W Powstaniu:

Stere miasto Zgrupowanie Róg

Pamiętnik sanitariuszki

     Od pewnego czasu fale eteru przynosiły wieści o przegranej Niemców pod Stalingradem. No i zobaczyliśmy ich w Warszawie. Wracali. Cztery lata przedtem wjechali na te same ulice na warczących motorach. Wieźli swoją butę, pogardę, przemoc i świadomość własnej siły. Po czterech latach wracali obdarci, obandażowani, ciężej ranni na chłopskich furmankach. Z trudem poruszali nogami. Nie podnosili głów, może nie chcieli zobaczyć naszej radości. W tym czasie, gdy wszystko zaczynało im się walić, komendant stolicy zarządził od nas dostarczenia 100 tysięcy młodych mężczyzn do kopania okopów. Tym jednym rozporządzeniem udałoby się im unicestwić stołeczną AK, gdyby Warszawiacy posłuchali rozkazów. Szkolona przez cztery lata w podziemiu młodzież czekała na decyzje swoich dowódców. Przed powstaniem byłam łączniczką. W przeddzień jego wybuchu dostałam długą listę osób, które miałam zawiadomić o godzinie i miejscu zbiórki. Zaczęło się. Miałam rower (bardzo ciężki), co było ułatwieniem, bo adresaci mieszkali w różnych, często odległych dzielnicach, na wyższych piętrach, bez windy. Wnosiłam po schodach rower. To było ponad siły niedożywionej dziewczyny, a zostało wykonane. Ostatek sił został mi na powrót do domu, na Żoliborz. Następnego dnia, po południu, ulicami spieszyli młodzi ludzie. Wybrańcy losu kryli pod połami ubrań broń. Wszyscy nieśli niewielkie paczuszki. Była to żywność na trzy dni. Tyle miało potrwać powstanie. Znikali z naszych oczu na drogach i w tramwajach. Całkowita dekonspiracja. Zdumienie – a więc jest nas tak wielu. Mój pierwszy punkt powstańczy mieścił się na placu Dąbrowskiego 2/4. Wewnątrz czworoboku kamienic zbudowano wysoki, wielopiętrowy budynek. W nim mieścił się nasz punkt sanitarny i mały szpitalik. Wchodziliśmy cicho, pojedynczo przez bramę, by nie zwracać uwagi i nie budzić zainteresowania okupanta. Udało się. Wewnątrz budynku czekali już na nas, by każdego z osobna prowadzić na wyznaczone stanowiska. Na miejscu zaskoczenie: dowiedziałam się, że zostałam sanitariuszką. Przeszłam, co prawda, przeszkolenie, ale nie byłam pilną uczennicą. Na widok krwi traciłam głowę. Rozkaz to rozkaz. Nie przewidziano odwołania. Zameldowałam komendantce swoje przybycie. Była nią doktor Joanna – dentystka. Ta urocza kobieta z miejsca zdobyła moje zaufanie i sympatię. We wcześniej przygotowanej placówce były 24 sanitariuszki. Nie znałam ich, a weszłam jak w grono przyjaciółek – walka już dawno wszystkich zjednoczyła. Obok mały szpitalik pod opieką lekarza. Chłopców nie było widać, ani słychać. Zaczęło się. Pierwsze strzały oznajmiły nam, że są, że czuwają. Niewielu z nich miało broń. Większość liczyła na zdobycie broni w akcji. Nieliczni mogli w pierwszych godzinach walczyć. Wracali z posterunków, padając ze zmęczenia. Zasypiali z bronią pod głową. Nie mogli rozstać się z nią ani na chwilę. Starałyśmy się pomóc im. Wyciągamy materace z opuszczonych mieszkań. Chłopcy wpadają na chwilę, ledwie przyłożą głowę, już zrywają się ze snu, by wrócić na opuszczone stanowiska. Napadają na mnie panie z P. Ż. – tu, że rządzę się jak szara gęś, że nieformalnie załatwione. A więc nieformalnie wyciągnęłam materace, nieformalnie spali na nich chłopcy. Ale doktór Joanna, kochana doktór Joanna pozwala mi na wszystko, a przecież to ona jest moją komendantką. Sama pracuje od świtu do nocy, a nawet dłużej, zawsze uśmiechnięta, zawsze zadowolona. Drugi dzień walki. Na Marszałkowskiej bardzo gorąco. Cała ulica ostrzeliwana przez Szwabów. Nasi chłopcy na rogu Próżnej i Marszałkowskiej. Zbyt duży ostrzał – komendantka sanitariatu i lekarz boją się wysłać sanitariuszki. Mimo to idziemy. Trzeba iść przez Plac Dąbrowskiego. Nie ma osłony. Niemcy mają doskonałą widoczność. Kule wściekłe, jadowite świszczą przed nami, za nami, nad nami. Odbijają rykoszetem od płyt chodnika i murów kamienic, pod którymi biegniemy schylone jak najniżej. Nie wierzę, że mnie trafi, ale przeraża jakby stłumiona, szatańska złość pocisków. Chłopcy, czołgając się wynoszą na plecach rannych przez Marszałkowską. Jeden czołga się sam. Ustał- trafili go po raz drugi. Nie dotarliśmy do niego. Wyprawa na Pastę. Ciemna noc. Piekielny ogień. Pasta jak bastion nad nieosłoniętą ulicą. Niemcy mają nas jak na patelni. Jak to ugryźć. Nie ma czasu na rozmyślania. Rannych mnóstwo. Pracujemy bez chwili wytchnienia. Mamy punkt sanitarny w jakimś dużym, słabo oświetlonym pokoju. Przynoszą ranną w głowę sanitariuszkę. Wnosimy ją do jakiegoś pokoju. Oko na wierzchu. Taka była ładna. Podkładamy jej poduszkę. Jest lekarz. Prędko znowu na ulicę. Ręce lepkie od krwi. Dokoła jęki rannych. W każdej bramie leżą, siedzą. Idziemy za głosem jęczących. Są cierpliwi, spokojni – ufają nam. Niemcy oświetlają ulice, po których chyłkiem przemykają z noszami sanitariuszki. Jak najbliżej murów, jak najniżej ziemi, jak najszybciej przed chichoczącymi pociskami. Nie ma osłony, nie ma czasu, by o tym pomyśleć. Byle do zakrętu, tam gubimy ostrzał. Szybko, szybko. Trzeba wracać po następnych. Przez jakieś dziury, zwały trocin docieramy na miejsce.

         Dobiegamy do Marszałkowskiej. Chłopcy, czołgając się na plecach wynoszą rannych. Trzeci czołga się sam. Ogień wprost na niego. Przystaje, czekamy. Nie rusza się. Nie wiemy, czy stracił siły, może zemdlał, może go zabili. Nie można do niego dotrzeć. Szwaby się uwzięły. Może się ściemni. Nie dowiedziałam się, co się z nim stało. Od czasu do czasu rakiety oświetlają pole walki. I wtedy wznosi się nad ulicą wyniosły budynek. Jak do niego dotrzeć. Dla nas tylko nieosłonięta ulica. Nasze śmieszne uzbrojenie. To tylko ułamek myśli. Nie ma czasu. Z powrotem na ulicę. Dokoła jęki rannych. Ręce lepkie od krwi. W każdej bramie leżą siedzą na ziemi. Jęki wdzierają się do naszego wnętrza. Oni cierpliwi. Czekają na swoją kolejkę. W ciemnościach usiłujemy ratować w pierwszej kolejności najciężej rannych. To niełatwe, bo oni często już nawet nie jęczą, nie wzywają pomocy. Wybiegamy z noszami na ulicę. Niemcy oświetlają teren akcji. Znowu rakiety, znowu i znowu… Schylone biegiem, prawie przytulone do murów, byle jak najszybciej, byle zgubić ostrzał, byle do zakrętu. Gubimy ostrzał. Jakieś dziury, zwały desek i trocin. Wreszcie dobiegamy do punktu, odbierają nam rannego. Biegiem, z powrotem. Nieustające strzały i wybuchy. Pasta niewzruszona za nami, wyłania się z mroku, jak drwina i ginie w nocy, jeszcze czarniejszej, po zgaśnięciu rakiety. Pierwsza porażka – tyle cierpienia. Przyczaiło się gdzieś w nas. Cicho, cicho. I tylko doktór Joanna, pyta, rozumie i jakby odrobinę lżej. Nieszczęścia przychodzą jedne za drugimi. Przyleciały samoloty. Z broni pokładowej, ukośnie, wpadały pociski do sal szpitalnych, na pierwszym piętrze. W trakcie robienia zastrzyku naszej rannej spod Pasty, naczelny lekarz dostał kulę w serce – śmierć. Łapał oddech językiem, ostatni wysiłek, ostatnie zachłyśnięcie, bo oczy już zaszły bielmem. Jak ciężko. Mówimy o nim, nie można inaczej. Wczoraj dał mi zastrzyk morfiny na bolący ząb. A po tym cały wieczór spędziliśmy opowiadając dowcipy. Było wesoło. To było wczoraj. Ewakuacja szpitala do PKO na Świętokrzyskiej. Niemcy mają rozpoznanie naszych placówek. Wczoraj wydostali się na wolność uwięzieni przez nas Volksdeutche. Przyniosłyśmy naszą izbę opatrunkową do schronu, aby uchronić się przed strzałami z broni pokładowej. Lżej nam, wszyscy ranni są już w bezpiecznym miejscu. Znowu samoloty. Wszystko się wali. Byłam na parterze w chwili, gdy w bramę, obok zajętej parę godzin wcześniej piwnicy, wpadła z ukosa bomba. Wszystko się wali, palący pył wdziera się do płuc, przez nos i otwarte usta, pali oczy. Przerażenie przerasta istotę człowieka. Szalona chęć ucieczki. Dokąd? Ciemno jak w nocy. Ach, jak ciężko. Obezwładnienie, bezsilność. Jęki rannych sanitariuszek. Raptem szum wody. Pękają rury wodociągu. Woda z góry, zalewa piwnicę. Bezprzytomne przerażenie. Coraz ciemniej. Nic już nie wiem. Uciekać- tylko to, już nic więcej. Prawie nie słyszę chrapliwych głosów tonących. Raptem światło. Schody, schody, które się nie walą. Nie mogę dalej uciekać, łapią mnie. Jakieś krople, niepotrzebne. Przeraźliwa jasność. Coś mi tłumaczą. Oni nie słyszeli krzyków rzężenia, przyspieszonych oddechów, szumu, bulgotania wody. Kurczę się w sobie w bólu. Wychodzę, jakieś otumanienie, cóż za okropna bierność. Wszystko oddala się ode mnie za ścianę mgły i lęku. Dlaczego te schody nie walą się pode mną, dlaczego wszystko nie leci w przepaść? Dlaczego ludzie krzyczą? Może im pomóc? Co za nonsens… pustka… Raptem pytanie; gdzie doktór Joanna? Pytam, pytam. Pełno ludzi. Wynoszą potopione dziewczyny. Widzieli ją, więc jest, więc żyje. Biegnę do schronów. Szukam, muszę jej szukać, muszę znaleźć. Boję się, jak ja się boję schronów. Łamię się ze sobą. Strasznie duszne, pełne ludzi podziemia. Włosy jeżą się na głowie. Czuję drętwienie cebulek włosowych. (Więc to naprawdę nie tylko w książkach). Nigdzie jej nie ma. Wracam. Jeszcze trwa akcja ratunkowa. Ciała strzaskane, straszne, obnażone, krwawe szczątki ludzkie, zdeformowane twarze, słodki zapach krwi. Pracują powstańcy, przybywa trupów. Dr Joanna – normalna twarz. Całe szczęście nie męczyła się – zasługiwała na to. Zostałam sama. Nikt z mojego oddziału sanitarnego nie żyje. Nowy rozkaz, nawet nie wiem od kogo. Drugi punkt-schron. Jeszcze nie mam konkretnego przydziału. Cóż za straszne przejście wąskimi korytarzami piwnic. Z ciemnych labiryntów strach szczerzy ogromne zęby. Boże, dlaczego nie można uciec? Twarde są szpony obowiązku. Ledwo weszliśmy – nalot. I znowu w nasz dom. Tyle bomb. Tynk leci na głowę, czarny bezlitosny pył. Gasną światła. Jeszcze jedna bomba i jeszcze. Walą się mury. Groza. Uczucie przerażenia przerasta siły człowieka. Uciec, ale gdzie? Nie istnieć, ale jak? Przymus trwania, co za bezgraniczne okrucieństwo. Wreszcie wydostaliśmy się, nie zasypało nas. Następny rozkaz. Czekać. Następny schron. Nikogo z mego oddziału. Już nie mogę, dusi sama myśl o zejściu do schronu. Stoję na stopniach PKO. Setki ludzi schodzą do podziemi. Nie mogę, nie mogę. Przechodzący oddział zwołuje się: “Starówka!”. Tam moi (Na okres powstania zostałam na mą prośbę przydzielona do dr Joanny ). Tam Marysia (Siostra moja, Maria Bobrownicka- sanitariuszka, zginęła w pierwszych dniach powstania). Wybrałam. Uciekam na Stare Miasto. Jestem u pani Jadwigi, którą zastępowałam przed powstaniem, podczas szkolenia sanitarnego dziewcząt. Same znajome twarze i tylko Marysi nie zastałam. Przyszłam o godzinę za późno. Poszły z Irką Czechowską po jakieś opatrunki na Żoliborz (Zginęły w drodze powrotnej przy przejściu przez Dworzec Gdański.) Nasz punkt sanitarny na Rynku pod piątym, na pierwszym piętrze. Spokojna przystań. Nie potrzebuję walczyć z sobą. Tylko męczące zmory w snach. Tam walka, a tu spokój – ach, te sumienie. Można było postąpić inaczej – stchórzyłaś! To już sobota. A więc odpoczywam już parę dni. Życie toczy się normalnie. Na ulicach zwykły ruch. Przez Rynek prowadzą kobietę – szpiega. Krzyczy, płacze, błaga o litość, klęka przed żołnierzami. Nie mogę patrzyć, uczucie pogardy, jak można tak się upokarzać. Obrzydliwość. A jeżeli to pomyłka – uciekam myślą. Słońce i spokój. Przychodzę do siebie. Świat zaczyna wyłaniać się z wszechwładnej obojętności.

Barbara Bobrownicka ze swoimi kolegami ze 101 kompanii batalionu Bończa. Zdjęcie zrobione przez Sylwestra Brauna na zapleczu Poczty Głownej

Barbara Bobrownicka ze swoimi kolegami ze 101 kompanii batalionu Bończa. Zdjęcie zrobione przez Sylwestra Brauna na zapleczu Poczty Głownej

  Dostałam patrol. Wszystkie sanitariuszki starsze ode mnie (powyżej trzydziestu lat). Pierwsze samoloty nad Starówką. Pierwsze bomby. Sanitariuszki!!! Jesteśmy na miejscu. Nosze. Prędko. Kurz, dym, tłum ludzi, rozpacz, krzyki. Trzymać się razem, nie wolno się zgubić. Zawalony dom, pod gruzami zasypani. Nikt się nie spodziewał. Zrozpaczeni ludzie biegają, tłoczą się, nie dają pracować. Pod gruzami ich dzieci, żony, mężowie, całe rodziny. Musimy być bezwzględne wobec nieszczęśliwych, inaczej nie damy sobie rady. Czuję, że dzieje się ze mną coś dziwnego. Nie wolno dać się pokonać rozpaczy tych nieszczęśników. Uspokajam ich, poję walerianą, tłumaczę. Nowa nieznana jeszcze forma walki, przede wszystkim z samą sobą. Tylko w ten sposób mogę przyspieszyć ratunek. Nasi i cywile odkopują zasypanych. Prędzej, prędzej!… Czy są jeszcze zasypani, czy słychać jęki? Boże jak to wszystko wolno idzie, choć ręce ludzkie w gorączce, choć przyspieszone oddechy, zlane potem twarze odrzucających cegły, deski, całe złomy muru. Co jakiś czas wydobywają ludzi zasypanych pyłem, najczęściej nieprzytomnych. Szukamy oznak życia, słabych oddechów, cichego tętna, każdej iskierki, która pozwoli ratować człowieka. Najstraszniejszy jest los dzieci – te maleńkie skrwawione ciałka. No i wzięli się za Starówkę. Sumienie trochę mniej mi dokucza, bo też czasu mniej na rozpamiętywanie. Marysia nadal nie wraca. Niepokoję się o nią. Nie znała strachu, dokąd ją to zaprowadzi? Coraz mniej śpiewu na naszym punkcie. Tu się dopiero zaczęło. Tu się trzeba przede wszystkim dogadać ze sobą. Mam to już za sobą. Wszystko staje się oczywiste?… Jaki maleńki jest człowiek obok walącej się ściany. Jak bezbronny rozdarty dom. Jestem na Brzozowej 2/4, to teraz mój teren działania. Niemcy bombardują coraz częściej. Uwzięli się na Rynek. Sanitariat przenosi się na ulicę Kilińskiego. Znowu strach. Ogarnia mnie wściekłość, czy ja nim, czy on mną będzie rządził? Staję do raportu. Proszę o pozostawienie mnie z oddziałem. Zimne, lodowate oczy komendantki (dotychczas byłam jej pupilką). Tłumaczę, że to za daleko, że w razie krwotoku tętniczego mogę nie zdążyć na czas. W miarę jak mówię, gdzieś podziewa się mój strach. Każe czekać mi na odpowiedź. Biegnę do jej zwierzchniczki, dostaję pozwolenie na wszystko, o co proszę. Wśród chłopców niepokój. Byli pewni swoich sanitariuszek. Co będzie z rannymi, kto ich opatrzy? Wzywać patrole z “końca świata”? Po co te tłumaczenia. Oni wiedzą, że to strach. Oznajmiam im, że zostaję. Naprawdę się cieszą. Jestem szczęśliwa. Ponowne wezwanie do komendantki. Tym razem rozkaz przeniesienia się na Rynek pod numer dwa. Trzeba zająć opuszczony lokal (przed powstaniem był tam bar jakiegoś Volksdeutscha). A zresztą rozkaz – komentarze niepotrzebne. Błagam, proszę, chociaż to przecież niedaleko od moich chłopców. Będę dochodziła do nich – głos komendantki twardy, oczy zimne. Nie dam się. Przenosiny. Chłopcy nie szczędzą nam najgorszych słów. – Stchórzyłyście. Najważniejsza własna skóra. Jak ciężko. Tłumaczę. Nie chcą, czy nie potrafią zrozumieć. Tak oto stałyśmy się samotnym patrolem, do którego tak naprawdę nikt się nie przyznawał. Kwaterę mamy dużą i wygodną. Jest nawet gdzie spać. Parter od strony podwórza, sklepiony staromiejski sufit, daje poczucie bezpieczeństwa. Sprzątamy, szorujemy podłogę, urządzamy czysty, estetyczny punkt opatrunkowy. Wszystko przygotowane, aby w razie wezwania, wyruszyć bez zwłoki. Jeszcze tylko nie wiemy, co będziemy jadły. Muszę trochę napisać o moim patrolu, a właściwie o dwóch moich dziewczętach. Chyba zacznę od panny Kazimiery. Jest zawodową pielęgniarką. Jej wykształcenie stawiało ją w uprzywilejowanej sytuacji wobec nas. Cóż my, po kursach, cóż my, bez wykształcenia. Sama przecież już niejednokrotnie czułam brzemię odpowiedzialności i wyrzuty z racji mego niedouczenia. W tej sytuacji żadna z nas nie ośmielała się otworzyć ust na tematy sanitarne. Pociągało to za sobą lawinę pouczeń, a co gorsza ironiczny uśmiech ukazywał jej wielkie zdrowe zęby zdolne rozgryźć najtajniejszą wiedzę, a cóż dopiero naszą ignorancję. Panna Kazimiera była wielką patriotką i w tej dziedzinie także zauważała u nas poważne braki. Tematów do szkoleń, wychowywania, krytykowania nigdy jej nie brakło. Najtrudniejsze do zniesienia były jej wymagania co do czystości. Potrafiła nawet robić awantury. Najgorsze było to, że o aprobatę swoich wymagań i opinii zwracała się zawsze do mnie. Przywoływałam na pomoc wszystkie moje zdolności dyplomatyczne, aby wyśliznąć się z opałów, zakończyć dyskusję, nie urazić panny Kazimiery, uratować spokój i atmosferę na kwaterze, która nie była przecież miejscem wypoczynku. Nie bardzo mi się to udawało. Bo oto podnosząc wzrok, napotykałem jej oczy tak pełne ironii. Byłam bezsilna. A przecież panna Kazimiera miała bardzo dobre serce, była lojalna, bardzo sumienna, dobry fachowiec. Prawdziwa pielęgniarka z powołania. A mimo to była nieustannym kłopotem, jednostką destruktywną przez swoje niezadowolenie. (Może dlatego, że miała już trzydzieści sześć lat). Druga, Stefa, była już, co prawda bardzo młodą, babcią. Zawsze zadowolona, ruchliwa, zawsze gotowa do pomocy. Miała swoich podopiecznych wśród ludności cywilnej. Nazywali ją tam aniołem. Pracowita, rozsądna, zawsze zadowolona. To na niej mogłam zawsze polegać, nią się wyręczać w chwilach, gdy nadmiar pracy zmuszał nas do podziału patrolu, by sprostać zadaniom. Wszystkie pochodziły z Marymontu i Pragi. Musiałam je mocno trzymać w karbach, bo przecież prowadziłam je pod kule i musiałam być pewna, że przejdą. Raz tylko zdarzyło się, że trzy cofnęły się spod ostrzału. Nie powtórzyło się to już nawet wobec dział, czy granatników. Prowadząc je do akcji, nie oglądałam się za siebie, ale żadna nie odważyła się zostać. A nie jest łatwo prowadzić dziewczyny pod kule. Nie wolno ani na chwilę zapomnieć o rozwadze i ostrożności, dlatego najbardziej lubiłam chodzić sama albo ze Stefą. Opuściłam się trochę w pisaniu. Trzeba cofnąć się. Rozlokowałyśmy się już i będzie chyba można solidnie pracować. Na drugi dzień przychodzi osobiście pani komendantka, żeby mi oznajmić, że od dziś patrolową będzie Kazimiera (z racji swych kwalifikacji). Mnie przydzieliła funkcję dbania o obiady. A więc degradacja!… Za to, że zostałam na Rynku. Po wyjściu komendantki wszystko pozostało bez zmian. Kazimiera nie miała ochoty być patrolową, nikt nie wyrażał ochoty wykonania rozkazu. A dzień jak zwykle pełen pracy. Od rana nosiłyśmy rannych. Nie mamy siły na walkę z własnym zmęczeniem. A tu następne wezwanie. Granatnik wpadł na podwórze, zabił jedną kobietę i ranił dwóch mężczyzn. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie następstwa. Biegniemy, cały Rynek pod ostrzałem KB, RKM i do tego granatniki. Nie możemy czekać, poważne rany, silny krwotok. Najtrudniejsza jest droga powrotna – schylone, biegiem z noszami, a przecież już przed tym ręce bolały, nogi bolały, plecy bolały od dźwigania ponad siły. Ranny często nieprzytomny, jest bardzo ciężki, a przecież nie byłyśmy siłaczkami. A do tego jeszcze niedożywienie, pod nogami gruzowiska, po których nie raz biegiem, by ratować człowieka, docierałyśmy do szpitala pod “Krzywą Latarnią”. Nogi i ręce odmawiają posłuszeństwa. Następny ranny. Odsyłam dziewczyny na kwaterę. Zdobywam się jeszcze na energię- wyciągam cywili. Biorą nosze – ranny cywil… A atak trwa nadal, więc to jeszcze nie koniec. Niemcy zapalili Katedrę. Chłopcom gorąco. W tym czasie dwie sanitariuszki z Kilińskiego dotarły na naszą kwaterę z rozkazem, żeby moje dziewczęta poszły nosić wodę. (Nie mówią nawet od kogo rozkaz). Otrzymały odpowiedź, żeby same poszły nosić. Opowiadają mi dopiero wieczorem, gdy wróciłam na kwaterę. Jest mi trochę przykro, że to właśnie one odmówiły. Widziałam przecież jakie były zmęczone. Na drugi dzień rano komendantka. Nie chce słuchać wyjaśnień. Zdejmuje opaski. Niech idą, gdzie je oczy poniosą. Dokąd? Odcięte od domu. Nic ją to nie obchodzi. Chłopcy słuchają zdumieni. Nie potrzebują wyjaśnień. Pocieszają mnie. Nie dadzą zginąć dziewczynom. To się musi przecież wyjaśnić. Przydzielono mi dwie harcerki: Basię i Sławkę. Te, na odmianę, mają chyba po siedemnaście lat i nie boją się niczego, przynajmniej na oko. A ja przecież odpowiadam za nie. Basia jest gorsza, jakby nie zdawała sobie sprawy z niebezpieczeństwa. A tu tymczasem dom po domu kładzie się w gruzach, a tu noce oświetlają pożary. A tu z Pragi ciężkie działa obrywają gzymsy, ściany, miażdżą to, co zmiażdżone, ryją w tym, co zryte. A nad tym wszystkim znienawidzony warkot samolotów. Z Krakowskiego Przedmieścia wali w nas czołg. Walą granatniki. Złowrogi zgrzyt szafy. Nikt z nas nie liczy, ile torped w nas wystrzelą. Bo ilość zgrzytów to ilość wystrzeleń w nas. A jest jeszcze pociąg pancerny na Dworcu Gdańskim, który śle nam pociski, a umęczone powietrze z jękiem je nam oddaje. W opuszczonych oknach domów wyborowi strzelcy, dywersanci- śmieszne. Opatrujemy wojsko i ludność cywilną. Wzywają nas wszędzie, a jest nas już tylko trzy.

Fragment dzienniczka Barbary Bobrownickiej, spisywanego w trakcie Powstania. Zapiski te były podstawą do powojennego opracowania Pamiętnika przez Autorkę.

Fragment dzienniczka Barbary Bobrownickiej, spisywanego w trakcie Powstania. Zapiski te były podstawą do powojennego opracowania Pamiętnika przez Autorkę.

   Toteż musimy korzystać z pomocy ludności, która nigdy nie odmawia. Prowadzę przez Rynek cywili, niosących kolegę. Pada chyba siedem granatników. Rzucam się do ucieczki. Wpadam do bramy. Cywile niosący rannego za mną. Rzucili nosze. Wiatr rozwiewa dymy. Ranny leży sam na noszach. Dałam przykład. Jak to dobrze, że nie było przy tym moich dziewczyn. A może przy nich opanowałabym strach. Muszę trochę cofnąć się w czasie. Myślałam, że nigdy o tym nie napiszę, że przecież nie ma takich słów w żadnej mowie na świecie, które by się do tego nadawały. Nie mogę pozbyć się tamtych obrazów. Może mi ulży, jak napiszę. Wracam do dnia trzynastego sierpnia. Słonecznie. Jedna z sanitariuszek wpada na kwaterę. Czołg na Rynku zdobyty, wybiegamy. Jedzie. Ludzie w jednej chwili rozebrali barykadę, jakby ją zdmuchnęło. Przejechał. Barykada wróciła na swoje miejsce. Wszyscy się cieszą. Wracamy na kwaterę. Zachwiały się mury. Znamy i rozróżniamy bezbłędnie detonacje. Co to było? Wstrząsający huk. Ziemia przyniosła ku nam drżenie, powietrze tłoczy się w uszy. Co to? Nie ma odpowiedzi. Wybiegamy. Dachy, kontury domów zatonęły w gęstych dymach. Biegnę, może jesteśmy potrzebne? Jeszcze nie doszłam na miejsce wypadku, a już wiem. Czołg wyleciał w powietrze. Bomba zegarowa wewnątrz. Wypadek na Kilińskiego – tam nasz sanitariat. Wracam po nosze. Biegniemy. Co za widok! Nie sposób uwierzyć. Kurczę się ze zgrozy. Idziemy jak lunatyczki w oparach krwi, w osiadających pyłach zwalonych murów. Co za znienawidzony zapach, nie można się od niego uwolnić. Przed nami masa ludzkich ciał. Walające się nogi, ręce, kawałki ludzkiego ciała, krew, mózg w pyle i kurzu. Jęki, drgania rannych, rzężenie konających. Kałuże krwi wsiąkają w gruzy. Chłopcy bladzi z bronią pilnują porządku. Straszny jęk…

         Krew, coraz więcej krwi, całe kałuże wsiąkają w gruzy. Krew na ścianach okolicznych budynków, z których przed chwilą odleciał tynk. I cały czas ten duszący, słodki zapach krwi- tego nie można wytrzymać. Nie wolno patrzeć oczom, bo wszędzie zgroza, bo w oknach strzępy ludzi, bo nogi ślizgają się w mózgu, wnętrznościach. Nie wolno słuchać, bo jęki wydobywające się z tej góry poszarpanych ludzi są nie do pojęcia, nie do przyjęcia, bo może się wydawać, że one wydobywają się z naszego wnętrza, z jakiejś nadludzkiej niepojętej grozy. Chodzimy prawie jak lunatyczki, pracujemy jak automaty. Co znaczy nasza pomoc. Wygrzebani spośród szczątków ranni, odnoszeni do szpitala, leżą w długich kolejkach do sali, do stołu operacyjnego. Ilu doczeka. Lekarze pracują bez wytchnienia już tylko przy świecach, bo wybuch czołgu zniszczył przewody elektryczne. Ilu rannych doczeka się swojej kolejki. Ile z tych dzieci, które cichutkie i blade leżą na ziemi. One nawet nie jęczą, nie płaczą. A może już nie żyją. Co za straszne rany. Tuż obok rannego bez nogi, leży człowiek – cały. Prędko. Obie nogi i ręce, nie widać obrażeń. Podchodzę, bo może… czyż może być jeszcze choćby iskierka nadziei? W pustej czaszce krwawe oczodoły, wyszczerzone zęby. Ogarnia mnie jakaś zbawcza tępota, przestaję myśleć, przestaję istnieć. I to jest chyba ratunek. Muszę się przecież jakoś ratować. Nie ma żadnych ludzkich uczuć: ani strachu, ani odwagi – całkowita bezwola. Z przyzwyczajenia dźwigam nosze. Toruję sobie drogę głosem, mówię do ludzi, których widzę i nie widzę. I tylko zbawienne poczucie obowiązku. Po iluś tam godzinach powrót na kwaterę. Obolałe członki, szum w głowie. Nie wolno sobie pozwolić na rozluźnienie. Bo one przecież także – moje dziewczęta. Rozkazuję im jeść kolację. Bronią się. Ale ja wiem, którymś tam podszeptem natury, że nie wolno mi ustąpić. Sama jem kolację. I chociaż to było tak niedawno, nie pamiętam, co mogłyśmy jeść. Ale najważniejsze w tamtej chwili było pokonanie siebie. I nie było ani jednej łzy, ani jednej skargi. I poszłyśmy spać i zasnęłyśmy. Niemcy wgryzają się w Starówkę. Nieustające ataki stają się rzeczą tak zwykłą, że chwile ciszy niepokoją, rodzą przedziwne pytania. Byłam przekonana, że mój punkt sanitarny to twierdza nie do skruszenia. Grubość murów, sklepione sufity – budziły zaufanie. Pociski z dział przenosiły, samoloty nie trafiały. Ale to przecież nie koniec możliwości szarych komórek człowieka. Są jeszcze “szafy”. Nikt z nas nie widział, nie wiedział, co to takiego, ale już widzieliśmy dzieło zniszczenia, już poznaliśmy skuteczność działania. I właśnie jedna z nich wstrzelała się w naszą kamienicę. Okna mojego punktu sanitarnego były właśnie na szlaku pocisków. I oto któregoś popołudnia w naszym pokoju tumany kurzu, ognia, fruwające drzwi, wyrwane z zawiasów. W ułamku sekundy przestały istnieć wszystkie środki opatrunkowe. Wśród ciemności nawoływałyśmy się, chcąc sprawdzić, czy żyjemy. Powoli, w rzedniejącym mroku, wyłaniały się nasze postacie, grubo pokryte ceglanym pyłem. Nie było czasu. Trzeba było natychmiast postarać się o nowe środki opatrunkowe. Trzeba było nasz punkt doprowadzić do stanu używalności. Dziewczęta znalazły jakąś niewielką kałużę i wodą z niej umyłyśmy podłogę i urządziłyśmy się od nowa. Nie przeszkadzało nam, że nie ma już drzwi i okien. Wszystko było gotowe. Następne “szafy” wpadły na nasze podwórze i wszystko zaczęło się od nowa. Nie dawałyśmy za wygraną. W kałuży zostało jeszcze sporo wody. Trzeci raz był chyba najgorszy. Nie wiemy, jakie wiry zniosły nas do ubikacji. Zatrzaśnięte drzwi. Chwila grozy, czy się otworzą. Otworzyły. Przed wybuchem każda z nas była w innym miejscu. Żadna nie czuła, że leci, a jednak jakaś siła zmiotła nas i umieściła wszystkie razem. Dopiero po czwartym razie doszłyśmy do wniosku, że to pewnie ta umyta podłoga przynosi nam pecha. Nie umyłyśmy jej, bo i woda w kałuży się skończyła. Pomogło. Dali nam spokój. Przynajmniej “szafy”. A mimo wszystko przywiązywałyśmy się coraz bardziej do naszego pracy. Przybywało rannych, którym trzeba było na miejscu udzielać pomocy, zmieniać opatrunki, a czasem po prostu pogadać, pocieszyć. Zjawiali się bowiem znękani, bezradni. Poddawali się naszej opiece z takim zaufaniem i wiarą w nasze umiejętności, że podnosiło to nas na duchu. Czułyśmy się potrzebne. Nie zawsze miałyśmy wszystkie medykamenty. A jednak to chyba tu, w tej zrujnowanej kwaterze budziły się nasze instynkty opiekuńcze. Powstawały więzy między tymi, którzy przychodzili tu po słowo otuchy. A ono się zawsze jakoś znajdowało. Skąd? Tego nikt nie wiedział. Bo przecież wtedy już zmęczenie panowało wszechwładnie. Niedożywienie, spanie byle jak, bez rozbierania od tygodni, w pokrwawionych ubraniach z pokiereszowanymi duszami. Na kwaterę przyszedł Jurek z Brzozowej. Na pogaduszkę. Opowiadał nam o swojej matce. Jak ciężko pracowała, żeby on mógł się kształcić. Zdawało mi się, że znam tę niewielką, zmęczoną kobietę z Marymontu, matkę wielkiego jedynaka o blond czuprynie i niebieskich oczach. A jednak bardzo trudno było nam słuchać tej opowieści. Już wcześniej zauważyłyśmy, że jak któryś z naszych zaczyna opowiadać o swoich, o domu, to na drugi dzień albo i wcześniej spotka go coś złego. A Jurek mówił i mówił, a jego niesforne włosy rozsypywały się na wszystkie strony. No i jest wezwanie na Brzozową – pięciu rannych. Idziemy. Zejście w dół ulicą Celną w kierunku Wisły. W pewnej chwili, sama nie wiem skąd- niepokój. Podrywam dziewczęta do biegu. Wpadamy do bramy – pocisk artyleryjski, podmuch rzuca nas na schody (nie wiedziałyśmy, że Niemcy zrobili wyłom w murach i strzelali z działa do pojedynczych ludzi). Ranni. Na jakimś stole duży Jurek. Mózg ma na wierzchu, nad brzuchem piętrzą się jelita, jak długo będzie mi towarzyszyć jego nieszczęśliwa matka. Wszystko ma swój kres. Nasz punkt został zdemolowany. Przenosimy się do piwnic. Nie możemy przyjmować rannych pod gołym niebem. Schron jest ciasny, duszny, ciemny. Całe dnie pali się lampa naftowa. Materiały opatrunkowe leżą na krzesełku. Lampa gaśnie co jakiś czas od podmuchu powietrza, które w ucieczce przed pociskami, “szafami”, tłoczy się do piwnic, do naszych uszu, które z coraz większym trudem to znoszą. Przez ludność cywilną, która już od dawna rezydowała w schronie, zostałyśmy przyjęte serdecznie. Ba, garnęli się pod nasze skrzydła. Tak bardzo potrzebowali opieki, tak bardzo otuchy. Skąd ją brać? A jednak brała się z konieczności. Bo nie tylko tej nieszczęśliwej ludności cywilnej ona koniecznie potrzebna, bo my także musiałyśmy się podnosić na duchu, bo musiałyśmy ukazywać pogodną twarz dla siebie i innych. A nie było to łatwe w chwilach zmęczenia, gdy wszystko dokoła szydziło z naszego optymizmu, a może z obawy przed spojrzeniem prawdzie w oczy. W tej ciasnocie można było spać tylko na krześle. I spałyśmy, chociaż jeszcze parę dni wcześniej nie uwierzyłybyśmy, że to potrafimy. Coraz więcej pracy wśród cywili. Dotychczasowa doraźna pomoc nie wystarcza. Przybywa nam stała pielęgnacja ludzi poparzonych, poranionych, potłuczonych, z postrzałami, ropiejącymi ranami. A zdawało się, że już więcej pracować nie można. Najgorsze były opatrunki poparzonych. Odklejanie cuchnących bandaży, pełnej ropy ligniny. Zapach nie do wytrzymania, a jednak wytrzymywałyśmy. Jeszcze uśmiechałyśmy się do tych nieszczęśników, żeby im nie przyszło do głowy, że nam się zbiera na wymioty. Przepraszali nas. Ci nieszczęśliwi, niewinni ludzie. Przejście z kamienicy do kamienicy odbywało się przebitymi w murze dziurami, najczęściej na czworaka. O duszne, straszne kretowiska. Ale tam przecież, w którymś z kolei schronie potrzebowano naszej pomocy. A nad tym wszystkim grzmiał, dudnił i kotłował się świat wojny. Bomba trafiła w piwnicę. Zasypała jedyny wąski otwór, którym wydostawali się z niej ludzie. Odrzucamy zwały gruzu. Jest niewielki otwór. Spuszczam się po drabinie w jakąś wąską czeluść. Niewielkim korytarzykiem dostaję się do odciętej od świata piwnicy. Całe szczęście – nie ma zabitych. Na wąskiej kozetce leży potłuczona przez gruzy kobieta. Cóż ja jej mogę pomóc w tych warunkach? Trzeba ją stąd wynieść. Trzeba przerzucić tony gruzu, powiększyć otwór. Trzeba rozbić ogromne kawały muru, ruszyć je z miejsca, czym, jak? Mówię o tym jej synowi. Oboje wiemy, że to niemożliwe. Jak on na mnie patrzy. Ile już takich zrozpaczonych spojrzeń musiałam wytrzymać. Dla nich byłam ostatnią deską ratunku, stawałam się ostatnią klęską. Duszno, nie ma czym oddychać. Zakładam parę opatrunków, coś tam radzę i uciekam. Znowu ten strach. Postawa ludności w naszym rejonie jest naprawdę niezwykła. Słyszymy od czasu do czasu głosy rozgoryczonych, ale nawet oni darzą nas zaufaniem i serdecznością. A Rynek, piękny staromiejski Rynek to stosy gruzów, to szkielety domów. Dopalają się resztki starych stropów. Wydaje się, że już wszystko unicestwione, ale ogień znajduje nieustannie żer dla swych płomieni. W nocy wyskakują zewsząd jak diabelskie języki. A nad nimi księżyc, spokojny, wielki, jakiś czysty, jakby obmyty ze wszystkich pyłów świata. Patrzę i zazdroszczę mu przestrzeni, spokoju, pewności swej drogi – ja, mała, uwalana w pyle człowieczym, osaczona, bezbronna… Nie wolno pozwalać sobie na takie myśli. Tego przede wszystkim nie wolno. A w dzień, kiedy gruzy szarzeją, po naszym Rynku chodzą gołębie. Wśród tych zwalisk wydają się jeszcze mniejsze, jeszcze bardziej bezbronne. Wracają po każdym nalocie, po każdym ataku. Coraz ich mniej. Co one jedzą? Dlaczego nie uciekają? Dobrze, że nie uciekają, bo gdybym wyszła na Rynek i nie byłoby gołębi, to chyba byłabym najbardziej opuszczonym człowiekiem na ziemi. Nie mogę im oczywiście tego powiedzieć, ale postanawiam, że jeżeli potrafię – odwdzięczę im się. Na pewno. Przecież ktoś musi napisać o staromiejskich gołębiach w tych trudnych dniach. Musimy zwijać nasz punkt w schronie. Skończyła się nafta. Nie można w tych warunkach pracować. Ciężko nam i im. Będziemy wracać do nich, tu w ciemności, ale to przecież nie to samo. Wiemy, my i oni – bezbronni cywile. Dwa dni odpoczynku na Kilińskiego. Nie nadaję się do tego. Proszę jednego z chłopców, żeby wezwano mnie na barykadę. I w ten sposób znalazłam się pod bezpośrednimi rozkazami porucznika “Szczerby”. Jestem na Jezuickiej. Niewielki budynek, tuż przy barykadzie. Wewnątrz biblioteka. Prawdziwe białe kruki. Zapach starych druków. Nasz czas ma inne wymiary, inne wyznaczniki. Dla mnie nowe, nieznane uczucie. Mam dowódcę, mogę mu zaufać. Przestałam być zagubioną sanitariuszką, do której nikt się nie przyznawał. Z tym większym zapałem uzupełniałam braki w swojej apteczce. Wygospodarowałam jakąś niewielką szafkę – szczyt luksusu. Z radością przyglądałam się równiutko poukładanym bandażom. Takie były czyściutkie w tym świecie bez wody i mydła. Wspaniała atmosfera. Niezapomniane wieczory. Wśród wspólnych trosk i wzruszeń dobrze ludziom. Koło 23 sierpnia przysłano nam oddział szturmowy z Kampinosu pod dowództwem podchorążego Leśniewskiego. Wiedzieliśmy, że to dzielny chłopak. Został podporządkowany “Szczerbie”. Atak. “Szczerba” nie chciał puścić Leśniewskiego do akcji (był wstawiony). Podchorąży się stawia. Nie pozwoli swoim ludziom walczyć bez siebie. Nasz dowódca, bardzo zdenerwowany, zgodził się. Leśniewski był pierwszym zabitym. Za bardzo się wychylił zza zrębu muru. Dostał w głowę. Bardzo przykra atmosfera. Żal chłopaków, którzy stracili dowódcę. Oskarżają “Szczerbę”. Bronimy naszego porucznika. Wszystkim ciężko. Droga do szpitala coraz trudniejsza, gruzy coraz wyżej. Wspinanie się na nie z noszami i to często pod ostrzałem, daje się nam we znaki. Trudno zrozumieć, ale siły się jakoś znajdują. Są miejsca już nie do przebycia i wtedy przechodzimy przez domy. Na Rynku już tylko dom Baryczków. A w nim nasza kuchnia. W nim dwie panie z PŻ-tu. Pani Zosia i jej koleżanka. Aż trudno pojąć. One tam cały czas gotują. Nikt nie zastanawia się skąd biorą wodę, której przecież już od dawna nie ma na Starówce. Codziennie jest kasza. Jakby nie istniały szturmy i naloty. Sypie im się gruz do kotła i trzeszczy nam w zębach, ale któżby na to zwracał uwagę. Kto wie, co one tam przeżywają. Kto zastanawia się, ile odwagi i samozaparcia trzeba, żeby pracować w tych warunkach. Nie mamy czasu, by o tym myśleć. Każdy ma przecież swoje własne trudności, które trzeba ukrywać nawet przed sobą. Najtrudniejszą pracą na Jezuickiej było gaszenie pożarów. Nie było czym. Starodruki paliły się szybko, ogień rozprzestrzeniał się, dymy dławiły. Niemcy byli na Kanonii i w katedrze. Pod naszą placówkę podjeżdżał czołg i z odległości kilku metrów wstrzeliwał się w nadwątlone ściany, wzniecał pożary. Zdawaliśmy sobie sprawę, że w tych warunkach nasze mury nie wytrzymają. Trzeba było pozbyć się Szwabów z Katedry (który to już raz?). Wojtek (Wroński) z Wickiem (Rankowski) postanawiają podpalić zakrystię. Przygotowują butelki. Poruszenie wśród nas. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, na co się ważą. Czołgają się. Pierwszy Wojtek. Wstrzymujemy oddechy. Zamieramy w niepokoju. Wszystkie myśli przy tych chłopcach. Wszystko inne zamarło. A oni posuwają się powoli, ostrożnie, bo przecież z butelkami nie ma żartów. I tego chyba boimy się najbardziej, żeby nie zawadzili o jakąś cegłę, żeby nie uszkodzili butelki. Wreszcie rzucają. Pierwsza, druga, trzecia. Nie widać ognia. Piąta… niezgrabne języki ognia zaczynają obejmować nadpaloną belkę. Czy się utrzymają? Czy starczy im siły? Pełzną coraz wyżej. Docierają do nadpalonych belek, obejmują je, ożywiają się. Pali się. Napięcie słabnie. Już pewni swego obserwujemy każdy nowy płomyczek.

         Niespodziewany rozkaz. Wymarsz do Śródmieścia. Część oddziałów pójdzie kanałami. Część górą, jako osłona dla rannych, którzy nie przejdą kanałami. Ostre pogotowie. Wyruszamy nocą. Na placówce zostaje osiem osób. Czuję się fatalnie. Czy powinnam wychodzić? Odwracam się. Jaka mała wydaje mi się Kropka. Jaka bezbronna.

         Ciemna, bezgwiezdna noc. Trzymamy się za ręce, żeby się nie pogubić. Słychać ściszone głosy nawołujących się oddziałów. Zdenerwowanie. To już inni żołnierze. Atak w tej chwili, to byłaby masakra. Nie ma czasu na zastanawianie się nad tymi sprawami. Nie ma na słuchanie jakiś oskarżeń wpadających w otaczającą nas noc. Wywołują nasz oddział. Ruszamy. Przede mną jeden z chłopców wpada do otwartej szafy na barykadzie. Opieram się z całej siły, żeby nie polecieć za nim. Udaje mi się, ale podczas szamotania mój wygodny półbucik wpada do tej samej szafy. Stracony bezpowrotnie. Nie wolno zostawać w tyle. Jestem bosa na jedną nogę. A tu same gruzy, potłuczone szkło, potrzaskane, pełne zadziorów deski. Idziemy powoli, cicho, pod murami ulicy Miodowej – cała w gruzach. Coraz szybciej zagłębiamy się w jakiś zakamarkach. Wszystko to znane miejsca, a jednak niczego nie możemy poznać. Idziemy, czy krążymy, posuwamy się naprzód, czy nie posuwamy. Niemożliwe, żeby tak daleko było do ulicy Królewskiej, nawet gdyby trzeba było omijać jakieś nieprzewidziane zwaliska. Potęguje się uczucie zagubienia. Gdzie są Niemcy? Mogą być za każdym rogiem. Z oddali odgłosy zaciętej walki. To pewnie inne oddziały przebijają się już przez Królewską? Zmęczenie zwala nas z nóg. Coraz częściej musimy przypadać do ziemi, bo Niemcy wystrzeliwują coraz więcej rakiet. Różnokolorowe światła rażą zmęczone oczy. A gdy zgasną, ciemność staje się nieprzenikniona. Ledwo wzrok przywyknie, a już następne mkną w górę, a cienie powalonych kamienic wydłużają się między naszymi ciałami. Leżymy koło jakiegoś słupa ogłoszeniowego. Na nim resztki plakatów ze świata, który jeszcze nie tak dawno był. Czy naprawdę był i czy to było niedawno? Sytuacja mętna. Wychodzą zwiadowcy na rozpoznanie terenu. Wracają. Nic nie przynoszą. Nie wiemy, gdzie jesteśmy. Zaczyna się rozjaśniać. Męczy nas napięcie i niepewność. Jest już prawie szaro. Wracamy. Spieszymy się bardzo, a za nami pędzi powstające światło. Biedna moja noga, pełna zadziorów i szkła. Już spuchła. Wreszcie nasza placówka. Witają nas rozgoryczone spojrzenia ósemki, która spędziła tu całą noc. Mają rację. Jak należało postąpić? Zajmujemy pozycje. Zapadamy w jakiś półsen, na który nie ma rady. A tu znowu ogień. Podpalili naszą placówkę. Obojętnie patrzymy na palący się nad naszymi głowami strop. Nikt nie wstaje. Niewiele zmienia rozkaz dowódcy- cóż za obezwładniająca niemoc. Dopiero po kilku minutach parę osób zwlokło się do akcji. Jak im trudno. A jednak gdzieś jeszcze znalazły się resztki energii. Przybywało ratujących. Gaszenie utrudniały wybuchające coraz częściej niewypały. Budziliśmy się w żarze do nowego dnia. Znowu czołg przed budynkiem na Jezuickiej, ale już nie damy się spalić. Każdy płomyczek ginie w zarodku. Ale to nie tylko czołg, to natarcie wroga, który już wie, że zwyciężył. A my, chociaż nikt tego nie mówi, wiemy, że nie utrzymamy pozycji. Inaczej bije się żołnierz w takiej sytuacji. Dzień pełen odpraw. Naszego “Szczerbę” też wzywają. Podczas jego nieobecności opuszczamy w pośpiechu Jezuicką. Instalujemy się po drugiej stronie Celnej w narożnym domu (najczęściej wycofywaliśmy się, gdy nasz porucznik chodził na odprawy). W pośpiechu zapomniałam o rannym w brzuch, który leżał w sąsiednim pokoju na stole. Nikt nie chce ze mną wrócić. Przecież tam już mogą być Niemcy. Wrócił “Szczerba”. Wynieśliśmy naszego rannego. Niemcy nie zorientowali się, że nas już tam nie ma. Chociaż nasze nowe stanowisko mieściło się po drugiej stronie ulicy, tylko o jeden dom dalej, zmieniło to naszą sytuację strategiczną. Jezuicka i prawie cała Brzozowa były w rękach wroga. Musieliśmy obsadzić 12 otworów od strony ulic, a pozostało nas koło trzydziestu osób. Prócz KB i PM mieliśmy jeden LKM, który z domu Baryczków ostrzeliwał Rynek. Bardzo oszczędnie, bo z amunicją były kłopoty. Obok na barykadzie u wylotu Krzywego Koła stało dwóch chłopców z granatami. Popękane ściany pochylały się groźnie nad nimi (kto zwracałby na to uwagę). Właściwie to już od samego rana pozycja była nie do utrzymania. Niemcy zasypywali nas huraganowym ogniem. O godz. 10-tej dostajemy rozkaz – utrzymać się do wieczora. Na placu Krasińskich wojsko wchodzi do kanałów. Nie wolno tam wpuścić Szwabów. Byliśmy oddziałem osłonowym. Mogliśmy się tylko domyślać, co dzieje się za naszymi plecami. Niespodziewanie dowiadywaliśmy się, że jakiś oddział bez uprzedzenia opuszczał swoje pozycje, odsłaniając nasze zaplecze. Dobrze, że Niemcy nie zdążyli zorientować się w sytuacji. Gdyby wiedzieli z jakimi siłami mają do czynienia? Gdyby wiedzieli ilu naszych stoi za tymi resztkami murów? A tymczasem na placu Krasińskich panika. Nie sposób to zrozumieć. To przecież ci sami żołnierze, którzy dzień, dwa temu walczyli o każdy dom, ba, każdy pokój. Grożą swoim dowódcom, chcąc zejść w pierwszej kolejności do włazu. Strzelano, rozpychano się. Docierały do nas różne wieści, którym trudno było dać wiarę. U nas spokój, my ciągle jeszcze na stanowiskach. Zdajemy sobie sprawę z powagi sytuacji. Z naszej roli i konieczności utrzymania pozycji. W tej zda się już nierealnej sytuacji, spokój naszego dowódcy stawał się sprawcą naszej postawy.

         (Dopiero później powiedział nam “Szczerba”, że nie wierzył, że wyjdziemy z tego cało). Znacznie później dotarło powiedzenie płk. Wachnowskiego, że Starówkę “Ocalił Bóg i Szczerba”.To było później. A przedtem trzeba było wytrwać cały długi dzień na straconych pozycjach. Niemcy chyba się wściekli. Rano zwaliła się ostatnia z samotnie stojących ścian i zasypała jednego z naszych chłopców. Nie było do niego dojścia. Szkopy odsłoniły sobie pole ostrzału. Nasza kwatera mieściła się w małym pokoiku, prawie nieistniejącego domu. Był to punkt dowodzenia naszego dowódcy. Stąd wychodzili chłopcy na pozycje, łączniczki (“Kropka” i “Czarna Basia”) po meldunki, z meldunkami, po amunicję. Szczerba wysłał mnie z “Czarną Basią” po amunicję na Piwną. Szłyśmy po różnych zakamarkach i zwaliskach. Nic już nie było podobne do czegoś z dnia poprzedniego. Każdy milczący skrawek pod naszymi stopami zapowiadał niewiadome, niósł niepewność, budził obawy. I do tego ta cisza. Nie lubiłam ciszy. Było w niej coś z czającej się zasadzki. Gdzie są Niemcy? Czy idziemy wprost w ich łapy, a może czekają, aż zbliżymy się bardziej na odległość strzału? Wyobraźnia pracowała w popłochu. Każda cegła, każdy wydłużony cień mówiły nam o naszym zagubieniu. Przeszłyśmy Rycerską i wdrapałyśmy się po zwaliskach desek i gruzu na Piwną. Nadal cisza. Raptem granatnik i zaczęło się jakby się zerwały z łańcucha złe moce. Przycupnęłyśmy w nierówności terenu. Nie możemy się zorientować skąd nas atakują. Zewsząd? Niemożliwe. A jednak wszystko i ze wszystkich stron świszcze, rozpryskuje się, szydzi z naszego zagubienia. Boimy się nie na żarty, straciłyśmy zupełnie orientację. Co gorsza czuję, że tracę głowę. Mimo to żadna z nas nie chce się pierwsza przyznać, że się boi, podjąć decyzję odwrotu. Wreszcie biorę to na siebie. “Musimy tu przyjść później” – słyszę mój głos, jakby się nim ktoś inny posłużył – “Jak się uspokoi”- wiem przecież, że już nie wrócę. Chodzi tylko, żeby ona nie wiedziała, że ja tchórzę. Jej zresztą wyraźnie ulżyło, chociaż myślami, że ja tego nie widzę. Wróciłyśmy. Melduję Szczerbie… Nic nie mówi. Nie było rannych. Roznosiłam obiad naszym chłopcom. Byli tacy spokojni i pewni siebie. Rozmawialiśmy szeptem. Niemcy przecież w odległości kilku metrów od naszych placówek. Prawdziwą tragedią w tej sytuacji był ten brak ludzi. A do tego nie byliśmy nawet pewni czy na tyłach wszystko w porządku, czy przypadkiem jakiś oddział nie opuścił placówki, dając Niemcom możliwość otoczenia nas. Teren, który mieliśmy obsadzić, był wciąż zbyt duży. Weszłam do kwatery w chwili, gdy “Szczerba” dziękował Wickowi Rankowskiemu za podpalenie domu na ulicy Brzozowej 2/4. A był to dom, w którym Wicek się wychował, a może nawet urodził. Prosił naszego dowódcę, żeby właśnie jemu powierzył to zadanie. W miarę wycofywania musieliśmy podpalać to, co dało się zapalić, by opóźnić wejście wroga na tereny opuszczone przez nas. Koło jedenastej zaczęliśmy się powoli wycofywać. Teraz przyszła kolej na naszą obecną placówkę. Dowiedziała się o tym ludność cywilna. Przyszli prosić Szczerbę, żeby nie podpalał. W tym niewielkim pokoiku znajdowały się resztki ich dobytku. – Bardzo mi was żal, biedni ludzie – mówi nasz dowódca. Widzę, że ma łzy w oczach. – To nam was żal. Jak trzeba, to palcie – pada odpowiedź tych niezwykłych ludzi. A przecież to już miesiąc spędzony przez nich w piwnicach na pograniczu zwątpienia i nadziei, w głodzie, ciemności, brudzie, niepewności każdej nadchodzącej godziny. Co wiemy o cierpieniach tych ludzi? Są wśród takich samych nasze matki, młodsze rodzeństwo, nasi… nie, nie wolno nawet myślą zagłębiać się w te rejony.

Na rozkaz dowódcy przenoszę się do domu Baryczków, który ciągle jeszcze stoi. W nim pozycja naszego LKM. To on trzyma pod ostrzałem cały Rynek. Prócz niego dwa KB, na barykadzie przy Krzywym Kole, miejscu, gdzie łączy się ona z Rynkiem, opierając się z jednej strony o dom Baryczków, z drugiej o linię Barssa, której jeszcze bronią nasi wycofując się powoli.

         Godzina siedemnasta. Nasz Szczerba znów na odprawie. Odwrotem kieruje porucznik “Zawrat”. Nie uczestniczyłam już w tym. Siedziałam sobie spokojnie w domu Baryczków pod opieką naszego LKM. Całe szczęście nikt mnie nie wzywał. Całe szczęście nie byłam potrzebna. Nie wiem nawet czy zauważyłam, że w pewnej chwili nasz karabin maszynowy umilkł. Dopiero krzyk: “Niemcy na Rynku!” zelektryzował wszystkich. Dopiero wtedy milczenie naszej osłony dociera do mojej świadomości. Jesteśmy bezbronni. Niemcy, widzę ich przez szerokie szpary między deskami, które mają zabezpieczać wejście do naszego punktu oporu (“zabezpieczać” – śmiechu warte). A Niemcy jeszcze ostrożni, jeszcze się skradają. Panika wśród naszych. Przerażenie, niemal namacalne, gnało nas do tyłu. Złapałam mój tobół ze środkami opatrunkowymi i przez ruiny domów uciekam za innymi. Ale już po kilkunastu metrach zdaję sobie sprawę, że tam, na linii Barssa, nasi chłopcy bez osłony. Nie obronią się, skazani na wymordowanie przez Niemców. Zaczęłam jakimś nieludzkim głosem krzyczeć do uciekających. Nikt mnie nie słyszy. Wypadłam na Krzywe Koło. Uczucie przerażenia i rozpaczy, myśli bezładne. Pierwsza, pobiec i dać naszym chłopcom znać. Wiem, że nie dojdę. Wszystko mi jedno, wszystko jedno. Dopiero po chwili dzieje się ze mną coś dziwnego. Rzucam mój sanitarny tobołek. Łapię pierwszych napotkanych żołnierzy z placówki AL. Stoją chyba na warcie. Wszyscy mają KB. Rozkazuję im. Jestem tak pełna determinacji, że nie opierają się. Idziemy. Prowadziłam ich na opuszczone pozycje. Strach, znowu ten strach. Nie dawałam się. Czułam się jakaś inna, jakbym urosła we własnych oczach, jakby racje, które mnie wiodły, unosiły mnie ponad wszystkie inne racje. Przede mną tylko wąskie deski. Widzę zielone mundury, widzę skradające się buty. Idę pewnie. Nie wolno mi się cofnąć. Tylko moja pewność siebie jest gwarancją, że ci nieznani chłopcy nie cofną się. Ustawiam ich przy trzech oknach. Strzelają. Niemcy wpadają w panikę. Niemcy uciekają, padają, powstają, padają i nie wstają. Chłopaki, kochane chłopaki, jak oni strzelają, jak trafiają. Jestem przy nich, dodaję im otuchy, chociaż im to niepotrzebne. Ilu powstańców miało tak wspaniałe pole ostrzału, ilu tak widoczny cel. Czułam się, jak prawdziwy dowódca. Zaczynają wracać nasi z nową bronią. Chłopcy z AL-u zwracają się do mnie, że muszą wracać na opuszczone pozycje. Biegnę do ich dowódcy. Tłumaczę mu. Oddaje mi swoich chłopców do dyspozycji. Dopiero wtedy zbliżam się do barykady. Widzę ich, widzę żywych, całych! Trochę jakby zdziwionych. Krzyczę do nich przez barykadę, jakbym chciała wykrzyczeć moją szaloną radość, że widzę ich już bezpiecznych… Porucznik Zawrat oddał komendę nad Krzywym Kołem Wojtkowi, a mnie domem Baryczków. Co za uczucie, byłam prawdziwym dowódcą. Choć teraz już spokój. Oglądamy z daleka trupy Niemców. Zielenią się nam w oczach. Nad przeróżnie porozrzucanymi ciałami góruje jeden siedzący wśród gruzów, oparty wygodnie o wystające deski. Wrócił Szczerba, a z nim nowy LKM. Skończyła się moja rola. Zaglądając w przeróżne kąty, znalazłam na parterze maleńki pokoik, a w nim, nie do wiary, pod sam sufit ustawione skrzynki z wodą sodową i oranżadą. A my od tak dawna nie mieliśmy już wody. A my często nie mogłyśmy umyć rąk przed i po założeniu opatrunku. “Teddy” przyniósł bezcenną jeszcze niedawno “pięść pancerną”. Teraz nikomu już niepotrzebną. Poszłam ją schować. Spotkałam znajomych. Rozmawiamy. Obok niezauważony stoi może sześcioletni chłopczyk. Podchodzi do mnie, podnosi swe niebieskie, pełne łez oczy i pyta: – To Niemcy przyjdą tutaj? Zaprzeczam gwałtownie, zła na siebie, że to maleństwo usłyszało coś tak niewłaściwego. Chyba nieprędko zgubię obraz tych przerażonych, dziecinnych oczu. Już po chwili posłyszałam rozmowę ludzi z OPL-u, którzy postanawiali nie wystawiać na noc posterunków obrony przeciwpożarowej z racji naszej obecności. Słyszałam ich spokojne głosy, ich troskę o nasze zmęczone posterunki. Usiadłam na gruzach i natychmiast zasnęłam. Obudzili mnie przed samym wymarszem. Szliśmy cichymi krokami przez ulicę w kierunku placu Krasińskich. Na chodnikach stała ludność Starówki. Domyślaliśmy się jej obecności w ciemnościach. To byli ci sami ludzie, którzy przez wszystkie dni okazywali nam tyle troski i życzliwości. Stali cicho. Zostawialiśmy ich bezbronnych na pastwę wroga. I teraz cisza między nami. Jak wieloznaczna potrafi być cisza, ta, którą przeraża nas wróg, ta która rodzi się pod naszymi ostrożnymi stopami, by chronić nas przed wspólnym cierpieniem i tylko ciszy, która niosłaby nam ukojenie w tych trudnych godzinach brak. Dopiero po chwili odzywa się pojedynczy głos – “Zaczynaliście, nie pytaliście nas, odchodzicie i nic nie mówicie”. I nic więcej. I w tej ciszy nikomu nie pękło serce. I nikt nie powiedział już ani jednego słowa. Idziemy do kościoła Paulinów. Tu będziemy czekać na swoją kolejkę do kanałów. Cała Starówka płonie chęcią ucieczki. A tylko dla wybranych otwarty jest właz do kanału. Nam udziela się atmosfera zdenerwowania. Wychodzimy kolejno. Rozkaz: zostawić wszystkie rzeczy. Leżą ich już całe stosy, po tych, co odeszli. I legł na nim mój, z takim trudem kompletowany tobołek sanitarny. Położyłam troskliwie mój niezawodny koc. Jeszcze wychodząc widziałam go na samym szczycie. Jakbym przyjaciela zostawiała, tyle razy chronił mnie przed chłodem nocy, tyle razy tulił w spokojnym śnie na przeróżnych podłogach. A tam gdzie szłam już go nie będzie… Do kanału szliśmy “gęsiego”, potem w kucki, a w miarę zbliżania, czołgając. Mało kto wiedział o istnieniu stopni do schodzenia. Przeważnie spadaliśmy z góry, dobrze, że nie bardzo głęboko. Zleciałam, jak inni. Ciemność. Złowrogi szum ścieków, który niósł się w akustycznym tunelu i wypełniał wszystko. Ohydny odór. Brnąć po kostki w wodzie, trzymam się mego poprzednika, za mną następny trzyma się mnie. Posuwamy się jak najciszej. Wiemy już przecież, że Niemcy wrzucają do włazów granaty, zapalają benzynę, karbid… Nie wolno o tym myśleć w tej chwili. W miarę upływu czasu, coraz trudniej iść. Nie można się rozprostować. Owalne, niskie kanały nie były dostosowane do takich celów. Nie można postawić prosto nogi. A ja jeszcze do tego mam na sobie balowe pantofelki na cieniutkich obcasach, które podarował mi jeden z kolegów, po tym jak zgubiłam swój but na barykadzie. Nauczyłam się, chociaż z trudem, chodzić w nich po gruzach, ale tu było jeszcze gorzej. Bez przerwy wykrzywione nogi bolały nieznośnie. Gazy wydzielane przez płonące w dole ścieki mąciły w głowie, która ciążyła nieznośnie. Coraz częściej urządzamy postoje, coraz więcej zrezygnowanych siada w płynących nieczystościach. Mam nieprzepartą ochotę położyć się i już więcej nie wstawać. Tylko świadomość, że wszyscy przeszliby po mnie nie pozwala. Mniej więcej w połowie drogi Wojtkowi spadł hełm do ścieków. Będący już u kresu wytrzymałości chłopak włożył go bez zastanowienia na głowę, nie wylawszy jego zawartości. Dopiero wtedy się ocknął. Słowa, które do nas dotarły nie nadają się do powtórzenia. Wszyscy śmieją się. Nie możemy się opanować, mimo, że Wojtek przez to jeszcze bardziej się denerwuje. Ale chyba dlatego dalej szło się łatwiej. Po pewnym czasie (trudno określić coś tak bardzo abstrakcyjnego w naszej sytuacji), kanał jeszcze bardziej obniża się. Zginamy jeszcze bardziej nasze umęczone grzbiety. Kostki w nogach, kręgosłup, wszystko, całe ciało nabrzmiewa bólem. Wreszcie dowiadujemy się, że już tylko 500 metrów do końca. Jak to przejść? Wreszcie 200 metrów, a potem sto. Te ostatnie 100 metrów, to chyba najdłuższe sto, które przebyłam w życiu. Ból, zmęczenie przechodzi w jakieś bezgraniczne otępienie. Mimo to przyspieszamy – byle prędzej, byle do światła. Wychodzimy, nie – raczej wyciągają nas czyjeś anonimowe ręce. Powierzamy im swoje cuchnące, sponiewierane ciała. Nie stać nas już na nic, nie docierają żadne uczucia. Z półmroku wyłaniają się domy, całe, nietknięte. Nie sposób uwierzyć. Jesteśmy na Wareckiej, róg Nowego Światu. Prowadzą nas na kolację. Światło. Jest nawet woda, wszędzie czysto. Zjadłyśmy po misce soczewicy i spać. Padamy na słomę leżącą na betonowej podłodze, jak naładowane worki. Natychmiast zasypiamy. Nikt nie czuje odrażających wyziewów. I zaczęły się głodne dni w Śródmieściu. I rozeszły się głosy, że “Starówka” “szabruje”. A jeść nie dali. Każdą kradzież dopisywano do naszego rachunku. Dla nas, cośmy wyszli z gruzów Starówki, gdzie nie raz jedna, jedyna ściana, kryła naszą obecność przed oczami wroga, zaczęły się ciężkie dni. Kwatera na ulicy Kopernika w kinie “Cassino”, dwie głodne noce i dnie, spędzone na krzesłach. Stamtąd przejście do hotelu “Savoy”. Wynosimy się prędko – wszystko się pali – całe szczęście bez ofiar. Następna kwatera- konserwatorium. Coś we mnie woła “nie idź, nie idź”. Co to znaczy – rozkaz na zawsze zostanie rozkazem. Poszłam stamtąd odwiedzić panią Halinę (siostrę komendantki), na ulicy Kopernika pod trzynastym. Kwaterowała na drugim piętrze. Uporządkowany dom. Co za książki! Trudno odejść. Samoloty. Bomby w nasz dom. Wszystko się chwieje. Znowu nienawistny zapach kruszącego się tynku- zwiastun nieszczęścia.

         Wychodzę do przedpokoju. Pierwsza bomba. Druga bomba. Walą się drzwi, schody, skąd mogę wiedzieć co się wali, całkowita ciemność, gęsta kurzawa, nie ma czym oddychać, leżę, boję się ruszyć. A wszystko to trwało ułamki sekund. Boję się ruszyć. Nic nie widzę. W każdej chwili mogę zlecieć wraz z obsypującym się gruzem, z drugiego piętra. Czekam. Rozjaśnia się. Trzecie i czwarte piętro zwalone, dwie osoby zasypane – słyszę głosy ratujących. Pani Halina nie naruszona. Już nic nie wiem. Ocknęłam się dopiero na parterze. Leżałam na posłaniu olbrzymiego doga, czekając na lekarza. Stoi nade mną i patrzy smutnymi ślepiami, jakby wszystko rozumiał. Bałam się niedołęstwa. Co teraz będzie? Jestem przeraźliwie brudna. Po opatrunku idziemy do konserwatorium. Prowadzą mnie. Idę, chociaż wszystko krzyczy we mnie: nie idź, nie idź! Kładą mnie na następne legowisko. Leżę obolała, nieumyta. Już dwanaście godzin minęło od tamtego bombardowania. Rozlokowałyśmy się w narożnym pokoju od strony ogrodu. Okna bardzo nisko. Granatniki rozrywają się w ogrodzie – lecą szyby. Jakby szli naszym tropem. Lecą samoloty. Bomby, tylko dwie. Jedna burząca, jedna zapalająca. Walą się mury. Płoniemy. Uciekamy. Janka i Bogut nie chcieli zejść z nami na dół. Zawaliło ich. Wzywają pomocy. Wszystko pali się. Nie możemy do nich dotrzeć. Może rzucić im granat. Nie ma jak. Nie możemy im pomóc. Wołają coraz głośniej, coraz rozpaczliwiej. Wojtek nie wytrzymuje napięcia. Chce się zastrzelić. Wyrywają mu broń. Oddalamy się. Oni ciągle wołają. Mają przecież broń. Chyba nie spalą się żywcem? Nie wiemy, gdzie pani Jadwiga. Część dziewcząt gdzieś się zgubiła. Docieramy do ogrodów Kazimierzowskich. Wita nas granatnik. Nasi, niewidoczni, krzyczą z ukrycia, żeby się wycofać. Idziemy na Okólnik – zbłąkani żołnierze. Nie wierzymy własnym oczom. Jakiś mężczyzna wywiesza białą flagę. – Co robisz, co robisz? – nie reaguje. Strzały. Zwinął się. Zwinęła się biała szmata na kiju. Zastrzelili. Który z naszych? Jakiś oddział uzbrojony po zęby opuszcza placówkę. Nasi chcą zabrać im broń. – Będę strzelał, będę strzelał! – krzyczy chłopiec, ledwie wyrosły z dzieciństwa i mierzy w nas lufą automatu. Rozjuszony do ostatnich granic, dzikie, przekrwione oczy. Widać, że wykona groźbę. Dorastał przecież w czasach, kiedy za broń płaciło się najwyższą cenę. Sytuacja staje się groźna. Wreszcie po chwilach napięcia dochodzi do głosu rozsądek. Odchodzimy. Zaatakowani przez nas powstańcy odprowadzają nas wzrokiem, stojąc na swoich pozycjach. Może uświadomili sobie, co chcieli zrobić? Może zrozumieli, że jakiś inny oddział pozbawią zaplecza? Odchodzimy między płonące domy. Wszędzie gruz i zniszczenie, ale to już nie robi wrażenia, to przecież nasza codzienna sceneria. Wrażenie robią całe domy, ulice bez gruzów. Dochodzimy do Chmielnej – zagubione wojsko. Jesteśmy zupełnie zdezorientowani. Komendantki nadal nie ma. Jakimiś korytarzami, podziemnymi przejściami dochodzimy do Wspólnej 7. Ma tu być przygotowana kwatera. Nikt nic nie wie. Przyjęli nas do wyjaśnienia. Ostatnie dni na Starówce bez prasy, bez wieści spoza własnej barykady. W Śródmieściu na drugi dzień, spotkałam Halinkę Adamowiczówną i posypały się wiadomości ze świata.

         Dowiedziałam się na wstępie, że uznano nas wreszcie w Londynie za kombatantów. Co to znaczy? Po miesiącu walk? Czym byliśmy dla nich do tej pory? Czy tylko buntownikami, czy prościej: bandytami? A więc tam ktoś, przez cały miesiąc, targował się o nas. Jaką cenę musiał zapłacić, jakiego trudu dokonać, by uratować nasze niedobitki przed szubienicą? Przyjęli nas jednak pod skrzydła Konwencji Genewskiej. Jak wielkie mieli wątpliwości – o moja głupia głowo. Nie dowiedziałam się jeszcze, czy Marysia (siostra), która zginęła razem z Irką Czechowską, jako sanitariuszka w naszym oddziale, która opiekowała się każdym skrzywdzonym wróblem, zostanie “bandytą”. Czy przysługuje nam wsteczne prawo przyjęcia naszych poległych w nasze szeregi. Jestem prostym żołnierzem, może nazbyt prostym i dlatego wszystko, co robię, jest dla mnie proste i jasne i chyba dlatego nic nie rozumiem. A tymczasem przyzwoitych żołnierzy niemieckich broni Konwencja Genewska. To nie koniec czarnych wieści. Jest ich chyba ponad miarę. Żywności prawie nie ma Anglicy okłamują swoich obywateli, że udzielają nam pomocy. Depesze “Bora” do Londynu pozostają bez odpowiedzi. Rosjanie nie przyjdą, dopóki są nasze władze, bo nie chcą być uzurpatorami. Pomyślne wiadomości powstają w redakcjach, by podtrzymywać ludzi na duchu. Już zaczęto rozmawiać z Niemcami, którzy na razie stawiają warunki nie do przyjęcia. Ludność cywilna ma opuścić miasto. Nasze oddziały do niewoli. Kto im uwierzy? Depesze z Londynu, wpływają na odwlekanie decyzji. Tysiąc bombowców przyleci z pomocą. Niemcy naglą. Złe warunki atmosferyczne. Aliantów nie ma. Czekają na lepszą pogodę, my na nich – na pewno przylecą. Przedstawiciel ZSRR namawia do wytrwania. Pomocy znikąd. Na naradach na najwyższym szczeblu, ciągle brak pełnego składu członków, wymaganego do podjęcia decyzji (to członka Rządu, to Rady Jedności). Odwlekanie. Ludzie giną. Wreszcie Niemcy zostawiają dwie godziny do podjęcia decyzji. 50 stukasów czeka w pogotowiu. I wtedy rzecz niewiarygodna – warkot samolotów radzieckich nad Warszawą. Mamy obronę. Stukasy nie wystartowały. Decyzji nie powzięto. Walczymy dalej. Już chyba lepiej było nie wiedzieć. Nie ma się nawet z kim podzielić. Nie wolno nam, prostym żołnierzom, odbierać złudzeń. A tam z Powiśla odgłosy walki, tam nasi chłopcy. Znowu oni, bez odpoczynku – biedne chłopaki – Niemcy zajęli Powiśle.. Z moim kolanem coraz gorzej, już nawet mimo usztywnienia, nie mogę chodzić, temperatura prawie 39 stopni. Idę na drugą stronę Alei Jerozolimskich do cioci Muszki Koszarskiej. Muszę się podleczyć. Wchodzę do jej domu – trudno doprawdy uwierzyć – wyfroterowane podłogi, wymyte okna, wszystko na swoim miejscu. Jemy wspaniałą potrawę, purée z grochu z czosnkiem i solonym masłem. Co za specjał. Pomimo że jemy trzy razy dziennie to samo, nie może obrzydnąć. Dobrze mi tu i zaczynam się bać, że odwyknę od wojny. Trzeba stąd jak najszybciej zwiewać, bo się rozkleję. Ale jeszcze tu miałam przeżyć jeden z najwspanialszych dni powstania. Równy, miarowy warkot zbliżał się powoli. Niebo jęczało od warkotu silników. Boże jak ich dużo! Ile bomb na jedną Warszawę? Lecą równym szykiem. Raptem ktoś krzyknął, wszyscy krzyczą: to nasi, działa przeciwlotnicze wdzierają się w naszą radość. W odpowiedzi, zakwita niebo, to kolorowe spadochrony. Jak śmieszna wydaje się niemiecka obrona, wobec tej potęgi, tam na górze, wobec jej niezmąconego spokoju. Nie drgnęło ani jedno skrzydło samolotu. Jakie niepodobne do szwabskich, które w diabelskich poślizgach, nurkach, świstach, godzą w nas tym, co mają najgorszego. Ludzie krzyczą:- To desant, to nasi! Rzucają się sobie w objęcia, płaczą… Głos jakiejś kobiety wybija się ponad ogólną radość: To mój syn, to mój syn! Pierwsze rozprute spadochrony zwijają się boleśnie. Rozpacz… To nie ludzie, to zasobniki z bronią – pociesza jakiś anonimowy głos. Wiatr znosił zasobniki w kierunku Woli. 30 procent zrzutu dostało się w łapy Niemców. Nie zapomnieli o nas, nie zapomnieli – powtarzają ludzie. Jakże byliśmy samotni, jak bardzo był nam potrzebny ten odruch pamięci. Odlecieli. A jednak chyba nie całkiem. Zniknęli tylko gdzieś za horyzontem, okaleczonym kikutami zwalonych domów. Staram się o przepustkę na powrót do oddziału. Nie chcą mi jej wydać. Dlaczego? Na szczęście znowu spotkałam Halinkę Adamowiczową i ona załatwiła mi wszystko od ręki. Wracam. Jest to jakby ucieczka przed samą sobą, obawą, że ta cisza i wygoda rozkleją mnie zupełnie. A jednak człowiek stwarza sobie siebie i nie chce się na sobie zawieść. Noga jeszcze w elastycznym bandażu, ale już działa. Droga wiedzie przez podziemne przekopy, przez piwnice i przebite w nich otwory. Korytarze w piwnicach oznakowane, prowadzą w różnych kierunkach. Wszędzie pełno ludzi, którzy chętnie udzielają informacji. Tu znowu spotykam się z życiem ludności cywilnej Warszawy. Głodni, wymizerowani, niedomyci, znękani siedzą, ba mieszkają, żyją pod ziemią. Wspólna niedola, nie tylko łączy, lecz dzieli. Nie sposób zauważyć tego, chociaż niewiele mam czasu na pogawędki, ale oni oczekują ode mnie wiadomości, pociechy- wszystko przez tę opaskę. Muszę także co pewien czas odpoczywać – noga jeszcze nie przywykła do chodzenia. I wtedy oni mówią, oni się żalą, irytują, oskarżają, pytają, kiedy wreszcie koniec. Tak jakby to, że jestem żołnierzem, czyniło mnie wszystkowiedzącą. Staram się tych biedaków podnosić na duchu. Sama zanurzam się w ich rozpacz i czuję się jak kłamca. Oni nic o tym nie wiedzą, czepiają się każdego jaśniejszego słowa i trzeba je z siebie wykrzesać. Coraz więcej jednak takich, którzy patrzą na nas niechętnie, coraz twardsze słowa wyrzutów, coraz trudniejsze do odparcia oskarżenia. Najwięcej goryczy narasta w kolejce po wodę, gdzie kilkugodzinne stanie, nieraz pod ostrzałem, było prawdziwą męką dla wynędzniałej ludności. A tam, w nieznanych odległych piwnicach, żyły nasze rodziny. Czy żyły? Na takie myśli nie wolno sobie pozwalać. Tak żyli, umierali i rodzili się cywile. Rozpacz, co oni jedli? Coraz więcej ludności chciało już się wydostać z tych podziemi. Niemcy wyznaczyli godziny wyjścia dla ludności cywilnej. Wreszcie przejście przekopem w Alejach Jerozolimskich. (Ile ofiar pochłonęła praca nad tym rowem). Długa kolejka mężczyzn, dźwigających na plecach worki z pszenicą. Zgięte plecy. Niewidoczne twarze. Włączyłam się w nurt idących. Mniej więcej w połowie drogi odwrócił się i popatrzył na mnie. Twarz pełna wściekłości. – To wszystko przez was – postawił swój worek i szedł w moim kierunku. Strach przeraźliwy. Co on chce zrobić? Inni też postawili worki, zatrzymano kolejkę. Atmosfera zrobiła się niesamowita. Wtuliłam się w stromą ścianę. Jakaż czułam się znikoma, a on szedł do mnie. Inni, chyba też, ale nie jestem tego pewna. Przerażenie odbierało mi świadomość. Czułam tylko, że za chwilę stanie się coś strasznego. I w tej chwili, odezwał się spokojny męski głos: – Ludzie, co wam zrobiła ta dziewczyna? Twarze odwracały się ode mnie. Nogi zaczynały się poruszać. Worki na plecach oddalały długim wężem. Stałam jeszcze długo wtulona w kostropatą ścianę ziemi, nim nogi poniosły mnie do długiego węża ludzi, posuwających się z workami na plecach. No i znalazłam się po drugiej stronie Alei wśród naszych chłopców i dowódcy. Od razu poczułam, że coś się zmieniło. Niedomówienia, uciekające spojrzenia… Wreszcie rozmowa z Wickiem (Rankowskim) i Wojtkiem (Wrońskim). “Bo ty nie wiesz Baśka, że ten “Szczerba” to nie ten “Szczerba” ze Starówki…” Nie ten?… Na poczcie nie był ani razu (wtedy nasze posterunki znajdowały się na zrujnowanej głównej poczcie). Coś się zawaliło. Dowódcy nie mają prawa do depresji. Dopiero wtedy zrozumiałam, jak wielkie znaczenie dla żołnierza ma jego zwierzchnik. A “nasz Szczerba”, to przecież nie jest tuzinkowy człowiek, nie tuzinkowy żołnierz. Słowa żalu. Jak oni patrzą, jak patrzą. Ile w nas jeszcze niedorostków, które potrzebują oparcia. Sama nie mogę uwierzyć. Czuję, że znowu coś się wali. Bo przecież tam, na Starówce, gdzie wszystko było już zwalone, nic nie mogło zniszczyć naszego zaufania do Szczerby. To przecież jego równowaga, spokój, jego dowodzenie, utrzymywało tak długo w naszych rękach ten ważny odcinek, tak naprawdę wbrew wszelkiej logice. (Dopiero po przejściu kanałami przyznał się, że nie wierzył, że się utrzymamy. Ale my wierzyliśmy i to dzięki niemu.) Nie mogę słuchać oskarżeń, czuję, że go krzywdzą, nie potrafię obronić. A chłopcy, przecież oni też się zmienili. Patrzę na pokrzywdzonych, rannych, rekonwalescentów i obwarowuję się wewnętrznie przed utratą wiary… Szczerba przyjmuje mnie radośnie. Poznaję jego żonę. Miła i wesoła – polubiłyśmy się. Tymczasem z wyżywieniem coraz gorzej, kasza “pluj”, gorzki makaron, coraz trudniej przechodzą przez gardło. Głód dokucza coraz bardziej, nie zaspokaja go także gotowana pszenica ani chemiczne oleje, pachnące ziemią. Chłopcy zaczynają jeść psy. Przyrządza je pani Zosia, matka “Młodzika”, który, ranny w szczękę, jest w szpitalu. Kapitulacja wisi w powietrzu. Od czasu do czasy “kukuruźnik” radziecki zrzuca nam mąkę lub drobną kaszę kukurydzianą. Gotujemy z tego coś, co się nazywa zupą (woda z mąką). Trzeba nie lada umiejętności, przynajmniej z naszej strony, żeby nie zrobiły się obrzydliwe kluski. Właśnie na mnie przypadła kolej gotowania. Przed tym jednak muszę się przespać. Zmęczenie wali mnie z nóg. Wicek pożyczył mi swój kożuch. Schodzę do piwnicy. Starannie wybieram zaciszny, możliwie czysty kącik i przestaję istnieć. Śniło mi się, nie do wiary, że jem nóżkę kurczęcia. Jak ona pachniała, jak za chwilę miała chrupać w moich zębach. Podnoszę ją do ust, a tu z góry dolatuje głos Wicka: – Baśka, wstawaj! – Czekaj, czekaj, niech ugryzę.- Zaciskam oczy z całej siły. Jeszcze czuję zapach zarumienionej nóżki. Nic z tego. Sen nie wrócił, idę gotować kukurydzianą polewkę. A jednak do dziś – minęły 3 tygodnie – nie mogę odżałować, że nie udało mi się ugryźć. Cóż z tego, że przez sen, choćby przez sen. Zawieszenie broni. Ucichły strzały. Tam w górze, pewnie radzą. Przechadzamy się po ulicach w pobliżu naszych stanowisk. Niemcy także w pobliżu swoich pozycji – bez broni. Chcą nas przekonać o swoich uczciwych zamiarach i dobrych chęciach. Namawiają nas do poddania się. Wszystkie rozmowy podobne do siebie. Widać, że oni też mają dość naszego powstania. Na placu Napoleona, w pobliżu “drapacza”, chłopak z opaską pocałował się z Niemcem. (Nie można z takiej odległości zobaczyć ich twarzy). Jak on mógł, jak on mógł – tyle mordów, tyle krwi między nami. W to po prostu nie można uwierzyć. Może jednak tamten drugi był powstańcem w niemieckim mundurze, może zgubił opaskę?… Może jednak nie był Niemcem… Kapitulacja. I to jeszcze trzeba przeżyć. I tu trzeba pozbierać uczucia, rozsądek, nasze smarkate racje, naszą rozpaczliwą wiedzę, dumę, bezsilność. I tu się nie można pozbierać.

         Pierwszy raz popatrzyłam na zwalone mury, które dotychczas były moją barykadą, za którą zawsze była nadzieja, a stała się w jednej chwili ruiną mego miasta. Cośmy zrobili, cośmy zrobili! Gruzy, a pod gruzami. Od tego nie można było uciec nawet w myślach.

         Ślub “Gigi” i “Wicka”. Wszyscy jesteśmy z nimi. Mieszane uczucia. Bo i ta sceneria i minione dni, jakby coś odebrały szczeniackim spojrzeniom… Wyglądają pięknie – oboje tacy ładni. Raptem wstrząs “Boże, coś Polskę” – nie, tego nie można wytrzymać. Więc już tylko skarga, tylko …błaganie? A to przecież były sprawy, o których nie chciałam myśleć. Naokoło zrozpaczone oczy, łzy – gdzież granica klęski? Przed nami dnie decyzji. Co robić z sobą? Straszno wszystkim, nie ufaliśmy przecież Niemcom. Uważałam, że do końca muszę ponosić konsekwencje tego, co robiłam przez całą wojnę – idę do obozu – nie zdejmę dobrowolnie opaski. Przynajmniej rozterki oszczędziłam sobie. Widzę, słyszę, jak inni się męczą, doradzają , odradzają, straszą. Oczekują najgorszego, bo czegóż mogą oczekiwać? Komu zaufać, nikt nic nie wie… Pisałam już o tym, że chłopcy jedli psy. Przyrządzała je pani Zosia, matka “Młodzika”, który w tym czasie był w szpitalu (ranny w szczękę). Namawiali, opowiadając, jakie to dobre. Nie, to niemożliwe. Co prawda mój ojciec w Legionach jadł bociana, mamusia w dwudziestym roku wronę, ale to przecież jeszcze nie pies. (Znacznie później dowiedziałam się, że mojego przyszłego męża Niemcy w obozie karmili lisami). Niektórzy koledzy na mój widok zaczynali szczekać i mówili, że mają psie dusze. Złamałam się, postanowiłam udowodnić im i sobie, że stać mnie na jedzenie jakiegoś anonimowego kundla. Było to zupełnie niezłe. Tłusty kawałek z kluskami i sosem, starannie przygotowany przez panią “Młodzikową” (przezwisko to przylgnęło do niej). Pomimo głodu, coś mi się zaciskało w przełyku. Dopiero noc stała się prawdziwym koszmarem. Wszystkie objawy przejedzenia, zatrucia, czy bo ja wiem czego, dopadły mnie w ciemnościach. Opisać to. O nie, to braknie mi talentu i hartu ducha. W dwa tygodnie po tym obiedzie zobaczyłam za obozowymi drutami żywego psa i zrobiło mi się niedobrze, dostałam torsji. Nazajutrz wstałam ledwo żywa, a tu wymarsz do obozu. Plecak ciężki jak licho, pełno w nim książek, grubych i pięknie oprawionych. Maszerujemy w kierunku placu Narutowicza. Osobno mężczyźni, osobno kobiety. Poszczególne zgrupowania ustawiają się razem. Mjr “Róg”, dowódca naszego zgrupowania, staje przed frontem naszego zgrupowania. Salutuje. – Czołem, bohaterki Polki – to do nas. – Czołem, panie komendancie – odpowiadamy całym zapasem powietrza w płucach, zachwytu, ostatniej radości w Warszawie. Zniknął gdzieś upadek ducha. Jakby odrobina szczęścia zawisła nad nami i poniosła się między szeregi. Co tu dużo mówić, podbił nasze serca. Tyle mówiono o naszej odwadze, ale żadne z tamtych słów nie było, nie było słowami naszego dowódcy. Nawet Niemcy mówili o nas z podziwem. Im się w głowie nie mieściły takie kobiety. Jeden z nich, podczas zawieszenia broni, opowiadał, że nie mógł strzelić do łączniczki, która niosła jakieś meldunki. Po prostu nie mógł. Jeszcze parę znajomych twarzy, jeszcze wołania, uśmiechy, życzenia. Dobrze, że idziemy razem. – Do prędkiego zobaczenia, trzymajcie się – płyną łzy. Nie sposób je zatrzymać. Na trzecim piętrze jakiegoś ocalałego budynku stara kobieta żegna nas krzyżem. Na brzegach ulic skamieniałe z bólu twarze, wynędzniałe postacie. Coraz mniej słów, jakby ból między nami rósł nie do wypowiedzenia. Nasz doktor “Rola” (Józef Kłosowski), który zawsze zjawiał się w najtrudniejszych chwilach, jakby wiedziony siłą tajemną. Ileż zawdzięczam mu ja, niedouczona sanitariuszka, przypadkowa patrolowa. W ostatnich dniach powstania stracił żonę i dziecko na ulicy Czackiego, podczas bombardowania. On także stoi na ulicy w tłumie żegnających. Milczy, tylko nieznaczny ruch ręką, tylko łzy w oczach. Do zobaczenia, chciałabym krzyknąć, a tu wszystko więźnie w gardle. Niemcy także na rogach i brzegach ulic, gapią się na nas. Chcą fotografować. Wszyscy, jak na komendę, odwracamy głowy. Zbliżamy się do Placu Narutowicza. Tam na podwórzu domu akademickiego mamy oddać broń. Chłopcy idą przed nami. Czekamy. Dochodzi głos rzucanego żelaza. To nasze wisy, karabiny, pistolety maszynowe piętrzą się coraz wyżej. Jakieś bezbronne, szare, zniszczone – milczą. Ileż trudu kosztowało zdobycie takiej ilości broni, ile ofiar, ile radości poczucia siły, bezpieczeństwa dawało naszym chłopcom. Nie mogę tego słuchać. Każde szczęknięcie żelaza odbija się echem we mnie. A stos rośnie, bezbronny, szary, niemy. Wreszcie i my wchodzimy na dziedziniec. Niemieccy żołnierze prezentują broń, prężą się przed mjr “Rogiem”. Jeden z naszych rotmistrzów wychodzi przed nasze szeregi i mówi: – Dowódca pułku płk Wachnowski dał słowo honoru, że nie wyniesiemy broni ani przyrządów optycznych. – Do zobaczenia Warszawo. Jeszcze ostatni wypad na Grójecką po pomidory. Droga do Ożarowa na piechotę. Udręka, trud ponad siły. Wyczerpane dwumiesięczną walką, głodem, przeżyciami, idziemy coraz wolniej. Przed nami szosa, bez końca- w niewiadome. Przy drodze stoją mieszkańcy podwarszawskich miejscowości. Jak oni patrzą – tego się chyba nie zapomni. Podawali nam marchew, cebulę, gorącą kartoflankę. Nie możemy zjeść, za gorąca. O rozpaczy! Byli i tacy, którzy sprzedawali, tym, co coś wynieśli z Warszawy. Robili dobre interesy. A nam coraz trudniej było iść. Naprzeciw wychodził mrok. Zbliżała się noc. Wcześnie, to przecież październik. Wychodząc z Warszawy, wzięłam jakiś znaleziony plecak i zapakowałam do niego, również znalezione, wspaniałe książki. Ileż w nich myśli niepowtarzalnych, ile wiedzy – nie będę się nudziła w długie dni obozowe. Ale ciężar na plecach jakby rósł, w miarę wyczerpywania się sił. Po jednym tomie wyjmowałam z plecaka i kładłam na brzegu szosy. Zostawały przedziwnie zagubione w poszarzałej trawie. Wreszcie Ożarów. Dziedziniec fabryczny. Wszystko wiruje w skołatanej głowie. Już ani jednego kroku. Siadamy. Tylko jedno pragnienie: nie wstawać. Szwaby prowadzą nas dalej. Wchodzimy do hal fabrycznych. Tu leżą pokotem i śpią nasze poprzedniczki. Nie ma gdzie stopy postawić. Budzimy je. Nie chcą się przesunąć. Są wściekłe. “Nie ma miejsca. Już ani jedna osoba się nie zmieści”. Jeszcze przed chwilą zdawało się, że nie stać nas na najmniejszy wysiłek. O nie! Walczę o miejsce na betonowej podłodze. Wreszcie siedzę. Nie dam się już ruszyć. Obojętnie słucham wściekłych głosów kłótni, wymyślań. Mnie to już nie dotyczy. Wcisnęłam się wbrew oczywistości w jakąś szparę i leżę. Nazajutrz rano nasze poprzedniczki wyjechały. Rozlokowałyśmy się wreszcie. Co prawda, wszystkie równocześnie musimy się przewracać na drugi bok, ale przynajmniej można nogi wyprostować. Wieczorem napłynęła nowa fala dziewcząt. Za żadną cenę nie chciałam usłyszeć ich głosów. Nic nie pomogło. Gdzieś tam we wnętrzu zaczaił się strzęp człowieka. Posunęłam się. Nie spojrzałyśmy sobie nawet w oczy. Sen, sen, ten cud natury. I nic już więcej nie trzeba. Nowy dzień, nowa niepewność. Znowu te same pytania bez odpowiedzi, znowu przeróżne wieści. Pocieszano się i martwiono na przemian. Dowiedziałam się, że jedziemy zakratowanymi wagonami. Znowu ten strach przed zamknięciem, silniejszy ode mnie. Zamierałam z przerażenia. Przez megafon umieszczony na środki fabrycznego dziedzińca usłyszałyśmy przyjazny głos. Z głośnika płynęły pod naszym adresem słowa uznania. Zdumienie. Chwalą i chwalą. Czego chcą od nas? Na zakończenie słowa ich nadziei, że teraz dopiero wyruszymy razem przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Uszom nie wierzę. I wyjechałyśmy. Pięćdziesiąt dwie osoby w jednym wagonie. Nie ma gdzie postawić rzeczy, czy choćby usiąść. Jedna sprasowana masa. Korzystamy z każdej wolnej szpary, by wsunąć kawałek siebie. A już po chwili czujemy, że właśnie ta część ciała drętwieje, ale już nie można jej wycofać, nie można zmienić pozycji, nie można wytrzymać. A jednak dojechałyśmy do naszego pierwszego obozu – Falling Bostel.

 

Barbara Bobrownicka-Fricze

opracował:Wojciech Włodarczyk

 

Źródło

http://www.sppw1944.org/index.html?http://www.sppw1944.org/relacje/relacja22.html