W Powstaniu:

Starówka Batalion im. W. Łukasińskiego 3 kompania „Wkra”

Brała udział w walkach na Starówce w III plutonie w rejonie: pl. Krasińskich, Ratusz, dom Bruna, klasztor ss. Kanoniczek oraz na barykadzie ul. Leszno-ul Przejazd i Bank Polski; przeszła kanałami do Śródmieścia, gdzie brała udział w walkach na odcinkach: ul. Widok, ul. Warecka, pl. Napoleona, ul. Złota, aż do upadku Powstania.

Relacja

W pierwszym okresie Powstania barykada Leszno-Przejazd była pozycją szańcową, graniczącą bezpośrednio z terenem obsadzonym przez formacje niemieckie. Kilkakrotnie pełniłam tam wtedy służbę sanitarną, aż do dyżuru ostatniego, trwającego bez przerwy 48 godzin, zakończonego upadkiem barykady i wycofaniem się naszych oddziałów w głąb Starego Miasta. Należałam do trzeciego plutonu kompanii „Wkra” (batalion „Łukasiński”, Zgrupowanie „Sosna”).

Stałym miejscem pobytu całej kompanii był dom przy ul. Długiej 11, skąd drużyny były przydzielane na różne pozycje bojowe.

Na barykadę Leszno-Przejazd udawaliśmy się przeważnie pod dowództwem Ryszarda Ziołkowskiego, ps. „Żelski”. Czasami szedł z nami jeden z lekarzy – „Dr Pean” lub „Piotr”. Sanitariuszki szły przeważnie cztery. Dotarcie do barykady zabierało sporo czasu, szczególnie w drugiej połowie trasy, która na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie „ziemi niczyjej”. Był to obszar wyludniony, słabo obsadzony naszymi jednostkami bojowymi, znajdujący się na linii bezpośredniego ostrzału. Trasa biegła piwnicami i połączonymi domami, co tworzyło swoisty i skomplikowany labirynt. Ścieżki owego labiryntu Należało dobrze znać, aby nie wylądować po stronie niemieckiej. W późniejszym okresie był on rażony nieustannie pociskami artyleryjskimi.

Samą barykadę i najbliższe jej okolice obsadzano nie tylko członkami naszej kompanii. Miejscem postoju nas wszystkich był trzypiętrowy dom przy ul. Przejazd, gdzie mieścił się zapasowy magazyn broni, Żywności i środków opatrunkowych. Zapasy te pochodziły przeważnie ze zdobyczy z udanego ataku na Wytwornię Papierów Wartościowych, gdzie Niemcy nagromadzili sporo dóbr wojennych. Wszystkiego było pod dostatkiem. Po ciężkich i głodowych latach okupacji byliśmy oszołomieni zwłaszcza wykwintnym menu – pamiętam sardynki, oliwki i pasztety strasburskie. Trafił się nawet homar i langusta.

Kwatery naszej kompanii mieściły się na drugim piętrze budynku. Na parterze był punkt sanitarny, gdzie udzielaliśmy rannym pierwszej pomocy. W cięższych przypadkach transportowano ich do szpitali przy ul. Barokowej lub ul. Długiej.

Pracy miałyśmy zawsze bardzo dużo – opatrywałyśmy rannych z całego odcinka, a ponadto szykowałyśmy nieskomplikowane posiłki, sprzątałyśmy kwatery, nosiłyśmy wodę z ul. Leszno i donosiłyśmy amunicję na barykadę. W miarę potrzeby pełniliśmy również rolę łączniczek miejscowych i kierowanych do dowództwa kompanii.

Z osób należących do sanitariatu zapamiętałam wspomnianych już lekarzy „Peana” i „Piotra” oraz sanitariuszki: Basię Dancewicz, „Wiesię”, Marzenę Karczewską, „Martę”, Dzidkę i Jadwigę Zbijewską. Z żołnierzy pamiętam: Ryszarda „Żelskiego” (dowódcę III plutonu), Bronka Paprockiego, „Pallotyna”, „Zająca”, „Ludwika”, Janka Choynowskiego.

Z drużyn nam towarzyszących zapamiętałam przede wszystkim chłopców z oddziału „miotaczy płomieni”, przydzielonych nam do osłony przed czołgami atakującymi od ul. Leszno. Była to formacja wyjątkowa i niebezpieczna – nawet na warunki powstańcze. Chłopcy ginęli masowo i na każdym nowym dyżurze zastawaliśmy „odnawiany” skład. Rola ich polegała na wybieganiu przed barykadę i rażeniu ogniem z miotaczy nacierające czołgi. W czasie akcji mieli zawieszone na piersiach i plecach duże biało-czerwone płachty, co miało dopomóc nam w odróżnieniu ich od Niemców. Niestety, ujemną tego stroną był fakt, że ubiory te ułatwiały ogromnie cel żołnierzom niemieckim.

Na odcinku tym zetknęłam się również z oddziałem Armii Ludowej pod dowództwem „Tramwajarza” – ciemnego, tęgawego mężczyzny, obdarzonego dużą siłą głosu i wielkim poczuciem humoru. AL-owcy nazywali siebie Alistokracją, ponieważ „Tramwajarz” ponadawał im miana możnych tego świata – był tam książę, samuraj, sułtan, bonza itp.

Wśród nich był mały, może dwunastoletni chłopiec, pełniący rolę „Marysi” do wszystkiego. „Tramwajarz” zwał go „Hrabianką”, mimo protestów ze strony chłopca, który wybrał sobie dumny pseudonim „Spartakus”. Inni nie protestowali, pomimożenie były to ich właściwe pseudonimy. Mały był w miarę potrzeby łącznikiem, sprzątaczką, zwiadowcą i kucharką. Dzięki tej ostatniej funkcji zacieśniły się między nami wzajemne stosunki, ponieważ „Hrabianka” pożyczyła od nas garnek do gotowania kawy. Jego własna kuchnia poszybowała pewnego dnia w nieznane. O ten garnek dochodziło do ciągłych sporów, ponieważ „Hrabianka” (z przyczyn od siebie niezależnych) nie oddawała go na czas, a chłopcy robili nam awantury, że nie mają kawy o wyznaczonej porze.

Początkowo stosunki z AL-owcami były ujemne, zimne, tolerancyjne. Potem nie było już między nami żadnej różnicy. Wpłynęła na to zarówno sytuacja ogólna, jak i wzajemne serdeczne stosunki między Ryszardem i „Tramwajarzem”, którzy przypadli sobie wielce do gustu.

Z osób wyróżniających się w naszym plutonie zapamiętałam kilka. Pierwszą z nich był Ryszard Ziołkowski, ps. „Żelski” – osobnik skupiający w sobie wszystkie te cechy, jakimi powinien odznaczać się dobry dowódca. Był inteligentny, odważny i opanowany. Spokój jego udzielał się wszystkim, co szczególnie w warunkach barykady Leszno-Przejazd, było sprawą ogromnej wagi. Był przy tym bardzo komunikatywny i obdarzony dużym wdziękiem osobistym, co pozwalało mu bez trudu rozładować wszelkie sytuacje konfliktowe, nieuchronne w naszych ciężkich warunkach. Był też skromny – nie używał pompatycznych zwrotów, ani nie przybierał napoleońskich, póz, które obserwowaliśmy często u innych dowódców odcinka.

Drugą osobą z naszego plutonu, która utrwaliła się w mojej pamięci był „Zając”. żałuję ogromnie, że nie mam talentu Henryka Sienkiewicza. Miałabym doskonały pierwowzór dla powstańczego Pana Wołodyjowskiego. O ile Ryszard był opanowany, o tyle przy „Zającu” odnosiło się wrażenie, że w ogóle nie posiada nerwów. Był przy tym pogodny, obdarzony junacką fantazją, nie tracił humoru nawet w najgorszych chwilach. Cechy te promieniowały tak silnie na otoczenie, że gdy zdarzyło się mi być z nim w najbardziej beznadziejnych sytuacjach, nie przychodziło mi w ogóle do głowy, że może się mi coś stać.

Do „firmowych” numerów „Zająca” Należało np. podpuszczanie Niemców na przysłowiowe trzy kroki, które stawały się ich krokami ostatnimi. Z podobnie zimną krwią spotkałam się w Powstaniu jeszcze raz. Tym drugim był dowódca II plutonu kompanii „Wkra” – Edward Długoszewski, ps. „Długosz”. Ich styl walki był podobny – pokumali się też wkrótce i odtąd groźny ten duet uszczuplał formacje wroga. Z siłą równą przynajmniej jednej kompanii.

Niecodzienną postacią był również „Pallotyn”, brat zakonny zakonu oo. Palotynów (stąd pseudonim), człowiek młody, bardzo przystojny, o typie urody południowca. „Pallotyn” był bardzo odważny, ofiarny, niestrudzony i niosący pomoc wszystkim tym, którzy tego potrzebowali. Miał gołębie serce i był dziecięco naiwny – u bliźnich doszukiwał się jedynie najlepszych cech. W jego obecności chłopcy byli zawsze trochę utemperowani i wstrzymywali się od głupich kawałów, których nam nie szczędzili częstokroć w innych sytuacjach. Do żelaznego repertuaru należało np. straszenie myszami w piwnicach, co przerażało nas bardziej od rozrywających się na górze pocisków, lub dostarczanie meldunku, że zostałyśmy przydzielone do opieki nad pacjentami Szpitala Jana Bożego. Bywały też wypadki malowania się czerwoną farbą i padania z językiem u progu sanitariatu. Niewinne te igraszki skończyły się wkrótce, a najbliższa przyszłość prześcignęła najbardziej fantastyczne pomysły. Okazji do śmiechu było coraz mniej – zbliżały się ostatnie chwile barykady.

Pamiętam dzień, w który m ostatni razu wyruszałam z III plutonem w jej rejon. Pogoda była piękna, nastroje wesołe. Wraz z Ryszardem szliśmy podmienić drugą część naszego plutonu, która od dwunastu godzin pełniła służbę na barykadzie. Łącznik przyniósł pomyślne wieści. Dwukrotnie odparto ataki czołgów, Niemcy ponieśli duże straty w ludziach i sprzęcie. Łącznik zachłystywał się wprost ze szczęścia, relacjonując nam przebieg ostatniej akcji bojowej, w które  j zwłaszcza „miotacze płomieni” dokonywali ponoć cudów. Chłopcom szczególnie poprawił się humor po porannym apelu, na którym zgromił ich szef kompanii „Dąb” za zaopatrywanie się w granaty na własną rękę.

W bramie przy ul. Długiej 11 mijaliśmy grupę chłopców „Borsuka” i „Tudora”, którzy obładowani kilofami i deskami udawali się w kierunku Banku Polskiego. Za nimi szły Halinka Szulcowna i „Kicia”, niosąc garnek z zupą. Po wymianie kurtuazyjnych zwrotów ruszyliśmy raźnym krokiem w kierunku Leszna. Już w połowie drogi zauważyliśmy, że coś jest „nie tak”. W pewnym momencie ujrzeliśmy, że część piwniczna nie istnieje, a dwa połączone budynki zamieniły się w kupę gruzów. Niepokojąco blisko brzmiały również odgłosy z dział artyleryjskich. Po chwilowym namyśle, Ryszard wysłał do dowództwa kompanii Basię Dancewicz, aby zawiadomiła o obecnym status quo. Wróciła po kwadransie z rozkazem przedzierania się górą. Ryszard podzielił nas na czteroosobowe grupy, które miały przebiegać kolejno przez wyznaczone odcinki. Rozdzielono zapasy broni i amunicji – Ryszard ruszył z pierwszą grupą. Znakiem, że wszystko jest w porządku i że może ruszać następna grupa, miał być kamień rzucony w naszym kierunku. Nie było tak źle. Z duszą na ramieniu (jak wspominaliśmy później) przebiegaliśmy jedynie pierwszy odcinek. Największy kłopot był z przenoszeniem noszy i nieforemnych pak z ligniną. Dodatkową trudnością były odcinki gorących gruzów, które należało szybko opuszczać. Na jednym z nich rozpuściły się Wiesi spody od tenisówek. Musiałyśmy jej zrobić prowizoryczne wkładki z ligniny. Wszystkich gnębiła myśl – co z barykadą?

Od pewnego miejsca droga poprawiła się i zaczęliśmy odnajdywać zagubione ścieżki naszego labiryntu. Zobaczyliśmy również w oddali wielką biało-czerwona flagę, w miejscu, gdzie powinna być barykada. Odetchnęliśmy z ulgą. W wypadku zdobycia jej przez Niemców, zniszczono by ją na pewno. Wyglądało na to, że ogień artyleryjski został przeniesiony w głąb Starego Miasta – celowo lub przypadkowo. Dalej już bez większych trudności dotarliśmy na miejsce. Tam znów powiało grozą. Oficyna budynku naszych kwater była zburzona. Sanitariat nie istniał, a „Piotr” urzędował wraz z sanitariuszkami w autobusie miejskim koło barykady. „Piotr” był młodym medykiem, niezbyt jeszcze doświadczonym, i bardzo wrażliwym na cierpienia. Zauważyliśmy, że jest potwornie zdenerwowany – leciało mu wszystko z rąk, krzyczał na dziewczęta, co mu się przedtem nigdy nie zdarzało. Nie słyszał, co się do niego mówi, a polecenia wydawane sanitariuszkom, stawały się coraz bardziej nonsensowne. Nie ulegało wątpliwości, że „Piotr” znajduje się w stanie szoku. Z dziewczętami też nie było lepiej. „Dr Pean” zarządził natychmiastową zmianę, a „Piotrowi” i sanitariuszkom zalecił udanie się do ocalałych kwater. Doradzał, aby starali się usnąć, choć na parę minut. W kwaterach panował również nastrój zdenerwowania i przygnębienia. Z urywków zdań zrozumiałam, że Niemcy otrzymali posiłki i szykują się do zmasowanego ataku. Mieliśmy straty w ludziach, masę rannych, część amunicji i sprzętu uległa zniszczeniu. Dowiedziałam się także, że cały oddział Armii Ludowej przestał istnieć. Na pozycje ich padł pocisk artyleryjski, rozrywając wszystkich na strzępy. Ocalał jedynie mały „Spartakus”, który w tym właśnie czasie przybiegł do nas z jakąś wiadomością. Chłopiec sprawiał wrażenie nieprzytomnego – w oddziale zginęli jego brat i szwagier. Byli to jedyni opiekunowie małego, gdyż rodzice znajdowali się w obozie koncentracyjnym.

Oddziału „miotaczy płomieni” też już nie było. Zginęli wszyscy, a ich cenny sprzęt zdobyli Niemcy. Odpadła nasza najskuteczniejsza obrona przed czołgami. W oddziale tym zginął wraz z innymi brat Bronka Paprockiego -Zdzisław, bardzo przez nas wszystkich lubiany. Przypomniało nam się, jak witał zwykle Ryszarda słynnym zawołaniem gladiatorow: Morituri te salutant, ave Cesar. Zwrotem tym pragnął uczcić Ryszarda, którego bardzo cenił, a jednocześnie podkreślić swoją nieustającą gotowość do poniesienia najwyższej ofiary, co w jego oddziale było rzeczą nieuchronną. Ktoś powiedział nam, że ciało Zdzisia można zobaczyć przez lornetkę od strony barykady. Prosiłam Ryszarda, aby pozwolił mi iść ze sobą. Widzieliśmy go. Leżał w odległości około 10 metrów, z rękami wyciągniętymi ku nam. W promieniu kilku metrów od niego leżeli inni chłopcy z oddziału miotaczy. Czy był to na pewno on? Nie mieliśmy stuprocentowej pewności, co zresztą nie było w tej chwili sprawą najistotniejszą. Stan ilościowy zgadzał się. Wchodziliśmy w nową erę Powstania, gdy na opłakiwanie zmarłych było coraz mniej czasu. Zarządzono wkrótce zmianę załogi. Transport rannych zorganizował „Piotr”, który po parominutowym śnie doszedł jakoś do siebie.

Noszy nie starczało – część rannych ciągnięto na kocach i kołdrach. W kierunku ul. Długiej ruszył posępny pochód.

Zostaliśmy sami z grupami niedobitków z innych oddziałów. Od tego momentu rozpoczął się czterdziestoośmiogodzinny koszmar, najstraszniejszy chyba, jaki przeżyłam w Powstaniu. Gorszym był tylko kanał.

Zaczęło się od całkowitego zburzenia i spalenia domu naszych kwater, gdzie utraciliśmy resztkę zapasowej amunicji. Na barykadzie i dokoła niej rozpętało się piekło. Przez przynajmniej 24 godziny trwał nieustanny atak Niemców, nacierających na nas pod osłoną czołgów. Nad naszymi głowami przelatywały pociski z „szaf”, uderzając w pozycje za nami. Byliśmy pewni, że nasz zbawczy labirynt już nie istniał – słabła nadzieja na odsiecz, posiłki, zmianę plutonu, a co gorsza na możliwość przedarcia się do swoich. Wzięto nas w przysłowiowe dwa ognie, w dosłownym tego słów a znaczeniu. Do dziś nie mogę pojąć, jak nasza wątła barykada mogła utrzymać się tak długo. Chłopcy przypominali pacjentów z pobliskiego Szpitala Jana Bożego, przy tym byli osmaleni, brudni, półnadzy i pokrwawieni. Z okresu tego zapamiętałam najlepiej postać „Zająca”, który również sprawiał wrażenie szaleńca, ale z powodów innych niż pozostali. Siedział spokojnie na czymś w rodzaju fotela z cegieł i nucąc operetkową melodię, podpuszczał atakujących Niemców na niepokojąco bliską odległość. Po każdym udanym strzale zaczynał od nowa: „Ja także byłem panem, nim los przyszedł zły”. Od czasu do czasu krzyczał do nas: dziewczyny trzymajcie się, bo nic nam innego nie pozostało! Z dziewczynami też nie było najlepiej. Na skutek wielogodzinnego ataku, rozrywających się pocisków i zwiększającej się liczbie rannych i zabitych, zachowanie nasze wskazywało częstokroć, że znajdujemy się w stanie szoku, który zaobserwowałyśmy u „Piotra” po przybyciu na barykadę. Pamiętam, że któraś z nas położyła się w wanience z roztworem rivanolu, inna przeszła z meldunkiem na pozycje niemieckie i tylko dzięki przytomności Ryszarda udało ją się w porę zawrócić. Mnie również przytrafiło się coś takiego. W momencie zapalenia się domu naszych kwater, wskoczyłam nagle do bramy budynku i w szalonym pędzie dotarłam na drugie piętro. Droga ta jawi mi się we wspomnieniach, jak film kręcony ręką kamerzysty-szaleńca: snopy iskier, skrzynia z roztopioną czekoladą, pękające butelki ze starką Simona-Steckiego, ludzka głowa na pluszowym fotelu. Wydawało mi się również, że na pierwszym piętrze mignęła mi przed oczyma postać Ryszarda, ciągnącego jakiś nieforemny przedmiot. Drogi powrotnej nie pamiętam zupełnie. Ocknęłam się w autobusie z mokrą szmatą na głowie i ze zdumieniem spostrzegłam, że przyciskam do piersi garść papilotów i paczkę naftaliny. Rozumując logicznie, czyn mój mogłoby usprawiedliwiać wiele spraw: chęć wyniesienia rannego, amunicji, dokumentów, wreszcie cennej pamiątki. Na co jednak potrzebna mi była naftalina i papiloty, wśród szalejących płomieni i ognia artyleryjskiego? Sądzę, że jedynie psychiatra potrafiłby, może, wytłumaczyć mój dziwaczny odruch.

Zapytałam o Ryszarda, chcąc się upewnić, czy rzeczywiście widziałam go na pierwszym piętrze. Okazało się, że nie były to majaki. Ryszard wpadł tam również, pragnąc uratować pozostawionego piata zrzuconego nam przez Anglików. Prowadzono go właśnie do autobusu, ponieważ sprawiał wrażenie oślepionego. Na nasze zapytania, czy widzi, szeptał gorączkowo: widzę, widzę, dajcie mi spokój. Bał się, aby nie uznano go za rannego. Aby udokumentować swą sprawność bojową, zaczął wydawać różne rozkazy i polecenia. Orientowaliśmy się, że udaje, bo poruszał się niepewnie i nie mógł natrafić na kubek z kawą, którą postawiłyśmy mu na ławce autobusu. Okazało się później, że było to na szczęście oślepienie chwilowe. Tymczasem brygada dogorywała. Upływała czterdziesta ósma godzina naszej służby bojowej.

Posiłki nie nadchodziły, zwiększały się straty w ludziach, przybywało rannych, amunicja była na ukończeniu. Mały „Spartakus” był również ranny w obydwie stopy, leżał i płakał w kącie autobusu. Należało powziąć jakąś decyzję. O poddaniu nie mogło być mowy. Widzieliśmy na własne oczy, co robią Niemcy ze schwytanymi i rannymi powstańcami. Pamiętaliśmy rannych z grupy miotaczy płomieni, którzy jęcząc wzywali pomocy. Na ciałach ich Niemcy wyładowywali swą wściekłość, tak, że po pewnym czasie przypominały odpadki z rzeźni.

Zarządzono odwrót i postanowiono wycofać się skokami, osłaniając resztką broni transporty rannych. Droga wstecz była drogą w nieznane. Na wstępie postanowiono wysłać łącznika do kompanii, któremu być może, uda się przedrzeć szybciej i sprowadzić pomoc – choćby grupę noszowych dla rannych.

Wyznaczono „Pallotyna” i mnie. „Palotyn” był obdarzony zmysłem orientacyjnym w nieznanym terenie, był przy tym zwinny i szybki. Wyznaczając mnie nie kierowano się, jak sądzę, moimi niezwykłymi cechami charakteru, przydatnymi do tej akcji – bystrością, odwagą, siłą czy dzielnością. Obawiam się, że sprawiałam wrażenie osoby niespełna rozumu i nie było ze mnie wielkiego pożytku. Zauważyłam już uprzednio, że „Dr Pean” nie dopuszczał mnie do robienia opatrunków rannym, a moja rola sprowadzała się do roli tragarza, kursującego na linii barykada-autobus.

„Pallotyn” uparł się, abyśmy zabrali ze sobą rannego „Spartakusa”. Chłopiec był mały i wątły. „Pallotyn” miał nadzieję, że uda mu się przenieść go bez trudu. Owinęliśmy małego jakimś nadpalonym kocem od pach do dołu. Okręciliśmy go sznurkiem, z którego „Pallotyn” zrobił na plecach dwa uchwyty, pozwalające ciągnąć go na bardziej niebezpiecznych odcinkach. „Pallotyn” otrzymał stena i ruszyliśmy, decydując się zejść na początku do ocalałego odcinka piwnic, gdyż dawało to nadzieję szybszego przejścia. Przez pierwsze dziesięć minut poruszaliśmy się raźno naprzód, mimo iż w piwnicach było duszno i gorąco. Przyplątały się do nas jakieś dwa koty, co bardzo ucieszyło „Spartakusa”.

W pewnym momencie zauważyliśmy przebijające światło. Oczom naszym ukazała się olbrzymia wyrwa od pocisku artyleryjskiego, która odcinała dalszy ciąg piwniczny. Z boku wznosiła się góra cegieł, na którą  Należało się wdrapać, aby ruszyć dalej. Uchwyciliśmy pętlę na plecach chłopca i rozpoczęła się makabryczna wysokogórska wspinaczka. Widzieliśmy, że chłopiec jest nieprzytomny ze strachu. Z ust jego wydobywały się dźwięki przypominające skowyt zbitego psa. Owinęliśmy mu głowę częściami garderoby, gdyż obijała się po cegłach w trakcie posuwania się w gorę. Na szczęście, na tym odcinku umilkł huk z dział – słyszeliśmy jedynie serie z karabinów maszynowych. tuż za wierzchołkiem góry cegieł, zobaczyliśmy szeroką szczelinę, na dnie której ciągnął się rząd piwnic. Na ocalałych półkach stały weki z kompotem wiśniowym. Zapamiętałam także jakiegoś konika na biegunach i kilka opartych o ścianę obrazów typu „jeleń na rykowisku”. Niestety drugi brzeg szczeliny nie uraczył nas równie sielskim widokiem. Zobaczyliśmy na nim kilkanaście zmasakrowanych ciał żołnierzy AK. Na szyjach kilku z nich zachowały się chustki harcerskie. Prawdopodobnie były to szczątki jakiegoś oddziału Szarych Szeregów, tak licznych na Starym Mieście.

„Spartakus” zaczął wyć, co przy panującej chwilowo ciszy sprawiało niesamowite wrażenie, grożąc jednocześnie wykryciem nas przez Niemców. „Pallotyn” usiłował zakryć chłopcu usta – ten ugryzł go w dłoń, nie przestając wyć. Wepchnęłam mu do ust furażerkę. Mały ucichł, a potem nagle usnął. Zdecydowaliśmy opuścić się w głąb szczeliny powstałej w górze cegieł.

Mieliśmy zaufanie do piwnic, a ponadto chcieliśmy w jakimś zacisznym miejscu poprawić zerwane pętle na plecach chłopca. Chwyciliśmy małego na ręce i zaczęliśmy powoli opuszczać się w doł. Był to ostatni moment naszej wyprawy, który pamiętam dokładnie. Wszystko, co działo się potem trudno mi logicznie powiązać i odtworzyć. Pamiętam nagły moment oślepienia, dźwięk przypominający stukot lokomotywy i gigantyczną fontannę z cegieł, tryskającą ku niebu w kształcie wachlarza.

Po upływie nie wiem jakiego czasu zorientowałam się, że siedzę obok zwalonej, metalowej bramy jakiegoś budynku. Nie byłam ranna, czułam jedynie szum w uszach i piekły mnie oczy. Po chwili zauważyłam „Pallotyna”. Siedział milczący, o kilka metrów ode mnie oparty o stojący na sztorc balkon, wydawało mi się, że trzyma w ręku kij.

Krzyknęłam coś do niego zaniepokojona tą milczącą i nieruchomą pozycją. Usłyszałam, że coś mówi, nie mogłam jednak zrozumieć co. Zaczęłam się czołgać w jego kierunku. Szło to bardzo powoli, gdyż ręce i nogi miałam, jak z waty. „Pallotyn” nie ruszał się i przez cały czas mówił coś monotonnym i cichym głosem. Chcąc zrozumieć, wpatrywałam się z natężeniem w jego usta, zadając mu jednocześnie masę pytań: Czy jesteś ranny, gdzie chłopiec, czy masz stena, gdzie my jesteśmy, która godzina? Nareszcie zrozumiałam. „Pallotyn” mówił: Tu jest ten czas, tu jest czas nas wszystkich, innej godziny nie ma – zobacz sama.

Podążyłam za jego wzrokiem – domniemanym kijem w ręku „Pallotyna” było w rzeczywistości przedramię chłopca. Na przegubie dłoni zachował się duży zegarek bez wskazówek, przypominający kompas lub stoper. Zegarki takie sprzedawano dzieciom na odpustach. Być może był to kres mojej wytrzymałości nerwowej, ale to wszystko razem: martwy wyraz twarzy „Pallotyna”, urwana ręka chłopca i jego żałosne szczątki, leżące nieopodal, zrobiły na mnie silniejsze wrażenie od tego, co przeżyłam na barykadzie. Nie bardzo wiem, co działo się potem. Pamiętam jedynie, że ruszyliśmy nie kryjąc się, w jakimś nieznanym mi kierunku i że w pewnym momencie usłyszeliśmy jakieś dudniące odgłosy. Raz wydawało mi się, że to głosy ludzkie, innym razem, że upadające z wysoka paczki.

Okazało się, że były to nasze wycofujące się oddziały z rejonu barykady Leszno-Przejazd.

Do kompanii dotarłam wraz z nimi w jakimś półśnie, nie bardzo orientując się, co się dzieje.

Na ul. Długiej dowiedziałam się, że barykada padła. Skończył się nasz czterdziestoośmiogodzinny dyżur bojowy. W najbliższych godzinach robiono jeszcze próby odbicia straconych pozycji – wszystkie bez powodzenia. W czasie tych akcji zginął „Pallotyn”, raniono śmiertelnie Wiesię, „Piotra” i wielu chłopców z naszego batalionu.

„Spartakus” i gladiatorzy spotkali się pewnie na polach elizejskich. Dołączył do nich wkrótce „Cezar”, który zginął bohaterską śmiercią na gruzach Banku Polskiego.

Przerzedzały się szeregi pretorian Rzeczypospolitej. Zepchnięto ich wkrótce do przedsionka Hadesu. Był nim kanał na ul. Daniłowiczowskiej.

Źródło

http://fundacja-ppp.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=208:reozytorium-ak-ksizki-w-postaci-elektronicznej&catid=38:rak&Itemid=29