W Powstaniu:

Żywiciel - pl. Konfederacji 42/44 (al. Zjednoczenia) Szpital polowy nr 203 "Nasz Dom"

Antoni Chojdyński

Nasz Dom w czasie Powstania Warszawskiego

Nasz Dom 16.08 1944

Nasz Dom – zdjęcie wykonane 16 VIII 1944 r

Lato roku 1944 zapowiadało się wyjątkowo pięknie. Błękit nieba i zieleń, w promieniach rannego słońca, tworzyły prześliczną gamę kolorów. Nic też dziwnego, że wróble  mąciły ciszę poranną wrzaskliwym świergotem i całymi stadami harcowały, wzlatując w górę, aby zaraz skryć się w dzikim winie, które obrosło całą ścianę budynku od strony południowo-wschodniej. Swoją wrzawą i wieczną gonitwą obudziły nas dużo wcześniej niż każdego innego dnia. A może było to tylko złudzenie. Wszyscy byliśmy w dobrym nastroju. Miał to być pierwszy dzień wakacji szkolnych.

Sypialnia była duża, obszerna, jak w koszarach. Mieszkało nas tam razem 50 chłopców. Na długo przed pobudką młodsi zrywali się wcześnie zachowując ciszę, aby nie budzić innych, jeszcze śpiących. Kiedy ogłoszono pobudkę, zawrzało jak w ulu.  Już od rana zaczęły się żarty i śmiechy; ruch panował jak w hali dworcowej. Wylegiwali się dłużej ci, którzy wierzyli, że kilka minut leżenia wpłynie na utrwalenie się kantów spodni, które zostały wieczorem starannie oczyszczone i ułożone pod prześcieradłem. Żelazek do pracowania nie mieliśmy, więc była to jedyna metoda prasowania spodni. Każdy chciał dzisiaj wyglądać, jeśli nie elegancko, to chociaż schludniej. Ci, którzy wcześnie wstali pluskali się w zimnej wodzie w łazience. Ci, którzy już zrobili poranną toaletę, pędzili do wykonywania swoich dyżurów. Dzisiaj wszyscy się spieszyli.

Do szkoły szliśmy tylko dla dopełnienia formalności – odebrać świadectwa naszej 7-letniej edukacji. Przed szkołą zbierały się dzieci i młodzież grupami, przeważnie klasowymi, czekając na maruderów i sygnał wychowawców. Czasu było dużo, więc i tematów. Mówiono o wszystkim ,ale już nie o szkole. Jedynie starsi, którzy już szkołę podstawową ukończyli, przekazywali sobie informacje o dalszej nauce w szkołach zawodowych. Wreszcie, o godz. 10.00 wezwano wszystkich do klas. Świadectwa wręczali wychowawcy w swoich klasach. O wspólnym spotkaniu nie mogło być mowy, ponieważ szkoła zajmowała pomieszczenie w domu prywatnym. Zresztą wszystkie budynki były zajęte na koszary przez okupanta.

Ówczesne władze oświatowe wynajmowały budynki prywatne, wille albo czynszówki, aby młodzież mogła dalej kontynuować naukę. Wyższe uczelnie były pozamykane. W programach nauczania pozbawiono nas nauki historii, geografii, literatury pięknej, a wielu powieściopisarzy znalazło się na indeksie. Przedmioty te uzupełniano na tajnych kompletach. W Naszym Domu przerabiano te przedmioty podczas odrabiania lekcji, po powrocie ze szkoły.

Po otrzymaniu świadectw wysłuchaliśmy krótkich życzeń przyjemnego spędzenia wakacji i zobaczenia się w nowym roku szkolnym. Wracaliśmy gromadnie do Naszego Domu. Po wejściu do budynku przywitała nas pani Oleńka Staszewska, uśmiechając się do nas. Oczywiście z radością składaliśmy w jej ręce świadectwa i szybko opuszczaliśmy jej kancelarię, wolni o d wszystkich szkolnych utrapień. Byli i tacy, którzy musieli wysłuchać uwag za niezbyt udane stopnie. Czas wolny nie zwalniał nas od dyżurów. Każdy wykorzystywał jednak ten dzień na swój sposób. Nazajutrz od samego rana wzięliśmy się za porządkowanie podręczników szkolnych, przyklejano naderwane kartki, uzupełniano pourywane rogi książek itp., tak, aby przy ich zwrocie nie wysłuchiwać uwag pani Oleńki, która w tym przypadku była bezwzględna. Książki i podręczniki stanowiły wyjątkową wartość i musiały służyć młodszym kolegom w nowym roku szkolnym. Nie była to zresztą nowość. Co roku każdy z nas musiał zwrócić podręcznik w należytym stanie.

Młodsi uczniowie nie mieli już żadnych poważnych spraw poza odpoczynkiem. Natomiast starsi, którzy ukończyli szkoły podstawowe, musieli w wyznaczonych terminach zadawać egzaminy do szkół zawodowych. Już pod koniec czerwca wszyscy byli po egzaminach.

Po zakończeniu wszystkich spraw szkolnych, życie nasze toczyło się normalnie. Chłopcy teraz mogli poświęcić więcej czasu na porządkowanie grządek, które z końcem roku szkolnego zostały trochę zaniedbane. Nad całą pracą czuwał pan Władek Augulewicz. Oceniał wyniki każdej grupy oddzielnie, a rywalizacja wśród poszczególnych grup była duża. Często z panem Władkiem urządzaliśmy wycieczki w okolice Bielan, najczęściej wybieraliśmy się na Bielany, a konkretnie do Lasu Bielańskiego, gdzie rozgrywaliśmy najbardziej popularną grę w „chorągiewki”. Zabieraliśmy ze sobą stare wiaderka po marmoladzie, do których zbieraliśmy nawóz krowi do nawożenia działek.

Nasze zabawy w lesie miały jeszcze inne znaczenie, szczególnie dla Pana Władka. Teren Lasu Bielańskiego był zajęty przez Niemców. Graniczył on z lotniskiem, a w lesie stały duże baraki koszarowe dla lotników. Obserwacje nasze były skrupulatnie zbierane, bowiem miały być wykorzystywane w późniejszym okresie. W inne dni graliśmy w palanta, piłkę nożną itp. Chłopcy, których nie nęciły gry sportowe, już od samego rana wynosili koce i wylegiwali się do woli na słońcu. Starsza młodzież każdego dnia wychodziła do pracy, a wracając udawała się na punkty zborne, gdzie przechodziła ćwiczenia wojskowe.

Bobrowski

Mało kto wiedział lub przeczuwał, że zbliża się dzień walki zbrojnej z okupantem.

Organizację podziemne nie dawały Niemcom spokoju. Ciągle napływały wiadomości o wysadzanych transportach, sabotażach w zakładach produkcyjnych. Dochodziłydo nas pocieszające wiadomości o zbliżającym się froncie wschodnim. Z miasta przenikały informacje o panice wśród Niemców i dużym rozprężeniu w wojsku niemieckim. Dużo maruderów i dezerterów spotykano na bazarze Żelaznej Bramy, gdzie sprzedawali swój ekwipunek wojskowy. Organizacje podziemne wykorzystywały ten bezład dla swych celów, skupując od Niemców broń. W tej sytuacji władze niemieckie zaostrzyły rygory wobec mieszkańców Warszawy. Często urządzano łapanki, aresztowania. Z frontu zachodniego dochodziły pocieszające wieści. Niemcy cofali się wszędzie. Przez Warszawę przechodziły duże transporty rannych Niemców, natomiast w kierunku wschodnim szły bezustannie nowe transporty sprzętu wojskowego.

Zbliżał się koniec pierwszego miesiąca wakacji. Jeździliśmy kilka razy w tygodniu po deputaty żywnościowe na ul. Nowogrodzką, ocierając się o łapanki. Często musieliśmy jechać okrężną drogą omijając dzielnice, w których Niemcy urządzali łapanki.

30 lipca przybiegli łącznicy przekazując ostry alarm nakazujący natychmiastowe stawienie się na punkty zborne zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami. Wszyscy przystąpili do pakowania mundurów i innych niezbędnych przedmiotów; żegnając się z panią Maryną Falską, śpiesznie opuszczali Nasz Dom. Jedna z grup udała się na Mokotów po dowództwem p. Władka Augulewicza. Punktem zbornym był budynek w pobliżu koszar przy Al. Szucha.

Druga grupa skierowana została na Żolibórz, do szkoły zwanej Poniatówką, w pobliżu torów dworca Gdańskiego naprzeciw Cytadeli, pod dowództwem Henryka Borkowskiego, który z polecenia organizacji podziemnej w czerwcu przejął dowództwo od p. Zdzisława Sieradzkiego.

W godzinach popołudniowych 30 lipca został wydany drukiem rozkaz odwołujący ostre pogotowie. Nikt nie opuszczał jednak posterunku.

Powstanie wybuchło w środę – 1 sierpnia 1944 roku. 1 sierpnia Sylwek Ślepowroński i ja otrzymaliśmy polecenie od pani Janeczki Cichoszowej udania się do piekarni przy ul. Słowackiego u wylotu ul. Żeromskiego, w celu przyniesienia chleba. Dochodziła wówczas 15: 00, Niczego jednak nie przeczuwaliśmy. W połowie drogi, mając po obu stronach piaszczyste wydmy, usłyszeliśmy pierwsze detonacje granatów, przeplatane strzałami z broni maszynowej. Zastanawialiśmy się, co to może być. Kanonada była coraz bliższa. Mieliśmy wrażenie, że Niemcy musieli zetknąć się na Żoliborzu z jakąś większą grupą konspiracyjną. Nie zważając na nic przyspieszyliśmy kroku, aby wykonać polecenie. Niebawem znaleźliśmy się na ulicy Słowackiego, na której spotkaliśmy tyralierę niemiecką ciągnącą od ul. Potockiej, aż do CIWF. Wystarczyło przejść na drugą stronę, aby znaleźć się w piekarni. Niestety, zostaliśmy zatrzymani i poddani wnikliwej rewizji. Nadal nie wiedzieliśmy co się dzieje, sądziliśmy, że jest to wielka obława, w którą się wpakowaliśmy. Byliśmy przekazywani z rąk do rąk. Broń skierowano na nas, każąc nam opróżnić kieszenie. Wyciągnęliśmy wszystkie drobiazgi, a czegoż tam nie było: scyzoryki, proce i piłka tenisowa, która wzbudziła początkowo niepokój Niemców, a potem ich rozśmieszyła. Po sprawdzeniu byliśmy przekazywani kilkakrotnie z rąk do rąk i jeszcze nie raz sprawdzano zawartość naszych kieszeni. W końcu wszystko trzymaliśmy już w rękach. Dotarliśmy tak do bramy CIWU (Centralny Instytut Wychowania Fizycznego) i tu po małej naradzie kazano nam zmykać ile sił w nogach do domu. Mieliśmy wówczas po 14 lat. Widocznie nie byliśmy w ich mniemaniu groźni.2

Po powrocie do Naszego Domu z pustymi rękami, zgłosiliśmy się natychmiast do pani Janeczki, chcąc się wytłumaczyć. Pani Janeczka ucieszyła się ogromnie, że nic się nie stało i że wróciliśmy cało do Domu.

Ochłonąwszy po nieudanej wyprawie wyszedłem na plac i tu stanąłem oko w oko ze swoim kierownikiem szkoły z opaską biało-czerwoną i inicjałami AK na lewym ramieniu oraz z mauzerem niemieckim w prawej ręce. Nie wiedziałem, jak mam się zachować. Widząc moje zdziwienie pan Brodowski uśmiechnął się do mnie, mówiąc:, „Co się tak gapisz! Zwołuj swoich kolegów i zaraz do mnie wracaj”. Na odchodnym krzyknął: „Weźcie ze sobą szpadle i kilofy”. Nie musiałem daleko biec, bo inni koledzy wychodzili z budynku. Wrzasnąłem do nich: „Dawajcie wszystkich, będziemy mieli zaraz poważne zajęcie”. Sam zresztą nie bardzo wiedziałem jakie. W każdym razie pierwszy dowiedziałem się od p. Brodowskiego, że wybuchło powstanie. Błyskawicznie zrozumiałem, że włączamy się do akcji. Nie długo czekaliśmy na ochotników, wszyscy zgłosili się do akcji, wyrywając sobie po drodze łopaty i kilofy. Zapanował chaos. Pan Brodowski nie poganiał, czekał aż wszyscy się zbiorą. Kiedy zameldowałem mu, że są wszyscy, spokojnym głosem powiedział, że nie możemy tak rozgorączkowani wyjść z Domu. Czekał aż trochę ochłoniemy. Ustawiliśmy się dwójkami i w milczeniu szliśmy za wodzem. Doszliśmy do ul. Żeromskiego przy Al. Zjednoczenia. Tu zobaczyliśmy swych rówieśników kopiących rów przeciw czołowy i niebawem dołączyliśmy do nich.

Radość wzrastała dodając nam zapału. Wiedzieliśmy, że nie jest to szczeniacka zabawa, czas naglił. Podczas pracy byliśmy ubezpieczani przez starszych, którzy w momencie wybuchu powstania blokowali drogę z bronią w ręku. Pracowaliśmy już około 30 minut, kiedy padł rozkaz przerwania pracy i chowania się. Nie wszyscy ten rozkaz usłyszeli, zwłaszcza ci, którzy znajdowali się w głębokim rowie. Inni zobaczyli zbliżający się samochód z przyczepą. Sunął powoli, silnik pracował na pełnych obrotach. Niemcy wiedzieli widocznie, że są obserwowani przez Polaków i starali się znaleźć inną drogę, aby zjechać z otwartej przestrzeni. Zbliżając się do nas próbowali wjechać w którąś z bocznych uliczek bielańskich, wszędzie widzieli jednak skierowane lufy. Musieli jechać prosto. Nie przeczuwali zapewne, ze w ten sposób powstańcy wciągną ich w zasadzkę. Napięcie wzrastało. Zbliżyli się wreszcie do wykopu na odległość 30 metrów. Zdając sobie sprawę, że nie mają odwrotu, zatrzymali się i czekali na dalsze rozkazy.

Z tyłu ukazała się grupa powstańców, która bacznie obserwowała, czy samochód nie ma dodatkowej ochrony poza konwojentem. Dano znać do przedniej grupy, że może atakować pewnie. Wyskoczyło kilku powstańców z rowów, zbliżając się z bronią gotową do strzału. Widać było przerażone miny żołnierzy załogi samochodu. Kazano im opuścić samochód. Bez żadnych oporów wychodzili z podniesionymi rękami, pozostawiając broń w samochodzie. Sprawdzono jeszcze raz, czy nie jest to przypadkiem pułapka. Radość wśród Polaków była wielka. Jeńców odprowadzono do bunkra betonowego, znajdującego się nieopodal na piaskach. My natomiast szybko zebraliśmy narzędzia i przystąpiliśmy do eskortowania pierwszej zdobyczy. 16-letni Janek Sapiecha, który trochę znał się na samochodach, gdyż jego ojciec był przed wojną szoferem, uruchomił motor. Wszyscy patrzyliśmy w skupieniu i napięciu, czy wreszcie ta bryła rusza z miejsca. I rzeczywiście, powoli ruszyła. W tym samym momencie padł rozkaz: „Kryć się!”. Janek, nie zważając na nic posuwał się dalej. Tymczasem od Wawrzyszewa ukazał się tygrys, który zaczął walić w naszą stronę. Krzyczano do Janka, aby naciskał na gaz. Nikt z nas nie wiedział, ze podczas strzelaniny został on ranny, ale ostatkiem sił wyprowadził wóz z pola ostrzału. Ostra wymiana ognia z naszej strony zmusiła Niemców do cofnięcia się.

Samochód odprowadzono na Plac Konfederacji, przed pocztę. Tu wyciągnięto Janka z szoferki i przeniesiono do szpitala polowego, który był w pośpiechu zorganizowany na terenie Naszego Domu, my natomiast przystąpiliśmy do rozładowywania zdobytego samochodu, którego zawartość bardzo się przydała: konserwy wołowe, papierosy itp. Część konserw i papierosy przenosiliśmy do Naszego Domu, dla szpitala powstańczego. Znosiliśmy te zapasy czym tylko się dało. Najbardziej przydatne okazały się nosze dla rannych.

W tym czasie inna grupa chłopców pod opieką Władysława Cichosza odbierała od nas zapasy i zakopywała je w piwnicy pod węglem, a część przekazała od razu do kuchni. Co w tym czasie działo się w Naszym Domu, nie wiedzieliśmy. Byliśmy pochłonięci swoją pracą. Po rozładowaniu samochodu zostaliśmy zebrani przez pana Brodowskiego. Zaprowadził on nas do lasku Bielańskiego i poinformował o jeszcze jednej akcji, zobowiązując do przestrzegania ścisłej dyscypliny wojskowej.

Przedstawił nam plan uderzenia na lotnisko bielańskie. Uderzenie miało nastąpić z trzech stron, tj. z Bielan, Wawrzyszewa i Łomianek. Mieliśmy czekać na sygnał. Czekaliśmy w ciszy i nasłuchiwali odgłosów strzelaniny, która bez przerwy dochodziła z przeciwnej strony – z Żoliborza.

Siedzieliśmy około godziny, a sygnału nie było, nie było też żadnego ataku. Pozostało nam tylko powoli wycofać się z lasku. Wracaliśmy do Domu pojedynczo, szukając osłony w zabudowach. Dotarliśmy do Naszego Domu późnym wieczorem. Zostaliśmy wezwani do pani Maryny. Czuliśmy, ze czeka nas przykra rozmowa. Ceniliśmy ją wszyscy i dlatego czuliśmy się winni, że bez jej zgody włączyliśmy się w akcję. Początkowo długie, denerwujące milczenie. Niech już zacznie się ta cała rozmowa. Kto znał panią Marynę, ten wiedział, ze zanim zacznie rozmowę długo się zastanawia. Obserwowaliśmy jej zachowanie, starając się odgadnąć, co myśli. Była bardzo skupiona, poważna, na twarzy malował się ból, była opanowana. Wreszcie zawróciła się do nas i spokojnie przedstawiła nam sytuację, jaka powstałą w Warszawie i w Naszym Domu.

„Musicie pamiętać, ze wszyscy starsi wychowankowi opuścili Nasz Dom stając na swoich posterunkach. Nie chciałam wam o tym mówić wcześniej, ale teraz, kiedy wiecie, że wybuchło powstanie, musicie wykonywać wszystkie polecenia z rozwagą i spokojem, nie dać się ponieść fantazji. Jesteście jeszcze dziećmi i dlatego o każdym waszym kroku chcę wiedzieć. Cieszę się, że wszyscy wróciliście cali, ale od tej chwili proszę każde swoje wyjście z Domu zgłaszać. Obecnie czeka was ciężka praca. Wy ze mną i z całym personelem jesteście odpowiedzialni za los wszystkich obecnych na terenie Domu, a szczególnie musicie być w każdej chwili gotowi pomóc rannym, których będzie przybywać. Wy musicie dbać o zabezpieczenie szpitala i żywność i w to, co będzie niezbędne. Od dzisiaj chciałabym was traktować jako ludzi dorosłych, i wierzę, że rozumiecie mnie”. Nic natomiast nie powiedziała o swojej rozpaczy na myśl o starszych naszych wychowankach. Czuła się winna za ich udział w walce. Wierzyła, ze wszyscy powrócą cali i przyniosą swoją walką wolność. Ceniliśmy panią Marynę za troskę na co dzień okazywaną każdemu, kto znalazł się pod jej dachem, a w tym czasie było dużo obcych nam, nie znanych. Byli to lekarze i sanitariuszki, które z chwilą wybuchu powstania zameldowały się na swoich posterunkach.

Na dwa dni przed wybuchem powstania przyniesiono do Naszego Domu stół operacyjny i nieznane nam narzędzia chirurgiczne oraz medykamenty. Warto zwrócić uwagę, że w chwili organizowania szpitala obcy stali się bliskimi, jakbyśmy znali się już od dłuższego czasu. Nie było żadnych rozdźwięków. Każdy z nas czuł się niezbędny, tylko dzięki tej sytuacji nie odczuwało się braków. Nad wszystkim czuwała pani Maryna. Szpital nie czuł się oderwany od pracy wychowawczej, jak nam nie była obojętna sprawa szpitala. Cieszyliśmy się z każdej pracy, która została przez nas wykonana. Sprawy wychowawcze i opieki nad małymi dziećmi przejęła pani Oleńka Staszewska i Józinka Dzięcioł, mając do pomocy starsze dziewczęta i chłopców, niezależnie od wykonywania codziennych obowiązków. Dzieci nie czuły się osamotnione.

26 lipca 1944r. Zostały zaprzysiężone starsze dziewczęta w obecności majora organizacji podziemnej. Zaprzysiężenie odbyło się na terenie Naszego Domu w pokoju pani Wiry Gołębiowskiej. Zastęp sanitariuszek wchodził w skład zgrupowania Żoliborskiego „Żywiciel”, którego komendantką była p. Chełmińska, późniejsza kierowniczka szpitala w Naszym Domu. W dalszej kolejności został zorganizowany zastęp „Iskra”. Zastępową drużyny była pani Wira Gołębiowska – dawna harcerka.

Szpital otrzymał nazwę: „Szpital Polowy nr 203”, Bielany, Al. Zjednoczenia 34.

Skład personelu był następujący:

Lekarze                                                                  

Adamska Hanna

Czyżewska Jadwiga                               ps.Jaga                                        ginekolog

Czyżewski Mieczysław                          ps.Radwan                                 chirurg

Mancewicz-Jakubowska                       ps.Syberia                   ur. 1898 internista

Pobiega-Pobieżyński Mieczysław                                                             chirurg

Pielęgniarki                                                           

Gołebiowska Weronika                 ps.Wira

Jankowski Edmund

Kossobudzka Cecylia                    ps.Cesia

Kuligowska Maria                                                                          ur. 1903

Sydry-Szpilewicz Stefania

Zwolińska Maria                             ps.Szczęsna                         ur. 1908

Sanitariuszki          

 Abramczyk Hanna                                     ps. Myszka

Abramowicz-Słysz Maria                           ps. Myszka

Antoni Jan Chojdyński                              ps. Kruk

Bednarska Celina

Białas Katarzyna                                                                            ur. 1929

Bujalska-Chwalińska Hanna

Chełmińska Janina                                               ps.Inka-Włada            ur. 1900

Chorażanka Janina                                               ps.Janka

Chosudowska-Kowalska Maria

Chruzik-Kwiatkowska Irena

Cieślak-MieIniczuk Teresa                                   ps Ewelina               ur. 1926

Cieślak-Srokowska Jadwiga                    ps.Wisia                    ur. 1930

Czulińska Zofia                                          ps.Hanka                  ur. 1909

Garbowska-Kieres Maria                           ps.Marzena              ur. 1926

Gąszewska Jadwiga                                  ps.Janka

Giersz-Tamaszewska Krystyna                ps.Bogusia

Grochowska-Kieres Maria

Heller-Kalman Maria                                  ps.Teresa                  ur. 1928

Heller-Wojnowska Zofia                                        ps.Baśka       ur. 1926

Herberg-Grochowska Hanna                   ps. Wanda

Idzikowska-Szymańska Maria                  ps.Beata                    ur. 1928

Imiela Czesława                                         ps.Janka                               (ranna 4.08)

Izdebska Maria

Izdebska Stefania

Jaskólska Wanda                                                                           ur. 1924

Jaworska  Maria                                          ps. Bożena

Jaworska-Borek Maria                               ps.Inka                       ur. 1929

Karczmarczyk                                                                                 (zg ul Zeromskiego 3/8)

Karpińska Barbara

Karpińska-Świątecka Barbara

Kijak-Srokowska Jadwiga

Kloc–Szmal Hanna                                                                                   ur. ur. 1929

Kołakowska Anna                                      ps.Hala                      ur. 1924

Komodczyk Krystyna                                 ps.Czarna Krysia     ur. 1920

Kowalska Maria                                          ps.Marylka                ur. 1920

Kozakiewicz Anna                                      ps.Hanka                  ur. 1925

Kraczkiewicz Janina                                  ps. Biała

Krasicka-Czachowska Teresa                  ps, Żaba

Lendzion-Muszyńska                                ps.Lilka

Lesser-Potocka Danuta                             ps.Danuta

Lessówna Stanisława                                                                              (ranna 5.08)

Lessre Stanisława

Lipszyc-Kowalska Zofia                            ps.Zośka                   ur. 1921 (ranna 4.08)

Maciejewska-Pietowska Elżbieta

Marczewska Hanna                                               ps.Czarna                 ur. 1911

Marynczak-Wojtkowska Hanna

Matutat Zofia                                                           ps. Mika

Miernowska-Kędzierska Maria                 ps.Monika

Mikosz-Więckowska Alicja

Missala-Idzikowska Irena                          ps Bronka

Moraczewska- Kołakowska  Channa     ps. Czarna

Namiotowa Janina                                                 ps.Kama

Nurowska Natalia                                      ps.Funia

Olęcka-Wittlin Natalia                                ps.Zosia

Parandowska Kazimiera                           ps. Taida

Pawłowska Jadwiga                                  ps.Lena

Pituła-Głos Magdalena                             ps.Bałtyk                   ur. 1925

Piwońska-Szymczak Sabina                   ps. Halina

Plabańczyk-Łukasowa Krystyna

Pol Stefania                                                ps.Joanna

Popławska-Stortz Stefania                       ps Bratek

Rokosz-Filipowska Zofia                          ps. Kama

Roszkowska-Jaworska Irena                   ps. Bożena

Sianko Izabella                                           ps.Lesia                     ur. 1926

Siłakowska-Lewandowska Alina             ps.Elżbieta                ur. 1912

Steoner  Halina                                          ps. Iza

Stolarska-Dobrowolska Melania              ps.Tuljala

Świderska Maria                                         ps. Bylina

Tabęcka Irena                                              ps. Irka-Baśka

Taranowska Zaleska Danuta                   ps Bogda

Tomaszewska-Wiersz Krystyna               ps Bogusia

Tyszka Ewa                                                  ps.Kaśka                   ur. 1925 (ranna 1. 08)

Wasilewska Zofia                                       ps, Brygida                ur. 1925

Wiewiórska-Skoczyńska Helena            ps.Halszka                ur. 1918

Wiśniewska Irena                                       ps.Wisienka              ur. 1912

Wiśniewska.-Boguszewska Helena                                          ur. 1910

Włóczewska Hanna                                   ps. Blanka

Wolińska-Filipowicz Halina                      ps.Róża                                (ranna 4.08)

Wójcik Alicja                                                ps. Celina

Zakrzewska-Taranowska Danuta            ps Bogda

Zgorzelska-Markowska Krystyna             ps. Biedronka

Zielińska Janina                                         ps. Debina

Duchowni                                                              

Szeląg Leon

Gawrych Lech

Sprawy administracyjne i wyżywienia znalazły się w rękach p. Janeczki Cichosz, p. Władka Cichosza i p. Kary Pretiatkowicz. W kuchni, a w wolnym czasie i przy rannych jako pomoc pracowały wychowanki: Danka Piechowska, Basia Wawrzyniak, Irena Koncbok, Tola Morlińska, Teresa Witkowska, Janina Leśniewska, Gienia i Janka Kapuścianki, Helenka Falkowska, Marysia Jaworska, Basia Kuczyńska, Daniela Stanisławska, Ela Domańska. Grupę techniczno-zaopatrzeniową stanowili: p. Fijałkowski, p. Cichosz. W grupie tej znaleźli się wszyscy starsi chłopcy.

Do ich obowiązków należało: ściąganie żywności oraz niezbędnych medykamentów zgłaszanych przez mieszkańców Bielan, znoszenie rannych z pola walki (tu przewodził ks. Leon Szelong), grzebanie zmarłych, zabezpieczanie szpitala przed pożarem w czasie podpalania budynków przez własowców, pełnienie dyżurów przez całą dobę przy drzwiach wejściowych itp. Do grupy tej należeli: Marian Koczyk, Zbyszek Wysocki, Kazik Stanisławski, Tadek Bernfeld, Tadek Cegłowski, Sylwek Ślepowroński, Heniek Olkowski, Michał Domański, Rysiek Próchnik, Stasiek Kowalski, Ignac Chaludziński, Rysiek Szczęsny, Boguś Jędrzejczak i ja. Gdzieś w połowie sierpnia, na wieść o przebijającej się dużej grupie powstańców z Puszczy Kampinoskiej, Rysiek Próchnik bez wiedzy p. Maryny wyszedł wieczorem z Naszego Domu, a po trzech dniach dowiedzieliśmy się, że zginął podczas ataku na Dworzec Gdański. Również Boguś Jędrzejczak wraz z Jakubem Fuśniakiem opuścili samowolnie Nasz Dom i przedarli się do Lasek k/Warszawy, gdzie znajdował się sztab grupy Kampinos. Pełnili przez całe powstanie role kurierów na trasie Warszawa – Puszcza Kampinoska. Chłopcy ci przeżyli powstanie, a po jego upadku wycofali się do Puszczy Kampinoskiej, skąd następnie dostali się w okolice Kielc. Boguś wrócił do Naszego Domu, a potem był ewakuowany ze wszystkimi. Natomiast Jakub Fuśniak pozostał w partyzantce w okolicach Częstochowy. Podczas przebijania się oddziału wjechał konno na minę i został obsypany odłamkami. Nie wszystkie odłamki zostały jednak wyjęte. Najwięcej miał ich w głowie. Zmarł po wojnie w czasie kolejnej operacji w kwietniu 1946 roku.

Trzecią grupę stanowili chłopcy w wieku 10-12 lat. Do nich należało wykonywanie wszystkich prac pomocniczych na terenie Naszego Domu. Grupa ta liczyła około 20 osób. Najmłodsze dzieci były pod stałą opieką wychowawców.

Pierwszy dzień i pierwsze ofiary. W godzinach popołudniowych przyniesiono przeszytego kulami z karabinu maszynowego pierwszego powstańca. Był to bliski znajomy p. Chełmińskiej. Pomimo troskliwej opieki nie udało się utrzymać go przy życiu. Zmarł w nocy, nie odzyskawszy przytomności. Następnego dnia pochowano go na terenie Naszego Domu, po prawej stronie boiska u podnóżka górki, z której zjeżdżaliśmy na sankach. Następnym rannym był konwojent Zygmunt   (Janek Sapiecha). Wylizał się on z odniesionych ran.

Z dnia na dzień przybywało rannych. Jedna z akcji w Kampinosie przyniosła 40 ofiar. Po zakończeniu walk ksiądz Leon wziął nas do zbierania rannych, które trwało do późnych godzin nocnych. Byliśmy tą pracą ogromnie zmęczeni. Po powrocie do Naszego Domu ujrzeliśmy, ku naszemu zdziwieniu, dwóch rannych Niemców na noszach. Leżeli spokojnie na korytarzu wśród kręcących się ludzi. Jeden miał opuchniętą twarz, drugi zdruzgotaną nogę. Jak się potem okazało, byli to nasi pierwsi jeńcy (ze zdobytego samochodu), których do naszego szpitala kazał przynieść ks. Leon., który z miną niezbyt wesołą słuchał naszych złośliwych uwag. Sytuację rozwiązała pani Wira Gołębiowska, która kazała ulokować ich w narożnej uczelni. Niemcom dano kolację, papierosy (ich własne), picie i udzielono pomocy lekarskiej. Mundury położono starannie na krzesłach. Dziwną postacią był ks. Leon. Rzadko widywano go na terenie szpitala. Wiecznie był w ruchu, najczęściej tam, gdzie go najbardziej potrzebowano. Wracał zawsze z rannym na plecach lub dźwigał jakiś worek z żywnością. Nie widzieliśmy go prawie nigdy wypoczywającego.

Po całym dniu przeżyć i wrażeń ułożyliśmy się do snu. Było duszno, chociaż spaliśmy przy otwartych oknach. W sypialni było widno od łuny palącej się Warszawy; wsłuchiwaliśmy się w gęstą strzelaninę, walki trwały i w nocy. Następnego ranka już wszyscy byliśmy na nogach i każdy z nas pędził do wyznaczonych mu obowiązków. Nocą kilku rannych zmarło. Ponieważ nie było trumien, pochowaliśmy ich w zeszytych siennikach… Początkowo te masowe pogrzeby robiły na nas wielkie wrażenie, ale z upływem czasu przestaliśmy je tak silnie przeżywać. Było co dzień tylu rannych i zabitych żołnierzy i cywilów!

W wolnych chwilach odwiedzaliśmy rannych, znosząc im wszystko, o co prosili, chcieliśmy im ulżyć. W życiu szpitala bywały sytuacje tragiczne, a czasem wręcz straszne. Tak np. do szpitala w pierwszych dniach powstania przyniesiono rannego Cygana, który opuszczając swój dom znalazł się niespodziewanie pod ogniem. Otrzymał postrzał w brzuch z pistoletu maszynowego. Operował go dr Pobiega i dr Czyżewski. Operacja była bardzo trudna, jednak chory wrócił do zdrowia.

W pierwszym dniu powstania przywieziono też kobietę z bólami porodowymi. Poród odebrała dr Czyżewska. Poród odbył się szczęśliwie, dziecko urodziło się zdrowe i pozostało wraz z matką do końca powstania w szpitalu Naszego Domu. Po wojnie dowiedziałem się, że dziewczynka, której dano na imię Ewa, ukończyła studia medyczne i obecnie pracuje jako lekarz. Wiadomość tę przekazał mi dr Pobiega.

W pierwszych dniach powstania docierały do nas radosne wieści o sukcesach powstańców. Informatorzy i biuletyny, które mieliśmy przez kurierów, opisywały sukcesy i zapał do walki. Zdobywano budynki zajmowane przez władze okupacyjne. Całe śródmieście poza ogrodem Saskim, Placem Piłsudskiego, Hotelem Bristol i Europejskim oraz dawną Radą Ministrów na Krakowskim Przedmieściu znajdowały się w rękach Niemców.

Entuzjazm i wola do walki wzrastały z każdym dniem, wszyscy byli pewni, że zbliżający się front przyśpieszy i przyniesie zwycięstwo.

Od strony Pragi huk dział stawał się coraz wyraźniejszy. Rozeszła się wiadomość o armii polskiej, która wszystko czyni, aby w jak najkrótszym czasie dojść do Warszawy. Niemcy, zdając sobie sprawę z sytuacji, skierowali dodatkowe wojska dla uśmierzenia powstania, mordowali jeńców i ludność cywilną, traktując ich jak bandytów. Najwięcej ginęło ludzi niewinnych, kobiet, dzieci i starców niedołężnych, którzy byli zdani na łaskę i niełaskę wroga.

Tymczasem na Bielanach nastąpiła cisza, walki przeniosły się na Żolibórz i Marymont. Szóstego dnia powstania w szpitalu szykowano wyleczonych i poruszających się o własnych siłach do wyjścia do Puszczy Kampinoskiej i Lasek. Wiadomo już było, że Bielany nie mogą być dłużej w rękach powstańców. Bielany znalazły się pod obstrzałem dobrze uzbrojonych oddziałów niemieckich z CIWFu, Powązek i lotniska bielańskiego. Przez następne dwa dni nic szczególnego nie zaszło. Był to okres denerwujący dla ludności bielańskiej. Zadawano sobie pytania, co będzie dalej? Czy Niemcy nie będą szukali zemsty na ludności?

Władze niemieckie ogłosiły, że wszyscy mieszkańcy Bielan mają opuścić domy i zebrać się w punktach zbiorczych. Ewakuacja! Niemcy poczuli się bezpieczni, bo powstańców już na Bielanach nie było. Do pomocy przy ewakuacji użyli Ukraińców, których zadaniem było przeszukiwanie domów i wywlekanie opornych.

W tym czasie zgłaszało się do nas wiele matek do pani Maryny z prośbą o przyjęcie do Naszego Domu ich dzieci. Nikomu pani Maryna nie odmawiała.

Jeszcze dzisiaj można przejrzeć dziennik przyjęć z tego okresu do Naszego Domu, prowadzony przez panią Marynę.

Opuszczając swe domy, mieszkańcy prosili o zebranie dla szpitala pozostawianych zapasów żywności. Chłopcy mieli wówczas dużo biegania. I znowu niezawodny środek transportu – nosze, które ładowano po brzegi sucharami, mąką, kaszą, wekami itp. Zapasy szpitala rosły. Magazyn zapełniał się szybko.

Trzeba było się jednak śpieszyć, ponieważ Ukraińcy po ewakuacji mieszkańców plądrowali mieszkania, a potem podpalali domy. Zagrożenie pożarem było duże, gdyż lato było suche, a lekki wiatr roznosił iskry dookoła szpitala. Musieliśmy stworzyć specjalną grupę przeciwpożarową, której zadaniem była ochrona szpitala przed pożarem. Własowcy włóczyli się wszędzie, a Niemcy dali im wolną rękę. Do szpitala jeszcze nie zajrzeli, ale spodziewaliśmy się ich w każdej chwili, i to nas bardzo niepokoiło. Byli oni wobec bezbronnej ludności okrutni, zwłaszcza wobec kobiet i dzieci.

Około 9 sierpnia na teren szpitala wkroczyło uzbrojonych czterech żandarmów, w asyście oficera niemieckiego. Później się okazało, że był to naczelny lekarz CIWFu. Po wejściu do budynku zażądał widzenia się z kierownikiem domu. Pani Maryny Falskiej nie trzeba było szukać, już przez okno zauważyła zbliżających się Niemców i wyszła na ich spotkanie. Nie była zdenerwowana, wręcz odwrotnie, opanowana i pewna siebie. Poprosiła też o przywołanie pani Hali Wiewiórskiej, która znała język niemiecki. Chwilę czekały na nieproszonych gości. Weszło najpierw dwóch żandarmów, za nimi oficer, dwóch następnych żandarmów zamykało ten dziwny pochód. Weszli wszyscy na parter puszczając do przodu oficera, a sami zajęli dogodne stanowiska z bronią gotową do strzału.

Wewnątrz budynku wszyscy mieszkańcy byli zajęci swymi sprawami, nikt nie przerwał pracy, jakby nic szczególnego nie zaszło… Oficer dowiedziawszy się, że pani Maryna jest kierownikiem Domu, wytłumaczył jej, że przybył z polecenia dowództwa celem zebrania informacji, kto tu mieszka, i co tu się mieści. Dał także do zrozumienia, że mieszkańcy budynku będą musieli przygotować się do ewakuacji. Pani Hala wyjaśniła mu wszystko, co go interesowało. Był zdziwiony, że w budynku znajduje się szpital. Zaintrygowało go to i zapytał, jaki to jest szpital. Pani Hala powiedziała, ze to szpital ogólny. Niemiec początkowo nie wierzył, prosił o oprowadzenie go po całym domu, ponieważ chciał się przekonać, czy przypadkiem czegoś przed nim nie ukrywa. To zaniepokoiło panią Marynę. Zdawała sobie sprawę z konsekwencji dla wszystkich obecnych. Zwiedzanie szpitala rozpoczął od „uczelni” narożnej, w której zostali ulokowani dwaj ranni Niemcy. Dowiedziawszy się ,że są to żołnierze niemieccy, był zaskoczony, nie wierzył własnym uszom. Rozmawiał z żołnierzami i zapewnił ich, że niebawem zostaną stąd zabrani do szpitala niemieckiego, na co otrzymał odpowiedź, ze oni się stąd nie ruszą, bo mają tu dobrą opiekę i pomoc lekarską. Oficer był tym tak zaskoczony, że nie prowadził już dalszej dyskusji, wyszedł pośpiesznie z pokoju. Będąc na korytarzu przez długi czas nie odzywał się do nikogo. Raptem skierował się do jednej ze stojących na korytarzu pielęgniarek i powiedział po polsku, ze chyba się znają, bo wydaje mu się, że studiowali razem przed wojną na Akademii Medycznej w Poznaniu. Dziewczyna odpowiedziała ostro, ze się myli. Odpowiedź ta wprawił go w zakłopotanie. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Obejrzał się na swą eskortę i kazał czekać pod domem. Wszyscy z napięciem myśleli, co będzie dalej. Po wyjściu żandarmów oficer zapytał ponownie, czy pielęgniarka go sobie nie przypomina. Dziewczyna dała mu wówczas do zrozumienia, że gdyby go zobaczyła w cywilnym ubraniu i w innych okolicznościach, może by go sobie przypomniała. Napięcie wzrosło. Niemiec opanował się i wrócił do spraw szpitala i jego mieszkańców. Wzruszony widocznie widokiem swych żołnierzy będących pod dobrą opieką, obiecał, że wstawi się u swych władz o pozostawienie szpitala możliwie jak najdłużej na miejscu. Zapewnił nas także o swej życzliwości i zainteresował się naszymi trudnościami. Obiecał również, że przyjeżdżając po swych rannych przyśle do szpitala materiały opatrunkowe i żywność. Nie był to już ten sam butny oficer niemiecki, którego widzieliśmy na początku. Po jego wyjściu odczuliśmy pewną ulgę. Mogliśmy być na jakiś czas spokojni o swój pobyt i bezpieczeństwo, chociaż nie wierzyliśmy zbytnio słowom Niemca.

W szpitalu zapanował spokój. Ranni czuli się bezpieczniejsi, a z wyżywieniem chorych dzięki pomocy mieszkańców nie mieliśmy kłopotów. Bielany świeciły pustkami. Dokoła wypalały się domy, ulica opustoszały. Gdzieniegdzie jakiś człowiek przekradał się ogrodami na tyłach domów. Niemców również niewielu kręciło się teraz po ulicach. Życie tętniło tylko w naszym szpitalu i w Domu Starców przy ul. Lisowskiej nieopodal Naszego Domu. Opiekę lekarską zapewniał im personel naszego szpitala. Nasz Dom stał się schronieniem dla kurierów przybywających z Puszczy Kampinoskiej i z lasów na Żolibórz. Kurierzy mieli tutaj zapewnione schronienie i noclegi. Odbywało się to oczywiście w tajemnicy. Oni byli jedynymi łącznikami, oni dostarczali nam najnowszych wiadomości z Warszawy i Puszczy, oni przynosili nam prasę podziemną. Gazetki wyrywaliśmy sobie z rąk. Głośne czytanie nas nie przekonywało, każdy chciał sam przeczytać o tym, co się działo wokół nas.

Dowiedzieliśmy się od kurierów o rozegranej bitwie o Dworzec Gdański, w której brali udział nasi wychowankowie. Przewaga Niemców była przeważająca. Niemcy bronili tej linii szczególnie. Tędy przechodziły niemieckie transporty powracające z frontu wschodniego. Poza linią kolejową Niemcy bronili mostu kolejowego koło Cytadeli. Zginęli tam nasi wychowankowie: Józef Petłyk, Marian Szybka, Mietek Hanczulski, Boguś Siudara, Stefan Nizowski, Tadek Żurek, Obrzydowski.

Śmierć tych chłopców przeżyliśmy wszyscy boleśnie. Staraliśmy się utrwalić w pamięci ich twarze. Najboleśniejszym ciosem była ich śmierć dla pani Maryny Falskiej. Ona czuła się odpowiedzialna za tę tragedię. Początkowo nie chcieliśmy uwierzyć w ich śmierć, sądziliśmy, że to jakaś pomyłka. Później okazało się, że była to okrutna prawda. Dzisiaj spoczywają oni we wspólnym grobie na Cmentarzu Wojskowym w pobliżu Alei Zasłużonych. Co roku w dniu 1 sierpnia, w dniu Zaduszek oraz w dniu Rocznicy Naszego Domu, groby ich, podobnie jak groby innych poległych są odwiedzane przez obecnych wychowanków.

Pewnego dnia w południe wjechały na teren Naszego Domu dwie wojskowe karetki niemieckie po swoich rannych, przywożąc jednocześnie obiecane przez lekarza niemieckiego leki i opatrunki.

Konwojenci karetek przekazali nam wiadomość, że został ewakuowany Dom Małego Dziecka przy ul. Żeromskiego i że pan doktór, naczelny lekarz niemiecki, prosi, abyśmy jutro zabrali pozostawioną tam do naszej dyspozycji żywność. Warto zaznaczyć, że ze względu na bezpieczeństwo poruszać się na Bielanach mogliśmy tylko w ciągu jednej godziny. Aby zabrać wspomnianą żywność, dano nam trzy godziny, w których gwarantowano nam bezpieczeństwo.

W umówionym czasie chwyciliśmy nosze i ruszyliśmy po żywność. Udał się nam pan Fijałkowski. Był to człowiek energiczny, wszędobylski i znający język niemiecki. Bez żadnych przeszkód wróciliśmy obładowani, jak wielbłądy, przynosząc ze sobą pszenne  suchary, kaszę manną, makaron domowej roboty, mąkę pszenną i żytnią (ta pierwsza była w owym czasie wielkim luksusem), jarzyny suszone i wiele innych wartościowych artykułów. Byliśmy potentatami żywnościowymi!  A trzeba przyznać, że dużo było w tym czasie ludzi do żywienia. Wychowanków wraz z personelem było 200, pracowników szpitala i rannych około 60 osób. Ze świeżymi warzywami i owocami też nie mieliśmy kłopotów, chodziliśmy po nie przekradając się w ciągu dnia na zaplecza pustych i wypalonych domów: dojrzewały tam pomidory, różne warzywa i owoce. Wyglądało to na „szaber”, ale i tak przecie nikt z właścicieli nie miałby do nas żalu.

Gdzieś w połowie sierpnia front wschodni zatrzymał się nad Wisłą. Praga była wolna, ogień artyleryjski z Pragi raził punkty oporu utrzymywane przez Niemców. Niemcy, zdając sobie sprawę, że od Rosjan i wojsk polskich dzieli ich tylko Wisła, przystąpili do generalnego uderzenia na linie powstańców, znajdujące się w pobliżu Wisły. Marymont powoli przechodził w ręce Niemców. Ostatnie dzieło zniszczenia pozostawiono własowcom, którzy dopuszczali się masowych mordów. Zginęło wówczas bardzo dużo mieszkańców Marymontu. Domy palono tam masowo. W jednym ze szpitali na Marymoncie pracowała jako sanitariuszka nasza wychowanka Wanda Bakiera, która nie chcąc opuścić swoich rannych zginęła wraz z nimi w płonących murach. Do końca pozostałą wierna złożonej przysiędze.

Wobec coraz częstszych nalotów radzieckich i alianckich , Niemcy organizowali nowe stanowiska przeciwlotnicze. Między innymi na terenie Naszego Domu. Wprowadzono cztery tygrysy, maskując je rozłożystymi topolami. Od tego momentu mieliśmy możność obserwować ich przerażone miny na widok zbliżających się samolotów. Obecność ich na naszym terenie była jednak dla nas korzystna, bowiem Ukraińcy dotychczas wałęsający się po naszym terenie zaczęli nas unikać. Mówiąc o własowcach chciałbym przypomnieć pewne zdarzenie. Otóż w stanie kompletnego zamroczenia alkoholem weszło ich dwóch do budynku, pomimo protestów dyżurującego. Jeden z nich zobaczył zegarek pamiątkowy na ręku pani Maryny i błyskawicznie go ściągnął. Byliśmy tym faktem oburzeni. Starsi chłopcy rzucili się za nim w pogoń, ale pani Maryna na to nie pozwoliła. Nie chciała narażać nikogo. Zdawała sobie sprawę, ze z pijanym Ukraińcem nie ma żartów. Żal nam było pani Maryny, która z tym zegarkiem nie rozstawała się całe życie. Była to jedyna pamiątka po mężu.

W szpitalu życie toczyło się normalnym trybem. Mniej mieliśmy przypadków ciężkich, chorzy stopniowo odzyskiwali zdrowie. Sprawy wychowawcze z małymi i młodszymi dziećmi przebiegały bez zakłóceń. Dzieci bawiły się normalnie, jakby nic się wokół nich nie działo. Pani Oleńka prowadziła nawet lekcje z grupą dzieci w wieku szkolnym, wyglądało to jakby za parę dni rozpoczynał się rok szkolny. Sierpień już się kończył. Gry i zabawy prowadziła pani Józinka Dzięcioł, przy pomocy starszych dziewcząt i chłopców. Zajęcia te były prowadzone w sali zabaw i w dwóch dużych salach przedszkola. Dzieci nie odczuwały grozy wojny. Były teraz lepiej odżywiane niż w okresie poprzedzającym powstanie. Pani Maryna kładła duży nacisk na to, aby stworzyć dzieciom, szczególnie tym, które najciężej przeżyły tragedię wojny i okupacji, atmosferę pogody i spokoju, warunki do wesołych zabaw i radości. Starsze dziewczęta miały teraz już więcej czasu wolnego z uwagi na lepszy stan zdrowia chorych i mogły wcześniej włączać się do pracy z młodszymi dziećmi. Starsi chłopcy, pomimo pełnienia różnych dyżurów również brali udział w zabawach z dziećmi. Pogodnej atmosfery nie zakłócał nawet brak światła. Przez cały sierpień Nasz Dom mógł korzystać z elektrowni Pruszkowskiej. Wodę na razie otrzymywaliśmy z sieci miejskiej. Niebawem jednak nastąpiła przerwa w dostawie wody. Na szczęście mieliśmy w brodziku wmontowaną studnię. Specjalna grupa chłopców co dzień pełniła dyżury przy pompie, dostarczając wodę na potrzeby kuchni i mieszkańców.

Brak wody w całej dzielnicy nie tylko przysporzył nam dodatkowej pracy, ale także dawał okazję do wspaniałych zabaw. Otóż, na Bielanach stacjonowały tabory obsługiwane przez własowców, którzy przyprowadzali swe konie do naszej studni. Czasem sami żołnierze pozwalali nam jeździć konno, ale czynili to niechętnie, natomiast, jak na niebie pojawił się jakiś samolot, wtedy wszyscy własowcy szybko chronili się pod topole otaczające Nasz Dom, a my dopadaliśmy koni i galopowaliśmy po całym terenie. Wyśmiewaliśmy się przy tym głośno z tych bohaterów, którzy umiejąc walczyć tylko z bezbronną ludnością. Z pobliskich stanowisk czołgowych często obserwowali nas żołnierze niemieccy, ale zachowywali się raczej obojętnie i na ogół nie reagowali na nasze wybryki. Widocznie nie kochali też swoich sojuszników.

Po kilku spokojnych dniach znowu nastąpiły dni zmartwień. 7.IX budynkiem zakołysało. To pociski ciężkich haubic radzieckich rąbnęły w budynek. Jeden z pocisków wpadł do mieszkania państwa Cichoszów, gdzie w tym czasie spał ich synek Henio. Pocisk przebił szczytową ścianę i ścianę dzielącą pokój z kuchnią, gdzie siedział jego ojciec. Oszołomiony i ogłuszony detonacją pragnął ratować dziecko, ale na wszelki ratunek było już za późno. W tym czasie drugi pocisk rąbnął  w tę samą ścianę szczytową o metr wyżej, wbijając się w strop pod salą zabaw, gdzie w tym czasie przebywały dzieci. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności pocisk nie eksplodował. Została wyrwana podłoga, z której prysnęły tumany białego kurzu. Pani Oleńka przerażona tym wypadkiem kazała wszystkim dzieciom natychmiast zejść na parter (schronu przeciwlotniczego nie posiadaliśmy). Po tych dwóch eksplozjach zapadła decyzja natychmiastowego zniesienia wszystkich rannych do pomieszczeń na niskim parterze. Rzucili się wszyscy do noszy. W ciągu godziny rannych ułożono w jadalni na podłodze, poniżej parapetów okiennych. Sala operacyjna została przeniesiona do pomieszczenia bez okien, do ciemni fotograficzne. Tego samego dnia zostaliśmy pozbawieni energii elektrycznej. Wszystkie karbidówki ściągnięto do oświetlenia pomieszczeń niezbędnych dla szpitala.

Śmierć Henia Cichosza wprowadziła atmosferę przygnębiającą. Był on wychowankiem Naszego Domu, adoptowanym przez państwo Cichoszów; należał do grupy najmłodszych. Był ulubieńcem wszystkich, szczególnie kochanym przez przybranych rodziców. Jeszcze tego samego dnia wieczorem został pochowany wśród mogił powstańców.

Prysła nadzieja na spokój. Wiedzieliśmy, że w każdej chwili możemy być ostrzelani przez artylerię radziecką, teren Bielan był bowiem cały w rękach Niemców, o czym na pewno wiedział wywiad radziecki.

Wiadomości z Warszawy docierały coraz rzadziej i były coraz smutniejsze. Zryw do walki nie stracił nic na sile, jednak każdego dnia tereny powstańcze zmniejszały się. Brak wody, wieczne pożary, bombardowania, zbierały obfite żniwo wśród ludności cywilnej. Echa walk na Żoliborzu przycichły. Jednak nie tak łatwo oddawano Niemcom ten teren.

Najtragiczniejszym dniem dla Naszego Domu był 14 wrzesień. Powiadomiono panią Marynę o nakazie przygotowania Zakładu i Szpitala do ewakuacji. Pani Maryna wiedziała, ze jest to już nieuniknione. Idąc do siebie na górę powiedziała, ze on tego Domu nie opuści. Tak też się stało. Po pół godzinie p. Irena Dębska oznajmiła nam, że przed paroma minutami pani Falska zmarła na atak serca.

Pani Maryna od chwili kapitulacji w 1939r. związała się z podziemiem. Świadoma była wszystkiego, co dzieje się na terenie Naszego Domu. Ona jedyna wiedziała o udziale wychowanków w organizacji podziemnej, o ich ćwiczeniach wojskowych i zdawała sobie sprawę z konsekwencji, jaka im grozi w wypadku wsypy. (Na terenie Naszego Domu działały różne ugrupowania polityczne, takie jak Armia Krajowa, Bataliony Chłopskie, Armia Ludowa i Polska Partia Robotnicza). Inne niebezpieczeństwo stwarzał fakt ukrywania dzieci żydowskich w Naszym Domu, gdzie czuły się bezpieczne. Były one traktowane na równych prawach. Dzięki swym zdolnościom organizacyjnym i oddaniu pracowników pani Maryna mogła podjąć tę olbrzymią odpowiedzialność na swe barki.

Byliśmy wstrząśnięci jej śmiercią. Trumnę sporządziliśmy własnymi rękami. Ona jedyna została pochowana w trumnie. Pochowaliśmy ją w rogu naszego terenu, tam gdzie stałą jej ławeczka, z której co prawda rzadko korzystała, ale było to jej ulubione miejsce.

Pani Maryna była założycielką Naszego Domu, w którym spędziła kawał swego życia i stworzyła w nim szczególną atmosferę. Z placówki tej wychodzili ludzie dojrzali i przygotowani do życia. Często odwiedzali oni Nasz Dom w wolnych chwilach lub wtedy, kiedy czuli potrzebę zasięgnięcia porady, czy pomówienia o swych sprawach. Najliczniej zjeżdżali się oni w dniu rocznicy naszdomskiej w połowie listopada każdego roku. Wszyscy, którzy wychowywali się lub pracowali w Naszym Domu znają i pamiętają dobrze ten dzień. Do dziś te zjazdy są kontynuowane. Od momentu wybuchu powstania pani Maryna była tą, która swym postępowaniem gwarantowała wszystkim pod jej dachem spokój i bezpieczeństwo. Jak zawsze, tak i teraz pracowała od rana do późnych godzin nocnych i sumiennej pracy żądała też zawsze od innych. Całe swe życie oddała sprawie wychowania i kształcenia człowieka. Najważniejszym celem jej życia była praca wśród dzieci i  dla dzieci. Wszyscy ją kochali, szanowali i wierzyli jej bez granic.

Rzadko można było spotkać ją uśmiechniętą. Przez całą okupację chodziła jak dawniej w czarnej sukni, długiej niemal do kostek, nosiła biały, sztywny kołnierzyk i mankiety. Czasem narzucała na ramiona futro z lisa. Była ceniona nie tylko przez pracowników i wychowanków, była znana w warstwie inteligenckiej i robotniczej, z którą czuła się związana. Była bliższa dziecku robotniczemu. Można było przyjść do niej ze wszystkimi swoimi smutkami i radościami; zanim wypowiedziała swój pogląd, długo się zastanawiała, dla każdego miała zawsze wskazówki. Znała każdego z nas – znała nasze dobre strony, jak i złe skłonności, i dlatego też musiała zawsze umiejętnie wyważać swoje uwagi. Wszyscy od niej wychodzili zadowoleni. Taka była pani Maryna Falska z Rogowskich, którą oddaliśmy ziemi.

Przez długi czas trudno było nam się otrząsnąć i pogodzić z Jej śmiercią. Powstała pustka w całym budynku. Weszło to niemal w nasze żyły, ze kiedy wychodziliśmy na korytarz, zawsze ją widzieliśmy, a teraz raptem Jej już nie zobaczymy.

Powstanie dalej trwało, nas czekało przygotowanie się do ewakuacji. Zbieraliśmy wszystkie dokumenty związane z historią placówki, starannie chowaliśmy je w kanałach centralnego ogrzewania. Pakowaliśmy też inne niezbędne rzeczy, mając nadzieję, że niedługo powrócimy do Naszego Domu. Przecież wojna i nasze wygnanie nie mogą trwać wiecznie. Wiele rzeczy zamurowano w różnych niewidocznych dziurach. Przystąpiono również do zaopatrzenia rannych w niezbędne porcje żywności, w dodatkową odzież i bieliznę. Ubrano cieplej maluchy, ponieważ nie znaliśmy dokładnego terminu ewakuacji, a znając Niemców spodziewaliśmy się, ze niezbyt wiele czasu dadzą nam na opuszczenie budynku. Niepewność ta trwała prawie piętnaście dni.

Ustała niemal całkowicie łączność z walczącymi. Tylko my i Dom Starców czekaliśmy jeszcze na ewakuację. Byliśmy zmęczeni i niespokojni. Spaliśmy nieomal z otwartymi oczami, w każdej chwili gotowi do wędrówki.

Nadszedł dzień 1 października. Na teren wjechały niemieckie karetki, do których załadowano najpierw dzieci i pracowników Naszego Domu. Przywiezieni zostaliśmy do Pruszkowa i umieszczeni w Hali nr. 11 na terenie Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego, który Niemcy przeznaczyli na obóz przejściowy dla wysiedlonych warszawiaków. Następnego dnia do Pruszkowa dowieziono tymi samymi karetkami wszystkich rannych i obsługę szpitala, których umieszczono w innym baraku. Tak zakończyła się nasza epopeja Powstania Warszawskiego. Wraz ze szpitalem przywieziono starców i niedołężnych z ul. Lisowskiej. Oczywiście zginęły po drodze dwa samochody wypełnione zapasową odzieżą i medykamentami.

Opuszczając Nasz Dom pozostawiliśmy około 30 mogił i Dom ziejący pustką, który dawał nam schronienie w najgorszym okresie okupacji, w którym byliśmy bezpieczni i tworzyliśmy 200-osobową rodzinę – Dom, z którego wyszło wielkie grono ludzi przygotowanych do samodzielnego życia. Wierzyliśmy, że wkrótce do niego wrócimy.

Część II         Nasz Dom na wygnaniu

Teren całego obozu pruszkowskiego był ogrodzony murem betonowym na wysokość trzech metrów, który na zewnątrz był pilnowany przez żandarmów, celem nie dopuszczenia do ucieczek i możliwości jakiegokolwiek kontaktowania się z osobami postronnymi. Transporty piesze, konwojowane przez Ukraińców i żandarmów przybywały z Warszawy bez przerwy.

W hali nr 11 przebywaliśmy przez dwie doby. Sypialiśmy na betonie, nie było żadnych prycz, a o łóżkach nie było nawet co marzyć. Niemcy nie interesowali się sprawą wyżywienia wysiedlonych. Działy się dantejskie sceny. Na każdym kroku człowiek stykał się z konającymi, pozbawionymi jakiejkolwiek pomocy lekarskiej. A PCK, które starało się pomóc ludziom, nie było w stanie nawet w setnej części otoczyć opieką potrzebujących pomocy. Kuchnię prowadziło RGO. Gotowano zupy w niesamowitych ilościach, ale jej wciąż było za mało, wobec ciągłego napływu nowych transportów. Zupy te był bezwartościowe kalorycznie, ale dawały możliwość rozgrzania się, tym bardziej, że rozpoczęły się chłody i padał nieustannie deszcz. Ludzie, gnani z Warszawy, nie mieli ciepłej odzieży, wszystko zostało pod zgliszczami.

RGO poza zupami wydawało dużo kawy zbożowej, a od czasu do czasu chleb. Miejscowa ludność z okolic podwarszawskich dostarczała do kuchni, co tylko miała. Dzięki tej pomocy wielu wygnańców przeżyło to piekło. W pierwszym rzędzie posiłki gorące otrzymywały dzieci i starcy, a potem pozostali. Dla najciężej rannych Niemcy przeznaczyli osobny barak, tak zwany barak śmierci. Dużo rannych, znajdujących się tam, za wszelką cenę i różnymi sposobami starało się uciekać. Dużą pomoc okazał rannym znowu ks. Leon, który wynosił z tego baraku chorych i umieszczał ich w hali, gdzie przebywali chorzy z naszego szpitala, którzy po paru dniach zostali ewakuowani do Witowa koło Koniecpola (w dystrykcie częstochowskim).

W obozie pruszkowskim byliśmy świadkami niejednej tragedii ludzkiej. Każdy nowy transport po przekroczeniu bramy obozu, był natychmiast oblegany przez wcześniej przybyłych. Szukano swoich, pytano o najbliższych i znajomych, proszono o nowe informacje. Często zdarzało się odnaleźć kogoś bliskiego, z kim miało się kontakt w czasie walk powstańczych, jednak częściej słyszało się, ze ten ktoś, o kogo pytano, zginął.  Transportów takich przybywało w ciągu dnia kilkanaście, można więc sobie wyobrazić, jakie było zatłoczenie na terenie obozu. Ale również każdego dnia do podstawianych wagonów Niemcy ładowali ludzi, ile tylko się dało, i wywozili w różnych kierunkach. Robiono miejsce dla innych. Zdarzały się czasem wypadki ucieczek z obozu dzięki ofiarności pracowników PCK. Wiele osób dzięki temu uniknęło dalszej deportacji.

Czwartego października powiadomiono nas, że mamy szykować się do transportu, dokąd – nie wiadomo. Przed załadowaniem Niemcy zapowiedzieli, ze możemy zabrać tylko tyle rzeczy, ile każdy z nas udźwignie. Ale co mieliśmy brać, skoro nie mieliśmy nic, poza drobiazgami, które miały dla nas, dzieciaków, wartość.

Nieco inaczej jednak przedstawiała się sytuacja pracowników szpitala. Ksiądz Leon, chcąc im pomóc, przenosił ciężko rannych na własnych plecach. Trzeba się było spieszyć. Marysia Heller, odpowiedzialna za narzędzia chirurgiczne, którymi opiekowała się przez cały czas pobytu w Pruszkowie, dźwigała ciężką skrzynię do wskazanego wagonu nie zwracając uwagi na drwiny obserwujących ją Niemców. Około półtorej godziny trwało załadowanie całego transportu. Niemcy pospiesznie zaplombowali wagony. Były to odkryte węglarki. Tymi wagonami ruszyliśmy w nieznane. W czasie jazdy nie mogliśmy się zorientować, jaką trasą jedziemy. Często transport zatrzymywał się na krótko na bocznicy lub w polu. Cisza panująca wokół przerywana była czasem serią z broni maszynowej, co świadczyło o ucieczce kogoś z transportu. Najczęściej wykorzystywano do ucieczki teren z wysokim nasypem, po którym w pozycji leżącej turlano się w dół. W ten sposób wielu ludziom udało się uciec z transportu. Bywały jednak wypadki śmiertelne.

Czas płynął strasznie wolno, każde zatrzymanie się pociągu denerwowało. Pomimo chłodu chciało nam się bardzo pić, ale nikt nie mógł nam pomóc. Pociąg przez cały czas był pilnowany.

Przyszedł wieczór, a pociąg powoli szedł dalej. Około godz. 10.00 zatrzymał się na bocznicy w Stradomiu pod Częstochową. Staliśmy na deszczu aż do rana. Transport ruszył dalej około 7.00, ale znowu się zatrzymał na stacji w Częstochowie. Byliśmy zmoknięci, głodni i zmęczeni. Nad dworcem był przerzucony wiadukt, po którym ludzie śpieszyli do pracy. Wielu z przechodzących zatrzymywało się, patrząc na ludzi skulonych wewnątrz wagonów i rzucali im paczki z żywnością. Niemcy na to nie reagowali. Również i tu RGO pracowało za zgodą Niemców, przechodzili od wagonu do wagonu roznosząc gorącą kawę i zupę. Szczęśliwi byli ci, którzy wcześniej zaopatrzyli się w naczynia, puszki po konserwach itp. Wypijano kawę czy zupę w pośpiechu, aby mogli skorzystać inni, którzy naczyń nie mieli. Ludzie patrzący z wiaduktu dodawali otuchy życząc nam jak najszybszego powrotu i złorzeczyli Niemcom konwojującym transport. Postój w Częstochowie trwał około pół godziny, po czym pociąg ruszył dalej, podążając na zachód. Opuszczając Częstochowę byliśmy nieco pokrzepieni zarówno ciepłym posiłkiem, jak i życzliwością ludzką.

Następny postój wypadł w Koniecpolu. Patrząc w górę widać było czubki świerków z prawej strony i dach niedużego budynku dworcowego. Ciszę panującą wokół przerwał zgrzyt odsuwanych drzwi. Wszyscy patrzyliśmy na dworzec, który pierwszy raz podczas transportu dane nam było oglądać. Po jakimś czasie podszedł do nas Niemiec starszy rangą, widocznie komendant transportu. Sprawdził, czy jest to właściwy wagon, po czym kazał szybko go opuścić. Zobaczyliśmy, że z dwóch wagonów z lewej strony wychodzą ranni i personel naszego szpitala. Po opuszczeniu wagonu zostaliśmy odprowadzeni do budynku dworcowego. Transport niebawem ruszył dalej, ale już bez nas.

Na dworcu czekała już grupka ludzi Czerwonego Krzyża. Skierowano nas do Gminnego Domu Ludowego, gdzie dostaliśmy gorący krupnik. Szpital zajął sąsiednie pomieszczenie, a ranni otrzymali gorący rosół. Najedliśmy się do syta. Ponieważ był późny wieczór, o dalszej drodze nie było już mowy. Spaliśmy spokojnie, najedzeni i pod troskliwą opieką miejscowych ludzi. Następnego dnia już od rana pod budynek zaczęły zajeżdżać podwody chłopskie, na których zajęliśmy miejsca. Przed wyjazdem zjedliśmy jeszcze śniadanie i pełni wiary ruszyliśmy w drogę. Około południa zatrzymaliśmy się w Lelowie. Była to mała mieścina, ok. 22 km. od Koniecpola. Oddychaliśmy świeżym, czystym powietrzem. Niejeden z nas pierwszy raz w życiu zetknął się z prawdziwą wsią. Tutaj podano nam obiad. Byliśmy witani jak bohaterowie, obrońcy Warszawy. Ludzie dziwili się, że przetrwaliśmy piekło podczas powstania. Nie znali wszystkich szczegółów, docierały do nich tylko pewne wiadomości, nie zawsze prawdziwe. W każdym razie wyobrażali sobie powstanie warszawskie zupełnie inaczej niż my, którzy byliśmy w jego centrum. Ludność miejscowa starała się zrekompensować nasze przeżycia, okazują nam wiele życzliwości, troski i serca.

Na całej trasie witano nas serdecznie i gorąco, kobiety z dziećmi na ręku stały skupione i ze łzami w oczach. Po obiedzie czekały na nas już nowe podwody chłopskie, które przewiozły nas na miejsce przeznaczenia, którym miała być wieś Sokolniki. Tutaj umieszczono tylko Nasz Dom, natomiast szpital dojechał do Iządz, a stamtąd do Witowa.

Szpital powstańczy nr 203 posiadał energię elektryczną z elektrowni w Pruszkowie i dzięki temu energia była do około 20 sierpnia a po uszkodzeniu jednej fazy gdzieś na trasie około tygodnia była energia bez jednej fazy. Kiedy dostawa energii elektrycznej została definitywnie wyłączona wszystkie operacje i zabiegi lekarskie odbywały się przy karbidówkach, świecach i lampach naftowych. Wodę straciliśmy po zniszczeniu stacji pomp w Warszawie, ale mieliśmy na miejscu pompę. Dodatkowa praca to codzienne pompowanie wody, najpierw dla potrzeb szpitala, kuchni, pralni, kąpieli rannych, a na końcu dla potrzeb obsługi i dzieci. Te prace już należały do wychowanków ND. Po wodę przychodzili mieszkańcy Bielan, których ominęła ewakuacja. Ze studni tej również korzystali własowcy dla swoich koni. Często spozierali w okna szpitala mając nadzieję ujrzenia jakiejś dziewczyny. Na początku września Niemcy wprowadzili na teren szpitala 4 czołgi tygrysy, rzekomo dla osłony szpitala przed samolotami rosyjskimi. Chwałą Bogu, kiedy nadlatywały samoloty Niemcy chowali się nie strzelając do tych samolotów. Były one zamaskowane pod rozłożystymi topolami, które rosły wzdłuż ogrodzenia. Rosną one do dnia dzisiejszego.

Szpital był schronieniem szczególnie dla dzieci mieszkańców ewakuowanych. Wiele dzieci powiększyło listę wychowanków ND. Po ewakuacji liosta wychowanków zwiększyła się o około 80 czyli w ostatnich dniach było około dwieście dzieci. Mieszkańcy Bielan przed przewidzianą ewakuacją zgłaszali się do szpitala w celu przekazania pozostawionej żywności, pościeli jak i medykamentów, własnych apteczek. Współpraca szpitala ze środowiskiem Bielańskim była wzorowa. Te dwie społeczności tworzyły wspaniałą współpracę, pomimo tragedii, jaka nas otaczała. W okresie ewakuacji Ukraińcy przystąpili do systematycznego palenia domów. Trzeba było pełnić pełne pogotowie przeciwpożarowe, chroniąc szpital. Były to stałe dyżury pełnione przez wychowanków ND.

Źródło

materiał udostępniony przez Pana Antoniego Chojdyńskiego ps. "Kruk"