W Powstaniu:

Komp. "Maciek" Bat. "Zośka"

To były pamiętne imieniny, chociaż nie było ani gości, ani prezentów. Właśnie 26 lipca 1944 r. po raz pierwszy ogłoszono obowiązujący nas alarm. Zebrałyśmy się w mieszkaniu “Ewy” (Ewa Stefanowska – poległa 22 sierpnia 1944 r.) przy ul. Kopernika, nieprawdopodobnie podniecone.

Pamiętne imieniny. Nareszcie! Nareszcie koniec okupacji, nadchodzi wyzwolenie! Nerwowo sprawdzałyśmy nasze wyposażenie, przede wszystkim zawartość toreb sanitarnych – zapasy podstawowych leków i materiałów opatrunkowych. Ważne były strzykawki, przechowywane w pozycji pionowej w specjalnych metalowych pojemnikach, wypełnionych spirytusem denaturowym (innym nie dysponowałyśmy). Zawieszone wraz z igłami na odpowiednich stelażach były zabezpieczone przed stłuczeniem, a jednocześnie gotowe do wykonania zastrzyku, bez gotowania.

Jako najmłodsza w tym gronie, wsłuchiwałam się z wielką uwagą w przekazywane wskazówki przez dwie studentki medycyny, które uczestniczyły w tym spotkaniu (“Ewę” i “Lunię”).

Nagle rozległ się dzwonek do drzwi, co w czasie okupacji zawsze wywoływało napięcie, związane z możliwością zagrożenia. Trwało to jednak krótko, bo oto wkroczyło do pokoju “dowództwo” kompanii “Maciek” w osobach szefa kompanii i dowódcy jednego z plutonów. Ewa zameldowała przepisowo nasz “stan gotowości”, chociaż bałagan w pokoju nie wskazywał na ukończone przygotowania do stawienia się na wyznaczonym posterunku. Zostałyśmy jednak potraktowane ulgowo, a na końcu tej krótkiej lustracji wyjaśnił się jej podstawowy cel. To były moje imieniny i szef kompanii (mój późniejszy mąż) chciał podkreślić, że o tym pamięta. Dostałyśmy wtedy wielką torbę czereśni…

Bałagan w pokoju wynikał nie tylko z kompletowania podręcznych apteczek. Dziewczęta musiały pomyśleć o wygodnych, praktycznych ubraniach i butach, które mogłyby posłużyć w razie zmiennej pogody przez parę dni. Bo przecież – jak zakładano – powstanie mogło potrwać nawet kilka dni!

Warto wspomnieć, że w “Zośce” przygotowania do wybuchu powstania były tak drobiazgowe i daleko posunięte, że już parę miesięcy wcześniej łączniczki i sanitariuszki miały uszyte tzw. spódnice-spodnie, które niezwykle ułatwiały ruchy. Nie wiem, czy dzisiejsza młodzież może sobie wyobrazić, że w tamtych czasach

kobiety nie chodziły w spodniach, co ogromnie utrudniało swobodne poruszanie się w terenie. Gdyby jakaś dziewczyna pokazała się na ulicy w spodniach, natychmiast zwróciłoby to uwagę Niemców. Dlatego pomysł uszycia spódnic, które jednocześnie były spodniami – nieprzyciągającymi uwagi okupantów, był wspaniały. Właśnie w czasie tej i paru następnych odpraw, poprzedzających powstanie, dziewczęta dokonywały ostatnich przymiarek i ostatecznego kompletowania ekwipunku. Nie można się było obciążać nieuzasadnioną ilością “babskich szmatek”, ale przecież musiałyśmy dbać o swój wygląd, żeby chłopcy byli z nas dumni – również z naszej prezencji!

Czas Powstania. W ciągu tych paru dni poprzedzających powstanie przeżywaliśmy stany najwyższego napięcia i godziny całkowitego załamania. Strzępki wiadomości, które do nas docierały, były tak sprzeczne i wywoływały tak niejednoznaczne komentarze, że trudno było się w tym połapać. Dziś wiem, że nie tylko takie małolaty jak ja nie mogły ogarnąć całokształtu zmieniającej się międzynarodowej i wewnętrznej sytuacji politycznej. Również dowództwo AK i kierownictwo władz cywilnych miały z tym kłopoty. Ale mimo że mieliśmy do nich pełne zaufanie, oczekiwaliśmy jednego – wydania rozkazu rozpoczęcia powstania.

W końcu ten dzień – 1 sierpnia – nastąpił. Rzadko w życiu przeżywa się takie chwile. Zbiorowe uniesienie, wspólne poczucie wielkości tej godziny, w której poczuliśmy się wolni, kiedy nam się zdawało, że obchodzimy pierwszy dzień zwycięstwa, którego nikt nam już nie odbierze! I to wspaniałe uczucie jedności z całą Warszawą, popierającą wszystkie nasze działania radosnym uśmiechem i konkretną pomocą! W takich chwilach ludzie są wielcy – przestają się liczyć różnice charakterów, ludzkie słabości, bolesne zadry zawiści, zazdrości, własne dramaty. Wszyscy są jednością… Stan euforii nie może jednak trwać długo. Pierwsze dni zwycięstw jeszcze przesłaniają konieczność ponoszenia ofiar. Ale z biegiem upływającego czasu, kiedy przeważają klęski, a liczba zabitych i rannych, którym niewiele można pomóc, zastraszająco się zwiększa, takich dni nie można wymazać z pamięci! Może właśnie dlatego moje wspomnienia z okresu powstania mają inny charakter niż te, które przechowywały się w mojej pamięci z poprzednich lat okupacji.

Moi koledzy z “Zośki” potrafią wszystko opowiedzieć. Przede wszystkim jaką ilością i rodzajem broni dysponowali w czasie poszczególnych akcji, jak byli uzbrojeni przeciwnicy, jaka była dysproporcja liczebna walczących stron i ich wyposażenia i jakie były efekty poszczególnych operacji, ilu zabitych i rannych. Ja tego wszystkiego nie umiem sobie usystematyzować. Chyba dlatego, że – to brzmi paradoksalnie – myślałam głównie emocjami, nie byłam zdolna do rzeczowych analiz, podsumowań, wyciągania wniosków.

Wola. Na miejsce koncentracji do Fabryki Telefunken na Woli pojechałyśmy z koleżanką rikszą. Wiozłyśmy dużą część naszego ekwipunku sanitarnego i osobiste apteczki. Nie wiem, czy nam się tak wydawało, czy też naprawdę Warszawa między godziną 16 a 17 była odmienionym miastem. Niby ten sam tłum ludzi powracających z pracy i przepychających się do zatłoczonych tramwajów, a jednak inny nastrój. Coś wisiało w powietrzu. Ludzie byli jacyś weselsi, bardziej podekscytowani, a Niemcy mniej agresywni. Normalnie nasza załadowana riksza i elementy uniformu, które starałyśmy się ukryć, zwróciłyby uwagę mijającego patrolu. Tymczasem tego dnia Niemcy uporczywie wpatrywali się w ziemię, jakby ten sfatygowany warszawski bruk mógł im wyjaśnić, co się właściwie dzieje.

Dobrnęłyśmy dosyć wcześnie i rozładowałyśmy nasze wyposażenie na punkcie sanitarnym. Królował tam już dobrze mi znany i niezwykle popularny wśród zośkowców (ponieważ zabezpieczał wiele przedpowstaniowych akcji) dr “Brom” (Zygmunt Kujawski – red.). “O, Paulinka – powiedział – dobrze że cię widzę, nim zorganizuję sobie punkt sanitarny, będziesz mi pomagać”. Nie byłam zachwycona, chciałam iść na linię do chłopców i tylko kombinowałam, jak napuścić kolegów, żeby mnie “wyreklamowali”. Nim to nastąpiło, kpt. “Jan” (Jan Kajus Andrzejewski – poległ w czasie przebicia ze Starego Miasta do Śródmieścia – 31 sierpnia) rzucił hasło przygotowania butelek zapalających, wobec przedostania się na nasz teren niemieckiego ciągnika wojskowego. Skąd się znalazło tyle butelek, skąd odpowiedni sznurek i benzyna? Tego nie wiem, pamiętam tylko, że uczestniczyłam w gorączkowym ich przygotowywaniu, ponieważ rozeszła się pogłoska, że zbliża się kolumna czołgów. Ale wszystko skończyło się szczęśliwie.

Tymczasem na nasz punkt opatrunkowy przyprowadzono Niemca bez pasa, ale w czarnym mundurze. Miał niezwykle wystraszoną minę i bezwładnie zwisające ramię. Rękę trzeba było nastawić, wiadomo, że to zabieg bolesny. Ale kiedy dr “Brom” sięgnął po gazę nasączoną eterem, żeby znieczulić ból, Niemiec wyrwał mu się i zaczął krzyczeć histerycznie: “Nein!” i coś jeszcze, czego nie zrozumiałam. “Brom” uspokoił go, ja przytrzymałam rękę i gdy oszołomiony Niemiec odpoczywał po zabiegu, spytałam doktora, o co to chodziło. “Brom” wyjaśnił mi rzeczowo, że ranny bał się, że go zabijemy. – Jak to – zapytałam zdumiona – on przypuszczał, że lekarz i sanitariuszka mogą skrzywdzić rannego człowieka?

Potem dowiedziałam się, dlaczego tak zareagował. Zabrane dokumenty potwierdziły, że był jednym z katów obozu żydowskiego na Gęsiej. Szybko został zabrany z punktu opatrunkowego na przesłuchanie. Musiał ponieść konsekwencje swoich czynów. Mnie jednak bardzo trudno było się z tym pogodzić. Dotąd wydawało mi się, że wiem, co jest dobre, a co złe, co honorowe, a co niehonorowe. Aż tu nagle na samym początku powstania – walki ze znienawidzonym wrogiem – musiałam wewnętrznie zaakceptować fakt, że człowiek, którego opatrywałam godzinę temu, może zostać rozstrzelany. To było dla mnie bardzo trudne.

Pierwszego dnia powstania zginęła moja najlepsza przyjaciółka “Dorota” (Dorota Łempicka) – wspaniała, piękna dziewczyna, z którą tyle wspomnień mnie łączyło. To był pierwszy bardzo osobisty cios. Tyle jednak rzeczy niemal jednocześnie się działo, że chyba nie w pełni zdawałam sobie sprawę z jej śmierci.

Szybko “wyreklamowali” mnie chłopcy z punktu sanitarnego i znalazłam się wreszcie wśród swoich, przydzielona do 3 Plutonu, dowodzonego przez “Zagłobę”. Pierwsze dni sierpnia przebiegały szybko. Walki toczyły się w najbliższej okolicy naszego miejsca postoju – w pobliżu ul. Okopowej, cmentarzy Powązkowskiego, Ewangelickiego i Żydowskiego. Najbardziej dokuczał nam ostrzał z działa pancernego, poruszającego się po linii obwodowej. Którejś nocy wyruszyliśmy na cmentarz wykurzyć stamtąd Niemców. Szłam jako sanitariuszka, więc nie czułam się w obowiązku śledzić trasy marszu. Dogadzało mi to, bo było zupełnie ciemno, a ja nigdy nie wyróżniałam się dobrą orientacją w terenie. Przesiedzieliśmy w rozkopanych grobach całą noc, czekając na zmianę. Byłam tak zmęczona, że zasnęłam, mimo bardzo niewygodnej pozycji. W pewnym momencie obudził mnie parzący ból policzka – to była łuska oddanego obok mnie strzału. Jak widać, niewiele rzeczy mogło zakłócić mi w tych czasach sen. Mój dramat rozpoczął się trochę później. Okazało się, że łączniczka wysłana do dowództwa po wiadomość, kiedy nadejdzie zmiana, nie dotarła do naszej placówki i ja zostałam wydelegowana, żeby dowiedzieć się, skąd ta zwłoka. Może kto inny nie miałby problemów, ale ja nie tylko nie orientowałam się, gdzie jest szkoła, do której mam się udać, ale nawet nie wiedziałam, w jakim kierunku mam iść, żeby ominąć Niemców. Oczywiście wstyd mi nie pozwolił zapytać kolegów o cokolwiek, więc zaczęłam się czołgać w kierunku uznanym za najpewniejszy. Na szczęście dosyć szybko i wyraźnie usłyszałam: “Halt!” i udało mi się na czas wycofać. Stosując metodę prób i błędów jakoś dotarłam do swoich, ale nie przyznałam się kolegom do swojego gapiostwa.

8 sierpnia. “Zagłoba” dostał rozkaz zlikwidowania działa pancernego, ostrzeliwującego nasze pozycje na Woli. Wytypowany patrol, głównie z 3 Plutonu, miał wykonać to zadanie na podstawie rozpoznania przeprowadzonego przez inny oddział. Zostałyśmy wyznaczone z “Joanną” jako sanitariuszki, które miały uczestniczyć w tej akcji. Niestety, wskutek złego rozpoznania sił niemieckich nie tylko nie udało się unieszkodliwić pancerki, ale oddział poniósł poważne straty. Byli zabici i ranni, którym nie mogłyśmy pomóc. “Zagłoba”, mimo ran w nogę, rękę i szyję, próbował zorganizować wycofanie, ale nie mógł iść. Pochyliłyśmy się nad nim. Noga i ręka nie stanowiły zagrożenia, ale szyja? Joanna stwierdziła wlot i wylot, więc zaniepokojona kazała mu coś powiedzieć – na to on wydaje głośną komendę, wtedy ona każe mu przełknąć ślinę – on przełyka bez trudności, w końcu każe mu odetchnąć głęboko – on przeklina zniecierpliwiony tą kilkunastosekundową zwłoką w wycofywaniu się oddziału. “Joanna” patrzy na mnie i mruczy pod nosem: – Niesamowite – przestrzał szyi bez uszkodzenia tętnicy, tchawicy, przełyku…

Nie ma czasu na rozmyślania, podnosimy go wspólnie – “Joanna” za ramiona, ja za nogi. Naturalnie jej jest trudniej. “Zagłoba” to wysoki mężczyzna, jest nam ciężko, ręce mi się ślizgają po wyglansowanych oficerskich butach z cholewami. Z każdym metrem jest coraz trudniej, ale jakoś posuwam się do przodu, skoncentrowana na tym wysiłku, zupełnie nie zdając sobie sprawy z grożącego nam niebezpieczeństwa. Słyszę łagodny głos “Joanny” – już niedaleko, jeszcze troszeczkę i nagle: “Paulinko, dostałaś? ” “Nie, nie dostałam” – odkrzykuję, starając się, żeby słowa dotarły do niej przez nieustający jazgot broni maszynowej. Wiem, że ona więcej widzi i ma wrażenie, że każdy pocisk może dosięgnąć kogoś z nas.

W końcu dochodzimy do naszej placówki. “Zagłoba” zostaje odtransportowany do szpitala. My staramy się opatrzyć rannych. Jeden z nich zszokowany biegnie z zakrwawioną głową i nie pozwala zabandażować rany. Wracam zmęczona i smutna. Są zabici i ranni, którym nie mogłyśmy udzielić pomocy. “Joanna” – jak zwykle ciepła i opiekuńcza, stara się mnie pocieszyć.

9 sierpnia miałam trochę odpocząć i przespać się w jakimś bezpiecznym miejscu. Pomieszczenia szkolne przy ul. Okopowej były na ogół rozdysponowane, pozostawał więc korytarz. Najpierw jednak postanowiłam przywlec materac dla dowódcy, który miał mało czasu na krótką drzemkę. Kiedy przygotowywałam to legowisko, na podwórze szkolne wpadł pocisk granatnika, a jedyny odłamek, który przebił szybę i dostał się do wnętrza, walnął mnie w lewą stopę. Poczułam ból i zaraz potem chlupanie krwi w bucie. Wściekła odłożyłam materac i zaczęłam ściągać but i skarpetę. Duży palec zalany krwią dyndał na skrawku skóry. Zrobiło mi się trochę słabo, ale to uczucie szybko opanowałam, bo nagle ogarnęła mnie rozpacz – zdałam sobie sprawę, jaką jestem nieudacznicą. Gdybym została ranna na linii, w polu walki, to byłoby coś, czego nie należy się wstydzić, ale tak – wewnątrz gmachu szkolnego, przy takiej prozaicznej czynności…

Wściekłość mnie nie opuszczała, kiedy koledzy doprowadzili mnie na izbę chorych i oddali w ręce niezawodnego dr. “Broma”. Oczywiście palec trzeba było urżnąć do końca i doktor postanowił mnie uśpić. Pamiętam jak kpt. “Piotr Pomian” (Eugeniusz Stasiecki – poległ 16 sierpnia) trzymał mnie za rękę, gdy dr “Brom”, dając mi narkozę, kazał liczyć, żeby się upewnić, czy już usnęłam. Za wszelką cenę chciałam uniknąć krojenia na żywo i dlatego jeszcze w półśnie wydobywałam z siebie jakieś dźwięki – niby-liczby – nie wiem nawet, czy kolejne. Ostatnie zdanie, które usłyszałam, wypowiedziane przez “Broma” do “Pomiana” miało charakter żartobliwy i prawdopodobnie miało sprawdzić stan mojej przytomności: – Patrz, “Paulinka” nie zasypia, jakby była alkoholiczką!

Potem z “Lunią” – ranną w nogę – przeleżałyśmy dobę na izbie chorych, broniąc się zaciekle przed szpitalem. To były już dni, kiedy obrona Woli stawała się niemożliwa. Trzeba było ewakuować rannych. Nie mogłyśmy utrudniać chłopcom wycofania się na Starówkę. 10 sierpnia w czasie silnego ostrzału wywiózł nas “Kmita” (Henryk Kozłowski) jakimś oplem z powybijanymi oknami przez getto na ul. Hipoteczną do stróżówki – mieszkania rodziców jednego z chłopców. Nie wiem, gdzie przebywali właściciele tej kawalerki. Byłyśmy szczęśliwe,

że udało się uniknąć szpitala. Ułożyłyśmy się wspólnie na jedynym tapczanie i usnęłyśmy, mimo ogromnego niepokoju o los chłopców.

Stare Miasto. Póki była ze mną “Lunia” nie było najgorzej, wspierałyśmy się wzajemnie i dni wypełnione bombardowaniem – które na szczęście nas nie dosięgło – a także wyczekiwaniem na odwiedziny kolegów jakoś mijały. Ale po paru dniach “Lunia” wróciła do oddziału, a ja musiałam zostać, bo kiedy tylko spuszczałam nogę, pojawiało się wraz z bólem silne krwawienie. Wtedy – chyba po raz pierwszy – odczułam prawdziwy strach. Zrozumiałam wówczas, o ile gorszą sytuację ma ludność cywilna od nas – uczestniczących w walce. To bierne wyczekiwanie na wybuch bomb, zrzucanych przez lecące bezpośrednio nad dachami samoloty, to był koszmar. Liczyło się wtedy sekundy od uderzenia do ewentualnego wybuchu bomby – łudząc się do końca, że zostanie zbombardowana sąsiednia kamienica. Wstydziłam się tych uczuć, ale ich doznawałam! I chyba dopiero wtedy zrozumiałam, że oprócz nas – tych, którzy zgłosili się do walki na ochotnika – do tej wojny wciągnęliśmy, nie pytając ich o zgodę, tysiące matek, dzieci, starców….

Na szczęście w wolnych chwilach odwiedzali mnie koledzy, przynosząc przy okazji jakąś wałówkę. Bywał u mnie również dr “Brom”, który zmieniał opatrunki i mnie pocieszał. Pamiętam, jak kiedyś zaniepokojona złymi wiadomościami z linii, które do mnie czasami docierały, zapytałam go, co słychać na froncie. Odpowiedział wówczas – jak zwykle, z nieopuszczającym go w najtrudniejszych chwilach humorem: – Nie martw się “Paulinka”, jutro skończy się wojna, a pojutrze zostaniesz moją łączniczką.

Wreszcie mogłam zacząć coś robić. Z ogromnego niemieckiego buta wycięłam miejsce na opatrunek mojego kikuta i zaczęłam kusztykać. Nie było mowy o pójściu na linię, bo mocno kulałam, ale zgłosiłam się do szpitala przy ul. Miodowej 23, prowadzonego przez dr. “Broma”. Górne piętra domu były już zbombardowane i ranni zostali rozmieszczeni w pomieszczeniach piwnicznych, prowizorycznie przystosowanych do potrzeb szpitalnych. Była również salka opatrunkowa, która w razie potrzeby spełniała rolę sali operacyjnej. Brak

było wszystkiego – elektryczności, odpowiednich lekarstw, materiałów opatrunkowych, nie mówiąc już o podstawowym wyposażeniu sali operacyjnej, a także wyżywienia. A rannych przybywało z dnia na dzień.

Pamiętam, że spałam w jakimś ciemnym pomieszczeniu, gdzie zwalono węgiel ze wszystkich piwnic. Nie było miejsca na ziemi, więc tylko starałam się ułożyć odpowiednią bryłę węgla pod głową i resztę doprowadzić do kształtu najbardziej zbliżonego do linii poziomej, żeby nie obsuwać się z tej góry w momentach zasypiania. Tak przespałam wiele nocy, ale przecież nie to dokuczało nam najbardziej. Najgorsza była bezsilność wobec braku możliwości pomocy rannym i to stale wzrastające poczucie, że nikt nie nadchodzi nam z pomocą…

Któregoś dnia przyprowadzono “Joannę” do naszego szpitala. Była ranna w głowę. Jej stan wymagał operacji. Trzymając świecę, asystowałam “Bromowi” przy zabiegu. Nie było już środków znieczulających, a ranę należało zszyć. Wspaniały lekarz – doskonale zdający sobie sprawę z bólu, jaki jej zadaje – starał się mówić o nadziei na rychłe przewiezienie do prawdziwego szpitala, o optymistycznych perspektywach rychłego zakończenia powstania po udzieleniu nam pomocy przez Rosjan, stojących za Wisłą… “Joanna” zagryzała wargi i żeby nie jęczeć, powtarzała: “Szyj, ja wytrzymam!”.

Patrzyłam na jej zmienioną twarz i świeca, którą miałam oświetlać “pole operacyjne”, drżała mi w ręku, płomień migotał. Nie umiałam tego znieść, nawet w tej drobnej czynności nie okazałam się dostatecznie pomocna tej dwójce wspaniałych ludzi. Spokój, opanowanie, wytrzymałość – jak oni to osiągają – myślałam wówczas o nich dwojgu, o tym desperackim wysiłku, by zachować godność i odwagę.

Nie przypuszczałam wówczas, że czeka mnie jeszcze trudniejsza osobista próba i to w nieodległej przyszłości. Dowiedziałam się, że moja siostra “Maryna” jest ciężko ranna i leży w szpitalu przy ul. Długiej 7. Przeniesiono ją na Miodową. Miała zmiażdżone obydwie nogi przez bramę, która na nią upadła. Potwornie cierpiała. O operacji nie mogło być mowy – to były ostatnie dni przed ewakuacją Starówki.

W tych dniach został także ranny mój brat cioteczny “Karzeł” (Andrzej Wyganowski). Leżał obok mojej siostry. Tymczasem wieści z linii były coraz groźniejsze. Zaczęto się szykować do utworzenia korytarza, którym można by ewakuować rannych do Śródmieścia. Ten plan się nie udał. Wtedy podjęto decyzję o przeprowadzeniu lżej rannych kanałami.

Lekarze typowali tych, którzy mogli chodzić i byli w stanie wytrzymać taki wysiłek. Mówiło się o 2 – 3 godzinach marszu. Nikt z nas nie znał dokładnie warunków, jakie panują w kanałach. Dr “Brom” lustrował swoich podopiecznych, starając się sprawdzić ich sprawność fizyczną. Mnie wyznaczył na sanitariuszkę, która będzie towarzyszyła rannym i w razie potrzeby udzielała pomocy. Byłam już wtedy w możliwym stanie zdrowia. Zaoponowałam. – Nie zostawię siostry – powiedziałam i chyba to był pierwszy raz, kiedy zamierzałam odmówić wykonania rozkazu. Doktor popatrzył mi w oczy i zapewnił, że wrócimy po ciężej rannych. – Mam zapewnienie płk. Wachnowskiego – powiedział.

Miałam pełne zaufanie do “Broma” i nawet dziś wierzę, że on to mówił z pełnym przekonaniem, a jednak nie chciałam pójść bez “Maryny”. Usiłowaliśmy wraz z kolegami, pod kierunkiem “Kmity” spróbować wnieść ją do kanału na noszach i sprawdzić, czy uda się w ten sposób ją przetransportować. To okazało się niemożliwe. Już przy próbie opuszczania noszy, zsuwała się z nich i wyła z bólu. O niesieniu noszy w sposób kontrolowany, który by zapewnił ich całkowitą stabilność w wąskim, obłym kanale, nie mogło być mowy. Wróciliśmy na powierzchnię.

Tymczasem godzina wymarszu się zbliżała, a ja ciągle odmawiałam wykonania rozkazu. W końcu “Brom” – mimo że miał tyle zajęć i kłopotów – odprowadził mnie na bok i zaczął przekonywać. Jego plan wydawał się rozsądny, już choćby zdobycie lekarstw uśmierzających ból było istotne. Poza tym był pewien, że uda się pełna ewakuacja, a gdyby nawet do niej nie doszło, to po opuszczeniu Starówki przez wojsko wywieszona flaga czerwonego krzyża na szpitalu uratuje chorych. W końcu wydał mi formalny rozkaz, a ja mu uległam.

Czy powinnam wówczas podporządkować się temu rozkazowi? Dziś myślę, że nie. Moim obowiązkiem była opieka nad siostrą, niezależnie od tego, jak niewiele mogłam dla niej

zrobić. W obowiązku towarzyszenia rannym mógł mnie ktoś zastąpić, obecność przy najbliższych – “Marynie” i “Karle” – była moją powinnością.

Obydwoje, a także wielu innych rannych – w tym “Joanna” (Hanna Bińkowska) – zginęli w czasie ostatniego bombardowania Starówki, które nastąpiło 2 września. Zaraz potem wkroczyli Niemcy i ci, którzy nie zginęli pod gruzami, uratowali się, bowiem nie zostali rozstrzelani, jak to miało miejsce w innych szpitalach. Ja o tym dowiedziałam się dużo później, kiedy po pierwszych dniach pobytu w Śródmieściu okazało się, że ani dr “Brom”, ani płk. “Wachnowski” nie mogą dotrzymać swoich obietnic, mogłam się jeszcze łudzić, że nie stało się to najgorsze.

Ale potem, potęgujące się codzienne straty, śmierć coraz większej liczby naszych koleżanek i kolegów sprawiły, że przestano myśleć, zaczęto działać automatycznie we własnej obronie, czepiając się nadziei na przeżycie. Tylko gdzieś tkwiła myśl – po co?

Te pesymistyczne nastroje narastały z biegiem upływających dni. Nie wszyscy jednak reagowali w ten sam sposób. Najtrudniej było rannym, chorym i tym, którzy stracili kogoś bliskiego. Dla mnie ten czas zaczął się po opuszczeniu Starówki, co wiązało się z pozostawieniem rannej siostry. Chociaż miałam prawo się łudzić, że znalazła się w prawdziwym szpitalu, byłam bardzo nieszczęśliwa.

Kanały. Na razie miałam przydzielone zadanie i musiałam się z niego wywiązać. Wchodziliśmy do kanału jeden za drugim, pomagając ciężej rannym. Zostaliśmy teoretycznie uprzedzeni o warunkach tam panujących i potrzebie trzymania za rękę poprzedniej osoby w szeregu. Ale czy to można słowami opisać? Czy ktoś, kto nie odbył takiej drogi, może ją sobie wyobrazić?

Ciemność, duchota, smród, szum wody i te obłe ściany kanału, pokryte obślizgłą mazią. A przecież trzeba było się o nie czasami podeprzeć, bo szło się stale pochylonym, nie mając żadnych szans na wyprostowanie. Moja apteczka, chociaż ograniczona do niezbędnych leków nasercowych i przeciwbólowych oraz środków opatrunkowych, ciążyła dodatkowo. Zupełnie odkryty w wyciętym otworze buta opatrunek stopy już w pierwszych minutach marszu pokrył się smrodliwą mazią. Każdy napotkany kamyczek czy kawałek gruzu sprawiał potęgujący się ból. Ale nie to było najgorsze. Ja odczuwałam najdotkliwiej poczucie zamknięcia, niemożności ucieczki, a przede wszystkim braku widoku nieba nad sobą…

Przeżyliśmy moment grozy, kiedy prowadzący nas kolega ujrzał przed sobą niedomknięty właz i uznał, że to koniec naszej wędrówki. Wychylił głowę i nagle zobaczył Niemców. Bojąc się, że został zauważony, wydał odruchowo komendę w tył zwrot i biegiem marsz! To spowodowało niezwykłe zamieszanie. W całkowitych ciemnościach ludzie się przewracali, tratując nawzajem. Najważniejsze było nie ulec panice i nie puszczać rąk, tworzących nierozerwalną kolumnę. Wreszcie pozbieraliśmy się wzajemnie i oczekując dalszych poleceń na chwilę stanęliśmy,

opierając się o ścianę kanału, zupełnie już nie zważając na śmierdzącą maź, która nas oblepiała. Pamiętam, że wtedy idącemu za mną koledze, któremu udało się podnieść po upadku, nalewałam w całkowitym zmroku krople na serce na kostkę cukru. Ile ich było i czy pomogły, nie wiem, najważniejsze, że w końcu wszyscy dotarliśmy do celu. Ale gdy po paru godzinach kanałowej wędrówki zaczęto nas wyciągać ze studzienki włazowej, mieszczącej się przy ul. Wareckiej, wszyscy byliśmy u kresu sił – i lżej, i ciężej ranni.

Jedno spojrzenie na rzeczywistość śródmiejską wystarczyło, żeby sobie uświadomić, że nagle – zupełnie niespodziewanie – znaleźliśmy się w raju. Sanitariuszki czyściutkie, uśmiechnięte, niektóre nawet w białych fartuchach, szyby w oknach niezburzonych domów, a przede wszystkim nad nami niebieskie niebo….

Najpierw trzeba się było wyszorować, przebrać, zrobić opatrunki. Moje koleżanki wyciągnęły resztkę jakiejś wspaniałej maści, która miała zapobiec dalszemu ropieniu mojej rany, i zrobiły fachowy opatrunek. Ale właśnie wtedy wszyscy ranni zostali wezwani do punktu sanitarnego, gdzie ordynował profesor stomatologii. Kazał pokazać moją ranę i polecił… przyłożyć zimny kompres. Byłam wściekła, na szczęście nie wyrzuciłam poprzedniego opatrunku, który wrócił na swoje miejsce.

Parę dni odpoczywaliśmy w Śródmieściu w okolicach Hożej i Wilczej. W jeden z naszych lokali, usytuowany na parterze, trafił pocisk nasączony amoniakiem. Zostaliśmy zasypani, a rozprzestrzeniający się odór potęgował uczucie zagrożenia. Myślę, że po pobycie w kanale pozostało mi to przerażające uczucie, że nigdy nie wydostaniemy się z tej pułapki. Na szczęście chłopcy szybko dokopali się do źródła powietrza, a to było dla mnie najważniejsze. Kiedy było już czym oddychać, na wydostanie się na powierzchnię czekało się znacznie spokojniej.

Czerniaków. Potem zdziesiątkowany Batalion “Zośka” znalazł się na Czerniakowie. Najmniej pamiętam te dni, z których każdy następny był gorszy od poprzedniego. Coraz mniej chłopców było zdolnych do walki, coraz mniejszy odcinek pozostawał do obrony, aż zepchnięci nad samą Wisłę mogliśmy oczekiwać już tylko na pomoc z praskiej strony rzeki. I nastąpił ten wspaniały dzień, kiedy wydawało się, że los powstania się odmieni.

Na moment poczuliśmy tę krzepiącą jedność, która pozwoliła dotąd – mimo głodu, pragnienia, nieopatrzonych ropiejących ran – trwać i bronić wyznaczonego odcinka. To stało się 15 września – przypłynęli pierwsi berlingowcy. Ale radość trwała krótko. Chociaż mieliśmy łączność radiową z Pragą – obiecana efektywna pomoc nie nadeszła, a przyrzeczona przeprawa rannych przez Wisłę została ograniczona do paru łódek.

Różnymi sposobami próbowały się uratować niedobitki z “Zośki”. Paru chłopcom udało się przepłynąć przez Wisłę, inni pokonali ją wykorzystując ocalałe fragmenty mostu. Część przebiła się do Śródmieścia. Historia moich ostatnich dni na Czerniakowie nie była ani ciekawa, ani bohaterska. Po nieudanej próbie pokonania Wisły na prowizorycznej tratwie sporządzonej z dna kajaka zostałam wraz z kolegami zabrana przez Niemców i przegnana do obozu w Pruszkowie. Stamtąd, z transportu kierowanego do innego obozu, bez większych trudności udało się nam uciec.

Brudni, głodni, z ropiejącymi ranami dotarliśmy do domu rodzinnego późniejszych moich teściów mieszkających pod Warszawą, gdzie znaleźliśmy opiekę i odpoczynek. Dopiero wtedy można było próbować dokonać podsumowań, oceniać straty, zastanawiać się nad sensem podjętych działań. Do dziś roztrząsają te problemy historycy i politycy.

Nam – uczestnikom tamtych wydarzeń – pozostaje tylko pamięć o tych, którzy nie przeżyli, i oddanie ich pamięci należnego hołdu. 

Przeczytaj wspomnienie – Pamięci Hanki Bińkowskiej – “Joanny”

Źródło

http://www.info-pc.home.pl/whatfor/baza/anna_jakubowska_paulinka_wspomnienia.htm