W Powstaniu:

Obwód III Wola z Lesznem, placówki lecznicze: szpital Wolski, siedziba: ul. Płocka 26; od 1 sierpnia do 3 października, punkt ratowniczo-sanitarny, szpital Dziecięcy im. Karola i Marii, siedziba: ul. Leszno 136od 1 sierpnia do 7 sierpnia

WSPOMNIENIA

 

(…)Roz­poczęłam prace w Szpitalu im. Karola i Marii na Woli. Zamieszkałam we wspólnym pokoju z koleżanką Olą Kostrzewską, z którą razem mieszkały­śmy w internacie szkolnym. Obie pracowałyśmy na oddziale chirurgicznym. Chodziłyśmy na dyżur na godz. 6.00 rano, pełniłyśmy także nocne dyżury, mieszkałyśmy na terenie szpitala.

Po paru miesiącach, w czasie dyżuru nocnego, poczułam się bardzo źle. Ból głowy i okolicy wątroby był tak silny, że z trudem obsługiwałam dzieci. Zemdlałam tej nocy i musiałam parę godzin przeleżeć na materacu w łazien­ce. Rano miałam już żółte oczy i żółtą skórę. Wtedy to po raz pierwszy zakaziłam się żółtaczką, od tej pory nigdy już nie miałam spokoju z wątrobą. Dzieci też często chorowały na żółtaczkę, leżały żółte, smutne, obojętne na widok miseczki zjedzeniem. Żółtaczka nie leczona ciągnęła się długo, zabarwienie skóry i oczu utrzymywało się ok. 2 miesięcy.

W tym czasie zetknęłam się z młodzieżą z AK. Często docierały do nas gazetki i wiadomości, często też służyłyśmy jako łączniczki w załatwianiu drobnych spraw, przechowywaniu broni, granatów, maszyn do pisania itp. W szpitalu nocowały niekiedy znane nam dziewczęta, które znajdowały się przejazdem w Warszawie. W Warszawie w tym czasie zaczynało być gorą­co: łapanki uliczne, rewizje po domach. Wieści z frontu i widok Niemców na ulicach, którzy byli w tym czasie wyjątkowo podnieceni, świadczył o tym, że coś się zbliża.

Często w szpitalu spotykało się młodych ludzi, którzy nie przychodzili odwiedzać dzieci. Szpital żył w kręgu tych spraw, drogich nam i bliskich.

Z 31 lipca 1944 r. na l sierpnia kończyłam nocny dyżur. Noce na oddziale chirurgicznym były ciężkie. Spało się po nich przeważnie aż do godz. 5.00 po południu. Tego dnia wcześniej zbudził mnie niezwykły o tej porze ruch na korytarzu ambulatoryjnym. Wyjrzałam zdziwiona, młodzi ludzie kręcili się, wchodzili i wychodzili swobodnie. Zaciekawiona, ubra­łam się szybko i wyszłam na ulicę.

Na ulicy odwrotnie, panowała cisza, tylko wszędzie pełno młodych chłopaków i dziewcząt, twarze uśmiechnięte, pewne siebie. Spotkałam Irkę Minkiewicz, zwaną przez koleżanki ze Szkoły „Szczur”, która powiedziała mi: „idź na oddział, wszyscy musimy być od tej chwili w pogotowiu”. Nic jeszcze dokładnie nie wiedziałam, ale tak mnie dziwnie zelektryzował niezwykły widok biało-czerwonej opaski, że za chwilę byłam już gotowa do pracy nie szukając żadnych wyjaśnień.

Ile to razy przybiegała do mnie Irka R. od św. Łazarza (szpital po drugiej stronie ulicy), szłyśmy do zaciemnionego magazynu bieliźnianego, gdzie reperowałyśmy zielone bluzy żołnierskie, przygotowywałyśmy materiał opatrunkowy, cięłyśmy płótno na bandaże, szyłyśmy takie właśnie opaski biało-czerwone.

Powstanie… nikt jeszcze nie wypowiedział tego słowa, a to to samo co miłość, szaleństwo, nienawiść. Na oddziale chirurgicznym łóżka z dziećmi przesunięto pod ścianę, w jednym kącie pod drzwiami złożono granaty ręczne, broń i butelki z benzyną. Lekarze miejscowi i pielęgniarki — wszy­scy byli w pogotowiu. Na rogu Leszna i Karolkowej młodzież zdobyła szturmem magazyn niemiecki znosząc do szpitala niemieckie brezentowe ubrania, tzw. tygrysice oraz trochę broni.

Godzina 17.15 po południu — godzina historii Woli wybiła. Przed szpitalem ciężko przetoczył się czołg niemiecki, pracownicy szczelnie obie­gli

płot celując z rozmachem w zielony potężny potwór butelkami z benzy­ną. Czołg z głuchym łoskotem, paląc się, wjechał i ugrzązł pod pl. Kercelego, a do szpitala ekipa sanitarna przyniosła pierwsze ofiary Powstania. W ambulatorium byli już dr Witold Hroboni, dr Władysław Barcikowski i dr Irena Gać. Lekarze ci zaczęli pracę od pierwszej chwili akcji i trwali na posterunku do końca. Nigdy nie zapomnę pierwszego rannego żołnie­rza. Była to 18-letnia dziewczyna, o jasnych krótkich włosach, musiała mieć wesołe, filuterne oczy, bo już gasnącym wzrokiem patrzyła jesz­cze pogodnie.

Na początku umarłym zamykało się oczy, a do nogi przywiązywało butelkę, w której umieszczano kartkę z nazwiskiem. Później już na nic nie było czasu. Jeśli chodzi o jedzenie, to gotowało się kawę raz dziennie, chleba brakowało od pierwszego do ostatniego dnia. Do szpitala przyszło dużo młodych dziewcząt z AK, które pomagały nam, pielęgniarkom, pilnowały nieprzytomnych i usługiwały chorym. Dobrze pamiętam jedną z nich, Wio­lę (pewnie to pseudonim). Pracowała całe dnie i noce walcząc ze zmęcze­niem, głodem i strachem podczas silnych nalotów nieprzyjacielskich. W ciągu pierwszych trzech dni akcji ul. Leszno istniała jako jedno wąskie koryto, z jednej strony zamknięta barykadą od Kercelaka, z drugiej od ul. Górczewskiej. Szpital był niby wielką oazą, a naokoło dzień i noc płonęły domy. Cała Wola była jednym morzem ognia i ciężkich czarnych dymów. Istniało tylko jedno wyjście przez tylną bramę szpitala od ul. Żytniej, ale

i tam rozpryskiwały się raz po raz pociski artyleryjskie. Żyliśmy na małym skrawku ziemi otoczeni ogniem i dymem gryzącym w oczy, zdawało nam się, że Powstanie objęło całą Polskę. Zresztą położenie nasze było jeszcze i tak dobre, bo mieliśmy wodę, a świece jeszcze się nie skończyły. Nocami, wśród silnego obstrzału artyleryjskiego, czekaliśmy na łączników, którzy mieli przynieść dobre wieści. Czekaliśmy na cud. Podobno Anglicy z samo­lotów zrzucają amunicję i żywność, podobno w najbliższych dniach będzie pomoc w postaci broni, a z drugiej strony Wisły od Pragi pomogą Rosjanie. Tymczasem godziny nocy ciągnęły się, przybywało bezustannie ran­nych i poległych, nie można już zupełnie gotować, skończyły się bandaże, nawet papierowe. Ziemia drżała od rozrywających się pocisków, a z góry bombardowania nie ustawały, spadały bomby, jedna po drugiej, nie było już ani jednej szyby, ani jednej ściany. W zdemolowanej sali operacyjnej bez przerwy pracował zespół lekarzy i pielęgniarek. Ranni leżą na trzech stołach. Dr Hroboni, dr Barcikowski operują bez przerwy, dr Irena Gać robi opatrun­ki. Już kilka godzin siedzę u wezgłowia stołu z butelką eteru przy narkozie. Jestem bardzo głodna, buty od pięciu dni nie zdejmowane pieką w nogi, wdycham eter razem z rannym, zdaje mi się, że usnę za chwilę, ale właśnie za moment przytomnieję.

W kącie gipsowni leży ranny Niemiec. Ma głęboką ranę w pachwinie, wykrzykuje przeraźliwie niemieckie i polskie słowa, z których wynika, że bardzo boi się powstańców i śmierci z naszych rąk. Jakże w tej chwili nienawidzę Niemca, jak chętnie zabiłabym tego, który od tylu lat mordował Polaków. Gdybym go zabiła, nikt by nawet nie zauważył. Światło dnia dogasa, Niemiec leży na kupie brudnych, zakrwawionych szmat. Opanowuję się i podchodzę. Nie robię mu nic złego, jestem przecież prawdziwą polską pielęgniarką, a w Powstaniu każdemu rannemu pomogę. Z obrzydzeniem rozcinam spodnie całe w zakrzepłej krwi, robię opatrunek uciskowy. Nie­miec coś mamrocze, podaję mu trochę wody z garnka, nakazuję leżeć cicho i odchodzę. W tej chwili setki pocisków i bomb niemieckich niszczy do­szczętnie moje rodzinne miasto.

Minęły cztery długie doby Powstania, jest coraz gorzej, łącznicy, którzy z trudem od strony Żytniej przedostają się do nas, przynoszą jak najgorsze wieści. Pomocy żadnej, miasto oblężone, wszędzie pożary, zniszczone wodociągi i elektrownie, setki trupów poniewiera się po uli­cach. Powstańcy wyrzucają ostatnie granaty, wystrzeliwują ostatnie po­ciski i giną na barykadach.

Zdumiewająco zachowują się nasze szpitalne dzieci, które jeszcze zo­stały przy życiu. Nikt się teraz nimi nie zajmuje, leżą po dwoje, po troje na łóżkach zupełnie cicho, żadne nie woła, niczego nie chce, są poważne i obserwują tylko bieg wypadków, jakby czekały na jeszcze coś gorszego, na coś, co się stać musi.

Pani Sikorska, przez 30 lat pracująca w szpitalu, była naprawdę dobrą pielęgniarką, przywiązaną do szpitala jak do własnego domu. Nerwowo nie wytrzymała, zażyła dużą dawkę luminalu, następnie poszła do budynku gospodarczego i spłonęła w nim w tragiczną noc z 5 na 6 sierpnia. Tej właśnie nocy niemiecki oddział Mongołów przedostał się na teren szpitala. Byliśmy zgubieni. Napastnicy mieli szerokie twarze o skośnych dzikich oczach, na piersiach zawieszone całe taśmy pocisków. Zaczęły się istne orgie. Wyciągali ranne kobiety z budynków, pielęgniarki i sanitariuszki gwałcili na podwórzu oświetlonym płomieniami. Ze schodów parterowych pawilonów, na brzuchach czołgali się ranni powstańcy w nadziei ocalenia, ale tu czekała ich śmierć, nie ocalał ani jeden. Całą noc trwała rzeź, wymor­dowali nawet dzieci. Izę uczepioną ramienia dr. K. oraz kilkoro dzieci chodzących pod opieką dr. Bogdanowicza udało się wyprowadzić pod gra­dem pocisków przez ul. Żytnią.

Antek Syrowa w niewiadomy sposób doczołgał się do podwórza i spadł w głęboki lej od bomby. Nad lejem tym Niemcy ustawili działo, z którego przez całą noc prażyli w najbliższe domy. Rano tego tragicznego dnia przeszłam na drugą stronę ul. Leszno do Szpitala św. Łazarza z rannym w głowę, który tam miał mieć wykonany zabieg.

Dziś jeszcze słyszę huk zatrzaskiwanej bramy Szpitala św. Łazarza, przez którą już nie dane było mi wrócić do swoich, chociaż dzieliła nas tylko jezdnia. U Łazarza w tej chwili było jeszcze gorzej niż u nas. Ranni składali się z cywilnej ludności Woli i z powstańców, w sumie ponad 800 osób zgromadzonych w piwnicach budynków od strony Leszna i Wolskiej.

W szpitalu toczyła się zacięta walka, powstańcy ostrzeliwali się z gór­nych pięter, wypierani, wchodzili coraz wyżej, nie pomogło nadludzkie bohaterstwo garstki chłopców. Niemcy kolbami karabinów wysadzili drzwi piwnic. Rozwścieczeni, z pianą na ustach zaczęli wypędzać personel zgro­madzony przy chorych.

Ranni czując zbliżającą się śmierć próbowali ucieczki, kobiety głośno modliły się i zawodziły, starzy ludzie błagali o litość. U wyjścia zrobił się tłok, jedni deptali po drugich wśród krzyków, przekleństw i grozy. Ludzi doprowadzało to do szaleństwa. Niektórzy zdejmowali z siebie ubrania, pokazując rany, inni gwałtownie domagali się białych fartuchów w nadziei, że w ten sposób ocaleją. Jeden z lekarzy, śmiertelnie blady, naciągnął na fartuch szpitalną piżamę. Myślał, że właśnie jako chory ocaleje. Zginął zastrzelony jako jeden z pierwszych. Stałam wśród tłumu samotna. Wzięłam na ręce pięcioletnią dziewczynkę, która kurczowo czepiała się mojego fartucha i razem z tłumem ludzi poganianych przez Niemców usiłowałam wejść po schodach na górę, ale w połowie drogi Niemiec odwrócił się i tratując nogami chorych rozkazał odwrót do piwnicy wszystkim rannym, dziewczynkę wyrwał mi z rąk i z rozmachem cisnął do piwnicy.

Zupełnie nie pamiętam momentu, w jaki sposób i dlaczego znalazłam się w niewielkiej grupie osób pod murem szpitala od strony podwórka. Właśnie w tej chwili kończyli oprawcy egzekucję personelu z budynku E, a teraz w naszą stronę ustawiono lufy karabinów maszynowych. W jasności płomieni widać było mongolskie oczy, jak groch tłuczony o blaszaną ścianę padały pociski w naszą stronę. Nic już nie znaczymy, nie jesteśmy już potrzebni rannym, bo oni już nie żyją, zostali wystrzelani, teraz kolej na nas. Stoi nas jeszcze ok. 10 osób, wśród nich znam pielęgniarkę Marię Ł. Stoi ze staruszką matką, dalej dr Zalewski z dzieckiem, siostra Kotkowska, Macie-jewska, pacjentki oddziału wenerycznego oraz intendent czy magazynier szpitala. Niemcy od tej ostatniej żywej grupy ludzi chcieli się dowiedzieć, gdzie są magazyny i ukryta żywność. Na dziedzińcu było gorąco, dym gryzł w oczy i w nozdrza. Niemcy podlewali trupy benzyną. Paliły się niby żywe pochodnie. Przeszukiwali budynek, aby znaleźć jeszcze „buntowników” oraz żywność, a myśmy czekali pod murem. Godzina wydawała się wie­kiem. Przysiadłam pod ścianą i chwyciłam się kogoś leżącego na ziemi. Był to trup, ale chciałam opanować drżenie nóg. Głęboko wtedy wierzyłam w Boga, ale zupełnie nie wierzyłam, że Niemcy darowali nam życie. Błaga­łam Boga, aby tylko prędzej przyszła śmierć i żałowałam, że wyszłam z piwnicy.

Nie wiem, jak długo czekaliśmy pod murem. Z piwnic dochodziły jęki konających, gdy nagle Niemiec zawołał „raus” i mała grupka rozbitków depcząc po poległych ruszyła naprzód. Po drodze nie spotkaliśmy ani jednego żywego stworzenia, pędzono nas ul. Wolską w dół do remizy tramwajowej. Naokoło jak okiem sięgnąć wszędzie pożary, noc letnia parna, z gruzów wydostaje się ostry zapach rozkładających się ciał. Po drodze co parę kroków ktoś zawadza o leżące zwłoki, wśród zabitych najwięcej spot­kać można powstańców w panterkach. Koło remizy Niemcy zebrali już tłum ludności cywilnej i tam urządzili egzekucję. Część ludzi pozostała na miejscu, resztę ustawili w szeregu. Słychać było krzyki Niemców rzucających jakieś rozkazy, potem dziesiątkowali szeregi, mało pamiętam ten moment, wzrok utkwiłam w barykadzie, na której leżał przewrócony tramwaj nr 2. Dwójką jeździłam zawsze na Sadybę do domu rodzinnego. Stoję otępiała w jednym bucie, drugi zgubiłam pod ścianą, popchnięta przez kogoś ruszyłam. Jaka to ulica, gdzie jesteśmy, jazda, raus. „Jezus Maria, zabiją nas” — krzyczy stara kobieta, kilka razy zgrzyt otwieranych bram i drzwi, kamienna podłoga, ciemność i cisza, w górze trwa nalot. Siedzę skulona na czymś miękkim, nic nie czuję, o niczym nie myślę. Nad ranem kilku pijanych Niemców wpada do nas, jeden rzuca karabin na podłogę i w straszliwym dzikim śmiechu tarza się na podłodze, wyciąga ręce do młodej dziewczyny, dawnej kuracjuszki oddziału wenerycznego, bierze ją pod pachę, a drugi śląską niemczyzną mówi, że jeste­śmy w szpitalu, że w nocy powiesili dziesięciu „buntowników” na drzwiach, że wiszą jeszcze, że będzie długo bum, bum, aż wszystko przepadnie, że najwięcej „buntowników” jest w Saskim Ogrodzie, a walczyć mogą najlepiej w nocy. Po tej przemowie Niemiec znika za drzwiami razem z dziewczyną, a my pomału dochodzimy do wniosku, że jesteśmy w zakaźnym Szpitalu im. św. Stanisława Kostki. Pomieszczenie okazało się salą chorych na tyfus, chorzy zostali zlikwi­dowani. Tu znaleźliśmy schronienie.

W południe weszła do nas zakonnica, przyniosła dzban gotowanej wody i suchary. Miała spokojną twarz i życzliwe spojrzenie. Odmówiła modlitwę i oznajmiła, że w szpitalu jest dużo rannych i my będziemy tu zatrudnione. Trzy dni bezczynnie siedzieliśmy w tej sali.

Dziewczyna, która zniknęła z pijanym Niemcem, systematycznie nas odwiedzała, przynosząc często coś do jedzenia, miała świetny humor, mó­wiła, że pójdzie do Śródmieścia odszukać rodzinę. Przyjaciel wkrótce za­wiódł. Pewnego dnia dziewczyna nie przyszła, a jej oblubieniec zupełnie pijany oznajmił, że „z frontem caput”. Obecnie Wolę już tylko z rzadka obrzucano pociskami, a walki toczyły się głównie w Śródmieściu, na Sta­rówce i Czerniakowie.

Czwartego dnia zjawił się Niemiec i zarządził, że mamy pracować, wychodzić nie wolno samym, jedynie ze specjalną eskortą niemiecką bę­dziemy zbierać rannych w gruzach. Byłam zupełnie moralnie rozbita, wie­działam, że jedynie ustawiczna praca może mnie jeszcze utrzymać na no­gach. Uprosiłam zakonnicę o nocną pracę przy rannych, a w dzień chodzi­łam z każdą ekipą na ulice Woli. Dwa razy dziennie policzone osoby pod niemiecką eskortą opuszczały z noszami szpital. Niemcy szli prędko, jakby się bali, że w gruzach mogą być jeszcze „buntownicy”, pozostawali na ulicy, a nam kazali wchodzić w zgliszcza, skąd dochodziły głosy ludzkie.

Ulice były puste, ze szkieletów dopalających się domów zwisały żelazne wiązania, na pół oberwane balkony, gdzieniegdzie na wysokich piętrach, po odpadnięciu części murów, ukazywał się pokój, umeblowany, zawieszony w powietrzu, odsłonięte rury kanalizacyjne, szkielety żelaznych łóżek. Zdechłe konie, trupy ludzi, z których już wydzielała się woń zgnilizny — wszystko to sprawiało wprost makabryczne wrażenie. Plon naszych wypraw był zawsze obfity, w na wpół zawalonych piwnicach od 12 dni leżeli ludzie w ranach, trawieni gorączką, pozbawieni wody i opatrunków.

W jednej z piwnic przy ul. Wolskiej leżała 13-letnia dziewczynka ze strzaskaną nogą. Zaostrzone rysy, wpadnięte oczy i sine usta były dowodem kompletnego wyczerpania, a opuchnięta noga leżała bezwładnie oparta o walizkę. Tuż koło niej zabita matka i 3-letnia siostra. Dziewczynka miała przy sobie zgromadzony cały dobytek: teczkę, garnek, a do ucha garnka przywiązane małe, czarne dziecinne buty. Gdy układałyśmy ją na noszach była zamroczona, przytomność odzyskała dopiero w parę godzin po ampu­tacji nogi, cały czas leżała spokojna i otępiała.

Bywało, że kiedy w gruzach zebrało się więcej rannych, Niemiec roz­kazywał zabierać tylko lżej rannych, a resztę zostawiać. Pozostali błagali o wodę i ratunek, wołali, wyciągali ręce, często udawało się w następnej ekipie, tylko pod eskortą innego Niemca, wrócić w to samo miejsce i zabrać tych nieszczęśliwych ludzi.

Po powrocie z rannymi do szpitala trzeba było nosić ze studni wodę potrzebną do mycia i gotowania. W tym czasie padały już dalsze dzielnice Warszawy. Przez Wolę, tuż koło szpitala, co kilka godzin pędzono transporty ludzi. Szli z Senatorskiej, Daniłowiczowskiej, Krakowskiego Przedmieścia i AL Jerozolimskich. Tłum posuwał się wolno, środkiem ulicy, wśród zgruzowanych domów, pod eskortą uzbrojonych Niemców.

Ludzie ci wówczas jeszcze nie wiedzieli, że idą do Pruszkowa, do obozu rozdzielczego. Wiadomo nam było tylko, że Niemcy stopniowo oczyszczają miasto. W transporcie znajdowali się ludzie starzy, młodzi i dzieci. Szli obciążeni uratowanym dobytkiem. Nieśli tłomoki z pościelą, naczynia ku­chenne i odzież, niektórzy pchali wózki dziecinne, inni prowadzili psy. Jakaś dziewczyna o czarnych warkoczach i błędnych oczach owinięta była kolo­rową stołową serwetą, z jednej strony paskiem do ramienia miała przywią­zany obity czajnik, z drugiej tarę do prania. Takie widoki często się powta­rzały. Smutny ten pochód zatrzymywał się przed szpitalem, wynosiłyśmy wtedy wodę, opatrywałyśmy pęcherze na nogach, a chorych udawało się często przemycić do szpitala. I tak nie istniały żadne spisy, w tłumie i gwarze można było wiele zrobić. Z transportu zbierało się wiadomości. Ze wszy­stkich stron padały bezładnie, gwałtowne pytania: „Czy Stare Miasto jeszcze się trzyma, co się dzieje na Wspólnej, czy ocalał dom 64, czy na Wroniej są jeszcze ludzie, czy nie ma wieści z Czerniakowa?”

Wciąż jeszcze nie miałam żadnych wiadomości, co się stało z resztą pracowników Szpitala im. Karola i Marii. Chociaż noc tragiczna pod ścianą Szpitala św. Łazarza złączyła mnie serdecznie z grupą uratowanych ludzi, to jednak wciąż tęskniłam do swoich i chciałam zebrać o nich informacje. Tymczasem rozbitki z naszego szpitala były tak niedaleko, bo w Szpitalu Wolskim. Poleciałabym tam na skrzydłach. Któregoś dnia przyszedł do nas ze Szpitala Wolskiego po narzędzia chirurgiczne dr Manteuffel. Uprosiłam go o zabranie mnie ze sobą. Po godzinie byłam już u swoich. W ogromnym Szpitalu Wolskim mieściło się bardzo dużo rannych oraz personel różnych szpitali, nie wyłączając zakonnic. Na łóżkach z bielizną leżały też narzędzia chirurgiczne, sienniki, trochę zapasów lekarstw z dawnej, dobrze zaopatrzo­nej apteki.

Gdy tylko weszliśmy na podwórze, ujrzałam trzy świeżo usypane mo­giły. Dr Manteuffel oznajmił, że tu pochowano prof. Janusza Zeylanda i dr. Mariana Piaseckiego oraz ks. kapelana. Zastrzelili ich Niemcy zaraz pierwszego dnia po wtargnięciu do szpitala.

Nie zastałam już wszystkich koleżanek. Część odeszła na własną rękę, kilka leżało chorych na czerwonkę. Był to czas suszy i upałów, nad rannymi unosiły się roje brzęczących much, a wszelkie odchody i nieczystości zale­gały zrujnowane ubikacje i rury kanalizacyjne. Na sali, na siennikach sie­działo kilkoro ocalałych dzieci, między nimi Antek Syrowa.

Zaraz też zabrałam się do pracy przy chorych. U nas już nie padały pociski, ale ranni wciąż napływali, bo walki trwały.

Nigdy nie zapomnę, gdy przyprowadzono ludzi z ul. Wroniej. Za prze­chowywanie powstańców zostali oni zapędzeni przed miotacz ognia. Popa­rzenia były ogromne. Nieszczęśliwi, w liczbie 15 osób, przedstawiali stra­szny widok. Maski zamiast twarzy.

Wszyscy dostali morfinę, ale mimo to jęczeli tak, że nie można było nadążyć poprawiać i ponownie polewać opatrunki.

Nad ranem chłód płynął przez rozbite okna, głód ściskał żołądek. Siedziałam skurczona koło kobiety z wypalonymi oczami, gdy weszła na salę zakonnica. W jednej ręce trzymała różaniec, w drugiej rozpoznałam w papierze 3 gotowane ziemniaki. Usłyszałam: „niech siostra zje, przecież zimno”. Wtedy przeżyłam chwile kompletnego załamania psychicznego. Cztery osoby, wśród nich kobieta o wypalonych oczach, już nie żyły, a ja im zmieniłam opatrunki, chociaż pewnie już o godz. 2.00 nie żyli. Miałam temperaturę, a w chorej wyobraźni widziałam starego człowieka, który przyszedł jak na pół spalone widmo, w spalonych rękach przyciskał do piersi resztki skórzanej teczki. Łzy płynęły mi z oczu. „Ach siostro — powiedzia­łam —jeśli ja to wszystko przeżyję, to już nie będę pracować przy chorych, już za dużo, nie pomieszczę w sobie nic więcej”.

Dużo mówiło się o ewakuacji szpitala, ludzie snuli różne przypuszcze­nia, najbardziej przerażała wszystkich perspektywa zimy. Na peryferiach Woli, na dawnych działkach mieszkańców, znajdowały się jeszcze ziemnia­ki, cebula, można było nawet spotkać gnijący pomidor. Toteż codziennie szła wyprawa na pola, z których wracano z cennym prowiantem.

Z dni ewakuacji szpitala pamiętam, że chorzy zostali przewiezieni do zorganizowanych w tym czasie szpitali w Milanówku, Podkowie Leśnej i Pruszkowie. Inwentarz szpitala został przewieziony i zabezpieczony dzięki energii dr. Zbigniewa Woźniakowskiego, młodego, pełnego poświęcenia lekarza. Dzieci szpitalne, po które rodzice się nie zgłosili, przewieziono do Piotrkowa Trybunalskiego, gdzie przetrwały zimę.

W okresie ewakuacji każdy sam mógł decydować o swoim losie. Jedni jechali do rodzin na wieś, inni zostawali przy prowincjonalnych szpitalach, jeszcze inni szukali oparcia w Czerwonym Krzyżu i instytucjach społecz­nych. Wyszłam z Warszawy w szarej pielęgniarskiej sukience, brudnym fartuchu i czepku. Z tego stroju już z przyzwyczajenia nie rozbierałam się, m.in. w związku z łapankami, które wciąż trwały pod Warszawą.

Sama zgłosiłam się do pracy w obozie w Pruszkowie, gdyż tam chorych i rannych było dużo. Barak chorych oznaczony nr 2 to dawna hala warszta­tów kolejowych, gdzie naprawiano wagony. Było to pomieszczenie brudne, bez wody, środkiem biegł szeroki kanał, w którym walały się różne nieczy­stości. Naturalnie, że w tych warunkach mowy być nie mogło o leczeniu, chorzy przebywali tu tylko przez parę dni, skąd na furmankach rozwożono ich do okolicznych szpitali.

W baraku tym pracowało kilka pielęgniarek. Doszłam do wniosku, że nie mam co tam robić i zgłosiłam się do pracy przy transportach przybywających z Warszawy. Siedziałam tedy przy bramie od strony torów kolejowych, pod wartownią, a kiedy przybywał pociąg towarowy, Niemiec otwierał ogromną żelazną bramę i wołał: „transzport”, co oznacza­ło, że mamy działać.

W każdym transporcie znajdowali się ludzie chorzy, których trzeba było na noszach znosić z wagonu i udzielać pierwszej pomocy. Częste jesienne deszcze moczyły nas do suchej nitki. Transportowani warszawiacy w stru­mieniach deszczu czekali swej kolejki, czyli skierowania do odpowiedniego baraku, a my wylewałyśmy wodę z butów i wyżymały ubrania.

Obóz był bardzo duży, we wszystkich kierunkach biegły szyny kolejo­we, a baraki zostały otoczone drutem kolczastym. Z baraku nr 5 wszyscy jechali do Niemiec na roboty. Ludzie stali stłoczeni koło drutów i prosili, aby im coś kupić do jedzenia na drogę, od dwóch miesięcy nie jedli chleba. Aby uzyskać zezwolenie wyjścia za bramę, trzeba było natrafić na dobry humor strażników.

Młoda kobieta z zapłakaną twarzą w ręce trzyma zgniecione dolary, chwyta mnie za ramię: „Niech pani to weźmie, nie chcę żeby mi Niemcy zabrali, jestem na liście do Niemiec, wszystko mi jedno byle im nie dać, a pani łatwiej przetrwa zimę”. Wyrywam się jej, to prawda, że szkoda oddać Niemcom dolary, ale ja tego nie chcę, teraz mi nic nie trzeba. Żadne pieniądze nie wyrównają naszego nieszczęścia. Udało mi się tym razem wyskoczyć za bramę, kupiłam chleb, jabłka, ser, pokazałam strażnikowi co mam i biegnę zadowolona do tych, którzy czekają, ale ich już nie ma, już wsiedli do pociągu, spóźniłam się, ale inne dziesięć par rąk wyciąga się po żywność. Jedzą nie ci, dla których kupowałam, ale właściwie ci sami.

Dwa razy dziennie obwożono w obozie kocioł z zupą i chlebem. Koło kotła było po prostu oblężenie. Należało mieć naczynie, niektórzy mieli garnki — to był prawdziwy luksus. Dobrze zresztą, gdy się miało puszkę po konserwach znalezioną na śmietniku. Zupa była wodnista, czasem udało się wyłowić twardy ziemniak lub zdobyć kromkę czarnego chleba.

Najważniejszy punkt obozu stanowił tzw. zielony wagon, gdzie urzędo­wał komendant. W barakach było mnóstwo ludzi, którzy panicznie bali się wyjazdu do Niemiec. Tym, którzy mieli rodzinę pod Warszawą, gdzie mogliby dostać schronienie, należało wymyślić odpowiednią chorobę, a więc czerwonkę, bóle brzucha, atak serca itp. Należało zwrócić uwagę Niemców, że w barakach są ludzie chorzy, zrobić ich listę podpisaną przez 2 lekarzy, a następnie tak lawirować, aby w „zielonym wagonie” komendant podpisał listę bez sprzeciwu. Miałam przez kilka dni wyjątkowe szczęście, udało mi się wyprowadzić za bramę koleżankę z mężem, jednego mężczyznę i dwie dziewczyny. Szczęście opuściło mnie przy wyprowadzaniu młodej dziewczyny (była z ul. Miedzianej nr 8, z domu, gdzie mieszkała moja ciotka), która dobrze wyglądała i na nic się zdało symulowanie choroby. Niemiec nie pozwolił dziewczynie opuścić baraku, dostałam kolbą w plecy, co na chwile odebrało mi wszelką energię. Szwab posunął się tak daleko, że kazał mi nocować na piątce. Nie zmartwiłam się tym wcale i położyłam się na deskach do spania. O godz. 6.00 rano była zmiana warty, natomiast o godz. 8.00, z inną pacjentką, dobrze symulującą chorobę, wychodziłam do baraku chorych. Ta kobieta była chuda i mizerna, więc bez trudu, już w po­łudnie, siedząc na wozie opuszczała obóz.

W obozie zaczynało być gorąco. Niemcy coraz więcej ludzi wysyłali na roboty, krążyły pogłoski o jego likwidacji. Coraz trudniej było coś załatwić, wobec tego któregoś dnia wyszłam za bramę i już nie wróciłam. Pod War­szawą trwały ustawiczne łapanki, a ja przecież byłam bez dokumentów. Ostatecznie po długiej wędrówce piechotą, na dachu pociągu lub w towaro­wym wagonie udało mi się zatrzymać we wsi Godzianów pod Skierniewi­cami, gdzie zamieszkałam u jednego z gospodarzy. W tej wsi i całej okolicy było dużo warszawiaków. Nocami prawie u każdego chłopa pędzono bim­ber, w związku z czym zdarzały się częste oparzenia. Udzielałam wtedy pomocy, postępując tak jak się tego nauczyłam w Powstaniu. Dostawałam za to od ludzi trochę chleba, ziemniaków lub mąki. Tęskniłam do Warszawy, do Powstania, chciałam już uciec z tej wsi.

Gdy wyjątkowo silne mrozy skuły ziemię, zaczęły przenikać do wsi wiadomości o wycofywaniu się wojsk niemieckich. Zbierałam drzewo przy szosie, gdy usłyszałam dobrze znane detonacje. Serce zabiło mi radośnie: coś się dzieje, pewnie Niemcy uciekają. 17 stycznia szosą w kierunku Warszawy szła Armia Czerwona. We wsi próbowali ukrywać się Niemcy, ale żołnierze radzieccy tropili ich i w trzy dni oczyścili okolicę.

Noc z 19 na 20 stycznia spędziłam w Godzianowie, a gdy się rozwidni­ło, byłam gotowa do drogi. Dokąd teraz idziemy? Do Warszawy, gdzie czekają nas gruzy, trupy i nigdy nie zaspokojona tęsknota. Dzień był mroźny – 15 “C, ale szosą tłumnie ciągnęli warszawiacy. Szli z dziećmi, wlokąc uratowane resztki swego mizernego dobytku.

Miejscami śnieg po kolana, w twarze zacina ostry, mroźny wiatr, na rzęsach i chustce koło twarzy biały szron. Niebo zaróżowione, ciężka droga, ale idziemy ochoczo. Idziemy trz^ dni. Trzeciego dnia w południe witają nas ośnieżone ruiny Warszawy. Wzruszenie odejmuje głos. Idziemy środkiem ulicy, cisza, stąpamy ostrożnie, wiele ulic jest zaminowanych, na niektórych ścianach widać napisy czarnym węglem „Min niet”. To saperzy radzieccy uprzedzają, że można wejść.

Zatrzymałam się przy ul. Wspólnej u zaprzyjaźnionej rodziny. Była to bliska rodzina dr Gać, lekarki poznanej w pierwszym dniu Powstania. Mie­szkanie p. W., chociaż zdemolowane, miało okna i drzwi, ogromne pokoje zrujnowane, zawiane śniegiem i pyłem ceglanym. Uprzątnęliśmy jeden po­kój, zrobiliśmy piec z cegieł, w którym paliło się resztkami połamanych mebli i tak wiele nocy spędziliśmy na posłaniach ze szmat i ubrań, podtrzy­mując w prowizorycznej kuchni ogień przez całe noce. Już po kilku dniach zaczęły mi puchnąć stawy, miałam zapalenie jamy ustnej i temperaturę. Najbardziej bolały mnie nogi oraz stawy w palcach u rąk. Palce popuchły i piekły. Nigdy nie zapomnę, ile dobrego doznałam w tym czasie od dr Gać, jej męża Juliana i siostry Zoni. Zonia, która była archeologiem i już w tym czasie chodziła oczyszczać budynki Muzeum Narodowego, przynosiła mi jakiś lek do płukania jamy ustnej.

Pewnego dnia, gdy zaświeciło słońce i dzień był cieplejszy, postanowiłam udać sięnaPragędo koleżanki, w nadziei, że posiedzęu niej parę dni, aby zyskać trochę sił. Nie wzięłam pod uwagę, że buty moje ledwie się trzymają, a tempe­ratura i opuchnięte nogi utrudniają bardzo daleką pieszą wyprawę.

W tych dniach żołnierze radzieccy budowali most pontonowy i już z daleka słychać było rytmiczne uderzenia młotów. Zatrzymałam się, obser­wując pracę tych ludzi. Stare, zwalone przęsła mostu Poniatowskiego leżały w Wiśle pod krą, sterczały z wody żelazne szczątki. Słońce roztapiało już lód na Wiśle. Należało szybko przejść, jednak gdy znalazłam się na drugim brzegu, miałam mokre buty i pończochy. W ciepłej kuchni moich znajomych usiadłam blisko pieca i popadłam w drzemkę. Koleżanka współczuła mi, ale też uprzedziła grzecznie, że muszę wracać do Warszawy. Gdy się ściemni, będzie niebezpiecznie. Szybko dokończyłam jeść kaszę polaną tłuszczem, naciągnęłam mokre jeszcze buty i natychmiast wyszłam. Znów przeprawa przez Wisłę, dziś już nie pamiętam, skąd miałam siłę dojść do ul. Wspólnej pod gościnny, rozbity dach moich przyjaciół.

W tym stanie zdrowia nie nadawałam się absolutnie do pionierskiego życia w Warszawie. Gdy tylko ustąpił obrzęk kończyn, udałam się do Łodzi w poszukiwaniu pracy.

Źródło

Pochylone nad człowiekiem t.2 wyd. Stowarzyszenie Redaktorów, Warszawa 1993