W Powstaniu:

kompania Grażyna dowodzona przez ppor. Mariana Krawczyka ps. Harnaś potem szpital PCK na ulicy Koszykowej

WSPOMNIENIA „MEDYKA” Z POWSTANIA WARSZAWSKIEGO

W maju 1944 r. ukończyłem II turnus Szkoły Podchorążych Rezerwy organizowanej przez Narodową Organizację Wojskową (NOW) podległą dowództwu warszawskiego okręgu AK. W Szkole Podchorążych znalazłem się po rozbiciu grupy kontrwywiadu AK przez Niemców (prowokacja dywersyjnej organizacji Pług i Miecz). Dostałem przydział do kompanii Grażyna dowodzonej przez ppor. Mariana Krawczyka ps. Harnaś. Kompania Grażyna miała wyznaczoną koncentrację na wypadek powstania, którego spodziewaliśmy się już znacznie wcześniej, w fabryce trykotaży przy ul. Sienkiewicza 16 na godz. 17.00.

Na miejsce koncentracji przybyłem nie bez trudności ok. 16.00. Wyczuwało się atmosferę podniecenia, niepewności i zdenerwowania. Niemcy też zachowywali się nie tak butnie i pewnie jak zwykle. W miejscu zgrupowania, które stanowiły dość duże hale produkcyjne, doznałem szoku. Zgromadziło się bowiem kilkudziesięciu „kandydatów” na powstańców, przy czym większość z nich była bez broni. Ostatecznie na 65 ludzi – żołnierzy, sanitariuszek i łączniczek – były 3 pistolety maszynowe i kilka pistoletów Oddziału Specjalnego kompanii (tzw. OS). Byłem już doświadczonym żołnierzem i nie mogłem oprzeć się wrażeniu beznadziejności naszej sytuacji. Z gołymi rękami na czołgi i bunkry?!

O godz. 16.30 ppor. Harnaś zarządził zbiórkę oddziału i wygłosił krótkie przemówienie. Poczułem się lepiej. Dowódca wysłał następnie patrole rozpoznawcze na ul. Marszałkowską i Pl. Napoleona w celu zorientowania się w sytuacji, a w szczególności ustalenia, czy istnieje możliwość dotarcia na ul. Królewską i zdobycia obsadzonego przez Niemców tzw. Domu bez Kantów. Niestety, okazało się, że Niemcy blokowali wszelkie ruchy na Pl. Napoleona i wzdłuż ul. Mazowieckiej ze swych stanowisk ulokowanych na Poczcie Głównej (obecnie mieści się tam NBP).

Oddział przemieszczono doraźnie do kamienicy na rogu Sienkiewicza i Marszałkowskiej. Około godz. 18.00 zajechał przed nią czołg „Pantera” i po chwili wyczekiwania oddał strzał w naszą stronę. Pocisk przebił front budynku i rozerwał się na przeciwległej ścianie, zabijając jednego z naszych kolegów i ciężko raniąc w twarz drugiego. Oddział nie miał kwalifikowanej opieki medycznej, z sąsiedztwa sprowadzono więc lekarza z zestawem narzędzi. Będąc wówczas już na IV roku medycyny, której uczyłem się w szkole doc. J. Zaorskiego, zgłosiłem się na ochotnika do pomocy w zabiegu operacyjnym. Było to moje pierwsze zetknięcie z ciężko rannym. Miał on zmasakrowaną twarz, połamaną żuchwę, powyrywane części policzków. Nie wiem, w jakim stopniu pomogłem lekarzowi, ale tę operację będę pamiętał do końca życia. Niestety, stan rannego był bardzo ciężki i mimo przeniesienia go do szpitala, prawdopodobnie w niedługim czasie zmarł. Jakby w odwet za te straty Oddział Specjalny wysłany przez Harnasia na Marszałkowską ostrzelał przejeżdżający samochód niemiecki i wziął do niewoli pozostałych przy życiu Niemców.

Zapadła noc, pełna niepewności i oczekiwania. W tzw. międzyczasie przyszedł rozkaz przekwaterowania się na ul. Mazowiecką (Harnaś wybrał zespół budynków przy ul. Mazowieckiej 4) i zaatakowania Poczty Głównej od strony Świętokrzyskiej. We wczesnych godzinach rannych wydzielona grupa kompanii Grażyna zajęła pozycję wypadową na ul. Świętokrzyskiej. Rano Niemcy usiłowali wzmocnić załogę Poczty, wysyłając kilka czołgów z oddziałami piechoty od Nowego Światu wzdłuż Świętokrzyskiej. Mimo ich próby zasłaniania się ludnością cywilną, czołgi udało się powstrzymać. Do godz. 16 pocztę zaatakowano ze wszystkich stron. Wykuto m. in. wyłom w murze od strony Świętokrzyskiej i żołnierze wdarli się na teren poczty. Dzięki brawurowemu atakowi pchor. Wypada (Witolda Kieżuna) rozbrojono na samym początku duży oddział Niemców, zabierając tak cenną dla nas broń i amunicję, którą rozdano żołnierzom kompanii Grażyna. Ja otrzymałem karabin, z którego byłem niewymownie dumny.

W dalszym ciągu miejscem zgrupowania była kamienica przy Mazowieckiej 4, własność hrabiego Maurycego Potockiego, właściciela m. in. pałacu w Jabłonnie. Hrabia Potocki służył w swoim czasie w armii austriackiej w stopniu rotmistrza. Przywitał nasz oddział, a właściwie naszego dowódcę chlebem i solą, meldując się w zielono-kanarkowym mundurze rotmistrza i oddając się do dyspozycji ppor. Harnasia. Ponieważ był on równocześnie właścicielem znajdującej się w tej kamienicy restauracji, mieszczącej się na pierwszym piętrze, zaofiarował nam zaprowiantowanie, co w sposób istotny poprawiło nam nastrój i humory. Rotmistrz Potocki na polecenie Harnasia chwilowo objął nad nami dowództwo. Był to naprawdę dzielny człowiek, który zasłużył się całemu naszemu zgrupowaniu, wspomagając nas nie tylko prowiantem…

6 sierpnia w związku ze znacznym zwiększeniem stanu uzbrojenia i odegraniem istotnej roli w zdobywaniu Poczty Głównej powstało zgrupowanie Harnasie. Jego zadaniem była obrona linii Traugutta – Czackiego – Świętokrzyska, a w dalszym planie zdobycie Komendy Policji i Kościoła św. Krzyża. W tym okresie względnego spokoju pamiętam niesłychanie uporczywy ostrzał z działa samobieżnego na Placu Piłsudskiego polskiej flagi, którą zawiesiliśmy na szczycie „Prudentialu”. Po kilku niecelnych strzałach Niemcom udało się jednak flagę strącić.

Najbardziej tragiczny dla kompanii Grażyna okazał się 15 VIII. Rozpoczął się ostrzałem z miotacza min, tzw. krowy, początkowo „Prudentialu”, a potem rejonu Mazowieckiej. Pierwsze miny wznieciły pożar w kamienicy przy Mazowieckiej. Trzy dalsze pociski zapalające (fosfor!) wpadły na podwórze. Na dodatek jeden z nich trafił w zgromadzone przed wejściem do tylnej oficyny butelki z benzyną. Rozszalało się piekło. Płonący fosfor i benzyna obróciły kilku żołnierzy z plutonu w żywe pochodnie. Widziałem dantejskie sceny. Wśród ogarniętych płomieniami byli m. in. dowódca kompanii ppor. Józef (Józef Jabłoński), dowódca III plutonu pchor. Kocio (Bolesław Koucki). Jakimś cudem byłem nietknięty i rzuciłem się do gaszenia płonących kolegów. Pamiętam, że m. in. zająłem się pchor. Kocio. Po ugaszeniu płonącego na nim fosforu zobaczyłem, że miał oberwaną rękę i całkowicie spaloną skórę twarzy, rąk i górnej części tułowia. O ile pamiętam, trzymałem jego głowę na kolanach. W pewnym momencie odzyskał przytomność, podniósł się na jednej ręce, zobaczył, że nie ma drugiej i że jest właściwie cały spalony i zemdlał. Wiem, że niedługo potem zmarł w strasznych męczarniach, mimo przeniesienia do szpitala. Największe straty poniósł pluton, w którym służyłem, tzn. III. Zmarłych pochowano na cmentarzu zgrupowania, na ulicy – o makabrycznej w tym kontekście nazwie – Dowcip.

Kwaterę czasowo przeniesiono na Świętokrzyską 17, ale kiedy się okazało, że na Mazowieckiej ocalała lewa oficyna i tyły kamienicy, powrócono na starą kwaterę. 20 VIII zapadła decyzja o ataku na Komendę Policji i Kościół św. Krzyża, których to obiektów broniło około 200 Niemców. Doszło do brawurowej wspólnej akcji Harnasia i Lewara, która zakończyła się pełnym sukcesem. 3 IX rozpoczęło się natarcie Niemców na kościół św. Krzyża. Rozpoczęli podejście od ul. Czackiego, borując dziury w celu umieszczenia ładunku i wysadzenia kościoła. 3 IX zginął nasz bohaterski i ukochany przez wszystkich żołnierzy dowódca por. Harnaś. Była to ogromna strata. Zgrupowanie zostało rozwiązane.

Kompanią Grażyna dowodził nielubiany i nieszanowany przez podwładnych por. Ludwik. Niemcy dwukrotnie doprowadzali do wybuchu ładunków pod północną ścianą kościoła. Drugi wybuch był tak silny, że zawaliła się podłoga. W tym momencie byłem w środkowej nawie i wpadłem po ramiona, z gruzami, do tzw. dolnego kościoła. Koledzy pomogli mi wydobyć się stamtąd. Cudem nie uległem poważniejszym poranieniom. Przez powstały w ścianie wyłom Niemcy, używając miotaczy płomieni i karabinów maszynowych, wyparli nas z kościoła.

6 września Grażyna opuściła kościół. Następnie rozpoczęły się systematyczne naloty stukasów na ruiny Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i na Komendę Policji, ciągle znajdujące się w naszych rękach. Oddziały stopniowo wycofywały się do ruin poczty, a następnie do „Prudentialu”. Któregoś dnia po ostrzale najcięższego moździerza dowódca kompanii por. Ludwik zebrał nas i oznajmił, że dowództwo powstania nie podało swego miejsca postoju i że on uważa, że jest to koniec powstania. Proponuje rozpuszczenie żołnierzy, z których każdy na własną rękę powinien się ratować. Wówczas jeden z dowódców plutonu powiedział: – Panie poruczniku, tak nie można. Chłopcy, teraz ja obejmuję kompanię i poprowadzę was na drugą stronę Alei Jerozolimskich, gdzie zgłosimy się do dyspozycji dowództwa. – Por. Ludwik gdzieś się ulotnił, a my pod nowym dowództwem przeszliśmy, a właściwie przeskoczyliśmy Aleje. Tam czekała na nas przykra niespodzianka. Oddział żandarmerii powstańczej uznał nas za dezerterów, polecił oddać broń i wcielił do oddziałów karnych. Wytrzymałem kilka dni. Byłem rozgoryczony i wściekły. Dlaczego spotkał nas taki despekt? Napisałem raport do dowództwa z prośbą o przeniesienie mnie, studenta IV roku medycyny, do służby zdrowia. Moja prośba została bardzo szybko spełniona.

Szpital PCK, do którego dostałem przydział, mieścił się w dużym mieszkaniu na pierwszym piętrze. Spotkałem się z bardzo życzliwym przyjęciem i propozycją pracy jako pomoc – asysta przy zabiegach operacyjnych i opatrunkowych. Już po kilku dniach zdałem sobie sprawę, jak niewiele umiem z zakresu medycyny praktycznej, która była potrzebna w tej konkretnej sytuacji. Równocześnie widziałem, że szpitalowi brakuje żywności. Zaproponowałem komendantowi, że zamiast źle wykonywać pracę pomocnika chirurga, zajmę się aprowizacją szpitala. W tym strasznym okresie, gdy pracowałem jako żołnierz karnej kompanii, poznałem drogi prowadzące do magazynów Haberbuscha, wypełnionych ogromnymi ilościami jęczmienia. Komendant z radością przystał na moją propozycję. Zażądałem oficjalnego pisma uprawniającego mnie do pobierania z magazynów Haberbuscha określonej ilości jęczmienia. Teraz pozostał problem transportu, tzn. ludzi, którzy zgodziliby się w niebezpiecznych warunkach, pod ostrzałem nosić jęczmień z Woli do południowego Śródmieścia.

Mając pismo i wolną rękę ze strony przełożonych, zacząłem werbować ochotników do kolumny transportowej. Chodziłem po prostu po piwnicach, ogłaszając, że poszukuję ochotników do przenoszenia worków z jęczmieniem od Haberbuscha do szpitala na Koszykowej. Obowiązywała zasada: każdy ma obowiązek przenieść 20 kg dla szpitala, wszystko co ponad, to dla siebie. Jak można się było spodziewać – w Śródmieściu panował głód – chętnych było aż nadto. Zorganizowałem grupy po 20-30 osób z własnymi workami. Wyprawa rozpoczynała się wcześnie rano, początkowo szło się piwnicami, potem stopniowo „górą”. Trzeba było przeskakiwać przez Aleje pod groźbą ostrzału z czołgu patrolującego powstańczy wykop, który ze względu na tunel linii średnicowej, w pewnym odcinku był prawie bez osłony. Droga w jedną stronę trwała kilka godzin. Z powrotem jeszcze dłużej, ponieważ każdy z nas – ja naturalnie również – dźwigał po co najmniej 30 kg jęczmienia. Co to znaczy przeciskać się na klęczkach niskimi wyłomami w murach piwnic, wie tylko ten, kto to przeżył.

Od tego momentu rozpoczęło się dla szpitala prawie „jedwabne” życie. Nie tylko każdy chory mógł dostać codziennie zupę „plujkę” z jęczmienia, ale równocześnie za jęczmień w drodze wymiany otrzymywaliśmy dla szpitala inne „wiktuały”, ponadto leki i opatrunki. Ja swój nadmiar jęczmienia za każdym razem przez wiele godzin nocnych mieliłem ręcznym młynkiem, otrzymując bezcenną kaszę. Ponieważ miałem kontakt ze swą matką, donosiłem jej i osobom, które ją w Śródmieściu przechowywały, kaszę jęczmienną, która wówczas była już prawie jedynym pożywieniem. A dni mijały.

Przeżyliśmy w stanie całkowitej euforii nalot kilkuset liberatorów amerykańskich ze zrzutami broni i amunicji. Do dziś pamiętam nieprawdopodobne uniesienie, które opanowało wszystkich. Ludzie rzucali się sobie w objęcia, śmiali, płakali. Niestety, ponad 80% zrzutów trafiło w ręce Niemców i trudno się było temu dziwić, jeśli uwzględni się fakt, że samoloty leciały na wysokości 10 tysięcy metrów.

20 września wybrałem się z naszą grupą „tragarzy” do Haberbuscha. Jeszcze przed Marszałkowską natrafiliśmy na silny ostrzał z granatników – mówiono, że amerykańskich, zrzuconych z liberatorów. Gdy przebiegaliśmy przez jedno podwórko, trafiły nas dwa czy trzy pociski. Na moich oczach odłamek prawie oderwał głowę biegnącemu przede mną człowiekowi z grupy transportowej. Poczułem mocne uderzenie, ale biegłem dalej. Wpadłem do bramy i natknąłem się na jakąś sanitariuszkę, która wykrzyknęła: – Ależ pan jest ranny! – i złapała mnie za prawą rękę. Wtedy dopiero poczułem ból. Krzyknąłem.

W tej samej kamienicy, w piwnicy, mieścił się punkt opatrunkowy. Sanitariuszka zaprowadziła mnie na dół, tam zastałem kilkunastu rannych czekających na opatrunek. Jednocześnie zjawili się moi ludzie z grupy transportowej. Poprosiłem, aby wrócili do szpitala i zawiadomili komendanta o moim zranieniu. Zorientowałem się, że jestem ranny w rękę, w nogę, w brzuch i w twarz. Miałem kłopoty z mówieniem. Potem okazało się, że miałem urwany kawał języka. Najważniejsza, jak się później okazało, rana w brzuch była spowodowana odpryskiem cementu i nie penetrowała do jamy brzusznej.

Pomoc z mojego szpitala nadeszła po kilku godzinach. Byłem już prowizorycznie opatrzony, ale znajdowałem się w szoku. Makabrą był transport. Leżałem na noszach, które nie mieściły się w ciasnych przejściach labiryntu piwnic i przejść między piwnicami. W kilku miejscach musiałem się zwlec z noszy i na czworakach przeczołgać przez ciasne przejścia. W szpitalu bardzo troskliwie zajęli się mną moi przełożeni – chirurdzy. Najwięcej kłopotu sprawiła im rana twarzy. Zszyli tylko przeciętą wargę, pozostawiając pękniętą żuchwę, zęby i język na „łaskę Boską”. Niepokoiła ich również rana w nodze, tuż obok dołu pachwinowego i w pobliżu dużych naczyń, na szczęście, nieuszkodzonych. Próbowali zszyć ranę. Potem okazało się, że było to daremne. Rana zropiała i szwy się rozeszły.

W szpitalu odnalazła mnie moja matka, która zajęła się mną serdecznie i co najważniejsze, skutecznie. W jamie ustnej rozwinął się bardzo rozległy stan zapalny (Angina Ludovici), który przysporzył mi niewymownych cierpień. Nie mogłem niczego połykać, poza tym dusiłem się. Z ust przez cały czas ciekła ślina z ropą. Mojej matce udało się zdobyć gdzieś jedyny dostępny sulfonamid Prontosil rubrum. Z pewnością on mnie uratował. Byłem jednak krańcowo wyczerpany i osłabiony.

Tymczasem nastąpiła kapitulacja powstania, lecz ja nie nadawałem się do transportu. Zostałem zaliczony do ludności cywilnej i wraz z innymi chorymi i rannymi pozostaliśmy w szpitalu. Pozostała też moja matka. W czasie pierwszych kilkunastu dni października dokoła słyszeliśmy wybuchy min, którymi Niemcy wysadzali okoliczne domy, podpalając je następnie miotaczami płomieni. Mijały dni. 15 X Niemcy zawiadomili nas, że zostaniemy wywiezieni samochodami ciężarowymi do Piastowa, gdzie znajdował się obóz przejściowy dla wysiedlonej z Warszawy ludności cywilnej. Udało mi się zdobyć opaskę Czerwonego Krzyża, co umożliwiło mi razem z matką wyjście poza obręb hali fabrycznej, gdzie byliśmy zgromadzeni, do Piastowa. Tam przeżyłem chwile niewymownej rozkoszy, którą będę pamiętał do końca życia. Moja matka kupiła mi bułkę z salcesonem, który zwisał poza jej brzegi. Zjadłem, a właściwie pożarłem ją w okamgnieniu.

Byłem bez papierów, rany wymagały stałych zmian opatrunków, ale żyłem i wszystko wskazywało na to, że będę żył. Dodatkowo bardzo pozytywnym momentem była obecność mojej matki. Potem transportem wieziono nas w kierunku Krakowa. Uciekliśmy, wyskakując z pociągu w Płaszowie, skąd dotarliśmy do znajomych w Krakowie. Ale to już zupełnie inny rozdział historii.

Życiorys

Urodzony 22 II 1924 r. w Warszawie. Studia lekarskie rozpoczął w 1942 r. w Warszawie w Szkole Zaorskiego, a ukończył w 1948 na Wydziale Lekarskim UJ w Krakowie. W 1949 r. uzyskał doktorat, w 1961 stopień doktora habilitowanego, w 1970 tytuł profesora nadzwyczajnego, a w 1980 r. profesora zwyczajnego. Pracę zawodową rozpoczął w 1943 r. jako demonstrator anatomii prawidłowej w Szkole Zaorskiego. Po Powstaniu Warszawskim przeniósł się do Krakowa, gdzie ukończył studia i pracował kolejno w Zakładzie Anatomii Prawidłowej i Zakładzie Farmakologii Wydziału Lekarskiego UJ. W 1950 r. został powołany do wojska i pracował przede wszystkim jako wykładowca farmakologii. Po zwolnieniu z wojska w 1957 r. objął stanowisko pierwszego kierownika Zakładu Farmakologii AM w Białymstoku. Stworzył tam Badawczy Ośrodek Radiobiologiczny. W 1969 r. został służbowo przeniesiony do Warszawy na stanowisko kierownika Zakładu Farmakologii Instytutu Leków. W 1983 r. powołany na stanowisko dyrektora naczelnego Instytutu Leków, pełnił tę funkcję do 1991 r. W 1992 r. objął funkcję kierownika Zakładu Farmakologii Instytutu Farmaceutycznego, którą pełnił do 1995 r.

Pełnił wiele odpowiedzialnych funkcji społecznych w Polskim Towarzystwie Farmakologicznym, Polskim Towarzystwie Badań Radiacyjnych, w komitetach i komisjach Polskiej Akademii Nauk, w radach naukowych MZiOS, Instytutu Leków, Instytutu Farmakologii PAN, Instytutu Farmaceutycznego. Był członkiem Centralnej Komisji Kwalifikacyjnej d/s Kadr Naukowych, Komitetu Nagród Państwowych . Jest autorem ponad 500 publikacji naukowych, przeglądowych, monografii i podręczników. Te ostatnie były publikowane w wielu wydaniach, a podręcznik dla średniego szkolnictwa medycznego doczekał się 11 wydań. Był promotorem 40 prac doktorskich i opiekunem kilku habilitantów, których większość uzyskała tytuły profesorskie.

Za swoją działalność został uhonorowany tytułem doktora honoris causa AM w Białymstoku i odznaką „Zasłużony dla Białostocczyzny”. Powołano go na członka Nowojorskiej Akademii Nauk. Otrzymał Złoty Medal Międzynarodowej Akademii w Paryżu, członkostwo honorowe Towarzystwa Terapii Monitorowanej, Polskiego Towarzystwa Farmakologicznego, wiele wyróżnień, odznaczeń i nagród, m. in. Nagrodę Naukową PAN, Towarzystwa Badań Radiacyjnych, Ministerstwa Zdrowia i Opieki Społecznej. Został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi, Krzyżem Kawalerskim i Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, Medalem za Zasługi dla Parlamentu Europejskiego.

Źródło

Źródło: Pamiętnik Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego – Powstanie Warszawskie i medycyna, wydanie II, Warszawa 2003 r.