W Powstaniu:

Obwód I Śródmieście-Południe, ul. Zgoda 11, ul. Skorupki - WSSpoł. - 3 rej.

Relacja  o  działalności  Harcerskich Patroli Służby Społecznej.

Jestem lekarzem. Wybuch powstania zastał mnie w mieszkaniu u siostry (Hoża 24), nie doszłam do wyznaczonego mi punktu spotkania w gmachu Prudentialu przy ulicy Świętokrzyskiej. Nocą z 1 na 2 sierpnia udało mi się powrócić do swego domu przy ulicy Smulikowskiego na Powiślu. Przez kilka dni opiekowałam się tylko swoimi małymi dziećmi, Potem jednak dotarłam do Prudentialu. Tam formowały się Harcerskie Patrole Służby Społecznej (pomoc ludności w pasach przyfrontowych). Przydzielono mi kilka dziewcząt-harcerek (pięć albo sześć) — zastęp: każda była zaopatrzona w dobrze wyposażoną apteczkę. Najpierw trzeba było przenieść materace do powstającego szpitala przy ulicy Kredytowej. Potem — docierałyśmy z lekami do placu Kazimierza z myślą o ludności, która się tu chroniła, wycofywała. Naszym zadaniem było wyszukiwanie chorych, pomaganie, w czym się dało, w miarę sił i możności, głównie dzieciom. Okazało się szybko, że najbardziej potrzebne jest zorganizowanie pomocy niemowlętom. Przy ulicy Zgoda 11 — w jednym z opróżnionych mieszkań zorganizowałyśmy coś, co można by nazwać punktem pomocy. Ja — jako lekarz — badałam i leczyłam dzieci, ale niemowlęta ginęły z głodu (brak piersi matki, brak mleka). Porozumiałyśmy się więc z działającymi w tym rejonie harcerzami. Chłopcy podjęli się przenoszenia z „Agrilu”, który był niedaleko, proszku mlecznego, ja zaś przedostałam się na ulicę Śliską do Kliniki Dziecięcej, skontaktowałam się z dr Barańskim (późniejszym ministrem) i ustaliłam dalsze współdziałanie. Z proszku, przynoszonego przez harcerzy przygotowywano w klinice mieszankę, którą z kolei zespół dziewcząt przynosił na punkt, a potem dalej roznosił. Tak pracowałyśmy do pierwszej niedzieli września. Wtedy padła Starówka, przyszły dni bardzo ciężkie, a na budynek, gdzie był nasz punkt, padł pocisk zapalający. Punkt spłonął. Wtedy postanowiłam dotrzeć do własnych dzieci. Domy na ulicy Dobrej i na Tamce były zniszczone. Dom na ulicy Smulikowskiego jeszcze stał. Ale zabrałam dzieci i z grupą mieszkańców przeprawiłam się na ulicę Hożą do siostry, która wskutek porażenia nóg wymagała stałej opieki. Tej opieki doznała od dziewcząt-harcerek, które codziennie wytrwale do niej przychodziły  – zajmowały się nią, czytały, wspomagały. Gdy przyszłam — zastałam jedną z nich, która już tam była do końca. Przykro mi, że nie pamiętam żadnych nazwisk, nawet nie mogę dziś podziękować — a wtedy o tym się nie myślało. Nawiązałam kontakt z naszym punktem opieki przy ulicy Skorupki, który prowadziła Komenda Pogotowia, sporadycznie badałam tamte dzieci, ale już nie prowadziłam zespołu. Kontaktowałam się tu z mieszkającą w pobliżu druhną Jadzią Zwolakową.

Mój zespół, o którym tu piszę, pracował nie według z góry ułożonego planu, tylko tak, jak podyktowały potrzeby. Zaczęło się od tych materaców, potem stworzyłyśmy zespół lotny, poruszający się i penetrujący w terenie, a gdy okazało się, że słuszniejszy jest punkt stały, stworzyłyśmy tę „przychodnię dla dzieci”, funkcjonującą podczas powstania tak długo, dopóki mogła funkcjonować.

Maszynopis, oryginał, kwiecień 1968, IH PAN.

Źródło

Ludność cywilna w Powstaniu Warszawskim PIW 1973