W Powstaniu:

Obwód I Śródmieście Czerniaków,placówki lecznicze: punkt ratowniczo-sanitarny nr 3 siedziba: ul. Okrąg 2/4od 8 sierpnia do 19 września siedziba: ul. Wilanowska 18/20, 5, 3, 1od 19 do 23 września szpital Zakładu Ubezpieczeń Społecznych,od 1 sierpnia do 13 wrześniai punkt ratowniczo-sanitarny od sierpnia do 10 września, siedziba: ul. Czerniakowska 231

OSTATNIE DNI CZERNIAKOWA

Na ulicy Okrąg 2/4 przerzucono z ZUS-u personel sanitarny V Zgrupowania kpt. „Kryski” (Zygmunta Netzera) w następującym składzie: dentystka Semadeni („Konstancja”), lekarz dentysta Halina Trembińska–Kurmanowicz („Henryka”), Aniela Trembińska („Mewa”), Wanda Przesmycka („Tessa”), Halina Wilczyńska („Wilk”), Ada Bubela („Ada”), Zofia Dzierżewicz („Wanda”), Nina Bemówna („Nina”), Bogna Chawełkiewicz, Nina Chmielińska („Chmiel”), Zofia Rusiecka („Zosia”), Danuta Kryst („Marta”) oraz „Irka” (nazwiska nie pamiętam). 16 sierpnia zginęła Danusia Remiszewska („Remi”).

Powstańcy w ciągu dnia robili wypady na niemieckie pozycje. Bez przerwy znoszono rannych. Wśród nich podziurawiony granatnikiem jak sito umierał siedemnastoletni Paweł Kaden-Bandrowski („Tadeusz”). Towarzysze broni wystrugali krzyż drewniany i pochowali go na podwórzu.

Połowa września 1944 roku. Po całodziennej pracy na punkcie sanitarnym, przy nieustannym grzechocie karabinów maszynowych, których prawie się już nie słyszy, czeka zmiana nocna i względny odpoczynek. Bodaj na kilka chwil przyłożyć głowę do siennika i zdrzemnąć się, aby w ten sposób, choć na krótko zapomnieć o koszmarach rzeczywistości.

Daleki Czerniaków płonął. Łuny rozświetlały całe niebo i aż do nas na Okrąg wiatr przynosił zapach spalenizny.

W piwnicach znajdowali się również żołnierze I Armii WP. Niewielki oddział przeprawił się nocą przez Wisłę.1

Wpadła łączniczka, dając znać o zbliżającym się ataku Niemców. Rozpoczęła się wściekła kanonada przy jednoczesnym ataku „tygrysów”. Nagle ucho podchwyciło jakiś inny dźwięk. To nie „tygrys” ani czołg. Dudnił głucho, groźnie. W miarę zbliżania się piekielnej maszyny zdenerwowanie wzrastało. Dudnienie urwało się gwałtownie. Cisza, a w chwilę potem wali się narożnik kilkupiętrowej kamienicy, zasypując rannych. To wybuchł „goliat”.

Dwóch lekarzy pobiegło  na  pierwsze  piętro  po  lekarstwa.  Szarzało. W sąsiednim pokoju usłyszeli jakiś ruch i padło pytanie:

— Wer da?

— Nie wygłupiaj się — krzyknął jeden z lekarzy, sądząc, że to któregoś z powstańców trzymają się takie żarty. W odpowiedzi padł strzał. Zorientowawszy się w sytuacji lekarze chwytając lekarstwa rzucili w niemiecką stronę granatem, zbiegli do piwnicy z krzykiem: „Nad nam Niemcy!”

Okazało się, że po wybuchu „goliata” Niemcy wdarli się po ruinach na piętro i z góry rozpoczęli huraganowy ogień, bili bez przerwy w piwniczny korytarz z karabinów maszynowych, ciskając również granaty Obrona pozycji stawała się z każdą chwilą trudniejsza. Padł wówczas rozkaz przeniesienia rannych w bezpieczniejsze miejsce oraz podpalenia piwnicy dla utworzenia ognistej zapory między nami a Niemcami. Wyrzucaliśmy z piwnic na korytarz pod ten otwór, nad którym się usadowili, wszystko, co się dało palić. W oczach rosła barykada z krzeseł, stołów, desek. Oblanie benzyną i podpalenie to już tylko kwestia sekund. Ogień buchnął z ogromną siłą w górę. Atak trwał całą noc. Barykada płonęła.  Dzięki pożarowi Niemcy, mimo że nas otaczali ze wszystkich stron, nie mogli wedrzeć się do piwnic. Zza ognia strzelali do przebiegających korytarzem sanitariuszek. Co chwila padał zabity lub ranny.

Walczący w piwnicy powstańcy zrobili wypad przez podwórze, gdzie również trwała walka, na piętro, w celu zaskoczenia Niemców od tyłu. Pod osłoną dymu i ognia harcerki-sanitariuszki wraz ze mną wynosiły z piwnic rannych. Droga krzyżowa nie była chyba okropniejsza. Z opalonymi włosami i brwiami, upadając ze zmęczenia, z nadludzkim wprost wysiłkiem ciągnęły rannych w kocach poprzez gruzy pierwszego piętra, przez otwory wybite w murach, potykając się na rumowiskach zwalonej „goliatem” części domu, pod nieustannym ostrzałem karabinów maszynowych i pękających granatów.

— Odpocznijcie chwilę — powiedziała „Henryka”.

— Nie odejdziemy stąd,  dopóki ostatni ranny nie zostanie wyniesiony — słaniając się na nogach odkrzyknęła „Zosia”. (Obecnie jest lekarzem i pracuje w Ministerstwie Zdrowia.)

Noc pełna grozy dobiegała końca. Atak niemiecki został odparty. Zaczęli się wycofywać tą samą drogą, którą się wdarli. W likwidacji ich dzielnie powstańcom pomagali żołnierze I Armii, którzy nawet ranni nie schodzili z posterunków przy piwnicznych oknach.

Ranek zastał nas na tych samych pozycjach, ale bez środków opatrunkowych i żywności, które pozostały w piwnicach. Powstańcy dali nam maski gazowe, co umożliwiło wejście do tlącej się jeszcze piwnicy.

Wydostałyśmy cały materiał opatrunkowy, nasze rzeczy osobiste i garnek z ciepłymi jeszcze kluskami — resztki obiadu z poprzedniego dnia.

W nocy z 16 na 17 września zgodnie z rozkazem, wszyscy wyszli w kierunku Solca dla przeprawienia się przez Wisłę. Powstańcy udali się kanałami na Mokotów.2

Droga do piekła nie byłaby chyba okropniejsza od tej drogi, krótkiej w przestrzeni, ale nie do obliczenia w czasie. Niemcy kolorowymi rakietami oświetlali teren i siekli z karabinów maszynowych. Konający wzywali Boga na ratunek, jęczeli ci, których dosięgły odłamki lub kule. Straszna noc nie miała końca.

Na Solcu po zorientowaniu się, że przeprawa przez Wisłę pod nieustannym ostrzałem niemieckim była niemożliwa, wróciliśmy na Okrąg, gdzie broniliśmy się jeszcze dwie noce.

Otrzymaliśmy rozkaz przeniesienia rannych do piwnic domu przy ulicy Wilanowskiej 18. Tymczasem Niemcy przedostali się przekopami przy ulicy Okrąg i nagle zobaczyliśmy ich głowy za barykadą, która nie spłonęła do końca. Biegiem zaczęłyśmy wynosić rannych, aby znaleźć się w bezpieczniejszym, jak nam się wówczas zdawało, miejscu, za zakrętem korytarza piwnicznego. Gwizdały kule rozpryskując ściany, z hukiem pękały granaty. Mały, dwunastoletni, a może nawet i młodszy chłopiec, stojąc na korytarzu, strzelał z większego od siebie karabinu w stronę Niemców. Na ich wezwanie do poddania się krzyknął:

— Polski żołnierz się nie poddaje! — Po chwili kopał nogami ziemię.

Przy przenoszeniu rannych padła o parę kroków od zakrętu korytarza piwnicznego sanitariuszka „Zofia” (Wanda Dzierżewicz), matka jej, „Hanka” (Stefania Dzierżewicz), pracownik umysłowy Ubezpieczalni Społecznej, która prócz spraw sanitarnych zajmowała się kuchnią powstańcza.

Kapelan wojskowy, ojciec „Paweł” (ks. Józef Warszawski), który przyszedł kanałami ze Starówki, niósł ostatnią pociechę konającym, zagrzewał do wytrwania, wszczepiając w nas wiarę, że w końcu dobro musi zatryumfować nad złem.

Walka trwała parę godzin. Atak niemiecki został odparty, ale niestety nie mogliśmy z braku amunicji utrzymać pozycji. Zginął wówczas młody lekarz, Głogowski, który bez wytchnienia dzień i noc niósł pomoc rannym.

Nie zdążyłyśmy przenieść wszystkich rannych do domu przy ulicy Wilanowskiej 18, bo już Niemcy zajmowali piwnice. Nie wiem, co zrobili z pozostałymi tam rannymi.3

Z Wilanowskiej 18 przebiegaliśmy pojedynczo pod ostrzałem karabinów maszynowych. Wokół płonęły domy.

WO SIND BANDITEN?

Noc z 22 na 23 września 1944 zastała nas w piwnicach domu przy ulicy Wilanowskiej 5. W piwnicach tego domu znajdowali się ciężko i lżej ran powstańcy, personel sanitarny oraz ludność cywilna z okolicznych zbombardowanych domów. Część ludności cywilnej i rannych powstańców wyszła z ojcem „Pawłem” podczas zawieszenia broni na niemiecką stronę poddając się, do czego wzywali Niemcy. Mimo nalegania ojca „Pawła” do poddania się z oburzeniem odrzuciliśmy propozycję. Było to dla mnie do pomyślenia, by dobrowolnie oddać się w ich ręce. Patrzyliśmy na tych, którzy się poddali jak na straceńców, bowiem los ich był przesądzony. Zawieszenie broni trwało godzinę, a potem znowu niemiecki atak.

 Nastał ranek 23 września. Zdajemy sobie wszyscy sprawę, że to już koniec, że już nie ma dokąd wynieść rannych, bo dokoła wszystko się pali.  Wiedząc o tym, że Niemcy rozstrzeliwują akowców, zdejmujemy wszyscy opaski AK i szybko zakopujemy w węglu znajdującym się w piwnicy. Na podwórze wpadają esesowcy. Zaczynają wrzeszczeć, że jeśli w tej chwili ktoś nie wyjdzie z piwnicy, to rzucą granaty. Znając język niemiecki wybiegłam na podwórze. Nie zdążyłam się już przebrać w cywilne ubranie, byłam w mundurze wojskowym ze znakiem Czerwonego Krzyża na rękawie bluzy, w tym samym mundurze, który przydzielone mi wręczając kartę MOB w roku 1939, kierując wówczas do IV filii Szpitala Ujazdowskiego, mieszczącego się w podziemiach ZUS-u.

Jeden z Niemców schwycił mnie za kołnierz bluzy i waląc plecami o mur krzyczał po niemiecku:

— Niech się siostra nie boi, bo ja siostrze nic złego nie zrobię. Puścił mnie wreszcie, wrzeszcząc:

— Wo sind Banditen?

Odpowiedziałam, że tu nie ma żadnych bandytów, tylko leżą ranni cywile i ci, którzy schronili się do tej jeszcze nie spalonej piwnicy, a powstańcy w nocy wyszli kanałami nie mówiąc, w jakim kierunku. Kazał mi zejść do piwnicy. Kiedy byłam w połowie schodów, krzyknął:

— Zurück!

Cofnęłam się.

— Gdzie jest światło? Gdzie macie świece? — darł się po niemiecku. Miałam świecę w kieszeni spodni, ale odpowiedziałam, że nie mam nawet zapałek. Wówczas wyciągnął granat, odbezpieczył rewolwer i stukając mnie nim w plecy schodził ze mną do piwnicy, krzycząc bez przerwy, że jeżeli z piwnicy padnie jeden strzał, to on tylko pociągnie za cyngiel. Za nim zeszło kilkunastu Niemców, reszta została na podwórzu. Nagle jeden z nich znalazł w piwnicy niemiecką bluzę i pas. Ogarnął ich szał wściekłości. Z okrzykiem: — „Alle Banditen!” — zaczęli dobijać ciężko rannych. A gdy skończyli krwawą robotę w piwnicy, kazali wszystkim lżej rannym wyjść z podniesionymi rękami. Ustawili chłopców koło przekopu biegnącego wzdłuż podwórza i urządzili krwawe widowisko, strzelając do każdego po kolei. Pozostałym przy życiu kazali ustawić się w szereg i przejść przez przekop na drugą stronę podwórza. W oknie drugiego pietra stał karabin maszynowy i Niemiec zabawiał się strzelaniem do przebiegających ludzi. Dziki ryk towarzyszył celnym strzałom.

Pierwsza przebiegła przez przekop „Tessa”, druga — moja siostra, Halina Trembińska-Kurmanowicz („Henryka”). Ja byłam trzecia. Stojąca za mną młoda dziewczyna, łączniczka, która dotychczas wykazała niesłychaną wprost odwagę, trzęsąc się z przerażenia poprosiła mnie o puszczenie jej przede mną. Cofnęłam się. Łączniczka po chwili osunęła się bezwładnie w rowie. Chlusnęła krew ustami, nosem i uszami. Może człowiek czuje zbliżającą się śmierć i instynktownie chce uciec przed wymierzonym wyrokiem na siebie. Niestety, nie pamiętam jej nazwiska ani pseudonimu. Przebiegłam przez rów, przeskakując przez nią, a za mną jakaś starsza kobieta otrzymała serię z karabinu w udo.

Nas trzy jeden z Niemców wprowadził do dyżurki dozorcy w sieni domu. „Tessa” z „Henryką” stanęły obok siebie pod ścianą. Ja kucnęłam pod drugą ścianą, myśląc tylko o jednym, żeby już prędzej skończył z nami, żeby przestać myśleć, patrzeć, słyszeć. Usiadł na podłodze naprzeciwko mnie i zaczął nastawiać karabin. Po chwili powiedział po niemiecku:

— Ja ciebie zaraz zastrzelę.

— No to strzelaj — odpowiedziałam — na co czekasz?

Kilkakrotnie celował we mnie z karabinu. Po chwili odstawił go na bok i powiedział, że on jest żołnierzem, ale gdyby znalazł się w takie sytuacji jak my tutaj, toby błagał o darowanie życia. Mówił dalej, że on nas zrozumieć nie może. Obojętnie wzruszyłam ramionami  — ja mam ciebie prosić o darowanie życia?

 Raptem zaczął krzyczeć:

— Polacy, jesteście durnie i idioci, my chcieliśmy was ratować przed bolszewikami, a wy coście z Warszawy zrobili? Kupę gruzów i zgliszcza!

Nie wytrzymałam dłużej i zaczęłam również krzyczeć, że nie my, a oni palą Warszawę, mordują bezbronną ludność, dobijają rannych, ale za Warszawę z Berlina śladu nie zostanie, bo tam lecą bomby z amerykańskich fortec.

Jednym skokiem był przy mnie, zamierzył się. Poderwałam się z podłogi z zaciśniętymi pięściami. Byłam zdecydowana walić na odlew, gdyby mnie uderzył. Przez parę sekund mierzyliśmy się oczami, wreszcie od-sunął się i opuścił ręce.

— Tyle nienawiści w takich pięknych oczach — powiedział, biorąc mnie ręką pod brodę. Uderzyłam go pięścią w rękę.

— Precz z łapami od mojej twarzy! Cofnął się mrucząc:

— So mutig.

Znowu kucnęłam pod ścianą. Wówczas usiadł koło mnie, wyciągnął fotografię żony i dzieci zamieszkałych w Berlinie i upewniwszy się, że te dwie nie znają języka niemieckiego, mówił szeptem, że ma dosyć wojny, że ten szaleniec Hitler niszczy Niemcy. Obojętnie patrzyłam na niemieckie fotografie, nie było we mnie żadnych uczuć ludzkich. Spowiadał się dalej, dobrze wiedział, że Niemcy są bombardowane, że Berlin płonął, a tam jest jego rodzina. Popatrzył na nas i powiedział, że się rozmyślił i nas nie rozstrzela. Mimo że Polacy są bandytami już od dziesiątego roku życia, to jednak jemu, Niemcowi, imponuje ich postawa, bo ci, dobijani w piwnicach, nie skamlali o darowanie im życia, ale krzyczeli: „Niech żyje Polska!” Kazał mi zdjąć mundur, bo jeśli na Szucha zobaczą mnie w nim, to wiadomo, co będzie, a tu to on niczego nie widział. Nawet odwrócił się do mnie plecami. Przebrałam się w sukienkę, którą miałam w plecaku. Następnie „dobry” Niemiec wyciągnął ciepłe rzeczy z cudzych walizek, które były w piwnicy, bo tak się o nas raptem zatroszczył, że w letnim odzieniu zmarzniemy w Niemczech na robotach. Nas trzy oddał pod opiekę żołnierzowi i kazał zaprowadzić na Frascati. Pozostałą na podwórzu ludność popędzono w inną stronę.

Poszłyśmy, prowadzone pod karabinem gotowym do strzału, przez pola i ruiny ulicy Czerniakowskiej, pod górę, na Frascati. Z jakąś dziką satysfakcją patrzyłam na wzgórze usłane trupami Niemców. Wprowadził nas do jakiegoś budynku, w którym znajdowało się kilkadziesiąt osób różnego wieku.

Nagle dał się słyszeć warkot samolotów. Niemcy uciekli do schronów nie troszcząc się o jeńców. Można było wtedy łatwo uciec, gdyby było dokąd. My, Polacy, obserwowaliśmy spokojnie radziecką eskadrę i spadające na ruiny Warszawy bomby. Po nalocie Niemcy wrócili i widząc nas stojących na otwartej przestrzeni, mieli niewyraźne miny. I ci również nie rozumieli, jak można się nie chronić przed nalotem. W chwilę potem załadowali wszystkich na ciężarówkę i, otaczając samochód motocyklistami z karabinami gotowymi do strzału, przewieźli na Szucha, gdzie zamknęli w jednej z cel w podziemiach.

Z rana zażądałam przez kraty zameldowania mnie do naczelnego lekarza. Mój tupet odniósł sukces. Powiedziałam lekarzowi, że wszystkie trzy mamy ukończony niemiecki kurs sanitarny. (W czasie okupacji Niemcy w ZUS urządzili dla sanitariuszek zmobilizowanych w 1939 roku przeszkolenie w szpitalu.) Jako dowód pokazałam mu świadectwo wystawione w języku niemieckim. Obejrzał dokument, coś pomruczał i kazał mi wrócić do celi. Po chwili przyszedł gestapowiec, takich zwyrodniałych twarzy nie widziało się w czasie okupacji na ulicach Warszawy i nas jako Sanitatsdienst zabrał z celi przeznaczonej dla cywilów i zamknął razem z jeńcami z armii Berlinga. Przez kraty celi widziałyśmy ludzi wyprowadzanych nago i z podniesionymi rękami na podwórze. Nieustanny warkot karabinów maszynowych dopowiadał resztę.

Po tych koszmarnych dwu dniach wszystkich nas, jako Kriegsgefangene, przewieźli Niemcy na ulicę Wolską i umieścili w jakiejś fabryce koło kościoła Św. Wojciecha. W niewielkim pomieszczeniu było już kilkudziesięciu rannych, nieopatrzonych od kilku dni. W parę godzin potem wprowadzili do naszej celi trzydziestu Żydów z armii Berlinga. Wszyscy byli z okolic Lwowa. Ci wiedzieli na pewno, jaki los ich czekał. Niemcy pozdejmowali z nich lepsze ubrania, kazali im przynieść do celi kocioł z grochówką, nie pozwalając im jednak jeść.

Jeden z Żydów, krawiec z zawodu, zaczął się golić. Tępą żyletką pokrajał sobie twarz. Śmiejąc się histerycznie zapytał mnie, czy on z taką zakrwawioną gębą spodoba się Abrahamowi.

Po chwili weszło gestapo, wyprowadzono ich na podwórze i znowu zaczął szczekać karabin maszynowy.

Przed wieczorem wrzucili do celi półprzytomną, śliczną młodą dziewczynę. To sanitariuszka z V Zgrupowania, Ada Bubela. Niemcy oderwali ją siłą od jej narzeczonego, powstańca AK („Gąski”). Na jej oczach rozstrzelali go.

— Chciałam z nim razem zginąć — zaszlochała.

O harcerkach z naszego zgrupowania nie wiedziała nic.

 Ściemniło się zupełnie. Nagle jakieś stukanie w naszą podłogę ł przez otwór wywiercony w suficie piętro niżej wsunęła się czyjaś ręka, podając chleb i czarną kawę. Byli to Polacy, których Niemcy zatrudnili w kuchni i oni zorganizowali pomoc.

Kilkakrotnie w nocy ze zgrzytem otwierały się żelazne drzwi i z latarką w ręce wchodził gestapowiec. Przejeżdżał światłem wolno po twarzach zrywających się z podłogi jeńców i z uśmiechem kiwał ręką:

— Komm.

Kto wyszedł, już nie wracał. W ten sposób przepadła bez wieści mała Ada.

Po dwóch takich okropnych nocach wyprowadzili nas trzy z celi przed oblicze owego gestapowca z latarką. Z każdą oddzielnie przeprowadził wywiad. Siedziało ich dwóch w pokoju. Ten drugi to tłumacz. Gestapowiec był bardzo uprzejmy, podał mi krzesło i zadał takie pytania:

„Gdzie pani mieszka, gdzie pani pracuje, czy należy pani do AK, skąd się pani znalazła na Czerniakowie.”

Odpowiedziałam (umówiłyśmy się mówić jednakowo), że kiedy wybuchło powstanie, pracowałam jeszcze w ZUS i nie mogłam się już dostać do domu na Żoliborz. Do AK nie należę, ale ponieważ ukończyłam kurs sanitarny — tu pokazałam niemiecki dokument — musiałam się zająć opatrywaniem rannych, gdyż inaczej powstańcy nie chcieli żywić.

— Czy byli ranni cywile? — pytał dalej.

— Tak.

— A ranni Niemcy byli?

— Tak.

Doskoczył do mnie z krzykiem!

— Coście robili z rannymi Niemcami?

Mimo woli poderwałam się z krzesła.

— My rannych nie dobijamy — patrzyłam mu prosto w oczy — każdy ranny, swój czy wróg, to człowiek bezbronny, któremu należy dać pomoc.

Przez chwilę patrzyli na siebie bez słowa, usiadł za stołem. I znowu zaczął:

— Co mówiła ludność cywilna na powstanie?

— Nie miałam czasu na żadne rozmowy — odpowiedziałam.

Z ironicznym uśmiechem na obleśnej twarzy zapytał:

— No, a co teraz mówi ludność cywilna na powstanie?

Po chwilowym namyśle odpowiedziałam:

— Wojna jeszcze nie skończona, może nas tu wszystkich i pana, i mnie spotkać śmierć, ale jeżeli pan ocaleje i wróci do swego rodzinnego miasta i zamiast miasta zastanie pan gruzy, a pod gruzami rodzinę, to nie wiem, czy będzie się pan bardzo cieszył.

Nagle gestapowiec wstał i podszedł do mnie. Odruchowo poderwałam się z krzesła. Wyciągnął do mnie rękę i dwa razy powtórzył:

— O ja, sie haben Recht.

Chwilę trwało milczenie.

— Się sind frei — powiedział.

Wolna — wówczas znaczyło — że bez eskorty z karabinem wróciłam do celi.

Łaskawie pozwolił mi poczekać na korytarzu na dwie następne.

Po mnie była „Henryka”. Po pytaniach dotyczących miejsca zamieszkania i pracy, przynależności do AK zwrócił się do niej przez tłumacza:

— Dlaczego zrobiliście powstanie?

— Bo każdy człowiek w życiu najbardziej ceni wolność — odpowiedziała.

— I co żeście myśleli?

— Że pobijemy Niemców.

Zamarłam pod drzwiami ze strachu, co teraz będzie. Obaj Niemcy wybuchnęli śmiechem.

— So! Aber się ist dumm, mein Gott, wie dumm! Wir besiegt! — Szalony śmiech dolatywał do mnie przez drzwi. A potem gestapowiec powiedział do tłumacza:

— Ona jest tak głupia, że na nią szkoda kuli.

Przesłuchiwana z kolei „Tessa” wypowiedziała silnym głosem słowa:

— Lepiej zginąć niż być niewolnikiem!

Po tym dziwnym przesłuchaniu zamknęli nas znowu w tej samej celi. O wczesnym świcie zazgrzytał klucz w drzwiach. Zezowaty Niemiec, ten, który nas wszystkich zamkniętych w celi pilnował, skinął palcem na mnie, a gdy podeszłam, powiedział mi szeptem do ucha, że zapadła decyzja wywiezienia nas na roboty do Niemiec.

— Nie rozstrzelają was, nie bójcie się — zakończył.

Dostałam od niego na ową drogę do Niemiec, drogę, której na szczęście nie oglądałam, parę paczek sucharów, sztucznego miodu i papierosy.

W parę godzin potem przetransportowali nas do zatłoczonego ludźmi kościoła Św. Wojciecha. Tam spotkałyśmy się z „Martą”, „Irką” i „Zosią”. Od nich dowiedziałyśmy się, że ranną „Ninę” Niemcy umieścili w szpitalu, a sanitariuszkę, koleżankę z ZUS, Eugenię Walterową rozstrzelali. W kościele Niemcy wyławiali jeszcze sanitariuszki AK, obiecując lepsze traktowanie niż ludności cywilnej, w przypadku dobrowolnego zgłoszenia się.

Zgłosiło się trzynaście. Boże! Co za naiwność. Wszystkie zostały rozstrzelane na kościelnym podwórzu.

Po dwu koszmarnych dniach Niemcy załadowali wszystkich do bydlęcych wagonów i 27 września wywieźli nas do obozu w Pruszkowie.

 W  oczach  pozostał  obraz  płonącego  ukochanego  miasta,  a  w  sercu przerażająca pustka.

Maszynopis, oryginał, grudzień 1966, IH PAN.        ;

1   W nocy z 15/16 IX 1944 na lewy brzeg Wisły przeprawił się I batalion IX pułku piechoty z 3 dywizji I armii WP w sile około 300 ludzi pod  dowództwem  szefa sztabu  pułku mjr.  Łatyszonka. W okresie późniejszym  na   Czerniaków przybyło jeszcze kilkuset żołnierzy tegoż pułku.

2 W rzeczywistości na Mokotów odszedł tylko ppłk „Radosław” (Jan Mazurkiewicz) z resztkami batalionu „Parasol” i częścią rannych. Przemarsz na Mokotów odbył się kanałami w nocy z 19/20IX1944. Na Czerniakowie w domach przy ul. Solec, Wilanowskiej i Okrąg pozostało około 160 powstańców pod dowództwem kpt. „Jerzego” (Ryszarda Białousa) oraz resztki oddziału mjr. Łatyszonka.

3 Zostali oni wymordowani.

Źródło

Ludność cywilna w Powstaniu Warszawskim PIW 1973