. Widzę straszliwe skutki bombardowania.

Wieczorem oznajmiamy władzom szpitalnym, że obejmujemy służbę przy oddziale powstańczym. Pożegnanie z naszymi podopiecznymi w szpitalu jest rzewne. Przez te kilka dni zdołaliśmy się do siebie przyzwyczaić. Obiecujemy przychodzić w odwiedziny. Na nocleg udajemy się do naszej kwatery-mieszkania

p. Wandy na ul. Mariańskiej. Niestety zastajemy tam pożar. Dom pali się od dachu. Nosimy kubły wody na 4 -te piętro. Poza nami trzema udział w likwidowaniu ognia biorą najwyżej 2-3 osoby. Po godzinie jesteśmy kompletnie wykończone. Siadamy w bramie na ziemi i usiłujemy zasnąć. Jest zimno, twardo i bardzo niewygodnie, postanawiamy więc zanocować u moich znajomych p. Madejczyków, mieszkających niedaleko na Twardej 18. Jest godz. 12-t a w nocy. Po uprzednim upewnieniu się do kogo idziemy, ktoś z mieszkańców domu pełniący akurat dyżur na podwórzu, otwiera nam bramę. Nasi znajomi, jak zresztą wszyscy mieszkańcy kamienicy, przenieśli się do piwnicy. Postanawiamy rozgościć się w ich mieszkaniu na czwartym piętrze.

Zastajemy je otwarte, częściowo zdemolowane. Przez dziurę w suficie widać gwiazdy. Układamy się we trzy na jakimś starym tapczanie. Nieludzkie zmęczenie przezwycięża wreszcie wszelkie niewygody, zimno i sprowadza tak upragniony sen.

 

7.VIII.

Budzimy się o 6-ej rano. Dojadamy resztki chleba pozostawione w kredensie, popijamy je sokiem jagodowym. Przygotowujemy się do wymarszu na Starówkę. Droga prowadzi przez wypalone Hale Mirowskie. W okolicy żywego ducha. Nie mamy pojęcia, jaka jest sytuacja. Gdzie są Niemcy, gdzie nasi? z której strony strzelają? Którędy można bezpiecznie dojść do Elektoralnej? Wokół spokój i cisza. Strzały karabinów maszynowych słychać, ale gdzieś z oddali. Decydujemy się na „skok” przez plac Mirowski. Poszło gładko. Żadnej reakcji ze strony Niemców. Na Elektoralnej na tykamy się na oddziały wycofujące się z Woli. Docieramy na Kilińskiego 1.

Na kwaterze zastajemy niektóre koleżanki z „Wigier”. Dowiadujemy się, że nasi nie wrócili jeszcze z Woli. Komunikujemy, że otrzymałyśmy przydział w Śródmieściu i tam wracamy. Mamy stawić się na godz. 12-tą. Odnajdujemy nasze plecaki i apteczki. Wychodzimy ze Starówki. Docieramy do pl. Bankowego. W ruinach dawnego Banku Polskiego zatrzymuj e nas posterunek powstańczy.

Komunikują, że droga do Śródmieścia została dzisiaj rano przez Niemców odcięta i nie ma możliwości przejścia dalej. A więc zmuszone jesteśmy pozostać na Starówce.

Janka idzie do Szpitala Maltańskiego. Dowiedziała się, że przebywa tam jej kolega. Jest ciężko ranny. My z Isią wracamy na Kilińskiego 1.

 

8.VIII.

Wraz z dużą grupą chłopców i dziewcząt wyruszam na Stawki. Mieszczą się tam zdobyte przez powstańców duże, doskonale zaopatrzone magazyny niemieckie. Droga prowadzi przez getto. Dochodzimy blisko cmentarza powązkowskiego. „Fasujemy” wszystko co się da: żywność /mąkę, cukier, konserwy/, oraz mundury niemieckie i bieliznę. Wracamy obładowane.

 

9-11.VIII.

Nasz pluton pod dowództwem por. „Andrzeja” i „Pioruna” zostaje  oddelegowany do szkoły na Barokowej, jako ochrona Kwatery Głównej gen. „Bora”. Nocą pełni dyżur w ogrodzie Krasińskich w czasie nocnych zrzutów broni i amunicji.

Tutaj poznajemy O. Tomasza Rostworowskiego, który jednego wieczora organizuje ognisko harcerskie. Siadając do pianina, śpiewa razem z nami żołnierskie i harcerskie piosenki. Nastrój jest pogodny, wesoły, beztroski.

 

1 2 . VIII .

Przez cały dzień trwa silne bombardowanie szkoły na Barokowej. Niemcy musieli się dowiedzieć, że tutaj właśnie mieści się kwatera główna.

W dzień nękają nas samoloty, w nocy artyleria. Zmuszeni jesteśmy na noc zejść do piwnic.

Drugi pluton komp. Szturmowej „Wigier” obejmuje od rana stanowiska w Katedrze Św. Jana na ul. Świętojerskiej.

 

13.VIII niedziela:

Rano w szkole na Barokowej odprawia nabożeństwo O. Warszawski. Budynek jest poważnie uszkodzony. Bombardowanie trwa w dalszym ciągu. Zarządzają ewakuację zarówno kwatery głównej, jak i oddziałów. Wracamy na Kilińskiego 1.

Na ul. Długiej spotykam moją znajomą z Saskiej Kępy Zosię Martens. Podąża za jakimś oddziałem. Drogi nasze się rozchodzą. Nie mamy czasu aby zamienić ze sobą kilka słów. Witamy i żegnamy się uśmiechem. Do głowy mi nie przychodzi, że to będzie ostatni uśmiech Zosi, jaki zachowam w pamięci, niе przeczuwam, że zginie ona w bardzo krótkim czasie po naszym spotkaniu.

Po południu, około godz. 17-ej dochodzi nas sensacyjna wiadomość, że nasi zdobyli czołg na рl. Zаmkоwуm. Jesteśmy na kwaterze, na I p. domu Kilińskiego 1. Wybiegamy na balkon, pchamy się do okien. Dostrzegamy jadącą tankietkę Podwalem od Nowomiejskiej. Jest coraz bliżej. Flaga biało-czerwona powiewa

nad nią. Tłum ludzi wylega na ulicę. Udziela się ogólny entuzjazm, radość. Czołg dojeżdża do barykady na rogu Podwala i Kilińskiego. Wspina się do góry. Niestety przeszkoda jest zbyt wysoka, staje. Ludzie momentalnie rozrzucają z jednej strony płyty chodnikowe, z których zbudowana jest barykada. Jeszcze jedna próba tym razem zakończona powodzeniem. Przejeżdżają. Są pod naszym balkonem. Z góry dostrzegamy siedzących harcerzy. Są wśród nich dziesięcio-dwunastoletni chłopcy w harcerskich mundurkach, z powstańczymi opaskami na ramionach. Skręcają w Kilińskiego w kierunku Długiej . Wrzeszczymy z radości, machamy im rękami, posyłamy całusy. Zatrzymują się pod sąsiednim domem. Mechanizm musiał nawalić, bo prowadzący wyskakuje z czołgu. Widzimy jak coś majstruje. Otacza go tłum ludzi wyległych na ulice. Tłum ten rośnie, pęcznieje. Ludzie starzy, młodzi, dzieci biegną ulicami. Każdy chce d otrzeć jak najbliżej, naocznie się przekonać, że sukces jest najprawdziwszym faktem, a nie zmyśloną bujdą, „kaczką” puszczoną gwoli podtrzymania na duchu.

Jest piękne, upalne, słoneczne popołudnie. Tłoczymy się na balkonie. Ja stoję najbliżej betonowej balustrady, obok Janki. Widzę wszystko doskonale.

Nagle w ciągu ułamka sekundy w oczach pokazuje się płomień…brak mi tchu, padam na ziemię ogłuszona. Resztkami świadomości uprzytamniam sobie: to koniec. Musiał nas trafić jakiś pocisk… Umieram.. Ostatnie myśli zwrócone do matki. Mijają sekundy czy minuty – zatracam poczucie czasu. Rozdzierające, rozpaczliwe krzyki, przechodzące w zwierzęcy ryk, skowyt, jęki ludzi porozdzieranych na strzępy przywracają mi świadomość. Leżę powalona na ziemię jakimś strasznym podmuchem na kłębowisku ludzi, którzy jeszcze przed chwilą stali obok mnie. Czuję, że ktoś spode mnie gramoli się, wyczołguje do pokoju. Klękam. Ręce, nogi mam lepkie we krwi. Spódnica z przodu porwana na strzępy. Nie czuję bólu. Czyżby to była nie moja krew? Wstaję. Robię krok. Trudno mi uwierzyć, że mi się nic nie stało, że nie jestem nawet ranna. Skupiamy się w pokoju od podwórza. Jeżeli to „szafa” to będą następne wybuchy. Mieszkanie jest zdemolowane, zasłane gruzem. Drzwi i okna powyrywane z futryn. Rozbite szkło na podłodze i sprzętach. Sznurki w pokoju, na których suszyłyśmy bieliznę, zawieszone ludzkimi strzępami. Ranne są Isia i Szpak. Nie mogę doszukać się Janki ani Oli-Oli. Stały obok mnie. Wybiegam na balkon. Potykam się niemal o okrwawiony ludzki kadłub bez głowy i kończyn, wyrzucony tu siłą wybuchu. Betonowa balustrada naszego balkonu została zmieciona. Dziewczęta mogły spaść na dół. Widok jest tak straszny, że odbiera wszelką odwagę. Dochodzą krzyki rannych, rozpaczliwe nawoływania matek, poszukujących swoich dzieci są nie do zniesienia. Wycofuję się do pokoiku sanitariuszek stosunkowo mało zdemolowanego. Działa tam już grupa naszych ocalałych sanitariuszek. Robią opatrunki. Przyłączam się do nich. Jestem rozdygotana. Drżącymi rękami przemywam komuś oczy pikryną zamiast riwanolem i dziwię się, że krzyczy. Widzę przez okno jak na podwórzu kopią wspólne mogiły. Szczątki ludzkie znosi się tutaj niekiedy w kubełkach. W powietrzu unosi się mdlący, okropny zapach spalonego ciała. Ujawniła się przyczyna tragedii. Zdobyczny czołg mieścił w sobie zdradziecki ładunek trotylu o niesłychanej sile wybuchu. Niemcy podstępnie podprowadzili go pod barykadę i uciekli.

Nocuję w pokoju od podwórza razem z rannymi Janką i Isią. Trudno zasnąć. Jest to noc zrzutów. Samoloty alianckie latają bardzo nisko. Obrona niemiecka wprost niesamowita. Niebo jasne jak w dzień od reflektorów i pocisków świetlnych. Kanonada broni przeciwlotniczej trwa nieprzerwanie aż do świtu. Rano dowiaduję się się, że jeden z samolotów alianckich spadł na Miodowej.

 

14.VIII.

Pozostaję przy Isi i Jance. Obie są ranne. Mają gorączkę. Pomagam w uprzątaniu mieszkania. Jestem kompletnie załamana psychicznie po wczorajszym strasznym dniu. Robota mi wcale nie idzie, ruszam się jak „mucha w smole”.

 

15.VIII.

Mam dyżur w szpitalu na Długiej 7 na sali operacyjnej. Poza tym rejestruję przybywających rannych. Widok okropny nie na moje nerwy. Rozklejam się zupełnie w czasie opatrunku małej może sześcioletniej dziewczynki. Skomli z bólu jak mały psiak. Nie ma przy niej nikogo z bliskich. Może zginęli? Podtrzymuję opadającą głowinę, delikatnie głaszczę spłakaną buzię i czuję, że sama mam oczy pełne łez.

„Gruba Zosia” posyła mnie na poszukiwanie kateteru. Biegam po wszystkich aptekach St. Miasta. Nigdzie nie mogę dostać. Dopiero na Franciszkańskiej niedaleko rynku Nowego Miasta obiecują mi przygotować za 2 godziny. Apteka jest częściowo zawalona i niektóre instrumenty jak i cenne leki trzeba będzie dopiero odkopać.

W ciągu całego powstania nie spędziłam chyba tylu godzin w piwnicach między ludnością cywilną, co tego dnia. Adresy aptek, względnie ich właścicieli znane były najlepiej mieszkańcom Starówki, a ci siedzieli przeważnie w schronach.

Z konieczności więc musiałam tam schodzić dla zdobycia potrzebnych informacji. Otaczano mnie kołem. Ludzie spragnieni byli wiadomości, chwytali się nadziei, że piekło, na które zostali skazani wkrótce się skończy.

Dziewczyna w „panterce”, dziewczyna z akcji… być może łączniczka w ich mniemaniu, powinna znać sytuację.

Nie potrafię łgać bez zająknienia i opowiadać o nadzwyczajnych sukcesach, których nie było. W tym okresie walczyliśmy już tylko o utrzymanie pozycji. Zamknięto nas w kotle, odcięto od innych dzielnic miasta, skazano na zagładę, skupiając tu cаłу ogień bombowców, artylerii, „szaf” i wszelkiej broni.

W zastraszającym tempie mnożą się ludzkie tragedie, walą się domy jedne po drugich, znikają bez śladu znajome staromiejskie zaułki, ba! – całe ulice.

Coś trzeba odpowiedzieć tym ludziom. Czekają na słowa pokrzepienia.

Mówię o rozpoczętej ofensywie sowieckiej, o tym jak nocami tkwiąc na barykadach wsłuchujemy się w grzmot armat zza Wisły, trwający nieustannie od kilku dni. Tak, niewątpliwie już niedługo wszystko pomyślnie się zakończy.

Swoją drogą czuję się szczęśliwa, że biorę udział w powstaniu, że nie siedzę bezczynnie w schronie. Nie wytrzymałabym takiej atmosfery: tego ciągłego nasłuchiwania nadlatujących samolotów, liczenia spadłych bomb według ich detonacji, niepokoju, że przywalą mnie żywcem gruzy kilku-piętrowej kamienicy.

Na rozpamiętywanie tragicznych sytuacji brak mi ро prostu czasu. Mam przydział do harcerskiego batalionu. Obracam się wśród młodych ludzi, tak jak ja, pełnych zapału, może trochę lekkomyślnych /bo to cecha młodości/, których mimо wszystko stać jeszcze i na uśmiech i na dowcip, a jak trzeba, na pomoc pełną poświęcenia. Stanowimy jedną wielką solidarną rodzinę. To prawda, że każdego dnia śmierć wyrywa kogoś z naszego grona. Każda strata jest bolesna i każda budzi natychmiastowe refleksje:  kto następny? Może teraz moja kolej?

Ale przecież tu na zewnątrz oddychamy innym powietrzem, inna atmosfera mimo wszystko… mimo, że blask szalejącego pożaru jest niekiedy silniejszy od blasku słońca tonącego w dymie, świst lecącego pocisku, nagły wybuch – nawet ten zwalający z nóg, seria kaemu, to dla nas krótki moment strachu i… utwierdzenie w przekonaniu, że nie każda „zaraza” musi nas akurat trafić. A po kontuzji wystarczy spojrzeć w lusterko, aby wybuchnąć śmiechem: „rany boskie, сzу możliwe, że ten kocmołuch to ja?” W takich warunkach chłopcy nigdy nie potrafią docenić urody dziewcząt batalionu.

 

16.VIII.

Rano razem z Teresą zostaję odkomenderowana do drugiego plutonu por. „Andrzeja” /Jerzy Kowalczyk/, który zmienia oddział broniący katedry św. Jana. Katedra nie jest zniszczona. Wprawdzie okna są wybite, a ściany ogołocone z niektórych cennych dzieł sztuki, noszą wyraźne ślady toczących się tutaj walk, ale mury zewnętrzne i sklepienia są prawie nienaruszone, a drewniane wyposażenie wnętrza w całości.

W kaplicy Literackiej stosy poskładanych cennych książek, wydawnictw albumowych, dzieł z dziedziny historii sztuki. Szczególnie te ostatnie mnie interesują jako studentkę Wydziału Architektury. Wybieram sobie jakąś jedną ilustrowaną książkę, aby w wolnej chwili móc do niej w spokojnym miejscu zajrzeć, nie przeczuwając, że takiej okazji w okresie powstania nigdy nie będzie. Katedra w ciągu pierwszej połowy sierpnia paliła się kilkakrotnie. Jakoś udawało się zawsze gasić ogień w zarodku. Pożar, który strawił ją doszczętnie zaczął się 16-go sierpnia w południe.

Niemcy podpalają pociskami zapalającymi domy po drugiej stronie Dziekanii. Nа skutek silnego wiatru ogień przenosi się szybko na boczną kaplicę, prezbiterium i nawy. Grupka mężczyzn próbuje go gasić. Ktoś taszczy nawet węża strażackiego.

Cóż, kiedy znikome ilości wody unicestwiają wszelkie wysiłki. Zgromadzone książki, drewniane boazerie, ławki, obicia stopniowo padają pastwą płomieni.

Na zewnątrz kościoła od Kanonii nasi chłopcy wzmacniają na prędce barykadę. Katedra, jest najbardziej wysuniętym punktem Starówki od strony wschodniej. Ruiny zamku oraz budynki pod skarpą wiślaną zajęte są przez Niemców i Własowców. Nieprzyjaciel podchodzi wypalonymi ruinami Kanonii.

Chłopcy w pośpiechu ściągają na barykadę worki cukru zgromadzone w przedsionku przez zapobiegliwych księży. Znoszą także różne sprzęty, chodniki, co popadnie, bуlе prędzej. Szamocą się z jakimś leciwym dziadkiem, któremu porwali pieczołowicie przechowywane w kościele piernaty. Por. „Andrzej” kierujący akcją wyrywa komuś pokaźnych rozmiarów dywan: „Со do cholery, powariowaliście? Dywan na barykadę? Przyda się na posłanie w tej bramie. Na gołym betonie chcecie spać?”. Na wierzch barykady ściąga się blachę, która całymi arkuszami spada z płonącego dachu.

Wchodzimy z Teresą do katedry. W kaplicy Baryczków wisi jeszcze Chrystus Cudowny. Jeden z księży usiłuje zdjąć figurę z krzyża. Wokół na ołtarzu i posadzce rozsypane wota z roztrzaskanej pociskami gabloty, między nimi wysokie odznaczenia bojowe – Krzyże Virtuti Militari. Pomagamy księdzu we dwie z Teresą. Figura jest duża i ciężka. Chwytamy ją w wyciągnięte dłonie. Przenosimy do sąsiedniej bramy na Jezuicką 1. Tam ksiądz odłącza od korpusu rozkrzyżowane ręce. Z bliska przyglądam się Obliczu. Dotychczas patrzyłam na Nie z pewnego oddalenia; tonęło w mroku ciemnawej kaplicy. Wydaje się surowe. Z zaciekawieniem badam wzrokiem legendarne włosy. Są rzeczywiście prawdziwe, ale przyprószone pyłem, Figura ma być złożona tam gdzie trumna zе szczątkami św. Andrzeja Boboli, w podziemiach kościoła O.O. Dominikanów nа Freta.

ul. Jezuicka 1 – brama, przez którą niesiono figurę Pana Jezusa

ul. Jezuicka 1 – brama, przez którą niesiono figurę Pana Jezusa

 Droga od katedry do Rynku Starеgo Miasta prowadzi poprzez piwnice sąsiadujących zе sobą kamieniczek. Zarówno Jezuicka jak i Świętojańska jest pod silnym obstrzałem. Podziemne przejścia zatłoczone ludźmi. Ciemno. Gdzieniegdzie tylko migoce światło świecy. Idę pierwsza niosąc przed sobą ręce figury. Proszę o zrobienie przejścia dla posuwającego się wolno za mną księdza i kolegi z oddziału. Ludzie na wieść, że niosą Cudownego Pana Jezusa z katedry rozstępują się, klękają, głośno modlą, niektórzy płaczą.

Kiedy w kilka lat ро wojnie będę świadkiem uroczystości kościelnych związanych z powrotem tegoż Pana Jezusa do katedry, kiedy obserwować będę tłumу wiernych, biorące udział w procesji i uroczystym nabożeństwie, celebrowanym bodajże przez samego Prymаsа – powrócę myślą do tamtych powstańczych dni o jakże innej scenerii. Dochodzimy do ostatniej kamieniczki skąd jest bezpośrednie wyjście nа Rynek. Przekazuję ręce cennej rzeźby, traktowanej przez mieszkańców Warszawy jak najświętsze relikwie, komuś z cywilów, który je poniesie dalej. Samа wracam do naszego oddziału dо katedry. Na tym odcinku robi się gorąco nie tylko z racji szalejącego pożaru, ale i dlatego, że Niemcy znacznie wzmogli ostrzeliwanie. Czyżby przygotowywali się do ataku? Jeżeli tak to sanitariuszka może być w każdej chwili potrzebna.

2W katedrze ogień rozprzestrzenia się coraz bardziej. Płonie wschodnia nawa i część prezbiterium.

Razem z Teresą pomagamy księdzu w zasypywaniu piachem stalowej pokrywy chroniącej wejście do podziemi. Złożono tam najcenniejsze skarby: złote monstrancje, kielichy, niektóre obrazy. Wszystko to, cudem jakimś ocalałe i zostało po wojnie w nienaruszonym stanie wydobyte.

W akcji ratowania zabytków katedry i innych związanych ze Starym Miastem duże zasługi położyła nasza koleżanka z ”Wigier”, studentka Akademii Sztuk Pięknych Ewa Faryaszewska. Z narażeniem życia wynosiła z płonących kościołów, wygrzebywała z rozwalonych domów bezcenne skarby naszej kultury. Zginęła w czasie akcji 28 sierpnia.

Strzelanina nie tylko nie ustaje, ale ciągle się wzmaga. Mamy kilku rannych: Edek „Kański” dostał odłamkiem granatnika, na szczęście niezbyt groźnie. Teresa odprowadza go na nasz punkt opatrunkowy na Kilińskiego. W katedrze „Wigry” obsadziły stanowiska w części zachodniej kościoła nieobjętej pożarem. Barykady nа Świętojańskiej bronią oddziały „Bończy”.

Ogień granatników jest tak silny, że aż strach wyjść poza obręb budynku, toteż ci, którzy nie tkwią na stanowiskach bojowych zgromadzili się w bramie Archiwum na Jezuickiej. To nasza kwatera. Nagle dochodzi nas rozdzierający krzyk kobiety.

Cierpnie mi skóra na myśl, że w tej sytuacji będę musiała biec na ratunek. Chwila wahania. Strach walczy z poczuciem obowiązku. Nadzieja, że może ktoś przede mną skoczy nа pomoc przytrzymuje mnie na miejscu. Mijają sekundy… Rozpaczliwe wołanie „ratunku!” powtarza się kilkakrotnie. Nie ma już wątpliwości skąd pochodzi. Musiało kogoś razić na drodze ze Świętojańskiej na Jezuicką. Biegnę za głosem. Przez dziurę w murze dostaję się na podwórko przy katedrze. Niewiele widzę, jest zmierzch, a poza tym unoszący się wokół pуł po wybuchu przesłania wszystko. Dostrzegam wreszcie dwie postacie mężczyzn pochylone nad ranną. Dźwigają ją z ziemi, niosą. Razem z Teresą, która w tej chwili zjawia się koło mnie idziemy zа nimi do przedsionka katedry – punktu pierwszej pomocy. Pierwsze oględziny potwierdzają ranę dość głęboką uda i dolnej części brzucha. Dochodzi nas rozpaczliwe pytanie: „Czy będę żyła?” - „Ależ tak”. Rana jest wprawdzie dość głęboka, ale niegroźna. Nie mniej trzeba się postarać o jak najszybsze przetransportowanie do szpitala. Dowiaduję się, że ranną jest Barbara Rankowska, sanitariuszka, czy też łączniczka oddziału broniącego Świętojańskiej. Ofiarowuję się zawiadomić jej rodzinę i koleżanki z sanitariatu kwaterujące w domu PKO na ul. Celnej. Odnajduję je w schronie, komunikuję o wypadku i o konieczności zorganizowania natychmiastowej pomocy lekarskiej.

Mimo moich nalegań dziewczęta nie mają odwagi wyjść za mną. Nie czekam dłużej. Spieszno mi do swoich. Chyłkiem, samotnie przebiegam ulice i szczęśliwie docieram do naszej kwatery w bramie na Jezuickiej. W kilkanaście minut potem mija nas patrol sanitarny idący po Barbarę Rankowską.

Nocą nie ma bombardowania, nie wstrzeliwują się w nas granatniki, nie nęka nas artyleria, ani „szafy”, ale i tak nikt nie może zmrużyć oka. Tuż obok pali się wielkim płomieniem katedra.

Idę zobaczyć to widowisko. Staję w przedsionku od Świętojańskiej pod mocnym sklepieniem chóru. Widok niesamowity. Całe wnętrze w ogniu, migoce potężnym światłem o odcieniach od jasno złotego poprzez czerwony do ciemnego fioletu. Bezustanny trzaski i szum tłumiony jest od czasu do czasu hukiem walących się sklepień; wtedy wytryska jakby z ziemi fontanna ognia i iskier.

Kiedy patrzę na to wszystko ogarnia mnie jakiś żal i złość. Uświadamiam sobie całą bezpardonową, nie mającą granic potęgę niszczenia, dla której nie ma nic świętego.

 

18.VIII.

Mam dyżur na Jezuickiej w katedrze razem z Basią Wasilewską.

 

19: VIII.

Powracamy z katedry do nowej kwatery. Przydzielono nam spory pokój na piętrze w gmachu Ministerstwa na Długiej 7. Z Basią Wasilewską zabieramy się do przygotowania extra śniadania: chleba z krojonym boczkiem. Chłopcy nie mogą doczekać się momentu, kiedy wolno im będzie wyciągnąć rękę ро swoją porcję. Porcje są ściśle wydzielone i ograniczone, ale obowiązkowo muszą być sprawiedliwe t.zn. równe.

Nagle dochodzi nas charakterystyczne skrzypnięcie „szafy”. Wiemy, ze w kilka sekund dosięgnąć nas mogą straszliwe pociski. Rzucamy się na podłogę. Pokój ma okna wychodzące na ulicę. Słychać pierwszy wybuch. Następny jest bliższy. Trzeci trafia w nasz budynek. Robi się szaro od pyłu, tynk sypie się na głowy, ściany trzęsą.

Żal nam bardzo naszego wspaniałego śniadania. Pajdy chleba oczyszczamy z gruzu i tynku, a że będą trochę trzeszczały w zębach nie takie tо znowu nieszczęście. Gorzej, że „Beniuś” dostał odłamkiem w kolano. Sprowadzam go na dół do szpitala, który mieści się w piwnicach.

W pół godziny później zostaje ranny odłamkiem na podwórzu Ministerstwa „Zbych” i „Szary”.

Po południu wybieramy się razem z Teresą nа Podwale 44 po przygotowane dla nas legitymacje AK-owskie. Trwa silne bombardowanie. Pół godziny siedzimy w piwnicy. Wreszcie decydujemy się wyjść. Na ul. Kilińskiego słyszymy skrzyp „szafy”.

Rzucamy się do bramy, wpadamy na schody. Robi się ciemno, podmuch przewraca nas na ziemię, coś się sypie na głowy. Gubię legitymację trzymaną w ręku; Rąbnęło bardzo blisko, dwa piętra wyżej. Tym razem miałyśmy szczęście.

W nocy od godz.12-ej do rana mam dyżur przy rannym „Zbychu” i „Szarym”.

 

20.VIII.

Kwatera nasza mieści się nа parterze Ministerstwa w tzw. papierni. Czujemy się tu bezpieczniej niż na I p. Przede wszystkim dlatego, że zajmujemy pomieszczenia przeważnie bez okien. Za to panują tu egipskie ciemności; Trzeba palić świeczki. Spanie na belach papieru nie jest złe. W każdym razie cieplej i bardziej miękko niż na gołym betonie.

ul. Długa 7 – ”Ministerstwo”

ul. Długa 7 – ”Ministerstwo”

Jest niedziela. W korytarzu Ministerstwa na parterze Mszę św. odprawia O. Rostworowski. Ludzi jest sporo. Przed samym podniesieniem trafia w budynek, na szczęście dwa piętra wyżej, pocisk „szafy”. Nabożeństwo zostaje przerwane na 10 minut. Trzeba uprzątnąć gruz z ołtarza, zapalić na nowo świece, które zgasły.

Wszyscy obecni zachowują godny podziwu spokój, nikt nie rusza się z miejsca, nie robi paniki. Panuje śmiertelna cisza. Ojciec Tomasz udziela wszystkim absolucji. Pо krótkiej przerwie nabożeństwo odprawia się dalej.

W nocy mam dyżur z Basią Wasilewską w szpitalu na Długiej 7.

Zbyt szczupły personel szpitalny nie wytrzymuje ani fizycznie, ani nerwowo ciężkiej służby trwającej często bez przerwy ponad dwie doby albo i dłużej. Toteż do doraźnej pomocy angażuje się przeważnie sanitariuszki z oddziałów, te które po 24-ech godzinach schodzą z barykad na „odpoczynek”.

Pod naszą opiekę oddano dużą salę nа parterze, oraz przylegający do niej korytarz. Razem około 80-ciu osób.

Ranni ci „szczęściarze” poukładani są często po dwóch na zsuniętych pod ścianami łóżkach. Inni leżą pokotem między łóżkami, niemal pod łóżkami i na środku sali na materacach, noszach, względnie kocach. Trzeba uważnie przechodzić, aby kogoś niе nadepnąć, bądź nie urazić. Sytuację pogarsza brak światła. Mały ogarek świecy i kilka zapałek, jakie nam pozostawiono na całą noc, to nie wiele. Dostałyśmy poza tym niecałą szklankę bezcennej zbożowej czarnej kawy na tych kilkudziesięciu umierających z pragnienia, wykrwawionych, trawionych gorączką ludzi. Dzielimy ją skąpo, najwyżej po łyżeczce na jeden raz. Czuwamy z Basią w korytarzu. Mamy do dyspozycji jedno krzesełko. Obok nas ciężko charcze konając niemłody już mężczyzna z przestrzelonym gardłem. Nа szczęście jest przy nim żona. Chory jest przytomny. Dusi się. Błaga żonę by go uniosła to znów położyła niżej i tak bez końca. Wydaje mu się, że zmiana pozycji przywróci normalny oddech. Kobieta jest u kresu wytrzymałości. Nagle zrywa się w szale i zaczyna okładać męża pięściami po głowie. Krzyczy: „Jа już nie mogę, czemu mnie tak męczysz? Każesz mi się podnosić to znów kłaść.. ja już nie mam siły..” Chwytamy ją za ręce. Odciągamy na bok. Tłumaczymy: „Co pani robi? przecież ten człowiek umiera”. Kobietą wstrząsa łkanie.

Wśród chorych na sali znajduje się młody chłopak. Ma amputowaną nogę aż do pachwiny, oraz zabandażowaną głowę. Bez przerwy krzykiem nas wzywa, rzuca się na łóżku, a gdy do niego podejść, bełkoce coś niezrozumiale. W pewnym momencie chwyta mnie za szyję. Mimo wszystko jest jeszcze bardzo silny. Z trudem udaje mi się uwolnić od niego. Obecni na sali zaczynają go rugać za to, że tak zakłóca spokój. Wszak z nastaniem nocy mają przed sobą kilka godzin względnie spokojnego snu. Odgłosy walki słychać, ale gdzieś daleko. Nękanie samolotów zaczyna się dopiero o świcie, gdzieś od 5-еj, 6-ej rano. Nа salach robi się cicho. Chorzy chcą spać.

Głośny jęk dochodzi nas z daleka. Tak jakby z góry. Nа pierwszym piętrze pozostało jeszcze kilka osób. Jęk przechodzi w wyraźne wоłаniе, powtarza się. Idę za głosem. Wstępuję pо schodach. Muszę przejść koło szpitalnej kloaki. Od tygodni nie mamy kanalizacji. Extrementy chorych znosi się tutaj na pierwsze piętro do pomieszczeń dawnych ubikacji, utworzyła się z tego masa sięgająca okna. Trzeba wstrzymać oddech, gdy się tędy przechodzi. Fetor doprowadza do mdłości, W drzwiach jednej ze zdemolowanych sal natykam się na nosze z ciężko rannym mężczyzną. To on wołał rozpaczliwie: „wody, wody”. Opodal twarzą do ziemi, leży nа brzuchu poparzona, nieprzytomna już, naga dziewczyna. Ta nie doczeka świtu. Umiera samotnie na gołej podłodze. Mуślę o jej, najbliższych, których zresztą nie znam…. matka, ojciec, rodzeństwo… Boże, oby się nigdy nie dowiedzieli jak umierała ich, jedyna może, ukochana córka… siostra. Smukłe, młode ciało dyszy jeszcze. Cóż jа mogę dla niej zrobić? Nawet nie mam jej czym okryć. Makabra.

Rano wynoszą z naszej sali trzech umarłych.

 

21.VIII.

Od rana trwa silne bombardowanie oraz ostrzeliwanie rejonu Ministerstwa. Niemcy musieli się dowiedzieć, że tu właśnie mieści się dowództwo Armii Krajowej. Artyleria i „szafy” grzmią bez przerwy. Trwa ewakuacja górnych pięter szpitala oraz pomieszczeń na parterze. Wiele osób zaangażowano do tej akcji. Szpital liczy setki osób. Razem z „Grubą Zosią” włączam się do pomocy. Droga jest uciążliwa, niejednokrotnie zawalona gruzem i niebezpieczna, bo walą „jak diabli”. Za każdym trafieniem pocisku tynk i gruz sypie się na głowę. Szyby na szczęście już dawno zostały wybite, pokaleczenie szkłem więc nam nie grozi. Na skutek pocisków zapalających coraz w innym miejscu wybucha pożar, ale ofiarni „strażacy” dyżurujący na dachu szpitala działają sprawnie i zwykle ogień jest szybko lokalizowany.

Musimy pokonać szpitalne schody, duże podwórko, nieraz kręte przejścia i jeszcze przeskoczyć na drugą stronę ulicy Podwale. Wystarczy przenieść tędy tylko jedną osobę, aby serce z wysiłku podeszło do gardła. A tu trzeba obrócić przynajmniej z kilka razу. Odpocząć, nabrać tchu można w drodze powrotnej jak się idzie z pustymi noszami.

Na schodach – spotykam „Chińczyka” z plutonu 11-12. Przypatruje mi się i w pierwszej chwili nie poznaje: Wyglądamy z Zosią wprost upiornie. Rozczochrane, obsypane gruzem głowy, czerwone z wysiłku, osmolone twarze, znaczone cienkimi strużkami potu. Przerażone oczy „Chińczyka” wcale mnie nie dziwią. Z wdzięcznością przyjmuję od niego kilka pierników. Przez moment mam wyrzuty sumienia, że z braku czasu a może i ochoty nie czytam jego listów podsyłanych mi często „przez okazje”. Nawet nie wiem jakie wyznania w sobie kryją, czego mi nie może darować Teresa. Ze stoickim spokojem i humorem znoszę jej dogadywania i kpinki.

Wieczorem część chłopców z naszego plutonu, na czele z „Trzaską”, wyrusza kanałami na Żoliborz po broń. Żegnamy ich pełni niepokoju.

 

22.VIII

Budynek Ministerstwa w dalszym ciągu nękany jest pociskami wszelkiego rodzaju. Jedynie bomby lotnicze nas omijają, trafiają za to w domy po drugiej stronie Podwala, Kilińskiego, Długiej. Pożar gmachu Ministerstwa trwa do południa. Obrona przeciwpożarowa zorganizowana jest imponująco. Przez całe podwórze od beczek napełnionych jeszcze w pierwszych dniach powstania wodą ustawia się długi wąż ludzi, Wąż ten sięga ostatniej kondygnacji i nawet rozgałęzia się w kilku kierunkach. Najodważniejsi mają swoje stanowiska na dachu. Tym razem pożar jest wyjątkowo groźny, trwa od kilku godzin wybuchając w coraz innym miejscu.
Do gaszenia zmobilizowano sporo osób i cały dostępny “sprzęt pożarniczy”, jak wypożyczone z kuchni garnki, kociołki, a także kubełki, miednice, miski i.t.p. Podaję lewemu sąsiadowi miskę, żeby od prawego odebrać kubełek, a w następnej chwili uchwycić ucho jakiegoś garnka. Niestety zdarzają się krótkie przerwy w dostawie wody. Za każdym skrzypnięciem “szafy”, świstem pocisku, hukiem nadlatujących sztukasów, ludzie pryskają pod ściany, bądź chronią się do bramy, roniąc przy tym bezcenne krople wody. Niektórzy już do kolejki nie wracają. Wąż “pożarników” przerzedza się stopniowo. Ale mimo wszystko koło południa ogień zostaje opanowany.

Piekło rozpętało się nad Starówką. Bombowce atakują okolice Rynku St. Miasta, Jezuicką, Świętojańską. Rzadko się zdarza, aby bombardowano pierwszą linię frontu. Niewielka pomyłka w obliczeniach spowodować może rażenie własnych oddziałów. Tym, razem wszystko wskazuje na to, że bomby padły w okolicach katedry. Co też się stało z naszym tkwiącym tam oddziałkiem?

Około godz.2-ej po południu, korzystając z krótkiej przerwy między nalotami pełna niepokoju wyruszam w tamtym kierunku poprzez Podwale, Nowomiejską, Krzywe Kolo, Rynek, Jezuicką. Jestem przerażona skutkami bombardowania. Najwięcej ucierpiał chyba Rynek. Na Jezuicką, do naszych, wpadam w chwilę po uderzeniu tam bomby. Trafiła blisko barykady. Podmuch wywalił bramę i pokotem położył wszystkich będących w pobliżu. Znajduję ich zakurzonych poprzysypywanych pyłem. Jak to się stało, że nikt nie zginął?

Przy mnie w ruinach domu na Kanonii zostaje od bratniej kuli zabity “Lech” (Leszek Klimczak), który wyszedł z trzyosobowym patrolem na zwiady w kierunku Zamku. Wychylił się nieopatrznie z bramy, a ponieważ był w niemieckim mundurze został wzięty przez nieuprzedzonego kolegę za wroga i zabity na miejscu. Upadł na placyk Kanonii. Trzeba było czekać zmierzchu, aby go stamtąd ściągnąć. Pochowaliśmy go na podwórku graniczącym z kościołem OO. Jezuitów. Szybko powiększała się liczba mogił tego podwóreczka.

Przy mnie zostaje ranny w szyję “Ogniomistrz” (Andrzej Lewocki), następnie “Robert” (Tomasz Russanowski), “Wojtek” – “Rawicz” (Wojciech Rzymowski), “Dąb” (NN). Odprowadzam “Ogniomistrza” do Ministerstwa. Wracam z Ewą po “Roberta”. Razem z “Justyną” (Helena Suryn) i “Ewą” (Ewa Dziewulska-Siemińska ) niesiemy go na noszach. Droga uciążliwa, ulice i rynek zasiane gruzami. Musimy przystawać od czasu do czasu dla złapania tchu. Dopiero na Krzywym Kole trafiamy na “cywilnych” mężczyzn, którzy, aczkolwiek bez entuzjazmu, ale pomagają nam donieść rannego do szpitala.

W okolicach katedry sytuacja niewesoła. Niemcy nacierają z kilku stron: od Zamku, Kanonii, skarpy. Oddziałek nasz jest zdekompletowany: część chłopców odeszła kanałami na Żoliborz po broń, poza tym wielu jest rannych, a wielu zabitych. Obroną katedry kieruje “Roch”. Prosi on mnie o zawiadomienie kogoś z dowództwa o ciężkiej i groźnej sytuacji na tym odcinku i sprowadzenie posiłków. Wracam na Kanonię razem z por. “Prymusem” (Jerzy Chorzewski), “Adamem” (Adam Nikolay) i pięcioma ludźmi z plutonu 1112. W podwiniętej bluzie panterki, jak w fartuchu jabłka, pieczołowicie niosę kilka filipinek i kilka granatów angielskich tzw. jajek, troszcząc się, aby się zbytnio o siebie nie obijały. Nogi stawiam ostrożnie. Nie mam prawa się potknąć, a tym bardziej przewrócić.

Jest późny wieczór. Drogę oświetlają nam pożary. Wracam do Ministerstwa około godz. 12-ej w nocy. Dowiaduję się, że ranni “Benesz”( Bernard Bieliński), “Zbych” i “Szary” zostali przeniesieni pod Krzywą Latarnię.

23.VIII.
Razem z “Janką”, “Isią”, “Grubą Zosią” i “Teresą” idziemy do “Beneszów” pod Krzywą Latarnię. Leżą w bramie na noszach. “Janka” ma pełne kieszenie specjalnie dla nich wyszabrowanych pierników i herbatników. Transportujemy ich do naszego szpitalika na Podwale 19.

Wieczorem znajduję się w pokoju sanitariatu mieszczącym się na parterze obok “papierni”. Dochodzą mnie z podwórza wyraźnie podniecone głosy jakiejś grupy ludzi. Orientuję się, że to nasi chłopcy powrócili z Żoliborza. Wyskakuję do nich najkrótszą drogą przez okno. Witam się z nimi. Jestem uszczęśliwiona, że nikt nie zginął; zatajono przede mną śmierć “Bandery” (Kazimierz Skupień), Dostaję od “Stasiuka” (Stanisław 0lejnik) woreczek z migdałami ze słowami: “dla ciebie, rannych, 5 sztuk dla “Nietykszy” (Zdzisław Niekrasz) i 3 dla mnie.” Podobno na Żoliborzu w porównaniu ze Starówką “kanada”; domy całe, żarcia dużo, ludzie wcinają pomidory i owoce. Coś niesamowitego, coś dla nas zupełnie nieosiągalnego.

Ruiny prezbiterium Katedry1

Ruiny prezbiterium Katedry

24.Vlll.
Razem z “Teresą” mamy służbę na Jezuickiej. Tego dnia panuje tu względny spokój. Naszą redutą są ruiny katedry… Po pożarze zostały z niej tylko odarte zewnętrzne ściany, częściowo rozwalone. Sklepień już nie ma, a prezbiterium i nawy zasłane są gruzem. Najlepiej zachowały się pomieszczenia od strony Jezuickiej i Kaplicy Baryczków.

Zakrystia ma prawie nienaruszone boazerie. Chłopcy porozstawiani są na stanowiskach jak zwykle. Trzech na galeryjce łączącej kiedyś katedrę z zamkiem. Od naszej strony dochodzi się tam po gruzach dawnych schodów osłoniętych od Dziekanii częścią ocalałej bocznej ściany.

Z galeryjki, dzięki temu, że jest ona ucięta od strony zamku i położona kilka metrów ponad otaczającym terenem, jest doskonały wgląd w kierunku Wisły, a poprzez zakratowane boczne okienko można obserwować ruiny domów Kanonii. Jest to najniebezpieczniejszy, najbardziej wysunięty w kierunku nieprzyjaciela punkt, który Niemcy podchodząc od Dziekanii często obrzucają granatami. Tu najczęściej dyżurują przylepieni do ściany: “Stasiuk”, “Koch” (K?zimierz Kąkol), “Nietyksza”, “Robert” “Roch” (Jerzy Kowalski), “Zbych”; tu trzeba być zawsze czujnym, gdyż każdej chwili grozi atak nieprzyjaciela od strony ruin Zamku i Kanonii.

„Galeryjka” – widok od Kanonii

„Galeryjka” – widok od Kanonii

Na drabinie opartej o boczne okno wypalonego prezbiterium z kb skierowanym na Kanonię i Zamek tkwi zwykle Edek “Kański”, Dziwię się, jak ten chudzielec wytrzymuje taką niewygodną pozycję. Boczna kaplica oraz zakrystia również obsadzone przez naszych chłopców. Pozostali zajmują stanowiska na barykadzie przy Jezuickiej, róg Kanonii, oraz na piętrach budynku Archiwum Akt Dawnych przylegającego do Kościoła. Druga strona Jezuickiej oraz istniejący narożny dom przy Kanonii to “królestwo” por. “Romana” (Jan Golański) i “Korwina” (Edward Matuszyński) z I-ej kompanii wigierskiej.
Z dziewcząt pełnią tam służbę: “Justyna”, “Krystyna” (Krystyna Grabowska), “Bellona” (Małgorzata Przedżymirska) oraz “Honorata” (Honorata Wodzyńska-Kokocińska). W porze obiadowej idziemy z “Teresą” do Ministerstwa po kocioł zupy. Nawet taka, zdawałoby się, prozaiczna czynność, jak noszenie posiłków na barykady kosztuje dużo wysiłku i nerwów. Trzeba ustawicznie wspinać się po gruzach, przemykać chyłkiem pod ścianami w chwilach nalotu lub obstrzału. Odpoczynki są krótkie. Chłopcy mają prawo choć raz dziennie, do “łyżki cieplej strawy”. Strawę stanowi ciągle ta sama nieokraszona zupa z kaszy i klusek, gotowanych na wodzie nie pierwszej czystości. Na dwadzieścia kilka osób mamy do dyspozycji 3 głębokie talerze i tyleż łyżek, których z braku wody nie myje się, a co najwyżej przeciera papierem o ile taki jest pod ręką. Biedny “Faliński” (Stefan Filipowicz) ciężko chory na gruźlicę otrzymuje swoją porcję zawsze na końcu. Wieczorem gotujemy z Teresą kawę.

Noc spędzamy w częściowo rozwalonym mieszkaniu na parterze domu przy ul. Jezuickiej 1, przylegającym do barykady. Mamy do dyspozycji szeroki tapczan niestety bez materaca. Gołe sprężyny ugniatają nas niemiłosiernie. Przed “psim” chłodem niewiele chronią nawet watowane niemieckie spodnie i “panterki”.

25.VIII.
Wstajemy o godz. 5-ej rano i zabieramy się do gotowania klusek z pasztetem. Są wyśmienite. Zostało ich trochę dla por. “Andrzeja”, “Stasiuka” i “Kocha”, którzy zjawili się u nas rano.
Niemcy znowu przypuścili atak na katedrę: Koło 12-ej w południe por. “Andrzej” wysyła mnie z meldunkiem do dowództwa. Wracam po kilkunastu minutach.
Przy mnie zostaje ranny na barykadzie “Nietyksza”, w momencie gdy mierzy z pistoletu maszynowego w podchodzących od Kanonii Niemców.
Uderzenie jest silne, odrzuca chłopaka do tyłu: Razem z por. “Andrzejem” podczołgujemy się do niego, z trudem przeciągamy do najbliższej bramy. Prawa ręka zwisa bezwładnie, mocno krwawi. Po pierwszym prowizorycznym opatrunku razem z koleżanką transportujemy rannego do szpitala na Długą 7.
Do “sali operacyjnej” wchodzi się z narożnika budynku. Ta część podwórza jest zwykle zawalona stosem zużytych materiałów opatrunkowych nasiąkniętych ropą i krwią. Wokoło roje obrzydliwych much. Obok u wejścia na noszach, albo wprost na betonie leżą bądź siedzą ranni. Reszta czeka na swoją kolejkę w piwnicy sąsiadującej z pomieszczeniem gdzie się operuje. W zasadzie pierwszeństwo mają ci, którym tylko natychmiastowy zabieg może uratować życie. “Beznadziejnych”, względnie lżejsze przypadki odkłada się ciągle … na później. “Nietyksza” całą rękę ma zupełnie zgruchotaną. Duży upływ krwi znacznie go osłabił.

Udaje mi się przekonać regulującą ruch pielęgniarkę, że w tym przypadku szybka pomoc jest niezbędna. Stosunkowo niedługo czekamy w kolejce. Obok nas jęczy ranny w brzuch Niemiec.

Tak zwana “sala operacyjna” to sporych rozmiarów piwnica kiepsko oświetlona kilkoma świeczkami. Całe wyposażenie stanowią dwa zwykłe stoły, kilka krzeseł, taboretów i jeden miękki fotel. W półmroku trudno coś więcej dostrzec. Pracują tu zwykle po 36 godzin bez przerwy albo i dłużej jednocześnie dwa zespoły składające się każdy z jednego lekarza i jednej albo dwóch pielęgniarek. Wytrzymałość ich jest godna podziwu. Upadając ze zmęczenia, zasypiając w trakcie robienia opatrunków, ciągle na nowo muszą mobilizować siły, aby wytrwać… za wszelką cenę wytrwać dopóki nie przyjdzie ich zmiana.

Sadzam “Nietykszę” na stołku, opieram mocno o siebie, aby w momencie operacji nie “fiknął kozła”. Przy świeczce następują oględziny strzępów ręki. Lekarz kiwa głową, szybko wydaje decyzję: na razie nie będzie amputacji, tylko dezynfekcja rany i opatrunek z założeniem szyny.

Nie stosują tu żadnych środków znieczulających, wszystko odbywa się na “żywca”. Jedynym wybawieniem od cierpień może być omdlenie. Niestety chłopak jest przez cały czas przytomny; zaciska zęby z bólu, ale nie jęczy, nie krzyczy. Może ze strachu? Dochodzą nas z zewnątrz odgłosy bombardowania. Kolejne wybuchy wstrząsają murami budynku. Czujemy drżenie podłogi. W pewnym momencie świeczki przewracają się, gasną. Na głowy sypie się tynk. Na szczęście otwarta rana zabezpieczona jest bandażem. Z chwilą zapalenia świeczek lekarze i pielęgniarki powracają do przerwanej pracy spokojnie, bez paniki… tak, jak gdyby nic specjalnego się nie stało.

Muszę teraz zmobilizować kogoś, kto by mi pomógł przenieść nosze z “Nietykszą” do szpitalika “wigierskiego” na Powale 19. Biegnę przez dziedziniec ministerstwa do naszej kwatery. Jestem zaaferowana, oślepiona światłem i dlatego zapewne nie reaguję, w pierwszej chwili na znajomy głos, wymawiający moje imię, Wreszcie poznaję… ależ tak, to prof. Manczarski, ojciec Wandy. Wypytuje mnie o córkę, o jej przyjaciółkę Stasię Witkowską, o Zbyszka Smidowicza, Niestety nic o nich nie wiem poza tym, że mieli przydział do Śródmieścia. Profesor pracuje w służbie łączności. W swojej pieczy ma radiostacje wojskowe. Jutro przechodzi kanałami na Żoliborz. Zatrzymuje mnie, ma żal, że się wyrywam, nie może zrozumieć mojego pośpiechu, choć tłumaczę, że czeka na mnie ciężko ranny kolega, Cieszymy się oboje z tego spotkania tak, jak cieszą się ludzie, którzy dawno zwątpili w to, że jeszcze kiedykolwiek żywi się zobaczą. Obiecuję, że przyjdę niebawem pod wskazany adres kwatery, jak tylko będę miała chwilę wolnego czasu.

Po przeniesieniu: “Nietykszy” na Podwale wracam na Kanonię. Dowiaduję się, że są nowi ranni: “Faliński”, “Isia”, “Orzeł” (Arkadiusz Rudzki). A więc czeka mnie nowy transport.

Tymczasem Niemcy odcięli nas na kilka godzin od reszty Starówki, zaatakowawszy ul. Celną. Jesteśmy otoczeni. Czujemy się nieswojo. Dopiero wsparcie innych oddziałów wyswobadza nas z ciężkiej sytuacji.

26.VIII, niedziela.
Razem z “Grubą Zosią” wysyłają mnie do apteki na Miodową 23. Apteka jest częściowo rozwalona, ale doskonale zaopatrzona w materiały opatrunkowe i leki. Wracamy obładowane tobołami.

Wieczorem mszę św. w podziemiach szpitala na Długiej 7 odprawia O. Rostworowski. Ołtarz ustawiono w jednej z piwnic. Wokoło pokotem leżą ranni. Personel szpitala oraz wolni od służby nieliczni żołnierze z oddziałów stoją w przejściach. Śpiewane pieśni to pieśni ludzi cierpiących, niekiedy złamanych przejściami nie do zniesienia, pełne smutku i błagania o litość; nie ma w nich nic z mocy i wiary we wspaniałe zwycięstwo. A kazanie księdza, choć pogodne i krzepiące, przygotowuje nas wszystkich na ewentualność podjęcia krzyża w miejsce miecza.

27.VIII.
Mam dyżur w aptece. Pomagam w robieniu opatrunków.
Wieczorem “Jeleń” (Bogdan Zając-Zaniewski) organizuje ognisko. Gromadzą się wszyscy jako tako zdrowi i cali z “wigierskich” oddziałów, nie będący w danej chwili na służbie. Ktoś deklamuje. Śpiewa “Modrzew” (Roman Zieliński) i “Moskito” (Wacław Siemiński). Między piosenki żołnierskie wplata się jak na urągowisko przedwojenny szlagier:

“I znów zakwitły kwiaty i znów ślą aromaty
I znów Warszawa bawi się i znów swój uśmiech śle,
W tę noc tętniącą wrzawą, w tę noc baw się Warszawo
I ciesz się swoją sławą, bo my kochamy cię!”

Nastrój jest przyjemny, wesoły i niemal beztroski. Czerwone grzane wino zrobiło swoje.

Niestety nie dane nam było z Janką doczekać końca imprezy. W związku z groźną sytuacją w okolicach katedry i nieustającymi atakami, o czym przybiegła zawiadomić “Krystyna” – odkomenderowano nas jako wsparcie sanitariatu I kompanii na Kanonię.

Jest noc. Prowadzi “Krystyna”. Na Rynku jasno jak w dzień. Pali się prawie cała jego lewa strona. Dym gryzie w oczy, gorąco bije w twarz, w powietrzu pełno sadzy i pyłu. Gruzy zbombardowanego domu na rogu ul. Celnej zawaliły przejście na Jezuicką. Trzeba po nich wspinać się w górę, przeskakiwać płonące belki. Odcinek Jezuickiej do Kanonii przebiegamy schylone pod ścianami domów. Trwają walki w katedrze. Powstańcy podpalają zakrystię, aby zagrodzić drogę Niemcom.

 

28.VIII.
O godz. 7-ej rano schodzimy z dyżuru. Jest względnie spokojnie. Nocne ataki zostały odparte, ale nasi musieli wycofać się z katedry.
Odpoczynek na kwaterze w ministerstwie nie trwa długo. Już o godz. 11-ej w południe biegnę z “Teresą” na ul. Bugaj, gdzie wysłano o świcie na wsparcie pluton por. “Andrzeja”. Kierują nas do domu na Krzywym Kole. W pomieszczeniu na parterze zastajemy rannego w brzuch “Massalskiego” (Jan Piątkowski). Po opatrunku przekazujemy go do odtransportowania kolegom. W chwilę potem wnoszą z postrzałem nerek “Sokoła” (Zbigniew Derkuczewski). Nie stracił przytomności, ale stan jego jest b. ciężki. Trudno go było ściągnąć z miejsca gdzie padł. Ostrzał k-mu bronił dostępu. Właśnie “Massalski”, mimo ostrzeżeń por. “Andrzeja” skoczył ratować kolegę i też dostał.
Ponieważ czołg zaczyna ostrzeliwać dom, w którym się znajdujemy, razem z rannymi chronimy się do pomieszczeń po przeciwnej stronie korytarza, aby tam skończyć opatrunek.

Przy wyjściu na Brzozową natykam się na zakrwawionego por. “Andrzeja”. Dalej po drugiej stronie ulicy, w ruinach, spotykam rannych “Brzeskiego” (Zdzisław Śliwiński) i “Olbrychta” (Jerzy Olszewski). Na szczęście wszyscy oni mogą jako tako iść o własnych siłach.

Tego dnia 2-gi pluton naszej szturmówki poniósł znaczne straty. Po południu na Rybakach zginął “Markiewicz” (Seweryn Pasikowski). Poważnie ranni w nogi zostali “Roch” i 16-letni “Klecha” (Tadeusz Suski).

Wieczorem wykorzystuję chwilę wolnego czasu, aby odwiedzić rannych przed kilku godzinami “Massalskiego” i “Sokoła”. Wchodzę do niewielkiego pokoiku, mieszczącego się w suterynie budynku Podwale 19. W pierwszej chwili, w półmroku nie mogę odróżnić osób. Po pewnym jednak czasie wzrok przyzwyczaja się do ciemności. Na tapczanie pod ścianą, tam gdzie wczoraj jeszcze leżał Jurek “Ikar” (Jerzy Szymański), widzę “Sokoła”. Ma szeroki przekrwiony opatrunek na plecach. Leży na brzuchu. Do pasa okryty jest prześcieradłem.

Wiem, że cierpi. Ciężkie westchnienia wyrywają się z ust. Słyszę słowa gorącej prośby: “pić”. Wiem, że z powodu krwotoku wewnętrznego nic do picia dawać nie wolno. Chcąc mu jednak ulżyć, zwilżam kawałkiem waty spieczone usta. Chwyta gwałtownie każdą kropelkę wody. Cały czas jest przytomny. Słyszę szept:
-”Kto to?”
Mówię swoje imię. W odpowiedzi głos pełen niepokoju:
- “Basiu powiedz dlaczego lekarz nie chciał mnie operować?”
Tłumaczę, że na skutek dużego upływu krwi operacja bezpośrednio po wypadku byłaby niebezpieczna, że musi poczekać ze dwa dni, podczas których wzmocnią go odpowiednimi zastrzykami. Staram się mówić pewnie, spokojnie, bez drżenia w głosie. Grymas bólu pokrywam uśmiechem tak, jakby wszystko było OK.
Ileż to razy, w tych tragicznych chwilach zmuszałyśmy się do uśmiechu… przez łzy.

Przyznaję, miałam słabość do tego chłopca za jego przywiązanie i dziwną ufność jaką mnie darzył. Był najmłodszym po “Klesze” w naszym plutonie. Miał 17 lat.
Wiele bym dała, żeby można mu było pomóc, albo choć ulżyć w cierpieniu. Nacieram nogi spirytusem, gdy skarży się, że mu drętwieją. Pochylona ogrzewam ciepłymi rękami nagie ramiona. Nagle czuję, że chwyta mnie gwałtownie za szyję, mocno przyciąga do siebie, przybliża zimne usta do mojej twarzy. Jest coś bezgranicznie smutnego, wręcz rozpaczliwego w tym odruchu. Szukanie ochrony przed zbliżającą się śmiercią? Ostatnie pożegnanie?
“Gruba Zosia” (Zofia Łoszczyńska-Nowiak) robi zastrzyk “Massalskiemu”. W kilka minut potem następuje krótka agonia.

Wychodzę na chwilę do sąsiedniej kuchni. Korzystam z rzadkiej okazji, aby się umyć wodą z trudem zdobytą, “wystaną” w długiej kolejce. W kilka minut potem wpada “Szpak” i mówi, że “Sokół” mnie woła. Kiedy podchodzę do niego jest już nieprzytomny, nie poznaje mnie, nie reaguje na słowa. Ciężki przyśpieszony oddech nagle się urywa. To już koniec. Zamykam wpółotwarte oczy.
Późnym wieczorem organizujemy pogrzeb. Zwłoki obu chłopców, z których jeden poświęcił swoje życie dla drugiego, wkładamy do szerokiej, naprędce zbitej z desek trumny. Ich ostatnia droga jest krótka, prowadzi na najbliższe… podwórko. Ojciec Rostworowski odprawia modły, podczas kiedy koledzy kończą kopanie niezbyt głębokiego grobu. Nie ma kwiatów, nie ma najbliższej rodziny, są łzy wzruszenia grupki towarzyszy i ostatnie ich pożegnanie postawą na baczność.

Nasz pluton obejmował stanowiska w katedrze św. Jana i bronił barykady na Jezuickiej pomiędzy 12 i 25 sierpnia 1944 r. Pełniliśmy służbę w katedrze w dni parzyste. W dni nieparzyste był tam pluton 1112 z dywizjonu “Jeleń”. Oddziały “Bończy” broniły barykady na ul. Świętojańskiej. Po 25 sierpnia w rejonie katedry pozostała pierwsza kompania “Wigier”. Katedra została zajęta przez Niemców 28 sierpnia.

W drugiej połowie sierpnia pełniłyśmy służbę głównie przy oddziałach. Gdy nie było służby, zatrudniano nas w szpitalu na Długiej 7 lub w naszych punktach opatrunkowych. Rannych przybywało, w zastraszającym tempie ubywało personelu. Szpitale były ostrzeliwane przez artylerię i bombardowane przez samoloty. Ginęli lekarze i pielęgniarki. Jestem z pełnym uznaniem dla personelu szpitalnego, który miał, niespożyte siły, że wytrzymywał dyżury nieraz wielodobowe. Myśmy również pełniły role zastępując pielęgniarki na nocnych dyżurach.

Obowiązkiem sanitariuszek oddziałowych było ściąganie rannych z linii ostrzału zwykle przy czyjejś pomocy, pierwsze opatrunki, a poza tym transport do punktów do szpitali. To była najtrudniejsza nasza czynność na nasze wątłe dziewczęce ręce. Najcięższe były transporty rannych z placówek, z barykad do szpitala. W założeniach patrol sanitarny miał składać się z 5 osób. Zwykle byłyśmy tylko we dwie. Gdy były nas trzy, to był luksus, można było wtedy zmieniać ręce. Zwykle jednak musiałyśmy sobie dawać radę tylko we dwie, no a przecież ciężar noszy z rannym był często dosyć duży. Jak sobie obliczyłam to na jedną naszą rękę przypadało około 20 kg.

Odcinek z katedry do szpitala na Długiej dziś można przebyć w 10 min., a wtedy szłyśmy godzinę lub półtorej. Było tak dlatego, że w międzyczasie były ciągle naloty. Trzeba się było chować do bram. Przechodziło się przez płonące ulice, jakieś piwniczki. Budynki były ze sobą połączone przebitymi otworami, można było przez kilka budynków przejść piwnicami.

Przy tym nie szło się przecież po równym chodniku, ani po jezdni, tylko po gruzach sięgających nieraz 1 piętra. W czasie ostrzału lub nalotu trzeba było chronić się do bram i różnych zakamarków. Szło się przez ciemne, zatłoczone piwnice, gdzie otwory były raz większe, raz mniejsze. Piwniczki były zwykle ciasne, schodki piwniczne w staromiejskich kamieniczkach były drewniane, wąskie, kręte. Transport ciężkiego chłopaka nie był prostą sprawą. Poza tym w piwnicach koczowali ludzie cywilni, więc był straszny tłok. Potykałyśmy się o rozstawione toboły, przeciskałyśmy się wśród tłumu, piwnice były połączone ze sobą przebitymi otworami w ścianach. Nieraz trzeba było rannego ściągać z noszy i samego przetaszczać przez otwory. Schodki piwniczne były zwykle wąskie, zakręcane. Te przejścia transportowe były bardzo ciężkie.

W katedrze mieliśmy dużo rannych. Początkowo Niemcy katedry nie bombardowali, bo była za blisko pozycji niemieckiej. Była ona jednak ostrzeliwana zarówno przez artylerię, granatniki, potem “szafy”. W ostatnich dniach była też bombardowana przez samoloty. Bomby spadły na naszą barykadę przy bramie,. przez którą wcześniej przenosiliśmy figurę Chrystusa.
Z jedzeniem na Starówce nie było najgorzej. Przede wszystkim były magazyny na Stawkach. Stamtąd był dostarczany cukier w wielkich ilościach, konserwy mięsne do wyboru, wołowe i wieprzowe w puszkach, bardzo smaczne. Mąka też była, bo chleba mieliśmy pod dostatkiem. Był on oczywiście wydzielany, ale był. Były przydziały świeżego chleba, z pachnącą skórką. Raz dziennie była zupa, którą przynoszono w kotłach. Była też czarna kawa.

W pierwszej połowie sierpnia woda była nawet w kranach. Pamiętam, że po wybuchu czołgu poszłam z koleżankami do łaźni, która mieściła się na Nowomiejskiej. Wody musiało być więc wtedy pod dostatkiem. Potem zaczęły się problemy z wodą. Szpital na Długiej 7 miał olbrzymie zapotrzebowanie na wodę. Gotowano tam posiłki dla oddziałów będących na stanowiskach i kwaterach. Z Długiej noszono zupę w kotłach, kaszę, kluski. Na dziedzińcu szpitala na Długiej były napełniane woda drewniane beczki, to były zapasy wody. Potem ta woda była brana i do mycia i do jedzenia i dla rannych. Nie była ona specjalnie czysta, ale była. Były też kopane studnie. Pamiętam, że gdzieś na Podwalu stałam w kolejce po wodę. Stało się po 2, 3 godziny.

30. VIII.

Dzień 30-go sierpnia jest dla nas dniem odpoczynku. Spędzamy go w papierni ministerstwa. Od rana daje się zauważyć zwiększony ruch i stan podniecenia. Jedni za drugimi przybiegają gońcy z meldunkami, odchodzą z nowymi poleceniami. Ogłoszono ostre pogotowie i zakaz oddalania się bez pozwolenia poza obręb ministerstwa (naszej kwatery).

Wszystko to wygląda na przygotowanie do jakiejś ogólnej dużej akcji.
Jest cudne, słoneczne, sierpniowe popołudnie. Gromadka chłopców, wśród nich “Kazik” (Kazimierz Kąkol), “Stach”, por. “Andrzej”, “Bąk” (Zdzisław Bacciarelli), “Wojtek Rawicz” (Wojciech Rzymowski), na ganku pod papiernią zajęta jest czyszczeniem p mów, karabinów, pistoletów. Słychać brzęk rozmontowywanej i składanej broni. Twarze, choć wymizerowane i umorusane są pogodne. Jesteśmy z Janką wśród nich; udziela nam się atmosfera ich trochę wisielczego humoru i beztroski. Kazik znany z dowcipu wiedzie prym w rozśmieszaniu bliźnich. Nastrój ogólnej wesołości, jaki wprowadza, pozwala nam choć na chwilę zapomnieć o tym co było i co nas jeszcze czeka.
“Janka” szyje furażerkę dla “Łosia” (Henryk Modzelewski). Biedna, całe palce ma pokłute.. Ja przyszywam “Stachowi” kokardę biało-czerwoną do czapki, guzik do spodni małemu “Moskitowi” (Zdzisław Borysiuk), potem robię opatrunek “Józkowi” (NN), który sobie obtarł nogę.

Godziny upływają, chłopcy zwracają się do nas ciągle z jakimiś drobnymi prośbami.

Nadchodzi wieczór. Czas zakrzątnąć się koło kolacji. Obrzydliwą zupę, jaką dostajemy 3 razy dziennie, jadamy tylko z musu. “Żbik” (Henryk Fabisiak) z “Piatem” (Tadeusz Fabisiak ) wyszabrowali dziś 2 puszki konserw wieprzowych. Zadaniem dziewcząt jest postarać się o chleb, którego od kilku dni już nam nie przydzielają. Cudem jakimś udało się “Jance” i “Szczupłemu” (Wojciech Szmelter) zdobyć podstępem jeden bochenek. Trochę to jednak mało na 20 osób. Postanawiamy więc we dwie popróbować szczęścia po raz drugi. Magazyn żywnościowy mieści się w gmachu Ministerstwa na parterze. Jest tu kilka osób. W głębi siedzi por. “Afr” (Henryk Wyganowski), “Modrzew”, “Lech” (Paweł Leński)i inni.

Przy drzwiach po prawej stronie na dużym stole stos pachnących, świeżych bochenków razowca. Podczas kiedy “Janka” zagaduje towarzystwo, pytając długo i rozwlekle o “Martę” (Zofia Jóźwiak-Swiercz), ja ściągam za jej plecami ze stołu duży bochen i ukrywam go pod “panterką”. Już za drzwiami wybuchamy śmiechem, ciesząc się, że kradzież tak pięknie się udała. W międzyczasie chłopcy wystarali się o pół litra czystej i trochę czerwonego wina u p. Pułkownikowej. Szykuje się większa “biba”. W najbardziej zabitym kącie “papierni”, oświetlonym jedną mizerną świeczką, sporządzamy z “Janką” kanapki. Chłopcy ustawiają się w ogonku, każdy bierze w rękę swoją porcję, wypija starannie odmierzony kieliszek wódki i odchodzi. Czyniąc zadość ogólnym żądaniom we dwie z “Janką” również wychylamy “po kieliszku”.
Upływają minuty na pogaduszkach, przekomarzaniach i ostatecznych przygotowaniach do jakiejś bliżej nieznanej nam akcji. Wyczuwamy instynktownie nastrój napięcia, moment zbliżającej się rozgrywki, która być może, zadecyduje wkrótce o naszym losie. “Zosia” i “Irena” (Irena Deresz) mają dyżur w aptece, rozdają materiały opatrunkowe, lekarstwa, opaski uciskowe. Dziewczęta sprawdzają swoje torby sanitarne.

W pewnym momencie “Irena” bierze nas z “Janką” na bok i przyciszonym głosem mówi:
- “Dziś w nocy będzie akcja. Wraz z innymi oddziałami idą nasi chłopcy. Być może razem z nimi pójdziecie wy, jako patrol sanitarny. Czujecie się na siłach? Jeszcze rozkazu nie ma, ale musicie mieć, na wypadek, cały ekwipunek przy sobie i w kompletnym porządku. Tylko warunek – pary z ust”.
Słowa “Ireny” przyjmujemy jako wyróżnienie.

Por. “Prokop” (Roman Kaczorowski) naznacza zbiórkę chłopców w “papierni” i jednocześnie wydaje rozkaz sanitariuszkom przygotowania rannych do ewentualnego wymarszu. Dziewczęta rozchodzą się. Z chłopcami pozostajemy tylko we dwie z “Janką”.

W czasie zbiórki ogłaszają stan ostrego pogotowia i zakaz wydalania się poza obręb “papierni”. Chłopcy z bronią i plecakami gotowi są w każdej chwili do wymarszu. Niektórzy próbują drzemać w pozycji półsiedzącej na materacu. Są tacy, co jeszcze popijają winko. Inni zwracają się do nas z jakimiś prośbami: jednemu zsunął się bandaż, inny prosi o opium – ma bóle żołądka, tamtemu trzeba dać do torby opatrunek osobisty.

Jest diabelnie ciemno, jedna mała świeczka oświetla ponure wnętrze. Stojąc z boku obserwuję ich wszystkich, chcę zapamiętać te, ledwo widoczne w mroku twarze. Ilu z nich po dzisiejszej nocy nie wróci już do naszego grona? Obiecuję “Dąbkowi” (Stanisław Gałązka), że w czasie akcji będę blisko niego – ma złe przeczucia, z uporem maniaka twierdzi, że to jego ostatni wieczór.
Donośny głos por. “Andrzeja” zrywa nas na nogi. Chłopcy ustawiają się w dwuszeregu. Jeszcze raz “odlicz” – sprawdzenie listy obecności i ilości posiadanej broni: 1 rkm, 2 “błyskawice”, kilka p-mów, kilka pistoletów, reszta granaty i filipinki – a potem pytanie skierowane do “Janki”, mnie, ustawionych na szarym końcu: “Czy wy idziecie z rozkazu “Prokopa”?”
Chwila milczenia.

- “Wobec, tego nie mogę was zabrać ze sobą”.

Chłopcy wychodzą pośpiesznie z “papierni”, pozostawiając nas na miejscu z żalem w sercu.

Staramy się odszukać kogoś z dowództwa, trafiamy na por. “Prymusa”, którego prosimy z o pozwolenie pójścia z oddziałem. Twierdzi, że on nami nie rozporządza, a decyzję w tej sprawie może wydać tylko “Prokop”. Niestety “Prokop”, jak na złość, gdzieś zniknął. Wybiegamy na podwórze, w gęstym mroku snuje się mnóstwo postaci, ale naszych już między nimi nie ma.
Wracamy do opustoszałej “papierni”. W przejściu natykam się na “Irenę”; w ciemnościach z trudem mnie rozpoznaje i proponuje pójść po dokumenty rannego “Falińskiego”. Zabrał je przez pomyłkę któryś z kolegów “Stefana”. Tadeusz “Wolny” (Tadeusz Olejarski) ma mnie poprowadzić, bo właśnie idzie w tamtym kierunku z meldunkiem i zna drogę. Wręczają mi przepustkę, podają hasło. Przez bramę wychodzimy na ul. Długą, kierując się w stronę pl. Krasińskich. Od czasu do czasu mija nas jakiś patrol, albo łącznik biegnący z rozkazem. Na ogół jest raczej pustawo. Docieramy wreszcie do miejsca postoju naszych kolegów, które mieści się w jednej z bram na ul. Długiej.

Chłopcy zmęczeni posiadali pod ścianą, niektórzy poukładali się na gołej ziemi. Por. “Andrzeja” dostrzegam od razu, on jeden czuwa, stojąc pośród nich. Wyraźnie się ucieszył z mojej wizyty podobnie jak “Kazik”, który to manifestuje gromkim głosem wołając:
- “Baśka, jak Boga kocham, a więc idziesz z nami!”
Muszę ich rozczarować, że tylko przyszłam po dokumenty “Falińskiego”, ale obiecuję wrócić natychmiast z “Janką”. Nie będzie trudno skoro znam ich miejsce postoju.

W drodze powrotnej mija mnie dwóch łączników. Jeden przystaje i przygląda mi się uporczywie, w ciemnościach trudno rozpoznać rysy twarzy.
- “Basiu to ty?
Po głosie poznaję “Bąka”.
- “Idziesz od nas?”
- “Tak.”
- “I wracasz?”
- “Tak.”
- “To do zobaczenia”.
Skąd mogłam wiedzieć, że była to moja ostatnia z nim rozmowa. Zginął w kilka godzin potem.

Docieram do ministerstwa z postanowieniem powrotu do oddziału. Odszukuję Jankę i mówię jej o wszystkim. W tej chwili ogłaszają rozkaz natychmiastowej zbiórki pozostałych osób łącznie z rannymi. Po sprawdzeniu obecności kierują nas na ul. Kilińskiego. Dopiero teraz dowiadujemy się wszystkiego. Sytuacja na Starówce jest ciężka, nie do opanowania. Niemcy przypuścili atak ze wszystkich stron: od Żoliborza, Woli, pl. Zamkowego i Wisły. Będziemy próbować przebić się do Śródmieścia. Oddziały bojowe mają utrzymać przejście poprzez ul. Bielańską, Senatorską, pl. Bankowy do Królewskiej, aby można było ewakuować ze Starówki rannych, część ludności cywilnej i resztę powstańców.

Jest noc. Całą ulicę Kilińskiego i Długą zalegają tłumy. Trudno się przecisnąć. “Wigry” grupują się razem. Sanitariuszki prowadzą pod rękę lżej rannych kolegów. Tych, którzy nie mogą iść o własnych siłach niosą na noszach “cywile” w ten sposób i oni mają szanse przejścia do Śródmieścia razem z powstańcami. Między, rannymi widzę “Wojnicza” (Jerzy Krieger), “Pala” (Adam Borys) – dowódcę “Parasola”, “Rocha”, “Nietykszę”. Przy każdym jest jedna z naszych sanitariuszek. W tłumie dostrzegam “Klechę”. Daje mi rozpaczliwe znaki. Dołączam do jego noszy, które dźwiga kilka osób stanowiących jedną rodzinę. Tadzio cieszy się, że jest przy nim któraś z “wigierskich” dziewcząt. Nie ufa “cywilom” twierdząc, że w razie jakiejkolwiek paniki gotowi są porzucić go na drodze.

Ustawiamy się w ogonku. Nakazują zachować bezwzględną ciszę. Nie takie to proste, gdy w ciemnościach ludzie gubią się wzajemnie i nawołują, a pod nogami chrzęści zerwana z dachów blacha i inne żelastwo. Posuwamy się wolno. Z trudem pokonujemy wyrwy po pociskach, okrążamy leje po bombach. Nogi wykręcają się. Ulica zasłana jest zwałami gruzów i kamieni. Co kilka kroków, gdy pochód zatrzymuje się, kładą nosze z Tadziem na ziemi, by je za chwilę znów poderwać. Za każdym razem usuwam spod nich cegły i kamienie, aby nie urażały poharatanej nogi. Rana nie jest wprawdzie ciężka, ale świeża i bolesna.
Mam przy sobie w przepaścistych kieszeniach spodni ogromny zapas pierników, czekolady i cukierków. Na skutek likwidacji magazynu dostało się nam trochę tych delikatesów, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Tadzio nie ma jakoś apetytu. Na ogół jest spokojny i bardzo szczęśliwy, że jest ktoś ze swoich przy nim.

Z trudnością przeciskamy się przez wąskie przejścia między barykadą a budynkiem. Mijają kwadranse a my wciąż jeszcze tkwimy prawie w tym samym miejscu. Przestrzeń kilkunastu metrów przebywamy dosłownie w godzinę. Niemcy często rozświetlają ulicę rakietami. Wznoszą się one raptownie w górę, zakreślają ogromny łuk na niebie. Robi się wtedy jasno jak w dzień. Na przeciąg kilku chwil tłum nieruchomieje, przyciska się do murów, klęka na ziemi i zamiera.

Noc jest na ogól spokojna. Nie słychać ani artylerii ani “szaf”, ani granatników, tylko gdzieś z oddali dobiegają serie karabinów maszynowych. Czyżby Niemcy nie zdawali sobie sprawy co się święci? Dochodzimy do placu Krasińskich. Mamy przed sobą trudną do pokonania przeszkodę. Stanowi ją barykada. Przez nią trzeba przerzucić nosze z rannym. Kosztuje nas to sporo wysiłku. Przejście przez plac, jest niebezpieczne; nieosłonięte od strony Bonifrat?rskiej, skąd bywa silny ostrzał. Właśnie tutaj goni nas ze świstem pierwszy pocisk. Przypadam do ziemi, aby po detonacji znów się poderwać i biec dalej. Nowy świst. Tym razem uderzyło całkiem blisko.

Robi się popłoch. Przy moich nogach lądują nosze z Tadziem, rzucone na ziemię; ci co go nieśli, prysnęli pod ściany. Przyklękam, osłaniam chorą nogę i pilnuję, aby chłopaka nie stratowano. Rakiety oświetlają nas w dalszym ciągu. W jasnym ich blasku widać przerażone twarze. Znowu czekamy. Tymczasem dnieje. Najdalej za godzinę, półtorej, jak zwykle, zaczną się nieprzyjacielskie naloty. Skóra cierpnie na samą myśl, co się wtedy może dziać – istna masakra.
Jesteśmy zdezorientowani, ale jednoczenie prawie pewni, że dzisiejsza akcja nie powiodła się. Wkrótce nasze przewidywania sprawdzają się. Zarządzają odwrót. Nie wiem skąd wzięła się przede mną “Janka”. Chwytamy nosze z Tadziem i transportujemy go do ministerstwa, aby za chwilę wrócić po następnych kolegów. W odwrocie “cywile” nam już nie pomagają. Dziewczęta zdane są wyłącznie na własne siły. Wśród nich widzę “Justynę”, “Krystynę”, “Zośkę”, “Olę” (Aleksandra Taube-Jankowska), “Iskrę” (Wanda Haft-Szatyńska-Maciejewska-Woźniak).

31.VIII.

Po powrocie jesteśmy jak otumanieni, niepewni sytuacji, być może, że wkrótce wkroczą Niemcy. Nie wiemy, co się stało z naszymi chłopcami. Nie ma wśród nas nikogo z dowództwa, ani “Trzaski”, ani “Prokopa”, ani “Andrzeja”.
Pierwsze konkretne wiadomości przynosi nam “Saski” (Eugeniusz Bazyl). Wpada do kwatery spocony i zziajany. Jest ranny w rękę. Przebicie nie udało się. Są zabici i ranni, niektórzy nieopatrzeni. Sanitariuszki potrzebne natychmiast. Wyruszamy dużą grupą: lekarz, “Irena”, “Hala” (Halina Paschalska-Najder), “Zośka”, “Sewa” (Seweryna Siemińska-Wieszczak), “Janka” i ja. Taszczymy ze sobą nosze i apteczki. “Saski” prowadzi. Zna drogę do kolegi, który został w ruinach bez żadnej pomocy.

Ulica Długa jest pod silnym ostrzałem i dlatego zrobiono równolegle do niej przejście łączące Kilińskiego z Miodową. Droga jest zawiła: prowadzi poprzez podwórza, między oficynami domów i poprzez liczne dziury wybite w murze. Niekiedy, aby przejść przez budynek trzeba wspiąć się po desce, opartej o parapet okna mieszkania na parterze, skąd dopiero jest wyjście na podwórko następne. Częściowo rozwalone domy obchodzimy podziemnymi piwnicznymi przejściami. Różnicę poziomów, gdy nie ma dostępu do schodów, pokonujemy dzięki ustawionym w piramidę stołom i stołkom. Przy wąskich przejściach tworzą się kolejki. Miodową przebiegamy schyleni pod barykadą. Pasaż łączący się z Hipoteczną zatkany ludźmi. Na podwórkach gromadzą się oddziały. W tłumie łatwo się zgubić. Panuje ogólne zamieszanie i chaos.

5. Brama pasażu na Hipotecznej

Brama pasażu na Hipotecznej

Na Hipoteczną wychodzi się przez bramę. Tędy wycofują się oddziały z Daniłowiczowskiej. W przeciwnym kierunku nie puszczają nikogo. Nasze argumenty, że idziemy po rannych nie są dostatecznym powodem do łamania rozkazu przez posterunek, pilnujący przejścia. Wykorzystujemy jednak moment zamieszania i tym razem tylko we troje z “Janką” i “Saskim” prześlizgujemy się przez bramę, pozostawiając za sobą resztę grupy. Idziemy przeciw prądowi bez przerwy wycofujących się oddziałów. Przez moment, patrząc na niemieckie mundury, jakie noszą na sobie, mam wrażenie, że to nieprzyjacielscy jeńcy.

Poszarzałe, umęczone twarze, wlokące się w żółwim tempie “nogi, świadczą o trudach nocnej przeprawy, zakończonej klęską. Wypatrujemy swoich. Dostrzegamy wreszcie w tłumie, jako pierwszych, por. “Prokopa” i por. “Andrzeja”. Tak jak wszyscy są zdezorientowani. Potwierdzają tylko, że nasi ranni pozostali jeszcze na Daniłowiczowskiej i trzeba ich stamtąd zabrać.
Docieramy do Banku, gdzie, jak twierdzi “Saski” mieści się punkt opatrunkowy. Tu prawdopodobnie odnieśli rannych “Stasiuka”, “Kańskiego”, “Moskito”, “Kazulę” (Kazimierz Matuszewski) i innych.

Przechodzimy zatłoczonymi piwnicami. Potykamy się w ciemnościach o porozstawiane krzesła, stołki, porzucone toboły. Nosze, które taszczymy ze sobą bardzo nam przeszkadzają. Idziemy po omacku trzymając się za ręce, aby się nie pogubić. Przez dziurę w murze wychodzimy na klatkę schodową, a stamtąd na malutkie podwóreczko. Wreszcie trochę światła i świeżego powietrza. Podobno punkt opatrunkowy mieści się na I piętrze, dokąd trzeba się wspiąć po wąziutkiej drabinie. Oczyma wyobraźni widzę nas powracających tędy z rannym kolegą i żałuję, że nie mamy przy sobie mocnej liny. “Jankę” nachodzą te same wątpliwości, bo mruczy pod nosem:

- “Diabli nadali! jak my ich będziemy tędy znosić?”

Znowu ciemne korytarze, stryszki, zakamarki, schodki. Zupełnie nie wiemy gdzie jesteśmy, być może kręcimy się w kółko. Dopiero spotkana przypadkowo sanitariuszka orientuje nas gdzie mogą być chłopcy z batalionu “Wigry”. Pomieszczenia dalsze są prawie zupełnie ciemne. Krążymy wśród rannych, poukładanych na materacach względnie noszach. W świetle rozbłyskujących zapałek przyglądamy się ich twarzom. Na próżno nawołujemy “wigierczyków”. Wreszcie dochodzi nas, gdzieś z oddali głos “Stasiuka”:

- “Tutaj chodźcie”.

Stach leży na podłodze na materacu. Obie nogi ma zabandażowane aż po uda. Wie, że przyszłyśmy, aby go zabrać do naszego “wigierskiego” szpitalika. Nie ukrywa radości z tego powodu, ale jednocześnie oznajmia, że w ruinach domu na Bielańskiej pozostał ciężko ranny “Kański” i to jemu pilnie potrzebna jest nasza pomoc.

- “…jeżeli Edek jeszcze żyje… jeżeli nie zagarnęli go Niemcy, musicie.. go stamtąd ściągnąć… “Saski” ty znasz drogę, to poprowadzisz. Zobaczcie, ja już jestem opatrzony, mogę sobie spokojnie na was poczekać, … ale Edek…”
Taki jest “Stasiuk”. Nawet teraz wykazuje przede wszystkim troskę o kolegę, chociaż doskonale zdaje sobie sprawę, że on sam może w każdej chwili wpaść w ręce Niemców – są tuż, tuż po drugiej stronie ulicy.

Wycofujemy się obiecując, że natychmiast po odtransportowaniu Edka zjawimy się tutaj jeszcze raz. “Stasiuk” nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Żegna nas uśmiechem. Wychodzimy na Daniłowiczowską. Prowadzi “Saski”. Dookoła jedno rumowisko. Wszystkie domy zburzone, względnie spalone. Trudno doszukać się śladów dawnej ulicy. Co tu się działo u licha? Martwą ciszę przerywają pojedyncze strzały od pl. Teatralnego, czasem wybuch granatu, albo seria z karabinu maszynowego. Bomby, pociski artyleryjskie tu nie docierają, za blisko pozycji niemieckich.

Na Daniłowiczowskiej w ruinach więzienia natykamy się na placówkę powstańczą. Dwóch chłopców przyczajonych za najbliższym murem daje znaki, aby podchodzić cicho i ostrożnie. Kilku następnych ubezpiecza punkt od strony pl. Teatralnego, dalszych trzech pilnuje przejścia od Bielańskiej.

6. Ruiny więzienia na Daniłowiczowskiej

Ruiny więzienia na Daniłowiczowskiej

Porozumiewamy się z nimi “na migi”. Twierdzą, że gdzieś w pobliżu rzeczywiście musi być ranny, słychać bowiem jęki. Nie wiedzą jednak dokładnie, gdzie. Postanawiamy iść naprzód.

Ruiny więzienia z narożnikiem najbliższego domu łączy niziutka barykadka, widać, że sypana naprędce z cegieł i gruzu. Przeczołgujemy się pod nią ciągnąc nosze. Przez otwór w murze wskakujemy do niezbyt głębokiej piwnicy. Dom jest wypalony. Niczym nieosłonięte okienka podziemi wpuszczają stosunkowo dużo światła; nie idziemy po omacku. Po przejściu kilku piwnic wydostajemy się na małe podwóreczko osłonięte z jednej strony murem, z dwóch innych ruinami wypalonych kamienic. Chłopcy, których mijamy ostrzegają, że za pięć – dziesięć minut wycofują się. Mamy niewiele czasu. Penetrujemy najbliższe ruiny. Ostrzał grozi nam głównie od Bielańskiej. W dużej mierze chronią przed nim wypalone ściany domu, o ile oczywiście idzie się w przygiętej pozycji. Być może bardzo blisko tkwią przyczajeni Niemcy; staramy zachowywać się jak najciszej. Stłumionym głosem nawołuję kilkakrotnie:

- “Edek … Edziu, gdzie jesteś? … odezwij się…”

Słyszę słaby jęk. Na stercie gruzów i jakiegoś żelastwa dostrzegam leżącą postać. Tak to Edek. Bez czapki, w pokrwawionej, poszarpanej “panterce”. Serce ściska się z żalu. Jest śmiertelnie blady, osłabiony, mówi z trudnością. W głosie, obok wdzięczności, brzmi nuta wyrzutu:

- “A jednak przyszłyście … myślałem, że już nikt mnie stąd nie zabierze… czekam tak strasznie długo…”

W chwilę po mnie wpada “Janka” i “Saski”. Przyklękamy. Podczas, gdy ja uważnie oglądam okrwawioną głowę, Janka rozcina bluzę “panterki”. Całe ciało naszpikowane jest drobnymi odłamkami, ale ran głębszych nie stwierdzamy. Robimy pierwszy prowizoryczny opatrunek. Edek narzeka na nogę. Na próżno usiłujemy ściągnąć but.

7. Tu znaleźliśmy Edka

Tu znaleźliśmy Edka

Chłopcy w pobliżu nawołują do pośpiechu. Nie są w stanie dłużej się utrzymać, opuszczają placówkę.

Układamy Edka na noszach i wycofujemy się. Czeka nas ciężkie przejście piwnicami. Poprzez wywaloną dziurę w stropie spuszczam półprzytomnego Edka w ramiona “Janki”, która stojąc na rumowisku, z trudem łapie równowagę. Z piwnic wychodzi się przez niewielki otwór, umieszczony na wysokości ponad 1,5 m. Gramolę się pierwsza i pełznąc układam się natychmiast na brzuchu pod przytykającą do wyjścia barykadką. Za mną wysuwają się powoli nosze z Edkiem, które dźwiga z tamtej strony “Janka” z kolegą. Ciągnę je z całej siły do siebie. Strasznie to wszystko długo trwa. Wreszcie, kiedy już wszyscy jesteśmy na powierzchni zaczyna się najtrudniejszy odcinek drogi.

Trzeba przeciągnąć rannego wzdłuż niziutkiej barykadki, liczącej, około 10 m długości. Przestrzeń ponad nią, od pl. Teatralnego, jest zupełnie otwarta. Każdy nieopatrzny ruch może sprowadzić na nas ogień nieprzyjaciela. “Janka” z “Saskim” czołgając się tyłem, na komendę: raz, dwa, trzy – pociągają nosze za sobą, w tym samym momencie ja je popycham z drugiej strony do przodu. Świeży gruz rozbitych cegieł rani nam ręce i kolana. Edek prawie nieprzytomny, nieświadomy sytuacji, przynajmniej nie czuje bólu. Wszyscy jesteśmy zdenerwowani. Wymyślamy sobie wzajemnie przyciszonym głosem:

8. ul. Daniłowiczowska – barykada i okienko piwniczne, przez które wyciągano Edka Kuminka.

ul. Daniłowiczowska – barykada i okienko piwniczne, przez które wyciągano Edka Kuminka.

- “Janka, wariatko, nie ciągnij tak gwałtownie…. miażdżysz mi ręce!”

“Baśka, do cholery, nie wypinaj się, bo cię ustrzelą!.. tego tylko brakowało”.

Pozostało nam do przebycia jeszcze kilka metrów przestrzeni nieosłoniętej. Na komendę podrywamy się wszyscy raptownie i jednym skokiem chronimy się za występ muru. W ostatnim momencie zawadzam nogą o jakąś przeszkodę i walę się na ziemię. Suchy trzask i rozpryskujący się tynk ponad naszymi głowami świadczy, że w pobliżu rąbnęła seria k-mu.

Robimy krótki odpoczynek. Siadamy za murem obok kilku chłopców broniących ostatniej placówki powstańczej. Oni obserwowali nas jak przeciągaliśmy nosze z Edkiem pod barykadką. Pytają, z jakiego jesteśmy oddziału? Odpowiadamy: z “Wigier” …

- “To szczęśliwi ci Wigierczycy, że mają takie sanitariuszki”.

W odpowiedzi macham rękę ze słowami:

- “Ee – tam!”.

Nie mamy czasu na dłuższy odpoczynek. Jesteśmy zdane z Janką wyłącznie na własne siły. “Saski” z ręką na temblaku może być tylko naszym przewodnikiem.
Znów ta sama zawiła droga przez ruiny, piwnice, podwórka i różne karkołomne przejścia – tym razem dużo trudniejsze, bo z rannym.

Powrót opóźniają stałe naloty. Chowamy się wtedy do bram, bądź na klatki schodowe. Z zamierającym sercem słuchamy przeraźliwego warkotu nurkujących samolotów, świstu padających w pobliżu bomb i detonacji. Edek leży na wznak. Od czasu do czasu otwiera oczy i znów je ze strachem zamyka. Pochylam się wtedy nad nim, aby osłonić przed ewentualnym przysypaniem chociaż jego głowę i twarz. Na terenie dawnego kina Miejskiego, w okrągłej, kolumnowej sali, pozbawionej sufitu, robimy dłuższy postój. Jesteśmy u kresu sił.

Zwracamy się o pomoc do wielu przechodzących tędy mężczyzn. Każdy wykręca się służbą, gdzieś się śpieszy. Wreszcie Janka, klnąc i wymyślając, przyprowadza siłą, niemal za kołnierz, jakiegoś szamoczącego się dziadka, który miał nieszczęście gotować sobie w pobliżu kluski na palenisku zrobionym z kilku cegieł. Grożąc pisto1etem, każe mu brać nosze. Wlecze się za nami z trudem. Znika już na pierwszym postoju.

Kres naszej uciążliwej drogi stanowi kwatera w gmachu ministerstwa na Długiej 7. Przekazujemy Edka pod fachową opiekę naszych lekarek “Beli” (Izabela Niedźwiecka – Namysłowska) i “Ireny”, podczas kiedy same wracamy na Daniłowiczowską po “Stasiuka”.

Tym razem do pomocy przydzielają nam czterech Żydów z garkuchni. “Adam” “Lubicz” ranny w rękę, ale uzbrojony w pistolet stanowi ich eskortę, aby nie uciekli. Mimo tego dwóch “wieje” od razu na początku drogi.

9. Droga z rannym „Stasiukiem” przez ruiny banku

Droga z rannym „Stasiukiem” przez ruiny banku

Dochodzimy do bramy wychodzącej na Hipoteczną. Zmuszone jesteśmy pozostawić tutaj naszych żydków pod “opieką” “Adama”. Są załamani. Trwające, prawie bez przerwy bombardowanie i silny ostrzał zupełnie ich wytrąciło z równowagi i dadzą się raczej zatłuc na miejscu, a dalej nie pójdą.
Ulicę przeskakujemy tylko we dwie. Drogę znamy i stosunkowo szybko odnajdujemy “Stasiuka”. Jest ciężko ranny w nogi. Układamy go na noszach. Mijamy zaciemnione pomieszczenia, wychodzimy na zewnątrz budynku. Otaczają nas zwały gruzów.

Jedyna droga przez te rumowiska prowadzi po stalowej belce stropu nad rozwaloną piwnicą. Belka ma szerokość może 20 cm. Zdejmujemy “Stasiuka” z noszy i bierzemy go na “stołeczek” ze splecionych naszych dłoni. Chłopak chwyta nas mocno za szyję; na szczęście jest przytomny. Idziemy po belce krok po kroczku. Wolno i niesłychanie ostrożnie przenosimy go nad czeluścią zapadłej piwnicy. Czujemy się prawie tak, jak cyrkowcy balansujący na linie. Potem jedna z nas wraca po nosze i idziemy dalej.

W bramie na Hipotecznej odnajdujemy “Adama” i dwóch pozostawionych tu Żydów. Dalszą drogę odbywamy we wzmocnionym składzie.
Przy jakimś przejściu natykam się na biegnącą w przeciwnym kierunku koleżankę z gimnazjum Halinę Dalicką. W przelocie dowiaduję się, że jako łączniczka, utrzymuje stały kontakt ze Śródmieściem. Widziała na Kruczej moje dwie przyjaciółki: Wandę Manczarską i Stasię Witkowską. W pośpiechu zdołała mi tylko przekazać, że są całe i zdrowe. Wdzięczna jej jestem za te bardzo skąpe, ale jakże ważne wiadomości.

“Stasiuka” tak jak Edka odstawiamy do “papierni” w ministerstwie.
Nieludzko zmęczona, postanawiam choć trochę wytchnąć. Wlokę się noga za nogą, potykając na nierównej drodze, do naszego szpitalika na Podwalu 19. Marzę o spłukaniu zimną wodą rozpalonej twarzy, lepkiej od potu, szarej od pyłu i sadzy. Pokaleczone nogi pieką niemiłosiernie. Obolałe ręce mam chyba powyrywane z “zawiasów”.

Nasz szpitalik mieści się w suterynie nowoczesnej, stosunkowo mało zniszczonej kamienicy. Z niewielkiego korytarzyka wchodzi się na lewo do kuchenki, a na wprost do obszernego pomieszczenia, stanowiącego izbę chorych. Wprawdzie jest tu duszno i ciemnawo na skutek szczelnie zatkanych okien, ale jednoczenie czysto, schludnie i spokojnie. Ranni poukładani przeważnie na podłodze na materacach zasłanych czystą pościelą. Sprawy zaopatrzenia szpitalika wzięła na siebie mieszkanka tego domu. “Kameleon” (Irena NN), osoba niesłychanie zapobiegliwa i sprytna. Z dziewcząt można tu spotkać zawsze “Lidkę” (Lidia Buczek), “Wisię” (Jadwiga Konopacka-Klimaszewska), “Grubą Zosię”, “Iskrę”, często “Irenę” i “Belę”, te z większym stażem pielęgniarskim.

Chłopcy są spragnieni wiadomości. O tym, jaka jest sytuacja ogólna, kto zginął tej nocy, wiedzą już od kolegów, którzy brali udział w przebiciu; niepokoją się natomiast o los rannych. Opowiadam im o naszej przeprawie po “Kańskiego” i “Stasiuka”. Przychodzi mi to z trudnością. Nie mogę opanować drżenia głosu, rozklekotanych nerwów, nieludzkiego wprost zmęczenia. Widzą to. “Nietyksza” namawia, żeby się u nich “zadekować” i przespać, inaczej przydzielą mnie znów do jakiejś akcji.

Układam się na brzeżku materaca u ich nóg, starając się zająć jak najmniej miejsca, zwinięta w kłębek z punktu zasypiam.
Budzi mnie nagle donośny, krzykliwy głos “Kameleona”:

- “Do czego to podobne, aby sanitariuszka przychodziła tutaj się przesypiać, przecież to tylko szpital!”

Półprzytomna dopiero po chwili łapię sens zdania. Chłopcy są oburzeni, stają w mojej obronie, zatrzymują. Nie czuję zażenowania, ale jest mi bardzo przykro. Z trudem hamując łzy wychodzę.

Dowiaduję się, że jestem poszukiwana jako jedna z nielicznych znająca drogę na Bielańską, miejsca dzisiejszej nocnej akcji. Dowódca naszego batalionu “Trzaska” oraz jego adiutant “Leszek” (Zbigniew Popowicz) dotychczas nie powrócili. Nie widziano ich ani wśród rannych, ani zabitych. W piekle dzisiejszego natarcia, w zamęcie gwałtownego, dziesiątkującego ognia, nikt nie zauważył, co się z nimi stało. Przepadli. A nuż ranni, niezauważeni przez nikogo, gdzieś w ruinach, oczekują pomocy? Nie ma chwili do stracenia.

Razem z “Halą” i “Ireną”, zaopatrzone w parę noszy i apteczki, wyruszamy na poszukiwanie znaną mi drogą w kierunku Bielańskiej. Ruinami biblioteki Załuskich dochodzimy na tyły dawnego ratusza. Wszędzie cicho i głucho. Nie ma żadnych oddziałów powstańczych w pobliżu, przynajmniej w zasięgu naszego wzroku, nie ma placówki, na którą natknęłyśmy się jeszcze przed południem. To nas trochę dezorientuje i niepokoi. Z każdego załomu muru mogą wyskoczyć na nas Niemcy. Nie mamy pojęcia gdzie się znajdują. Po cichu i ostrożnie penetrujemy najbliższe ruiny ratusza i sąsiednich domów.
U wylotu Daniłowiczowskiej na Bielańską widać leżące zwłoki. Z tej odległości trudno poznać, czy to akurat ci, których szukamy. Wydaje nam się, że żadne nie mają postaci tak charakterystycznej dla “Trzaski”. Korci nas jednak, aby to sprawdzić w stu procentach. Miejsce, w którym leżą jest całkowicie odsłonięte, stanowi doskonale pole ostrzału. A może by tak zdecydować się na oficjalne wyjście z płachtą czerwonego krzyża? Mamy niejakie wątpliwości czy Niemcy, mimo wszystko, nie puszczą w nas serii? Zresztą leżący nie dają żadnych oznak życia. To już trupy. Dochodzimy do wniosku, że w tym wypadku po prostu nie wolno ryzykować. Zawracamy z niczym.

Dopiero następnego dnia dojdzie nas wiadomość, że “Trzaska”, razem z oddziałem “Zośki”, przebił się do Śródmieścia, jego zaś adiutant “Leszek” zginął w czasie skoku już niedaleko Królewskiej.

1.IX.1944
Po nieudanej akcji przebicia do Śródmieścia, wobec beznadziejnej sytuacji na Starówce, dowództwo Armii Krajowej wydaje rozkaz wycofania ze Starego Miasta oddziałów powstańczych kanałami do Śródmieścia i na Żoliborz. Ewakuacji podlegają również lżej ranni, mogący jako tako iść o własnych siłach, lub z pomocą sanitariuszek oraz służba sanitarna oddziałów. Ludność cywilna i ciężko ranni pozostają. Ci ostatni na ogół bez żadnej opieki. Chyba, że koleżanki – sanitariuszki dobrowolnie, a często i wbrew rozkazowi dowódcy, zdecydowały się pozostać razem z nimi. W szpitalu na Długiej i Miodowej również zostaje część personelu.

Ciężko rannych, nie mogących się poruszać, takich których trzeba by nieść na noszach, postanowiono zostawić na Starym Mieście. Po prostu nie ma możliwości transportu ich kanałami.

Cały dzień trwają przygotowania do wymarszu. Sanitariuszki zakładają nowe opatrunki, rozdzielają niezbędne zastrzyki zarówno tym co pozostają, jak i tym, którzy mają być ewakuowani. Niektórych trzeba przebandażować, zlikwidować zbyt sterczące “szyny”, aby mogli zmieścić się w kanale.

Jeśli chodzi o oddział wigierski, przed samym odejściem kanałami została przeprowadzona selekcja rannych. Lekarz z pielęgniarka obchodzili punkty sanitarne i kwalifikowali tych, którzy mogli być zabrani. Zdarzało się, że pewni koledzy byli zakwalifikowani do pozostania, niemniej sanitariuszki na własną odpowiedzialność zabierają ich do kanałów.

Większość rannych pragnie opuścić Starówkę. Nie dowierzają Niemcom, zwlekają się z łóżek nawet ci, co ledwo trzymają się na nogach. Łudzą się, że dadzą radę iść, Dadzą radę… o ile sanitariuszka podeprze, pociągnie, albo i zarzuci na plecy, jak będzie trzeba. Edka “Kańskiego”, osłabionego upływem krwi po niedawnych zranieniach, zabierają do kanału ze szpitala na Długiej 7 na swoją odpowiedzialność “Justyna” i “Krystyna” ratując mu tym życie. Edek jest ranny w czasie przebicia. To są świeże rany, z tym że są to rany odłamkowe, bez poważniejszych urazów. “Kański” ma jednak ogromny upływ krwi i jest zupełnie bez sił. Droga kanałami jest bardzo ciężka i uciążliwa. Chwilami trzeba chłopaka przenosić na własnych plecach, mdleje szereg razy po drodze. Ale jakoś udaje im się Edka dotaszczyć do Śródmieścia.

“Nietyksza” ma 39° gorączki i zgangrenowaną rękę. W ostatniej chwili decyduje się na przejście. Doprowadzam go do włazu: Wlecze nogi z trudnością. Przystaje od czasu do czasu. Łapie oddech. Na pożegnanie, wiedząc, że zostaję, darowuje mi swojego colta ze słowami:

- “Mnie już nie potrzebny, a ty weź, może ci się przyda…”

Po kolei, grupami, doprowadzamy rannych do włazu na pl. Krasińskich. Dołączają do długiego ogonka. Nim przyjdzie ich kolejka postoją tu dobre kilka godzin.

Z rannymi schodzą do kanału również sanitariuszki. Niedobitki oddziałów tkwią jeszcze na barykadach. Osłaniają odwrót. Oni zejdą ostatni, jeżeli zdążą.

Późnym wieczorem okolice gmachu ministerstwa na Długiej, ulice Kilińskiego i Podwale, wyludniają się. Pustoszeją kwatery batalionów. W czasie powstania wtedy, kiedy mieścił się tu sztab dowództwa, był to chyba najruchliwszy punkt Starego Miasta. Teraz tu głucho i martwo, przynajmniej pozornie. Wszak żywi ludzie… setki żywych, umęczonych ludzi spośród ludności cywilnej i rannych zalegają piwnice domów, które cudem jakimś nie rozsypały się jeszcze w gruzy. Pozostawieni na pastwę losu miotani rozpaczą i niepewnością, co ich jeszcze czeka, przeklinają w duchu to całe powstanie.

Skuleni pod ścianami obok swoich tobołków, walizek, czekają w milczeniu, w trwodze, aż ich nie poderwie na równe nogi dziki wrzask: “Rauss!! Schnell!!”

 

P.S.
Na tym kończy się mój pamiętnik. Notatki robiłam pierwotnie ołówkiem na niemieckich drukach fabrycznych, potem piórem na kratkowanych kartkach papierów. Upływ czasu zrobił swoje. W tej chwili początek pamiętnika jest w zasadzie nieczytelny.

Kanałami do Śródmieścia wyszło około 50 chłopców z “Wigier”. Wchodzili do kanałów kilkoma włazami. Niektórzy wchodzili włazem z Hipotecznej. Tam był bardzo niski kanał. Właz na Placu Krasińskich był wysoki, na odcinku do Miodowej był tu burzowiec. Ktoś mi opowiadał, że wchodził do kanału włazem na ul. Długiej, blisko Placu Krasińskich i na Hipotecznej.

Kilku rannych z “Wigier” musiało pozostać na Starym Mieście. To był “Stasiuk”, “Klecha”, “Robert”, “Ikar”. “Ikar” to nawet nie był z “Wigier” ale z “Zośki”. Została też ranna sanitariuszka Kazia Świderska, zaprzyjaźniona z naszą koleżanką Ewą Faryaszewską. Z Kazią Świderską pozostała zresztą pani Faryaszewska.

W naszym punkcie na Kilińskiego 1 było więc 5 osób i kilka osób w szpitalu na Długiej, w piwnicach. Między innymi “Faliński”, “Lot” i jeszcze ze 2 osoby, których pseudonimów nie pamiętam. Sanitariuszki miały w zasadzie rozkaz odejścia do kanałów z oddziałami bojowymi. My z Janką postanowiłyśmy jednak zostać z naszymi rannymi. Taka była nasza decyzja, bez porozumienia zresztą z dowództwem.

Wracałam z Coltem “Nietykszy” od włazu do nas na kwaterę. Po drodze powiedziano mi, że nasz dowódca “Prokop” poszukuje mnie, ponieważ mianował mnie swoim adiutantem. Naszym dowódcą był właściwie “Trzaska”, ale on przeszedł w czasie przebicia wraz z “Zośką” do Śródmieścia.

Byłam wściekła, bo będąc przydzieloną do “Prokopa” nie będę mogła zostać. Pamiętam jak szłam ulicą z pistoletem w dłoni, całe szczęście z lufą skierowaną w dół. Weszłam na teren Ministerstwa Sprawiedliwości. “Prokop” z grupą innych kolegów stał przed naszą kwaterą, do której wejście było z dziedzińca ministerstwa. Szłam w ich kierunku z pistoletem w dłoni. Cos mnie podkusiło, pociągnęłam za spust i strzeliłam przed nimi, całe szczęście w ziemię.
“Prokop” był dość strachliwy, strasznie się zdenerwował, ale nic się nie stało. Powtórzył mi, że zostałam mianowana jego adiutantem i muszę być w razie potrzeby na wszystkie jego rozkazy w pobliżu i stale dostępna.
Wśród stojących kolegów był Tadeusz Wolny, który zorientował się, że mam w ręku pistolet i powiedział:

- “Po co ci ten pistolet. Ja go chętnie wezmę.”

Chętnie przekazałam pistolet Wolnemu.

Potem tego dnia nagle zabrano nasz 2 pluton, do wsparcia na Rynek Starego Miasta, gdyż przyszła wiadomość, że Niemcy wdarli się już na Rynek. Reszta oddziału weszła już do kanałów. Grupa kolegów tam poszła a ja zostałam z “Prokopem”.

1 września wieczorem naszych kolegów z 2 plutonu, do którego byłam przydzielona, już nie było. Część lżej rannych odeszło już z sanitariuszkami do kanału. Na terenie Długiej 7 zostało 6 dziewcząt uznanych za mocniejsze, wśród nich były 2 lekarki: “Irena” i “Zosia”. Właściwie były to studentki medycyny, ale już na ostatnim roku i nazywaliśmy je lekarkami. Na Kilińskiego 1 byli ranni, z którymi została nasza koleżanka Wisia Konopacka i pani Irena Faryaszewska. “Wisia” została za pozwoleniem dowództwa. Wszyscy inni mieli odchodzić do Śródmieścia.

Późnym wieczorem nagle zgromadzono pielęgniarki, które były z lekarką i powiedziano, że zgodnie z rozkazem dowództwa muszą wszystkie odejść do kanału. W tej grupie znalazłyśmy się również ja z “Janką”, mimo że miałyśmy inne plany. Rozkaz jest jednak rozkazem. Cała grupa podlegała bezpośrednim rozkazom lekarki, Ireny, która poleciła przygotować się do wejścia do kanału.
Grupa skierowała się do włazu kanałowego poprzez Plac Krasińskich. Najpierw czekałyśmy na Hipotecznej, potem na Długiej. Prosiłyśmy kilkakrotnie z “Janką”, aby nas puszczono z powrotem do rannych. Zanotowała to nawet w swoim pamiętniku nasza koleżanka “Teresa”. Nic to jednak nie dało. Czekałyśmy na naszą kolejkę niedaleko włazu, było to w pasażu między Długą a Hipoteczną.
Ciągle zastanawiałyśmy się z Janką jak wrócić do naszych rannych chłopców. Nie chciałyśmy zostawić ich na pastwę losu, mimo że rozkaz dowództwa był inny. Nie opowiadając się nikomu, urwałyśmy się po prostu z “Janką” z ogonka i wróciłyśmy na Kilińskiego 1, do tych 5 rannych. Zastałyśmy tam “Wisię” i panią Irenę.

Chłopcy się ucieszyli, bo nie było nas tam parę godzin. Pocieszałyśmy ich, że będziemy przy nich do końca. Byłyśmy strasznie zmęczone, niewyspane. Poprzedniej nocy było przebicie. Jeszcze poprzednia noc tez nie pozwalała na spanie. W piwnicy, gdzie byli ranni, “Wisia” i pani Irena nie było miejsca. Nie można było nawet położyć się na ziemi, bo ranni leżeli na noszach.

Ostatniego dnia ranni pozostający na Kilińskiego 1 i na Długiej zostali odpowiednio przygotowani. Wszyscy zostali przez nas przebrani w cywilne ubrania. Starałyśmy się nawet odnaleźć ich własne ubranie cywilne, które były złożone w naszej kwaterze na 1 piętrze, w pokoiku od podwórza, który ocalał.
Trafiłyśmy tam na marynarkę Tadzia Suskiego. “Stasiuk” miał kolejarski mundur, w który go ubrałyśmy. Wszyscy mieli dokumenty. Byli zaopatrzeni w legitymacje z pracy, część miała także kenkarty. Niektórzy mieli dobre miejsca zatrudnienia, tak jak Stasiuk na kolei, ktoś inny w jakiejś miejskiej instytucji. Mieli występować jako ranni cywile.

Wiedzieli, że oddziały odchodzą, a oni zostają. To byli bardzo dzielni chłopcy, nie histeryzowali. Co sobie w duchu myśleli, tego nie wiem, ale nie okazywali tego na zewnątrz. Jeden z nich, Robert, to nawet wręcz chciał zostać. Był ranny w nogi, rany był świeże i bał się, że je zakazi w kanale. “Stasiuk” też był ranny w nogi w czasie próby przebicia. Właściwie wszyscy byli ranni w nogi, Tadzio Klecha miał przestrzelone kolano. Klecha był najmłodszy, miał 16 lat. Bardzo się denerwował i koniecznie chciał iść do Śródmieścia. Nie zabrano go jednak, bo nie mógł chodzić.

 

PO UPADKU STARÓWKI – RELACJA  SANITARIUSZKI

Koniec sierpnia 1944 r. Warszawskie Stare Miasto broni się jeszcze przed zacieśniającym się stopniowo i systematycznie pierścieniem wroga. Niemcy nacierają ze wszystkich stron: od Żoliborza, od Wisły, od Pl. Teatralnego, od Woli. Powstańcze oddziały, zdziesiątkowane, pozbawione broni i amunicji, żywności i snu, w stadium krańcowego wyczerpania, nie są zdolne do skutecznego odpierania niemieckich ataków. Jak tu stawić czoło broni pancernej, broni lotniczej, czołgom? Nie udała się próba przerwania pierścienia nieprzyjacielskiego w nocy z 30 na 31 sierpnia i przebicia się „górą”. Zdecydowano więc ewakuować wojska i lżej rannych, mogących jako tako iść, – kanałami do Śródmieścia. Ludność cywilna oraz wszyscy lżej ranni pozostają na Starówce. Taki jest rozkaz dowództwa. droga kanałami niepewna i trudna, nie może zostać zablokowana dlatego tylko, że ktoś z wyczerpania straci przytomność, umrze, czy nie będzie w stanie iść dalej. Z rannymi. nikt nie zostaje. To także rozkaz dowództwa. Nie stać nas na dodatkowe ofiary. Sanitariuszki będą potrzebne w dalszej walce w Śródmieściu. Prawo wojny jest okrutne, nieludzkie, bezpardonowe. Jakże trudno się z tym pogodzić. Kilka z nas deklaruje pozostanie z rannymi. Spotykamy się z odmową por. Proroka. Sumienie jednak oraz zwykłe poczucie obowiązku jest silniejsze od ślepego posłuszeństwa. We dwie z Janką 1 porzucamy grupę sanitariuszek oczekujących na przejście kanałami do Śródmieścia i powracamy około 2 w nocy na Kilińskiego 1, gdzie w piwnicy razem z sanitariuszką Wisią 2 pozostali: Stasiuk 3, Robert 4, Klecha 5, Ikar 6 oraz p. Starczewska, zaprzyjaźniona z Ewą Faryaszewską. Kilku innych ciężko rannych kolegów m.in. Lot 7, Faliński 8 znajdują się w szpitalu na Długiej 7. Noc z 1 na 2 września jest pełna niepokoju i oczekiwania. Wiemy, że poszczególne oddziały opuszczają placówki i schodzą kolejno do kanałów. Lada chwila należy się spodziewać Niemców. Jeszcze wczoraj starałyśmy się dowiedzieć, jak zachowują się oni w stosunku do ludności cywilnej i rannych. Relacje były sprzeczne, Niemniej wierzymy, a właściwie chcemy wierzyć, że rannych nie mordują. Ich liczba tutaj, na Starówce jest tak wielka, że rozmiary ewentualnej masakry wydają się nie do ogarnięcia nawet wyobraźnią. Nasi chłopcy starają się zachować spokój, są opanowani. Obecność aż trzech sanitariuszek podnosi ich na duchu. Wszyscy poprzebierani w cywilne ubrania, zaopatrzeni w odpowiednie dokumenty, ułożeni na noszach, gotowi w razie czego do drogi. My, kobiety mamy także na sobie już nie „panterki”, a cywilne stroje, co prawda dość przypadkowe i nie dopasowane do naszego wzrostu i tuszy. Janka w swojej poszarpanej spódnicy (dzięki temu, że rozdarta, w ogóle się w nią „wbiła”), okręcona dla przyzwoitości prześcieradłem, ja w dziewczęcej jedwabnej sukience sięgającej mi powyżej kolan – wyglądamy śmiesznie i nieco dziwacznie. W domu na Kilińskiego 1, którego piwnice zajmujemy, mieści się na pierwszym piętrze, lokal b naszej kwatery „wigrowskiej”. Trzeba zatrzeć po niej wszystkie ślady. Jest to mieszkanie prof. Hempla, obecnie zdemolowane, zawalone częściowo gruzem, z powyrywanymi futrynami drzwi i okien, ale cudem ocalałe. W poszczególnych pomieszczeniach walają się na podłodze „panterki”, mundury niemieckie – „fasunek” ze Stawek – i plecaki. Podczas kiedy Wisia pozostaje przy rannych na dole, my z Janką pakujemy w pośpiechu wszystkie kompromitujące rzeczy do worków i ukrywamy w ruinach piwnic przeciwległego, wypalonego domu na Podwalu. Tam około godz. 6 rano spostrzegamy pierwszych Niemców, idących od Placu Zamkowego. Zawracamy szybko do swoich i po chwili słyszymy dochodzące z podwórza okrzyki: „Raus, schnell”. Ludzie pospiesznie wychodzą z piwnic, potulni, przestraszeni, obładowani tobołkami, walizkami. Dołącza do nich Janka, jedyna z nas trzech, jako tako znająca niemiecki. Wraca po chwili. „Każą opróżniać piwnice, rannych należy wynieść. Na Pl. Zamkowym mają sprawdzać dokumenty. Co dalej nie wiadomo. Dają 10 min. czasu. Wszyscy pozostawieni w piwnicy będą na miejscu rozstrzelani”. Nie wiemy co robi? Rannych jest pięciu. Nas trzy. W dodatku Wisia nie udźwignie nikogo sama. Jest za słaba. Nie możemy zdecydować się na zostawienie kogokolwiek. Albo wszyscy, albo nikt Krótka wspólna narada z chłopcami a potem z o. Tomaszem Rostworowskim, którego spotykamy z Janką na terenie szpitala, – pomaga nam w podjęciu decyzji – jedynej, możliwej w naszej sytuacji. A więc zostajemy, ale wszystkich przenosimy do szpitala na Długą 7. W szpitalu tym znajduje się kilkuset rannych. Większość z nich to ludność cywilna, dużo kobiet i dzieci. Może między nimi uda się ukryć powstańców? Częściowo parter i całe pierwsze piętro szpitala są wolne, gdyż na skutek ciągłych nalotów, wszystkich z góry usunięto do piwnic. Pomieszczenia zawalone gruzem szybko się uprząta dla rannych znoszonych tu z okolicznych domów. Jeden z lekarzy przejmuje inicjatywę: organizuje personel z pozostałych pielęgniarek oraz kobiet cywilnych, zgłaszających się do pomocy. Te ostatnie mają tu przeważnie swoich najbliższych. Znajdują się nawet czyste, białe fartuchy, do których przyczepiamy opaski z czerwonym krzyżem. Zaprowadzamy pozorny „Ordnung”, który Niemcy sobie cenią. Chodzi o wywołanie wrażenia, że szpital ma wszelkie warunki, aby pełnić swoją rolę, zorganizowany personel, odpowiednią ilość leków i żywności. Istnieje. Działa normalnie. Nie może być mowy o jego likwidacji. Chłopców lokujemy na I piętrze w drugiej sali od klatki schodowej, w najdalszym kącie od wejścia, aby nie rzucali się w oczy. Ich młody wiek, charakterystyczne rany postrzałowe nóg, mogłyby Niemcom nasunąć podejrzenie, że są powstańcami. Wszyscy leżą na noszach, obok siebie, przykryci kocami. Wisia pozostaje z nimi, a ja z Janką zajmujemy się gromadzeniem żywności i materiałów opatrunkowych. Nie mamy pojęcia jaki los nas czeka, ani jak długo tu pozostaniemy. Trzeba się zaopatrzyć w najniezbędniejsze rzeczy. Trochę ich zostało na kwaterze naszego batalionu. Zdarza się, że jakiś Niemiec wtyka mi pudełko papierosów, inny butelkę wina ze słowami „Für Kranken”. Kilku mówiących świetnie po polsku, jak się okazuje Ślązaków, prowadzi nas do opuszczonego punktu opatrunkowego na Kilińskiego 5 czy 7 – i tu ładuje do fartuchów lekarstwa, bandaże, watę, mówiąc: „Szkoda żeby się spaliło, a dla rannych się przyda”. Ich życzliwość ośmiela nas. Pytamy, co mają zamiar zrobić z rannymi? Przebąkują coś o ewakuacji szpitala, ewentualnie o pozostawieniu go na miejscu. Jeden z nich mówi do mnie wprost  „Ja jestem Ślązak, też Polak, niech się pani nie martwi, Polska i tak będzie”. Są tacy, są i inni. A w ogóle mieszanina: kryminalistów, esesmanów, Ukraińców, żołnierzy Wehrmachtu. Zdarza się, że wpadają na sale, podchodzą do młodych, zrywają z nich koce, prześcieradła. Wyraźnie poszukują powstańców. Domyślamy się, że mają rozkaz mordowania ich. Padają złowrogie pytania: „Sind Sie Bandit?” Zwłaszcza jeden Ukrainiec wydaje się nam szczególnie groźny. Niewysoki, krępy blondyn, świetnie mówiący po polsku. Obserwujemy jego wyjątkowo brutalne zachowanie w stosunku do rannych. Ręka wyraźnie go „świerzbi”, widać to po pistolecie stale trzymanym w dłoni, z palcem na cynglu. Ten pierwszy z całą satysfakcją rozpocząłby masakrę, gdyby tylko dano rozkaz… Serce zamiera, gdy zbliża się w naszą stronę. Staramy się zasłonić sobą chłopców przed jego złym spojrzeniem, siadając u ich noszy, zakrywamy ich twarze kocami. Niech nie widzi, ile mają lat. Tłumaczymy, gdy podchodzi bliżej, że to cywile. Nie bardzo nam dowierza. O tym, że szpital jest szpitalem cywilnym, usiłują przekonać Niemców o. Rostworowski i jeden z lekarzy, świetnie mówiący po niemiecku. Widać ich  okna I piętra, jak na podwórzu pertraktują z jakimiś, coraz to innymi wysokimi oficerami. Sytuacja początkowo niepewna, zaczyna się stopniowo wyjaśniać. Serce napełnia nadzieja. Skoro upłynęło tyle czasu od wkroczenia tutaj Niemców i poza pojedynczymi wypadkami rozstrzeliwania, nie było masowej egzekucji, to chyba pogłoski o ewakuacji są prawdziwe. Może wszyscy ocaleją? W każdym razie ci, znajdują się na terenie szpitala, wydają się względnie bezpieczni. Zbyt dobrze jednak znamy sytuację Starówki, żeby sobie nie uświadomić, że poza szpitalem, piwnice wielu domów są zawalone ciężko rannymi. Lżej ranni i ci, mogący jako tako iść o własnych siłach, przeszli kanałami do Śródmieścia. Szczęśliwcy, którzy mają przy sobie kogoś z rodziny, zostali już do szpitala przetransportowani. A inni? Pozostawieni bez żadnej opieki, sami się ze swoich barłogów ruszyć nie mogą. Sytuacja ich jest rozpaczliwa. Niemcy żądają opuszczenia piwnic, w przeciwnym razie grożą rozstrzelaniem. Podpalają miotaczami ognia wszystkie domy, nawet te częściowo rozwalone. Rannym grozi spalenie „żywcem”, w najlepszym wypadku śmierć od kuli bądź granatu. Ludność cywilna w pośpiechu opuszcza swoje schrony. Na jej pomoc nie można liczyć. Tobołek z resztką ocalonego mienia ważniejszy dla nich od losu rannego. Sanitariuszek jest tak niewiele na Starówce! Poczytujemy sobie za obowiązek niesienie pomocy do końca. Pozostawiamy Wigierczyków pod opieką Wisi, a same schodzimy na dół. Spod trupa tęgiej kobiety wyciągamy nosze. Ciało osuwa się z łoskotem. Na dziedzińcu Ministerstwa spotykamy ojca Tomasz Rostworowskiego. On też usiłuje ratować rannych, wyciągając ich z okolicznych domów i transportując do szpitala. Wydaje się jakiś zatroskany, rozstrzęsiony. Zawsze imponował nam swoim niezwykłym opanowaniem. Ojca Tomasza pamiętam z pierwszego okresu powstania, jak śpiewał wraz z nam, wesołe, żołnierskie piosenki, pamiętam go także jako odważnego i niesłychanie ofiarnego żołnierza, wynoszącego rannych spod ostrzału; pamiętam jako księdza odprawiającego „powstańcze” msze, przerywane niekiedy pociskami szaf, rozwalającymi mury prowizorycznej kaplicy; – jako tego, który Krzyżem świętym żegnał zmarłych, a rannym niósł pociechę ciepłym, serdecznym słowem. To ojciec Tomasz w momencie odwrotu wojska ze Starówki, na propozycję przejścia do Śródmieścia odpowiadał z całą stanowczością: „Nie!!! – nie opuszczę swoich rannych do końca!” Ojciec Tomasz zatrzymuje nas. Wyczuwamy lekkie drżenie w jego głosie gdy mówi: „Dziewczynki, musicie iść na Kilińskiego 3, tam w oficynie leżą chłopcy od Gustawa, może wy coś wskóracie, ja sam nie jestem w stanie nic pomóc”. Wychodzimy na Podwale. Front budynku Kilińskiego 3 jest rozwalony bombami. Do oficyny dochodzi się przez bramę i obszerne podwórko nr 1. Wszędzie kręcą się Niemcy, Ukraińcy. Budynek oficyny pali się od góry. Ogień obejmuje drugie i trzecie piętro. Ojciec Tomasz wprowadza nas do pomieszczenia na parterze. Tłumaczy coś napotykanym Niemcom. Idziemy prosto długim korytarzem do kuchenki, mieszczącej się na jego końcu. Po lewej stronie, poprzez wywalone drzwi pomieszczeń, widzimy Niemców: wywracają szuflady, przetrząsają szafy, biurka, w poszukiwaniu cenniejszych rzeczy. W niewielkiej kuchence leżą ranni. Trzech na łóżkach, jeden pod ścianą na materacu. Wszystko młodzi chłopcy w wieku 18-20 lat. Są unieruchomieni: ranni ciężko, przeważnie w nogi, obandażowani niemal do pasa. Jeden z nich ma  rękę na szynie. Nie reagują na brutalne słowa Niemców, którzy doskakują do nich z pistoletami. Na widok dwóch dziewcząt w białych z noszami pod pachą, przez twarze na moment przebiega iskra nadziei. Niemcy, a jest ich czterech, również są zaskoczeni naszym nagłym zjawieniem się. Zadają głupie pytanie: „po co żeście tu przyszły?” Janka odpowiada po niemiecku nie tracąc rezonu: „Jak to po co? Dom się nad nami pali, rannych trzeba wynieść. Mają się żywcem spalić, czy co?” Dowiadujemy się, że przed spaleniem zostaną zaraz, jako bandyci , rozstrzelani, a my możemy się wynosić, jeżeli chcemy zaoszczędzić sobie widoku Nie ruszmy się z miejsca. Janka tłumaczy, że to cywile , uratowani spod gruzów zbombardowanego domu tuż obok. Wiek chłopców i charakterystyczne rany postrzałowe przeczą tym słowom. Niemiec wścieka się: „Tak, u was wszyscy „cywile” i wszyscy spod gruzów”. Rzuca się w kierunku jednego z leżących podtykając mu pistolet maszynowy pod nos: „o, ty dobrze umiesz obchodzić się z tą bronią. Nieraz żeś do nas z tego strzelał. Hę? Ja wiem, wam to z samolotów zrzucali!” Chłopcy są jak skamieniali. Nie odpowiadają ani słowem. Nie próbują tłumaczyć się. Może nie znają niemieckiego? Całą inicjatywę ich obrony przejmuje Janka. Ojciec Tomasz dawno się wycofał, aby ratować innych. Nie ma w słowach Janki ani prośby, ani błagania. Stara się przełamać upór szczególnie zawziętego podoficera SS rzeczowymi argumentami. Niemiec nie ustępuje, ale widać że ta zażarta kłótnia zaczyna go bawić. Janka próbuje z innej beczki. Sili się na szelmowski uśmiech, trochę kpiący, trochę kokieteryjny. Na moment rozładowuje atmosferę, mruga do mnie. Niestety, każda nasza próba podejścia do któregokolwiek z rannych, aby go przenieść z łóżka na nosze, spotyka się z gwałtownym sprzeciwem. Walka toczy się już dobre pół godziny. Nie biorę w niej udziału. Nie umiem mówić po niemiecku. Stoję z boku. Nagle słyszę, że głos Janki zaczyna się załamywać. Czyżbyśmy przegrywały? Nie mogę się pogodzić z myślą, że ci, których mam przed sobą, tak blisko, zostaną lada moment zamordowani, tu na swoich posłaniach. Żal ściska gardło. Łzy wbrew woli napływają do oczu, wymykają się spod powiek. Staram się opanować wzruszenie. Nikt nie może spostrzec mojej słabości. Słyszę niemiecki szwargot koło siebie: „Warum weinen Się?” Nie rozumiem słów, mogę się tylko domyślać ich znaczenia. Potrząsam przecząco głową. Janka zrozumiała mój gest. Słyszę jej normalny, opanowany głos: „Przecież ona wcale nie płacze, a łzy…ach te łzy to tylko od dymu, którego pełno wszędzie… dym gryzie w oczy… toż chałupa się nad nami pali…” Niemiec spogląda na nas dziwnie, a potem wybucha gwałtownym, nerwowym śmiechem, który nagle się urywa. Nie wiemy co to wszystko znaczy. Mijają sekundy pełne napięcia. I wtedy dochodzą nas słowa, jakby dowód odzyskanego człowieczeństwa, wypowiedziane przez esesmana łamiącym się głosem: „Ihr seid brave Mädchen… also meinetwegen nehmt die Verwunde mit”. Janka mrugnięciem i uśmiechem oznajmia mi zwycięstwo: „No, Baśka, pomóż”. Nosze przystawiamy do łóżka. W pierwszej kolejności zabieramy tego, który nam się wydaje najbardziej poszkodowany. Obie nogi ma unieruchomione, w bandażach – aż po uda, poza tym rękę na szynie. Ból fizyczny, jaki odczuwa przy najmniejszym poruszeniu jest niczym wobec niedawnych przeżyć. Przenosimy go do gmachu Ministerstwa i kładziemy na razie na jakimś zdobycznym materacu w bramie, wychodzącej na Długą. Transport na I piętro zająłby zbyt dużo czasu. Trzeba się spieszyć po resztę, póki się Niemcy nie rozmyślą. W ten sam sposób przenosimy następnego i układamy obok kolegi. Pozostało jeszcze dwóch. Żaden nie chce być ostatni. Nie pomagają nasze zapewnienia, że przyjdziemy na pewno jeszcze raz, że nikogo nie zostawimy. Podczas gdy jednego wynosimy na noszach, drugi, ranny w kolano, zrywa się ze swojego materaca, wiesza się na moim ramieniu i tak kuśtykając na jednej nodze, podąża razem z nami do szpitala na Długiej. Tam ogarnia nas nieprzeparta chęć zobaczenia się z naszymi kolegami z Wigier. Chociaż wpaść na chwilę, dowiedzieć się, czy czego nie potrzeba, uspokoić, że jesteśmy w pobliżu. Leżą na I piętrze. Wisia nie odstępuje ich na moment. Obie sale są wypełnione rannymi. Wolnego miejsca prawie nie ma. Trzeba ostrożnie mijać leżących, aby kogoś nie potrącić. Chłopcy są spokojni i opanowani. Jedynie szesnastoletni Tadzio Klecha nie potrafi się maskować. Z rozbieganych oczu wyziera strach. On tak bardzo chciał iść kanałami do Śródmieścia. Stasiuk, Robert, Ikar są starsi, mają ponad 20 lat i jakie takie doświadczenie okupacyjne. Są zahartowani. Na nasz widok próbują się nawet uśmiechać. Przyklękamy na moment u ich noszy. Jesteśmy zziajane, zasmolone sadzami, rozkołtunione. Widzą nasze zmęczenie. Zachęcają do odpoczynku. Tłumaczymy, że niedługo wrócimy, ale na razie czeka nas jeszcze trochę roboty. Uspokajamy, że wszystko w porządku. Zaprzeczamy pogłoskom o pojedynczych wypadkach rozstrzeliwania. Wydaje się, że po naszych odwiedzinach są nieco podniesieni na duchu. Przebiegamy dziedziniec szpitala. Wychodzimy na Podwale. Trudno przecisnąć się przez tłum ludności cywilnej, która bez przerwy „wali” tędy, gdzieś od Rynku w kierunku Pl. Zamkowego. Ulica jest wyboista, zasłana gruzami; przy wąskich przejściach tworzą się zatory. Przed szpitalem, w leju po bombie, spostrzegamy dwie staruszki, siedzące obok swoich tobołków. Widocznie wpadły tutaj i nie mogą się wydostać. Trzeba im pomóc. Babiny są ubrane w jakieś czarne, jedwabne suknie z koronkami. Na głowie mają ogromne kapelusze, jeden przybrany woalką, drugi fioletową jedwabną wstążką. Widocznie to ich najlepsze stroje, które żal było zostawić. Może dobre do teatru, ale tutaj? Obrazek jest tak zaskakujący w zestawieniu z tłumem wynędzniałych, obdartych ludzi, że aż pobudza do wesołości. Babiny są przerażone. Pomagam wstać jednej z nich. Ledwo trzyma się na nogach. Chwyta toboły i z powrotem siada. Drugą podnosi Janka. Ta sama historia. Nie są w stanie udźwignąć nawet części swoich rzeczy. Dziwimy się, jakim cudem je tutaj doniosły. Mimo naszych protestów i tłumaczeń nie chcą niczego porzucić. Zostawiamy je własnemu losowi. Nie mamy czasu dłużej kramarzyć się. Czekają nas ranni, których trzeba ratować z palącego się domu na Kilińskiego 3. Ogień dociera tam do pierwszego piętra. W piwnicach jest jeszcze kilkunastu harcerzy od Gustawa, a w sąsiednim domu trzy osoby, między nimi łączniczka Kozak z amputowaną nogą. Ta ostatnia w bardzo kiepskim stanie na skutek zakażenia tężcem. Dojście do niej jest zawiłe, poprzez kręte, ciemne korytarze, opustoszałe piwnice. Na szczęście napatoczył się jakiś podoficer Wehrmachtu z latarką; oświetla nam drogę. W jednej z piwnic, częściowo rozwalonej, spostrzegamy uwiązanego psa. Niemiec uwalnia go ze smyczy, cmoka. Pies nie rusza się z miejsca. Trudno, niech zostaje. Pierwsze trzy osoby pozostawiamy w bramie wychodzącej na Podwale. W następnej kolejności wynosimy chłopców od Gustawa. Leżą w piwnicach oficyny. Wychodzi nam naprzeciw ich sanitariuszka. Z podwórka schodzimy w dół. Zapalona zapałka oświetla mroczne wnętrze. Piwnice, jedna za drugą, ciągną się wzdłuż długiego korytarza. Po drodze walę się przez jakieś zdradzieckie, niespodziewane schodki. Ranni, pozostawieni wśród najgłębszych ciemności, zachowują grobowe milczenie. Nie chcą zdradzić swojej obecności przed Niemcami. Dopiero po chwili, słysząc nasze nawoływania, odzywają się. Zjawienie się polskich sanitariuszek w białych fartuchach, z opaskami Czerwonego Krzyża na rękawie, traktują jako wybawienie. Każdy chce jak najprędzej dostać się do szpitala. Obchodzimy wszystkie piwnice, aby sprawdzić ilu ich jest. Okazuje się, że kilkunastu. Wszyscy ciężko ranni – z postrzałami brzucha, nóg, piersi. Jednym słowem, ci, którzy nie mogli być ewakuowani do Śródmieścia. Wynosimy ich po kolei. Prawie po omacku układamy na noszach. Zapałki zapalają się i zaraz gasną. Zdarza się, że chwytamy właśnie za zranioną kończynę. Dochodzi nas wtedy syk bólu, a czasem przekleństwo. Staramy się jak najmniej urażać, ale czy to jest w tych warunkach w ogóle możliwe. Na szczęście Niemiec z latarką znowu zjawia się w pobliżu i tym razem nie odmawia pomocy. Najcięższe do przejścia są schody. Podczas gdy pierwsza idzie prawie przygięta do ziemi, druga stara się windować rannego jak najwyżej, aby nie zsunął się z noszy. Za którymś razem, właśnie kiedy jestem w połowie biegu, czuję że mi coś pęta nogi. Ostatnim wysiłkiem łapię równowagę. Janka zdezorientowana, nie wiedząc co się dzieje, miota przekleństwa, ja również. Okazuje się, że pękły mi oba ramiączka od koszuli i to było przyczyną, że o mało nie zwaliłam się z rannym w dół. Rannych układamy wprost przed wejściem do budynku, na usypisku gruzów. Nie ma czasu na transportowanie każdego z osobna do szpitala. Trzeba się spieszyć, gdyż ogień rozprzestrzenia się coraz bardziej. Pali się już pierwsze piętro. Dym kotłuje się nad leżącymi, iskry sypią na ich głowy. A oni, w okrwawionych bandażach, w bieliźnie, niektórzy do połowy nadzy, nawet nie proszą o pomoc…sami próbują się czołgać, byle dalej od nieznośnego żaru. Jedni podciągają się na łokciach, drudzy w jakiś inny sposób popychają ciało… jak kto może. Są między nimi piętnasto- i szesnastoletni chłopcy, dzieci prawie. Serce się łamie na ten widok. Cóż za ogrom ludzkiego nieszczęścia. Ale Niemców to nie wzrusza. Natrząsają się wymachują pistoletami, wymyślają od bandytów. Na razie nie strzelają. Może ich powstrzymuje nasza obecność? Po kolei, częściowo na kolanach, częściowo na noszach, przenosimy wszystkich do bramy na Kilińskiego 1. Stąd do szpitala już niedaleko. Ten ostatni etap wydaje się nam najłatwiejszy, mimo że jesteśmy nieludzko zmęczone. Czujemy drżenie wszystkich mięśni, dłonie mamy popuchnięte od dźwigania. Serce wali jak młotem, podchodzi do gardła, zatyka oddech. Nie odzywamy się prawie do siebie. Ale cóż to? Widzimy poprzez bramę wychodzącą na Podwale, idących od strony szpitala lekarzy i rannych mogących jako tako iść, prowadzonych przez sanitariuszki. Jesteśmy zdezorientowane. Nie spodziewamy się tego. Nikt nie potrafi nam odpowiedzieć na pytanie: dokąd? Dlaczego? W grupie idących dostrzegamy Wisię z rannym Ikarem, który jedną ręką wspiera się na jej ramieniu, drugą na szczotce do zamiatania. Wisia jest wystraszona. Powtarza w kółko: „Nic nie wiem, nie rozumiem… biegnijcie ratować tamtych… oni zostali w szpitalu.” Słyszymy pojedyncze strzały, krzyki. Nie ulega wątpliwości, że to egzekucja. Z trudem udaje się nam przedrzeć na dziedziniec szpitala. Panuje tu nieopisane zamieszanie, zgiełk wśród pozostałych jeszcze rannych i personelu. Dobiegamy do klatki schodowej prowadzącej na pierwsze piętro .U jej wylotu kilku Niemców z pistoletami. Wśród nich kobieta w białym fartuchu, rozpostartymi rękami i stanowczym głosem broni nam wstępu: „Tam wchodzić nie wolno”. Jesteśmy wściekłe właśnie na nią. Przecież to Polka! Dlaczego nas zatrzymuje? (Znacznie później zrozumiemy, że chciała nas uchronić od niechybnej śmierci, ale wtedy ogarnięte rozpaczą nie zdawałyśmy sobie z tego sprawy). Ach, te nieznośne pojedyncze strzały! Za wszelką cenę musimy się dostać do naszych chłopców. Niemcy nie chcą słyszeć o puszczeniu nas na górę. W pobliżu spostrzegamy jakiegoś wyższego oficera, lat około czterdziestu, w nienagannym, eleganckim mundurze. Janka zwraca się do niego po niemiecku. Tłumaczy, że chcemy ratować swoich najbliższych – z rodziny i … wywołuje tym atak furii. Z zapienionych ust dobywają się wymysły, groźby: „Wy też będziecie rozstrzelane, w was kobiety, a nawet dzieci donosiły broń tym bandytom… wszyscy tu powinni być rozstrzelani…” Wypadamy na Podwale. Po drodze czyjeś błagania o pomoc. Jeszcze nie teraz… W bramie na Kilińskiego 1 spostrzegamy tego samego podoficera Wehrmachtu, który z zapaloną latarką przemierzał z nami ciemne piwnice w poszukiwaniu rannych. Okazana przez niego wówczas życzliwość dodaje nam teraz odwagi. Prosimy o pomoc w ratowaniu naszych bliskich pozostawionych w szpitalu. Janka obiecuje mu złotą bransoletkę, Niemiec ociąga się, może nie wierzy, aby mógł nam pomóc, a może nie chce się narazić? Tymczasem za parę minut będzie za późno. Nie dajemy za wygraną… prowadzimy go siłą… Janka popycha od tyłu, ja ciągnę za rękawy munduru. Początkowo się opiera, aż wreszcie już bez wahania, idzie sam. Przy wejściu do szpitala zatrzymującym nas Niemcom tłumaczy, że idziemy razem z nim. Przepuszczają. Musimy przeciskać się przez tłum wychodzących kuśtykających, czołgających się rannych. Na dziedzińcu niebiesko od mundurów. Widocznie na rozkaz spędzono tu prawie wszystkich żołnierzy. Nie dostrzegamy między nimi rannych. Jeszcze przed paroma minutami było ich tu pełno. Rozlegające się strzały są nie do zniesienia. Staram się wyłączyć swój wzrok i słuch. Nic nie widzieć, nic nie słyszeć… jak najprędzej przejść duże podwórze, aby dotrzeć na pierwsze piętro. Zatrzymujemy się w bramie. Towarzyszący nam podoficer podchodzi do grupy żołnierzy stojącej na dole u wejścia. Pertraktuje z nimi. Obserwujemy go z daleka, stojąc z boku. Nie mamy odwagi podnieść oczu, gdy zwraca się do nas ze słowami: „Tam już nie ma po co iść”. Nie żyją! A jeszcze przed dwoma godzinami zapewniałyśmy: „Bądźcie spokojni, nie zostawimy was… dopóki jesteśmy przy was, nic złego stać się nie może…” Zbytnia zarozumiałość, czy naiwna wiara w przychylność losu? Załamanie, które spada na nas w jednej chwili, jest tym większe, im większa była poprzednia wiara w to, że zdołamy ich uratować. Długo nas będą jeszcze dręczyły wyrzuty sumienia, żeśmy straciły ostatnią tego szansę. Nie mamy siły iść, nogi są jak z waty. Zataczamy się jak pijane, potykamy. W przejściu na Podwale spotykamy o. Tomasza; czepiamy się jego rąk szukamy pomocy, ratunku. Ale on też jest załamany i tak jak my powtarza w kółko nieprzytomnie: „To straszne, to nie do zniesienia”. Znakiem krzyża czynionym w powietrzu udziela absolucji. A przed nami, na ulicy zasłanej gruzem – ranni. To ci, którzy wyszli o własnych siłach ze szpitala, ale już dalej iść sami nie mogą. Ci, których wyniesiono w pośpiechu z płonących domów i tak pozostawiono. Ranni czołgają się, czepiają się nóg, wyciągają ręce. Ojciec Tomasz kogoś podnosi. Janka chwyta od kogoś małą dziewczynkę z amputowaną rączką. Ja nawet nie próbuję podać ręki. Jestem zupełnie otępiała, nie mam sił. Zresztą po co? Tuż o parę metrów, u wylotu Wąskiego Dunaju rozszalali Niemcy dobijają rannych, wyrywając ich z rąk prowadzących sanitariuszek. Ach, żeby wreszcie był koniec tej męki. Nagle widzę, jak z domu naprzeciwko wybiega starszy, już siwy mężczyzna, niosąc na rękach młodą dziewczynę, widocznie porwaną wprost z łóżka, bo półnagą, okręconą prześcieradłem, z szerokim przekrwionym opatrunkiem na piersiach. Dźwiga ją ostatkiem sił. W oczach maluje się rozpacz, błaganie o pomoc. Podbiegam do niego. Splatamy nasze dłonie i na ten zaimprowizowany stołeczek sadzamy ranną, niosąc ją w kierunku Pl. Zamkowego. Dziewczyna mdleje nam kilkakrotnie, zsuwa się z ramion, musimy ją zatrzymywać, cucić ją biciem po twarzy. A Niemcy wciąż naglą do pośpiechu, dobijają opieszałych, innych palą żywcem, puszczając miotacze płomieni. Na Pl. Zamkowym opada na banda własowców. Rabują co się da. Zrywają złote łańcuszki, ściągają obrączki, zabierają zegarki. Nie ma wśród nas, ostatnich niedobitków Starówki, nikogo, kto by poza własnym życiem i nielicznymi drobiazgami, wynosił cokolwiek ze swojego mienia. Na Pl. Zamkowym widzę po raz ostatni o Tomasza. Potem nagle zniknął mi oczu i sądziłam, że tutaj właśnie go zamordowano. Z Pl. Zamkowego pędzą nas Mariensztatem w dół, w kierunku Wisły. Wzdłuż trasy stoją posterunki Ukraińców. Jeden z nich pokazuje coś drugiemu, wymachując pistoletem. W pewnej odległości widzę młodą kobietę, niosącą na plecach o głowę wyższego od siebie mężczyznę. Zgięta wpół, trzyma go za ręce… nogi w bandażach po uda zwisają bezwładnie. Musi przystawać, podrzucać ciało, które zsuwa się z pleców; wtedy ręce rannego zaciskają się nerwowo na jej szyi, tamują oddech. Poznaję… to Janka i Ikar. Ukrainiec podchodzi kilka kroków, pistolet maszynowy trzyma w rękach, jakby się szykował do puszczenia serii w ich kierunku. A oni idą wolno… tak strasznie wolno… Nagle znikają za zakrętem. Już ich nie widać. Tym razem udało się. Z Mariensztatu skręcamy w ul. Sowią, następnie w Bednarską. Ten odcinek pod górę jest najcięższy. Potykam się co chwila, zataczając. Z wielkim trudem dźwigam ranną. Z konieczności muszę podążać za jej ojcem, który dobywa z siebie nadludzkie siły, aby ją ratować. U wylotu Bednarskiej na Krakowskie Przedmieście jakiś Niemiec coś krzyczy, wymachuje w naszym kierunku. Nie wiem o co chodzi. Zatrzymuje nas. Wyciąga z szeregu jakiegoś młodego mężczyznę, wzburzony pokazuje na mnie i każe mu dźwigać ranną. Opodal w klasztorze Karmelitów jest szpital, skąd podobno ewakuują rannych samochodami poza Warszawę. Czy to prawda?… Po tym, co widzieliśmy na Długiej… Skupiamy się na placyku koło Kościoła Karmelitów. Przed nami kilkunastu Kałmuków. Pistolety maszynowe zwrócone w naszą stronę. Głupie uczucie, jak przed egzekucją… Poszukuję Janki, Wisi, Ikara, p. Faryaszewskiej. Nie ma ich nigdzie. Musieli zdecydować się iść dalej, na Wolę, za ludnością cywilną. Może uda mi się ich dogonić? Przebiegam Krakowskie Przedmieście. Podobno powstańcy strzelają wzdłuż tej ulicy, od Pałacu Staszica. Na Placu Saskim zatrzymuje mnie kilku Kałmuków. Zagadują po rosyjsku. Po białym fartuchu z opaską Czerwonego Krzyża domyślają się, że byłam sanitariuszką, pomagałam „bandytom”. Proponują, żebym u nich została na służbę. Zaczyna mnie otaczać coraz większa grupa żołnierzy. Trudno mi się przez nich przebić. Wreszcie jakiś oficer niemiecki roztrąca ich ręką i ostro nakazuje mi iść dalej. W Ogrodzie Saskim natykam się na jakieś starowiny odpoczywające w trawie. Przysiadam koło nich na chwilę. Czuję ogromne zmęczenie, wyczerpanie do ostatnich granic. Nadeszła reakcja po strasznych przeżyciach. Uświadamiam sobie, że właściwie już nikomu nie jestem potrzebna, bo ci, których ratowałam i tak zostali wymordowani. I jednocześnie nagle zjawia się instynkt życia. Dość mam widoku śmierci, dość uczucia strachu, dość się tutaj napatrzyłam tragedii, dość cierpień, a co najstraszniejsze, ludzkiego zezwierzęcenia. Chcę jak najprędzej wydostać się stąd, z tego piekła… póki mnie gdzie po drodze nie zakatrupią. Zrzucam z siebie biały fartuch – niech mnie nie pomawiają o współudział z „bandytami”. Pomagam wstać staruszce, biorę ją pod rękę – może nie będą mieli odwagi zatrzymywać mnie po drodze. Wleczemy się noga za nogą. Starowina nie może iść szybciej, a mnie to tempo w zupełności odpowiada. Elektoralna, Chłodna, Wolska…Wszędzie ruiny, zgliszcza, ani jednego ocalałego domu. Umarłe miasto, pustkowie. To niemożliwe, aby tu kiedykolwiek mogło wrócić życie. Wzdłuż trasy posterunki żandarmów, Ukraińców, Kałmuków. Niektórzy powystawiali na ulicę krzesła, fotele, stoły. Siedzą przy nich, popijają piwo, oranżadę. Na ten widok pragnienie wzbiera jeszcze bardziej. Upał jest nieznośny. Przecież od 24 godzin nie miałam wody w ustach. Na rogu Chłodnej i Wroniej siadamy na krawężniku. Odpoczywamy. Dzielę się z babcią zdobytą szklanką wody. Szklankę zwracam jednemu z żołnierzy. Zagaduje mnie. Pokazuje w kierunku sąsiedniej bramy, tak jakby chciał, abym za nim poszła. Trudno mi go zrozumieć, mówi coś o jeńcach – powstańcach. Idę za nim, cały czas mając go na oku. Zaglądam na podwórze. Pusto. Zatrzymuję się. Nagle czuję, że ktoś od tyłu chwyta mnie pod łokcie. Opieram się całą siłą. Dwóch się teraz ze mną szamoce. Chcą mnie wciągnąć do środka, oderwać od żelaznej bramy, której się uczepiłam kurczowo. Nie dają rady. Krzyczę rozpaczliwie: −Nie, nie pójdę tam! − Ustępują. Puszczają mnie ze śmiechem. Dobiegam do siedzącej babci. Podnoszę ją z ziemi. Idziemy dalej. Mijają nas samochody, wozy konne wiozące rannych, starców w kierunku Woli. Na jeden z nich upycham moją staruszkę, która już ledwie ciągnie nogi. Kiedy dochodzę do kościoła na Woli, jest już ciemno. Ludzie skuleni, posiadali na posadzce. Dużo kobiet i dzieci. Między nimi wałęsają się Ukraińcy, esesmani. Nie podoba mi się tutaj. Wychodzę na zewnątrz. Nie znajduję nigdzie ani Janki, ani Wisi. Uwagę moją zwraca spora grupa ludzi przed bramą. Ustawieni w czwórki przygotowują się do wyjścia. W rękach trzymają dokumenty. Mówią wyłącznie po rosyjsku. Domyślam się, że to Rosjanie – „biali” – uznani w czasie wojny za sprzymierzeńców niemieckich. Postanawiam wymknąć się z tą grupą. Korzystam z nieuwagi żandarma sprawdzającego dokumenty przy bramie i obchodzę go bokiem. Kierują nas na ul. Wolską. Za wiaduktem skręcamy w lewo, w stronę Dworca Zachodniego. Perony zawalone ludźmi wypędzonymi z różnych dzielnic Warszawy. Oczekują na transport do Pruszkowa. Plączę się między nimi, szukając znajomych, bliskich. Czuję się strasznie samotna w tym tłumie takim obcym. Myślę o rodzicach, o siostrze. Pozostali po drugiej stronie Wisły, na Saskiej Kępie. Co też się z nimi teraz dzieje? Próbuję nawiązać rozmowę. Przysiadam się do jakiejś młodej kobiety w zaawansowanej ciąży. Jest tu ze swoją matką. Kiedy podstawiają pociąg, pomagam im załadować liczne toboły do wagonu. Sadowię się w tym samym przedziale, co one. Noc jest chłodna. Dreszcze mną trzęsą. Młoda kobieta podaje mi płaszcz, abym się nim okryła. Matka jej jest z tego bardzo niezadowolona, bąka coś pod nosem, że one we dwie dadzą sobie radę same, nie potrzebują niczyjej pomocy. Pociąg zatrzymuje się w Pruszkowie. Na terenie fabryki. I tutaj, tak jak na Dworcu Zachodnim, tłumy ludzi. Nie opuszcza mnie myśl o odszukaniu Janki i Wisi. Opodal spostrzegam w mroku wóz konny załadowany rannymi. Przecież ten wóz wskaże mi drogę do baraku szpitalnego, a tam z pewnością odnajdę swoje koleżanki, panią Faryaszewską, Ikara. Pożyczony płaszcz oddaję właścicielkom, sama kieruję się w stronę wozu, który powoli rusza. Załadowany jest po brzegi. Idąc z tyłu muszę podtrzymywać jakąś starowinę, która siedzi na samym brzeżku. W pewnym momencie zsuwa mi się w ramiona. Woźnica wstrzymuje konie. Ładuję z powrotem kobietę na wóz i korzystając z okazji, sama sadowię się obok niej. Zatrzymujemy się przed dużą halą fabryczną. Tutaj gromadzą rannych, sanitariuszki, chorych i starców. Jest ciemno, gdzieniegdzie palą się ogarki świec, od czasu do czasu błyśnie światło zapałki. Ludzie pokładli się na betonie, inni szwendają się jeszcze tam i z powrotem, szukając wolnego kąta do spania. Ja również przycupnęłam pod ścianą, ogarniając rękami kolana, drzemię. Dochodzi mnie nagle jakby głos Janki. Z początku wydaje mi się, że to sen. Nadstawiam ucha, słyszę jej śmiech, donośny, charakterystyczny. Jakkolwiek trudno coś dostrzec w tych ciemnościach, idę za głosem. Tak, rzeczywiście, to Janka i Wisia taszczą płyty wiórowe na posłanie. Jest i ciocia Faryaszewska, jest i Ikar, i jeszcze jakiś ranny chłopiec, którego nie znam. Padamy sobie w objęcia. Płaczemy z radości. Ciocia Faryaszewska mówi: − Basiu, tak bardzo się bałam o ciebie, gdy się zgubiłaś… widziałam, jak Niemcy i Ukraińcy wyciągali z szeregu młode kobiety… jak dobrze, że jesteś z nami. − Tak… dobrze jest w takich chwilach znaleźć się wśród wypróbowanych przyjaciół. Od Wisi dowiaduję się, jakie były koleje losu jej i Ikara od momentu wyjścia ze szpitala na Długiej: Było dobrze popołudniu, gdy Niemcy kazali całemu personelowi zgromadzić się na dziedzińcu. Przypuszczano, że zostaną wydane jakieś polecenia. Wisia, która była cały czas przy rannych na pierwszym piętrze, nie zeszła na dół. Z okna obserwowała, co się dzieje na podwórzu. Stopniowo zapełniało się ono lżej rannymi. Zgromadził się również prawie w komplecie personel szpitalny. W pewnym momencie ta grupa ludzi zaczęła przygotowywać się do wyjścia. Wisia, tknięta złym przeczuciem, zbiegła na dół. Tutaj dowiedziała się, że Niemcy kazali wszystkim opuścić szpital i pozostawić ciężko rannych. Ale dlaczego? I co dalej? Na to pytanie nikt nie potrafił odpowiedzieć. Tego można się było domyślać. Wisia wbiegła z powrotem na górę. Niestety, przy wejściu na salę pierwszego piętra stał już Niemiec i nie chciał jej przepuścić, zagradzając drogę pistoletem. Odepchnęła go ręką. Lufa pistoletu rozdarła jej fartuch, drasnęła ciało, ale Wisia już była w drzwiach, dopadła do chłopców, chwyciła pierwszego z brzegu Ikara, a na pytania reszty odpowiadała, że będzie ich wszystkich po kolei sprowadzać na dół. Ikar, ranny w obie nogi, szedł z trudem. Ale strach dodawał sił, a Wiśka całą mocą podtrzymywała ciało. Po drodze chwyciła szczotkę do zamiatania, na której wsparł się zdrową ręką. Esesman, ten sam, który przed chwilą grodził dziewczynie drogę pistoletem, teraz usunął się z przejścia. Zaimponowała mu swoją odwagą. Gdy wbiegła drugi raz na górę po resztę kolegów, zastała na półpiętrze całą grupę Niemców. Tym razem było za późno. Zorientowała się, że sama nie da rady, a Jankę i mnie spotkała dopiero w bramie na Kilińskiego 1, wśród rannych. Sama dotaszczyła Ikara do Mariensztatu. I tam Ikar załamał się. Oświadczył, że dalej nie pójdzie. Ból poranionych nóg był nie do zniesienia. Nie pomagały nalegania Wisi ani świadomość grożącej śmierci. Wybawienie przyszło niespodziewanie w osobie Janki. Na Placu Zamkowym ktoś z rodziny odebrał od niej małą dziewczynkę, którą niosła. Wtedy pobiegła naprzód, za grupą rannych, spodziewając się, że wśród nich znajdzie Ikara i Wisię. Nie mogli zajść daleko. Rzeczywiście, znalazła ich siedzących na rumowisku ulicy Mariensztat. Ikar był całkowicie zrezygnowany. Zbliżali się Niemcy. Szli w kierunku Kościoła św. Anny z miotaczami płomieni i pistoletami. Wzdłuż ulicy siedzieli ranni, którzy nie mieli siły iść dalej. W pewnej chwili błysnął płomień puszczony na tych, co pozostali w tyle. Janka zerwała się, zaczęła szukać jakiegoś kija, aby zrobić nosze ze swego kitla, ale nic w gruzach nie znalazła. Trzeba było jak najszybciej uchodzić. Nie było chwili do stracenia, wzięła Ikara na plecy. Zdobyła się na wysiłek, w który trudno uwierzyć – niosła go sama Mariensztatem, Sowią, Bednarską, pod górę, poprzez Plac Saski, Elektoralną, Chłodną. Dopiero tam natrafiła na jakiś wózek załadowany rannymi, na który wtłoczyła Ikara siłą, za cenę pchania tego wehikułu, wspólnie z Wisią, aż do Dworca Zachodniego. Ta dziewczyna w ciągu ostatnich kilku dni i nocy wydźwigała na noszach ponad trzydzieści rannych osób. Prawie nie spała, nie jadła, bo nie było kiedy. Skąd w niej wzięło się jeszcze tyle siły? Budziła sensacje nawet wśród Niemców, którzy ją fotografowali. W obozie w Pruszkowie znalazłyśmy się 2 września wieczorem, a już 3 września po południu byłyśmy poza jego granicami. Ikar i Wisia pojechali do szpitala do Pruszkowa. Jankę, ciocię Faryaszewską i mnie – niemiecka komisja lekarska (m.in. dzięki polskim pielęgniarkom) – zaliczyła do grupy rannych i ciężko chorych, przeznaczonych do zwolnienia z obozu. Tak więc, zamiast w obozie koncentracyjnym jak niemal wszyscy ze Starówki, znalazłyśmy się na wolności. Ciocia Faryaszewska udała się do swoich znajomych, państwa Grochowskich, na ul. Drzymały 4, natomiast my z Janką na nocleg do baraku RGO. Po wyjściu z obozu w Pruszkowie zastukałam do jakiegoś mieszkania z prośbą o bieliznę osobistą. Miałam na sobie tylko letnią sukienkę oraz przydługi płaszcz popelinowy. Właścicielka mieszkania odpowiedziała, że nic takiego dać mi nie może, bo sama ma uciekinierów z Warszawy, których musi odziać. Zza jej pleców niespodziewanie wychyliła się twarz mojej koleżanki z gimnazjum. Była to Fema Szatkowska Od niej dowiedziałam się, że straciła męża w powstaniu, a sama została wypędzona z Warszawy z kilkutygodniowym dzieckiem – tak jak stoi. Była zatroskana, że mi nic nie może ofiarować. Uściskałyśmy się serdecznie i pożegnałyśmy. Następnego dnia rano Fema odnalazła mnie w RGO, przyniosła komplet bielizny uszyty nocą w ręku z pieluszek swojego dziecka. Byłam bardzo wzruszona. Przed południem w baraku RGO zjawiła się córka p. Grochowskich, przysłana przez Ciocię Faryaszewką i zabrała nas do mieszkania swoich rodziców. Wydawało się, że jesteśmy w raju. Po miesięcznej poniewierce – możliwość umycia się, łóżko z czystą pościelą, wspaniały obiad na stole nakrytym obrusem – to był prawdziwy szok. Spotkałyśmy się z atmosferą niesłychanej dobroci i życzliwości. A mimo wszystko wracają koszmarne wspomnienia, tragiczne obrazy jawią się przed oczami i w dzień, i w nocy… Obie dostajemy wysokiej temperatury. Jesteśmy zupełnie pozbawione sił, obojętne na wszystko, co nas może spotkać. Toteż gdy następnego dnia do mieszkania wkraczają Niemcy w poszukiwaniu Warszawiaków, nie próbujemy nawet zwlec się z łóżek, uciekać tylnymi drzwiami do ogrodu. Sprawdzają nasze kennkarty. Każą wstawać. Państwo Grochowscy na gwałt kompletują jakąś garderobę, szykują paczkę żywnościową na drogę. Głęboko chowamy ofiarowane przez ciocię Faryaszewską pieniądze: − na wszelki wypadek, żebyście nie zostały bez grosza… może i moim dzieciom 9, 10, o których nic nie wiem, ktoś przyjdzie z pomocą. − Wychodzimy z mieszkania pod eskortą. Dokąd? Nie wiadomo. Cztery doby bydlęcymi wagonami, z garścią rozrzuconej słomy na podłodze, jechałyśmy do Wrocławia. Po drodze, na polskich terenach ludzie donosili nam do pociągu wodę, pomidory, cebulę, czasem chleb. We Wrocławiu przebywałyśmy w obozie pracy. Zatrudniono nas w „Famo-Werke”. Już po pierwszym tygodniu pobytu zaczęłyśmy planować ucieczkę. Do głowy przychodziły najrozmaitsze pomysły. Wreszcie 28 października rano wyruszyłyśmy pociągiem do Katowic, mając bilety wykupione tylko do Opola. Złapano nas. Przekazano na gestapo w Opolu, a potem odesłano z przepustką z powrotem do obozu we Wrocławiu. Od rodziców nie miałyśmy żadnych wiadomości. Początkowo jedyne kartki, jakie docierały do nas do obozu, to były kartki od cioci Faryaszewskiej: „Kochane dziewczynki! Bardzo mi przykro, że nie mogłam Wam przez wskazaną okazję przysłać paczki. Na drugi dzień jednak po otrzymaniu Waszego listu już transporty z tej firmy przestały iść – wojsko zajęło ten teren. Szczoteczki dwie i ładny grzebień czekają więc – może poczta przyjmie paczkę. Ucieszyłam się serdecznie z Waszego listu. Rada jestem, że choć Was nie rozdzielono… Dzielne jesteście bardzo i przeżyłyście już wiele, jak na Wasze młodzieńcze lata. Więc może dacie sobie i tam radę… Ja leżę w łóżku i dlatego tak brzydko piszę. Z nogą było coraz gorzej – musiała być operowana, boli bardzo. Teraz się boję, że o kuli będę musiała iść przed siebie, gdy każą wychodzić nagle. Miałam wiadomość, że moja córeczka jest w Niemczech, wywieziona. Była okradziona, więc bosa i głodna. Teraz już rodzina z Krakowa i Sosnowca wie o niej i opiekuje się nią. Nic mojemu dziecku pomóc nie mogę i serce boli i za nią, i za synem. Chciałabym zawsze mieć z Wami kontakt – bolesne tragedie nas złączyły. Pamiętajcie o swojej nowej cioci. Bogu Was polecam i mocno całuję obie kochane buźki. Ciocia Irena. 19.IX.44.” Ciocia Irena jak mogła, tak starała się nam pomóc: podtrzymywała na duchu swoimi listami, przysyłała paczki, polecała swojej rodzinie w Sosnowcu i Krakowie. Dużo dobrego doświadczyłyśmy od ludzi, często zupełnie nam obcych, z którymi zetknęłyśmy się po raz pierwszy w życiu. Jeżeli druga nasza ucieczka z obozu powiodła się, było to również niemałą zasługą wielu życzliwych nam, serdecznych, a także odważnych ludzi. 12 grudnia 1944 dotarłyśmy do Nowego Targu. Tam doczekałyśmy się wyzwolenia. Następnego dnia, 30 stycznia 1945, wyruszyłyśmy na piechotę w drogę powrotną do Warszawy. Zastałyśmy naszych rodziców we własnych, nieco zdemolowanych mieszkaniach: Janka na Grochowie, a ja na Saskiej Kępie. Wiedzieli o nas tylko tyle, że miałyśmy swój punkt koncentracji na Starym Mieście, nie byli pewni, czy nas jeszcze kiedykolwiek zobaczą. Już 11 lutego 1945 – następnego dnia po powrocie do Warszawy – byłyśmy na Starówce. Szpital na Długiej 7 – spalony. Zwłoki rozstrzelanych, częściowo zwęglone – na dziedzińcu budynku, na parterze, w piwnicach. Pierwsze piętro, tam gdzie leżeli nasi koledzy z Wigier, zawalone warstwą gruzu do wysokości 1 m. W bramie na Kilińskiego 1 – nadpalone zwłoki pozostawionych chłopców od Gustawa. Nie sposób nikogo zidentyfikować. A więc chyba nikt się nie uratował. Jeżeli… to tylko ten jeden, jedyny, stosunkowo lekko ranny w nogę chłopak od Gustawa, który leżał w kuchence na parterze oficyny przy ul. Kilińskiego 3. Przeniosłyśmy go na Długą 7 do bramy. Janka twierdzi, że widziała go na terenie obozu w Pruszkowie… Ale czy był to rzeczywiście on? Chciałyśmy mieć tę pewność, chociaż to jedno uratowane życie ludzkie byłoby nam nagrodą za poniesiony trud, który może nie poszedł na marne. Stasiuka, Klechę, Roberta ekshumowałyśmy z Długiej 7 latem 1945, przy pomocy naszych kolegów Zbycha i Nietykszy. Zginęli na tym samym miejscu, na którym ich położyłyśmy. Po noszach pozostały tylko metalowe okucia, między nimi leżały zwęglone zwłoki. Przy Stasiuku znalazłyśmy gwizdek, spaloną legitymację, która rozsypała się w rękach, a także małe srebrne serduszko – dar narzeczonej. Siostra Klechy rozpoznała szczątki Tadzia po guzikach ubrania. Były też jakieś drobiazgi znalezione przy Robercie. Przywrócone zostały matkom prochy synów poległych. Na cmentarzu są ich mogiły pokryte kwieciem. Tyle tylko mogłyśmy dla nich zrobić. Barbara Garncarczyk, ps. Pająk, sanitariuszka 2 plutonu Kompanii Szturmowej batalionu Wigry   1. Janka – Janina Gruszczyńska-Jasiak 2. Wisia – Jadwiga Konopacka-Klimaszewska 3. Stasiuk – Stanisław Olejnik 4. Robert – Tomasz Rusanowski 5. Klecha – Tadeusz Suski 6. Ikar – Jerzy Szymański 7. Lot – Ołupczyński 8. Faliński – NN 9. Kozak – Halina Śliwińska 10. Ewa – córka p. Faryaszewskiej. Zginęła na Starym Mieście ratując zabytki. Druga córka – Alusia oraz syn – walczyli w Śródmieściu.

Indeks osób występujących w relacji „Fragmenty z pamiętnika sanitariuszki

„Pająk”-bat. Wigry

„Adam” – „Lubicz” – Adam Nikolay

„por. Afr” – Henryk Wyganowski

роr. „Andrzej” – Jerzy Кowаlczуk

„Bandera” – Kazimierz Skupień

„Basia Wasilewska – Barbara Kopeczek

„Bąk” – Zdzisław Вacciarelli

„Веlа” – Izabela Niedźwiecka – Namysłowska

„Benesz” -Bernard Bieliński

„Bellona” – Małgorzata Рrzedżymirska

„Brzeski” — Zdzisław Śliwiński

„Chińczyk” – NN z plutonu 11-12

„Dalicka Нalina” – Нalina Andrzejewska

„Dąb” -

„Dąbek” — Stanisław Gałązka

„Edek” — „Kański” – Edward Kuminek

„Еwа” – Ewa Dziewulska – Siemińska

„Faliński” – Stefan Filipowicz

„Gruba Zosia” – „Zosia” – Zosia Łoszczyńska – Nowiak

„Нalа” – Halina Paschalska – Najder

„p. Hanka” – NN- łączniczka Delegatury Rządu

„Honorata” – Honorata Wodzyńska – Kokocińska.

„Ikar” – „Jurek” – Jerzy Szymański

„Irena” – Irena Deresz

„Isia” – Maria Sielużycka – Czermińska

„Iskra” – Wanda Haft – Szatyńska -Maciejewska -Woźniak

„Janka” – Janina Gruszczyńska – Jasiak

„Jе1еń” – Bogdan Zaniewski

„Jurek” — „Ikar” — Jerzy Szymańsk1

„Justyna” – Helena Suryn

„Józek” -

„Kameleon” – Irena NN

„Kański” – „ Еdеk” – Еdwаrd Kuminek

„Kazik” – „Koch” – Kazimierz Kąkol

„Kozulo” – Kazimierz Matuszewski

„Klеchа” – „Tаdzik” – Tadeusz Suski

„Koch – „Kazik” – Kаzimierz Кąkоl

„Korwin” – Еdward Matuszyński

„Krystyna” – „Wierna” – Krystyna Grabowska

Ksiądz z katedry – ks. Wасłаw Karłowicz

„Lech” – Leszek Klimczak

„kpt. Lech” – Paweł Leński

„Leszek – adjutant” – Zbigniew Popowicz

„Litka” – Lidia Buczek

46

„Lubicz” – „Adam” – Adam Nikolay

„Łoś” – Henryk Modzelewski

„Mały Moskito” – Zdzisław Borysiak

„Markiewicz” – Seweryn Pasikowski

„Marta” – Zofia Jóźwiak – Swiercz

„Massalski” – Jan Piątkowski

„Modrzew” – Roman Zieliński

„Moskito” – Wacław Siemiński

„Moskito – Remek” – Remigiusz Sowiński

„Nietyksza” – Zdzisław Niekrasz

„Ogniomistrz” – „Lеpa” – Andrzej Lеwосki

„Ola” – Aleksandra Taube – Jankowska

„Ola – Ola” – -Aleksandra Petrażycka

„Olbrycht” – Jerzy Olszewski

„Orzeł” – Arkadiusz Rudzki

„Pal” – Adam Borys

„por. Piorun” – Jan Derengоwski

„Płat” – Tadeusz Fabisiak

„por. Prokop” – Roman Kaczorowski

„por. Prymus” – Jerzy Chorzewski

„Rawicz” – „Wojtek” — Wojciech Rzymowski

„Robert” – Tomasz Russanowski

„Roch” – Jerzy Kowalski

„por. Roman” – Jan Golański

„Saski” – Eugeniusz Bazyl

„Sewа” – Seweryna Siemińska – Wieszczak

„Skóra” – Kazimierz Cholewa

„Sokół” – Zbigniew Derkuczewski

„Stach” – „Stasiuk” – Stanisław 0lejnik

„Stasiuk” – „Stach” – Stanisław 0lejnik

„Szary” – Jan Fejge

„Szczupły” – Wojciech Szmelter

„Szpak” – Hanna Kłopotowska – Pawłowska

„Тadzik” – „Klecha” Tadeusz Suski

„Teresa” – Teresa Potulicka – Łаtyńska

„Trzaska” – Eugeniusz Konopacki

„Wasilewska Basia” – Barbara Kopeczek

„Wisia” – Jаdwiga Konopacka – Klimaszewska

„Wojnicz” – Jerzy Krieger

„Wojtеk” „Rаwiсz” Wojciech Rzymowski

„Wоlnу” – Таdeusz Оlеjаrski

„Zbусh” – Zdzisłаw Skupień

„Zosia” – „Gruba Zosia” – Zofia Łoszczyńska – Nowiak

„Żbik” – Неnrуk Fabisiak

  Życiorys   Urodzona 18 kwietnia1923 r. w Warszawie. Córka Czesława i Cecylii. Ojciec brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 r. jako ochotnik-student prawa UW. W czerwcu 1939 r. ukończyła gimnazjum sióstr Nazaretanek w Warszawie. W 1941 otrzymała maturę na tajnych kompletach Liceum im. Marii Konopnickiej. Następnie podjęła studia na Tajnym Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej, uczęszczając jednocześnie na kursy Rysunku Technicznego do Szkoły Jagodzińskiego. W roku 1940 i 1941 pracowała honorowo w Biurze Informacyjnym PCK w Warszawie. Od grudnia 1941 do lipca 1944 była łączniczką Delegatury Rządu na Kraj, m.in. prof. Stefana Bryły w Departamencie Robót Publicznych i Odbudowy. Od 1942 r. w Harcerskim Batalionie „Wigry” AK przechodziła szkolenie sanitarne i bojowe pod ps.” Konarzewska”, „Pająk”. 1 sierpnia 1944 stawiła się na koncentracji plutonu sanitarno-łącznościowego przy ul. Kilińskiego 1. Od 2 do 6 sierpnia pełniła służbę sanitariuszki w szpitalu na ul. Mariańskiej 1. 7 sierpnia po powrocie na Stare Miasto otrzymała przydział jako sanitariuszka do 2 plutonu Kompanii Szturmowej Batalionu „Wigry”. 16 sierpnia 1944 r. razem z koleżanką Teresą Potulicką pomagała księdzu W. Karłowiczowi w zdjęciu i wyniesieniu z płonącej Katedry św. Jana, figury Cudownego Pana Jezusa. 2 września po wycofaniu się oddziałów powstańczych ze Starego Miasta pozostała dobrowolnie z ciężko rannymi kolegami, których nie można było ewakuować kanałami. Po wkroczeniu Niemców na Stare Miasto 2 września, razem z koleżanką Janiną Gruszczyńską ps. „Janka”, usiłowała ratować rannych przed egzekucją i paleniem żywcem wynosząc ich z płonących domów (ul. Kilińskiego 1–3, Długa 7). Po powstaniu znalazła się w obozie w Pruszkowie, a następnie w obozie pracy przymusowej we Wrocławiu (d. Breslau), gdzie została zatrudniona w Zakładach Famo-Werke. Od 12 grudnia 1944 po ucieczce z obozu przebywała w Nowym Targu. Do Warszawy wróciła 10 lutego 1945 r. Od marca 1945 r. do stycznia 1947 pracowała w Biurze Odbudowy Stolicy w Wydziale Architektury Zabytkowej. Od 1946 r. kontynuowała studia na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej, które ukończyła w 1952 r. Po ukończeniu studiów aż do emerytury, tzn. do 1981 r., pracowała w biurach projektów na terenie Warszawy. Odznaczenia:  Krzyż Srebrny Orderu Virtuti Militari, Krzyż Walecznych, Krzyż Armii Krajowej, Warszawski Krzyż Powstańczy, Krzyż Partyzancki, Medal za Warszawę.

Bibliografia:   R. Bielecki „Gustaw”–  „Harnaś” Dwa powstańcze bataliony. PIW, Warszawa 1989 R. Bielecki Batalion Harcerski „Wigry” Wydawnictwo „Historia”, Warszawa 1991 R. Bielecki Długa 7 w Powstaniu Warszawskim. Naczelna Dyrekcja Archiwów Państwowych. Archiwum Główne Akt Dawnych E. Konopacka Kronika rodu Konopackich. Ottawa, Pelplin 1994 M. Wiśniewska, M. Sikorska Szpitale powstańczej Warszawy M. i A. Szypowscy Gdy wchodzisz w progi Katedry    

Źródło

Materiały udostępnione przez Panią Barbarę Gancarczyk oraz : Pamiętnik Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego – Powstanie Warszawskie i medycyna, wydanie II, Warszawa 2003 r.