W Powstaniu:

Batalion im. W. Łukasińskiego 3 kompania „Wkra”

Relacja

 

Moja historia w walce z okupantem niemieckim nie będzie kartą wielkiego bohatera, a tylko wspomnieniami ówczesnego dziecka i młodej dziewczyny. Po tylu latach obraz wspomnień jest zamglony, aczkolwiek zawsze żywy. Byłam wychowana przez dom, szkołę i organizację harcerską, w wielkim patriotyzmie i umiłowaniu swojego kraju. Ojciec był legionistą. Krzyż harcerski otrzymałam tuż przed wybuchem wojny Nosiłam go dumnie przypięty do mundurka. Ten krzyż stał się „zalążkiem” mojej walki z okrutnym okupantem i zobowiązywał.

Ojciec jako ochotnik (kpt. rezerwy) poszedł na wojnę, dostał się do niewoli, z które j uciekł i powrócił do nas. W październiku 1940 r. został aresztowany przez gestapo i w 1944 r. zginął na Pawiaku. Pamiętam dokładnie moment wkroczenia Niemców do Warszawy. Przechodząc z matką ul. Marszałkowską po raz pierwszy w życiu, jako 12-letnia dziewczynka, zobaczyłam Niemca – jego butność.

Rozpłakałam się tak bardzo, że matka nie mogła mnie utulić. W tym momencie zaczął się koszmar okupacji. Pozornie życie moje potoczyło się normalnie pod opieką matki. Skończyłam sześć klas szkoły powszechnej. Następnie zostałam przyjęta do gimnazjum nr 34 im. Leonii Rudzkiej przy ul. Zielnej 13, w którym przez okres dwóch lat uczyliśmy się pod „płaszczykiem” gimnazjum hotelarskiego. Pod koniec II klasy, gimnazjum nasze zostało zdekonspirowane przez Niemców i dalsza nauka do zdania „małej matury” odbywała się na tajnych kompletach.

Wrócę do II klasy gimnazjalnej. Spotkałam wówczas swoją druhnę z harcerstwa, „Halinę”, która organizowała zbiorki harcerskie w swoim mieszkaniu przy ul. Widok. Zbiorki te różniły się od przedwojennych. Nie było ogniska, a tylko cichy śpiew, nie było wycieczek, a tylko „spacery”, mające na celu roznoszenie gazetek, zamkniętych kopert czy paczuszek, pod wskazany adres. Jednak ceł tych zbiorek pozostał ten sam – miłość do Ojczyzny, a do tego doszła aktualnie walka z okupantem w Jej obronie. W ten sposób znalazłam się w Szarych Szeregach, gdzie złożyłam przysięgę (słów jej nie pamiętam). Nic więcej nie wiedziałam oprócz tego, że nie jestem w harcerstwie, a w Szarych Szeregach i że mam tam swoje imię „Danka”. również koleżanki czy koledzy mieli tylko imiona lub pseudonimy. Z druhną „Haliną” zostałam rozdzielona. Miałam nowego druha – „Tadzia”. Po pewnym czasie dowiedziałam się, że druhna „Halina” została aresztowana przez gestapo. Na dalszych zbiorkach uczono nas prostych opatrunków, robienia zastrzyków, itp. Na terenie gimnazjum organizowałyśmy z koleżankami : Jadzią Stawińską, Krysią Hegeman, Zonia Lipnicką i Lolą Wojcicką pod przywództwem naszej kochanej profesor, pani Zofii Korcińskiej paczki Żywnościowe dla rannych Żołnierzy kampanii wrześniowej, leżących w Szpitalu Ujazdowskim. Nosiłyśmy im bułeczki i mleko. żołnierze pokochali nas – a my ich. Była to dla nas niesamowita radość, że chociaż w ten sposób możemy im pomoc. Niezależnie od tej akcji szkolnej, nadal byłam w Szarych Szeregach – o tym fakcie naturalnie mamusia nie wiedziała i nieraz mi się „oberwało”, że „chodzę nie wiadomo gdzie”, że za „mało się uczę” itp. Nie mogłam zrozumieć mamusi pretensji, skoro w moim przekonaniu, nic złego nie robiłam, prócz tego, że nie mówiłam jej prawdy.

Dalszy ciąg historii mojej walki z okupantem był podobny, z tym, że nie pamiętam, jak i kiedy znalazłam się w ZWZ, a później w Armii Krajowej, gdzie przyjęłam pseudonim „Kropka”.

Tu zadania były poważniejsze, jak np.: śledzenie określonych osób, praca na ul. Targowej przy robieniu granatów i butelek z benzyną. W tym miejscu muszę dodać, że szczęście mi sprzyjało, ani razu nie byłam w żadnych „opałach”. Uważam za niezbędne podkreślić, że w pracy konspiracyjnej nie spotkałam się z wrogim stosunkiem do innych organizacji podziemnych. Dla przykładu niech służy fakt, że znałam osobiście – prywatnie – Edwina Rozłubirskiego, ps. „Gustaw”, z AL, który  był zaprzyjaźniony z moimi kolegami: Wojtkiem Czekańskim i Stefanem Kopczyńskim (zginął w Powstaniu). Z AL-owcami żyliśmy bardzo fajnie, wymienialiśmy nasze doświadczenia. W pewnym tylko momencie, gdy w Wojtka mieszkaniu przy ul. Marszałkowskiej „Gustaw” zwrócił się do nas „poł serio”, że będziemy wisieć na latarni, my śmiejąc się odpowiedzieliśmy, że to on będzie wisiał. Był to jednak żart, który nie przeszkadzał nam żyć z nim w przyjaźni. „Gustaw” był fajnym młodym chłopakiem, często zaniedbanym, miał dziewczynę Marysię, był bardzo odważny.

Nadeszła wreszcie godzina „W”.

1 sierpnia 1944 r., godz. 17.00. Godzina ta była wcześniej odraczana. W związku z tym wielu z nas nie znalazło się zgodnie z przydziałem. Ja miałam to szczęście, bo tam, gdzie otrzymałam przydział, tj. przy ul. Długiej 11, mogłam być w każdej chwili – mieszkałam od roku u cioci na ul. Franciszkańskiej, róg ul. Bonifraterskiej. Już bez osłonek powiedziałyśmy naszym matkom „idziemy walczyć”. Poszłyśmy. Ja wraz z „Ewą” i „Marzeną” (Henryka i Maria Karczewskie) na ul. Długą 11. („Ewa” i „Marzena” mieszkają obecnie w Londynie). mój przydział: Zgrupowanie mjr. „Sosny”, Batalion im. Waleriana Łukasińskiego, 3 kompania „Wkra”. dowódca Szczepański (pseudonimu nie pamiętam). Kompania nasza liczyła około 140 osób, dziewcząt było około 14.

Pseudonimy, które   pamiętam to: „Bajbus”, „Madelon”, „Wilk”, „Sęp”, „Ursus”, „Tygrys”, „Bankier”, „Zosia”, „Dr Pean” (znajduje się obecnie w Londynie), „Czarny”. W tym dniu od rana sunęły czołgi niemieckie na Żoliborz. O godz. 15.00 usłyszeliśmy liczne strzały w tym rejonie. Od dowódcy mojej kompanii otrzymałam przydział do plutonu por. „Chanka” (zginął na Starówce), nazwisko Władysław Brodniak (skorygował zastępca dowódcy kompanii por. Z. Morawski). O godz. 17.00 zaczęła się strzelanina. Chłopcy wybiegli z piwnic już w opaskach biało-czerwonych. Ludność cywilna wystraszona zadawała pytania – Co wy robicie? A dla nas była to wspaniała godzina. Wierzyliśmy w zwycięstwo, chociaż broni mieliśmy bardzo mało. Padły pierwsze ofiary. Suchy strzał, nieznany chłopiec z opaską na ręku rozkłada ręce i pada na bruk.

Oddziały przechodzą. Wszyscy z opaskami, uszytymi często przez nasze matki. Różnie umundurowani, najczęściej w swoich marynareczkach. Dochodzą meldunki, „został w ciągu nocy zdobyty Arbeitsamt”. Byli też pierwsi jeńcy. Chłopcy prowadzili ich do naszej kwatery, dali im materace i jedzenie. A jeńcy to już triumf nie lada. Byli sinobladzi ze strachu, że to  nie oni winni, tylko Hitler.

Chłopcy z naszej kompanii poszli na pierwszą bitwę, zdobyli m.in. Wytwornię Papierów Wartościowych. Była to heroiczna walka, zdobywano pokój po pokoju, często bez pistoletu, z papierośnicą w ręku i słowami „hande hoch”. Ofiary były u nas i u Niemców. Od zabitych niemieckich żołnierzy chłopcy zabierali broń i po paru dniach już każdy posiadał własną. Wytwórnia została zdobyta. W parę dni prawie cała Starówka należał a do nas.

Drugiego lub trzeciego sierpnia por. „Chanek” wezwał dwie łączniczki, które chciałyby ochotniczo pójść z rozkazem na Bielany. Zgłosiła się „Ewa” i ja. Jeszcze tego dnia Niemcy pozwalali ludności cywilnej przechodzić wiaduktem nad dworcem Gdańskim ze Starówki na Żoliborz z rękoma podniesionymi do góry. Ten wiadukt przeszłyśmy. Doszłyśmy pod Olejarnię. Dalej niestety nie było można się przedostać, o czym nas wcześniej uprzedził por. „Chanek” oraz powstańcy z Żoliborza. Przewidując tę ewentualność por. „Chanek” wskazał nam także drugie miejsce na Żoliborzu, gdzie mogłyśmy doręczyć meldunek. Zawróciłyśmy więc i w tym właśnie punkcie meldunek oddałyśmy.

Nocowałyśmy przy ul. Gen. Zajączka, aby rano wrócić na Starówkę do kwatery zameldować o wykonaniu rozkazu. Powrót jednak okazał się znacznie trudniejszy. Niemcy zaczęli już strzelać spod wiaduktu do przechodzących pojedynczych osób. Przed nami odważyła się pójść nieznana nam łączniczka. Czołgała się po kartoflisku, weszła na wiadukt i padła. Byłyśmy zrozpaczone i wystraszone. Jednak honorem było wrócić, spełnić rozkaz do końca. Poszłyśmy z rękoma wzniesionymi do góry. W prawej ręce trzymałam maleńki różaniec, szeptem modliłyśmy się. Pod nami Niemcy, widzą nas. W ustach nam zaschło. Różaniec wypada mi z rąk. To był dla mnie straszny moment, pomyślałam „zaraz zginę”. Przeszłyśmy 2/3 wiaduktu, gdy nagle Niemcy zaczęli na nas puszczać serię z karabinu maszynowego. źadna kula nas nie trafiła, tylko odpryski z bruku. Widzimy domy, gdzie są powstańcy, machają nam, abyśmy szły szybciej. Ledwo doszłyśmy do naszych, omdlałe, wyczerpane psychicznie i fizycznie. Podano nam wodę, jako tako doszłyśmy do siebie. Zaraz też poszłyśmy do naszych chłopców i por. „Chanka”, dumne z wykonania rozkazu. Następnego dnia na porannej odprawie zostałyśmy odznaczone Krzyżem Walecznych. Bardzo się cieszyłyśmy z tego wyróżnienia. Nie uważałyśmy swego wyczynu za wielkie bohaterstwo szczególnie w stosunku do innych, którzy z bronią w ręku walczyli i wydawali się nam strasznie odważni i bardzo dzielni, toteż czułyśmy się zobowiązane do dalszego wysiłku. Po naszym powrocie wisiały wszędzie flagi białoczerwone.

Tu i owdzie z okna rozbrzmiewały pieśni patriotyczne przy akompaniamencie fortepianu. Czuliśmy się wolni, chociaż walka nadal trwała i to coraz bardziej zacięta. Od strony Pragi słyszeliśmy kanonadę artyleryjską.

Całowaliśmy się, radość była niesamowita „idą nam na pomoc Rosjanie!” –Jeden drugiego pytał: „idziesz na Berlin?” – odpowiedź była zawsze jedna – „Idę!”.

Niestety, kanonada ucichła, pomoc nie nadeszła. Zrzuty z „kukuruźnikow miały miejsce dopiero około 13 września, tj. po zajęciu Pragi.

Następne nasze pozycje, to Bank na ul. Bielańskiej, barykada na Lesznie, kościołek ss. Kanoniczek na pl. Teatralnym. Tam nasz kolega, pseudonim „Wilk”, zobaczył pośrodku pl. Teatralnego leżący karabin maszynowy. W Teatrze Wielkim byli Niemcy, a „Wilk” był głuchy, strzałów nie słyszał, nie dał się zatrzymać, poczołgał się i w ten sposób zdobył ten karabin. Został za to odznaczony Krzyżem Walecznych.

Kompania nasza malała. Codziennie traciliśmy drogich nam kolegów i koleżanki. Mnóstwo rannych. Domy płonęły, było ich coraz mniej, niektóre zawalone. Od rana co 15 minut przelatywały sztukasy i rzucały bomby. oprócz tego zasypywały nas ogniem „szafy” czy „krowy”. One były łaskawsze, bo najpierw „ryczały”, a więc ostrzegały. Ta broń w skutkach też była okropna. Dokuczali nam „gołębiarze”, którzy w zupełnie bezpiecznym, wydawałoby się, miejscu strzelali z ukrycia bardzo celnie. W międzyczasie powstańcy zdobyli magazyny wojskowe na Stawkach. Zafasowaliśmy panterki i byliśmy „umundurowani”. Była tam też żywność, którą rozdzielono także ludności cywilnej.

Z każdym dniem jednak opanowana przez powstańców Starówka kurczyła się. Z godziny na godzinę zmieniała swój wygląd i obracała się w ruiny. Ulice zasłane zabitymi, w ruinach dziesiątki, setki zasypanych. Coraz bardziej czuliśmy się zmęczeni, ale duch walki nie upadł. Przestało zupełnie odczuwać się strach przed bombami, „krowami” czy też zwykłymi kulami. 21 sierpnia, wracając ze zmiany rano na kwaterę z Banku na ul. Bielańskiej, zostałam trafiona w prawą nogę odłamkiem pocisku na ul. Długiej. Gdy szłam wieczorem ul. Długą na swój posterunek wyglądała ona jeszcze względnie, ale gdy przyszła zmiana, ostrzegano nas, że na tę ulicę skierowany jest ostrzał artyleryjski. I rzeczywiście, zobaczyłam nieprawdopodobne zniszczenia, masę zabitych i rannych. Jednak przestrogi przed niebezpieczeństwem mnie nie odstraszyły. Gdy w pewnym momencie usłyszałam wybuch pocisku, zrobiłam odskok, wpadłam do płytkiego leju po bombie, z którego wykaraskałam się i skoczyłam do bramy, gdzie stali moi chłopcy, którzy wskazali mi na mojej nodze krew. Nie czułam wtedy bólu nogi, bolał mnie tylko kręgosłup, gdyż potłukłam się, padając. Kiedy jednak zobaczyłam ranę, dopiero w tym momencie poczułam ból i strach. Szybko na kwaterę nr 1. Była już blisko, wystarczyło przejść tylko duży pl. Krasińskich i przeskoczyć na drugą stronę ul. Długiej. Decyzję podjęłam szybko (chyba ze strachu). Przebiegając, na środku placu zobaczyłam leżącego, jęczącego mężczyznę. Zatrzymałam się chwilę, chciałam go odciągnąć. Niestety nie dałam rady. Usłyszałam ryk „krowy”, wpadłam więc do pierwszej bramy i dalej do kwatery. Nie wytrzymałam nerwowo, nie było mnie stać na to, aby pozostać przy rannym. (Uratowali go chłopcy z naszej kompanii). Więcej nie pamiętam. Odzyskałam przytomność w szpitalu przy ul. Długiej 7, skąd na drugi dzień wróciłam, po wyciągnięciu odłamków i zrobieniu zastrzyków, do kwatery. O dalszym chodzeniu na barykady, przez parę dni, nie było mowy.

Otrzymałam polecenie dyżurowania przy rannym w głowę „Bankierze”, który uparł się leżeć na zburzonym parterze, a nie w piwnicy. Pełna lęku i strachu siedziałam przy nim, pomimo że „sztukasy” waliły. On się nie bał – ja za każdym razem umierałam ze strachu. W pewnym momencie „Bankier” odezwał się: „idź do piwnicy, mnie nic nie będzie”. Widoczniej wyczytał lęk na mojej twarzy. Zeszłam do piwnicy, aby otrzymać „dobrą” reprymendę od dowódcy kompanii. Zawstydzona wróciłam do „Bankiera” nic mu nie mówiąc. Stchórzyłam, to pamiętam i wstyd mi za to do dziś. Upomnienie dane mi przez dowódcę było gorsze od tych bomb. („Bankier” zginął po przejściu kanałami do Śródmieścia w szpitalu, mieszczącym się w gmachu PKO).

Kilku kolegów z naszej kompanii poszło na czołgi na Krakowskie Przedmieście. Jeden z nich „Burny” przed pójściem dał mi swoją wizytówkę. Mieczysław Konieczny, Warszawa, ul. Natolińska 10. Wrócił nie o własnych siłach, lecz na noszach bez rąk, nóg i z głową w bandażach, wkrótce zmarł. Została mi tylko wizytówka. Pozostali w ogóle nie wrócili. Nie wiadomo czy zginęli, czy też przedostali się na Powiśle.

Jednym z większych dramatów na Starówce był wybuch goliata na ul. Kilińskiego. Mogę uważać, iż tylko opatrzność mnie ocaliła. Widziałam sunący mały czołg od ul. Kilińskiego w kierunku ul. Długiej. Na nim polskie flagi i powstańcy. Z radością krzyknęłam, że„ powstańcy” zdobyli czołg i pobiegłam na kwaterę. Nie zdążyłam dojść, bo nagle czołg wybuchł, naładowany był dynamitem i kierowany kablem. To była masakra. Ciała ludzkie zbierało się łopatą. To jeszcze jedna z okrutnych broni wroga. Przy następnych tego typu wypadkach, wrogowi już się nie udawało. Chłopcy przecinali kable.

I tak już prawie koniec okresu Starówki w moich wspomnieniach. Niemcy coraz bardziej zbliżali się do nas. Ze zdobytej Starówki, która zmieniła się w gruzy i zgliszcza pozostał cmentarz. Trzeba było coś postanowić. Wyjść kanałami lub pozostać i poddać się Niemcom. O tym ostatnim nie było mowy. Nawet tak ciężko ranny „Bankier” nie chciał zostać w szpitalu, „Ewa” z trzema odłamkami w piersi czy „Bajbus” o kuli, postanowili przedostać się do Śródmieścia. Ja poszłam z naszą mocno uszczuploną kompanią, w pierwszej grupie. Szliśmy kanałami. Zadaniem moim w kanale była opieka nad „Ewą”, a „Madelon” opiekowała się „Bankierem”. W tej grupie był też „Bajbus”.

Do kanału wchodziliśmy przy pl. Krasińskich już pod obstrzałem Niemców  z ul. Bonifraterskiej. W zasadzie nie wchodziliśmy do kanału, tylko wpadaliśmy, bo na szukanie szczebli nie było czasu. Pierwsze moje wrażenie było nawet przyjemne: bezpiecznie, spokojnie, chłodno, odczuwało się ulgę po nieustających kanonadach i wybuchach powietrza przesyconego dymem i pyłem. Przed wejściem do kanału była krotka odprawa: nic nie mówić, nie palić, nie świecić, trzymać się mocno za ręce idąc gęsiego. Puszczenie rąk groziło zagubieniem się całej grupy, którą prowadził przewodnik. Szliśmy pochyleni w smrodliwej wodzie. Było absolutnie ciemno. Wielokrotnie zatrzymywaliśmy się, to znowu szliśmy wolno, aby woda nie chlupała, gdyż Niemcy mogliby usłyszeć. Przy włazach słyszało się kroki i głosy Niemców. Wtedy cierpła skora. Na jednym z takich postojów ja i „Ewa” wzięłyśmy „Bankiera” wyczerpanego na nasze skleszczone ręce. Przez około poł godziny niosłyśmy go. Nie wiem skąd miałyśmy tyle siły i jak to w ogóle mogło być możliwe, jednak przeszłyśmy. Po czterech i poł godzinach wyszliśmy z kanału na ul. Wareckiej. Wszyscy byli zmęczeni i brudni. Szczególnie ów brud kanałowy dokuczał nam. Wżerał się w ciało i nie sposób było go zmyć. Niektórzy nie byli w stanie wyjść z kanału o własnych siłach i przenosiliśmy ich na noszach do szpitali lub kwater.

Pierwszą noc w Śródmieściu spaliśmy w kinie Palladium, na krzesłach. Następną noc przy ul. Złotej w domu czynszowym, a trzy i następne aż do końca Powstania na ul. Chmielnej w hotelu Royal. Tą ostatnią kwaterę przyznało nam kwatermistrzostwo mieszczące się przy ul. Jasnej, gdzie poszłam z „Bąjbusem”. Szłyśmy do kwatermistrzostwa ul. Chmielną. Czuliśmy się bardzo dziwnie. Stały całe domy. Po piekle Starówki ulica ta wydawała się nam zupełnie normalna. To nas wręcz szokowało. Ludność i powstańcy Śródmieścia, widząc nas w panterkach, które były charakterystyczne dla powstańców ze Starówki, patrzyli na nas z podziwem, jak na wielkich bohaterów. Chłopcy, którzy pozostali przy życiu włączyli się do dalszej walki i ginęli. Zginął „Ursus”, zginęła koleżanka z naszej kompanii (pseudonimu nie pamiętam), przechodząc barykadą na ul. Marszałkowskiej. Przeszła piekło Starówki, a tu niby w zupełnym spokoju zginęła.

Wrzesień w Śródmieściu, dla nas, dziewcząt, z naszej rozbitej kompanii, nie był już taki bojowy. Chodziłyśmy po leki do PKO, do chorych do Polikliniki. Przejście do Śródmieścia o tyle wspominałam przykro, że w kanale zgubiłam pantofel i w Śródmieściu zafasowałam więzienne drewniaki, w których musiałam chodzić aż do wyzwolenia. To było wówczas małe, śmieszne głupstwo dla młodej dziewczyny, gorzej było z ranną nogą, zanieczyszczoną w kanale, która zagoiła się dopiero w lipcu 1945 r.

Po kapitulacji powstania, wyprowadzono nas do Pruszkowa. We Włochach wraz z kilkoma kolegami udało nam się uciec. Znaleźliśmy się w RGO w Grodzisku, gdzie skierowano nas do wsi łowickiej Chąśno 2. Byłam w Krakowie w głównym RGO szukać matki. Nie znalazłam, spotkałam natomiast kolegów Alfika i Olgierda Jankowskiego. Później tułałam się w Radomiu i w Pionkach.

17 stycznia 1945 r. Warszawa została wyzwolona. Z grupą warszawiaków wróciłam z Pionek do stolicy piechotą. Byłam w drewniakach i kurtce wiatrem podszytej, ze sztywną prawą nogą. Mimo mrozu, było ciepło, przynajmniej tak nam się wydawało, wracaliśmy przecież do naszej Warszawy. Szło się dziarsko. 23 stycznia byłam już w pustej zgruzowanej mogile Warszawy. Szłam ulicami i płakałam. Wróciłam znowu do Pionek i modliłam się, aby moja mamusia żyła. Żyła, przeżyła Ravensbruck. Wróciła do Polski, do mnie, w 1946 r., aby w parę miesięcy zostawić mnie znowu samą.

Pamiątką po wojnie jest dla mnie nieznany grób ojca, grób matki na Powązkach, moja ciągle chora noga, uszkodzony kręgosłup i stan depresji, a zatem II grupa inwalidztwa w 49 roku życia.

W Polsce Ludowej otrzymałam: Krzyż Partyzancki, Medal Zwycięstwa i Wolności, Medal za Warszawę i odznakę „Grunwaldu. Komenda Głowna AK w Londynie odznaczyła mnie: Krzyżem AK, Medalem Wojennym i Krzyżem Walecznych.

Źródło

http://fundacja-ppp.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=208:reozytorium-ak-ksizki-w-postaci-elektronicznej&catid=38:rak&Itemid=29